-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Od samego początku, od momentu, w którym zamknęły się za nimi drzwi samochodu, od pierwszego spojrzenia, pierwszego dotyku, w s z y s t k o zmierzało dokładnie w tym kierunku. Każdy jej gest, każde muśnięcie dłoni, każde przeciągnięte spojrzenie było częścią tej samej gry, którą zaczęli jeszcze zanim wyjechali z miasta. I choć próbowała to rozciągnąć, nadać temu tempo, które pozwoliłoby jej nacieszyć się każdą chwilą, nie zamierzała sobie tego ostatecznie odmawiać.
To miejsce, cisza, brak świadków, brak konieczności udawania, dawało jej możliwość sprawdzenia jak to jest. Nie tylko wyobrażać sobie, ale naprawdę tego doświadczyć. Wejść z nim do środka bez oglądania się przez ramię, pozwolić sobie na coś, co w Toronto zawsze musiało kończyć się pół kroku za wcześnie.
Właśnie dlatego tak bardzo chciała to przeciągnąć. Złapać te kilka godzin i wycisnąć z nich każdą możliwą wersję normalności. Tę w której grali i tę w której byli sobą.
- Jasne, Skarbie, może być sok - odpowiedziała lekko, bez zawahania podchwytując jego ton, choć w jej spojrzeniu błysnęła zaczepność. - Zaraz po tym jak rzucisz palenie papierosów, bo to totalnie niezdrowe - uniosła brew, mierząc go tym wyzywającym spojrzeniem, które nie miało w sobie ani grama powagi; bardziej było zaproszeniem do dalszej gry niż jakimkolwiek rzeczywistym zarzutem. Jego nałóg był kolejną z długiej listy rzeczy, których nie zamierzała i nie chciała w nim zmieniać. Samej zdarzyło jej się palić, gdy wlała w swoje gardło o jeden kieliszek za dużo.
Zatrzymała się, obserwując go dokładnie, zupełnie zapominając o tym co działo się za jej plecami - o wodzie, która zaczynała cicho bulgotać, o patelni nagrzewającej się powoli na kuchence. Jej uwaga skupiła się wyłącznie na nim - na sposobie w jaki podwijał rękawy, na napięciu mięśni pod skórą, na tym jak pewnie i bez wysiłku zajmował się ogniem, jakby robił to setki razy.
Przełknęła ślinę zbyt w o l n o, wypuszczając powietrze c i ę ż e j niż zamierzała, zanim zmusiła się, żeby odwrócić wzrok. - Masz bardzo ładne dłonie - rzuciła nagle, niemal mimochodem, jakby to była pierwsza myśl, która po prostu wymknęła się na zewnątrz. Zaśmiała się cicho zaraz po tym, kręcąc lekko głową, bo była to dokładnie jedna z tych rzeczy, które zazwyczaj brzmiały lepiej przed wypowiedzeniem jej na głos.
Nie dała się jednak zbić z tropu. Otworzyła jedną z szafek, znajdując w końcu to, czego szukała - dwie szklanki, które zabrała ze sobą, ruszając w jego stronę, gdy tylko zaproponował alkohol. - Nie mają tu jakiejś złej whisky? - zapytała, zerkając przez jego ramię, odstawiając szkło na blat barku. - Po twojej odpowiedzi zaczynam się zastanawiać czy nie będę jej potrzebować. W d u ż y c h ilościach - ton głosu sugerował coś zupełnie innego niż słowa - nie było w nim ani cienia urazy, raczej czyste rozbawienie, podszyte czymś cieplejszym.
Odsunęła się o krok, ale nie na tyle, by wypaść z jego zasięgu. Jej dłonie same znalazły drogę - najpierw ostrożnie, potem pewniej wprost do jego przedramion. Opuszkami palców przesunęła powoli po odsłoniętej skórze, badając ją na nowo, jakby sprawdzała coś, co już wcześniej zdążyła zapamiętać.
Choć jej ruchy były lekkie i niemal niewinne, wszystko w nich mówiło jasno, że wracała dokładnie tam, gdzie skończyli, ignorując przygotowywaną kolację.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale doceniał to, że faktycznie nie próbowała go n a p r a w i a ć.
Nawet, jeśli w swojej naiwności dalej uważał, że nie ma żadnego problemu związanego z paleniem - że to nie nałóg, a zwyczaj, sposób na zajmowanie rąk, wymuszenie chwili relaksacji w trudnej i wymagającej pracy. Tak długo, jak tego nie sprawdzał, wierzył, że zawsze byłby w stanie przestać, po prostu nie chciał. Nie wychodził w końcu z ważnych spotkań by móc zapalić, nie budził się w środku nocy z chęcią sięgnięcia po papierosa - robił to bardziej z nawyku, w losowych momentach swojego dnia, w których pragnął chwili odpoczynku od natłoku spraw, lub gdy jego pięści zaciskały się bezwiednie ze złości, więc kierował swoje dłonie w stronę czegoś bardziej pożytecznego.
Dłonie, na których dostrzegł, że zawiesił się jej wzrok. Brwi mężczyzny uniosły się w górę w reakcji na jej zamyślenie, jak i na nietypowy komplement, który wyrwał się z jej ust prawdopodobnie nim zdążyła go powstrzymać.
- Często to słyszę - skłamał beztrosko, zerkając na swoje dłonie jakby przypomniał sobie, że w ogóle je posiada. W jego zielonych tęczówkach pojawił się szelmowski błysk, z którym schował butelkę wina z powrotem do barku, zamiast tego wybierając bourbon dla ich obojga.
- Margo, alkohol nie rozwiązuje problemów - cmoknął, unosząc butelkę wyżej by przeczytać nazwę na etykiecie. Z pewnością nie była to zła whisky. Odwrócił się, pochylając nieco głowę by spojrzeć na nią z góry, szelmowski wyraz uniósł kąciki jego ust w półuśmiechu, - Jeśli pijesz, żeby przestać myśleć, to i tak przegrywasz - dodał z westchnieniem, cytując słowa, które wypowiedziała do niego, jakby się wydawało, dekadę temu. We wnętrzu pustego biura, w środku nocy. W półmroku, który otulał ich jak pierzyna, przesuwając tę granicę między pracą, a czymś, co łączyło ich od samego początku.
Coś tak drobnego, jak jej dotyk na przedramieniu wystarczało, by na powrót rozniecać w jego wnętrzu płomień. Zastygł, tylko na chwilę - w tej chwili jednak wydarzyło się bardzo dużo. Oczami wyobraźni widział, jak odkłada butelkę, jak chwyta jej dłonie i przyciąga ją do siebie, skracając ten i d i o t y c z n y dystans, który ciągle utrzymywali na rzecz jakiejś gierki.
Ale w tej właśnie rywalizacji nie tylko ona potrafiła udawać, że było tysiące innych, atrakcyjnych rzeczy do zrobienia wokół.
Pochylił się, wkraczając w przestrzeń, w której świat pachniał wyłącznie nią, a ich oddechy mieszały się w jeden. Wsunął twarz pod kurtynę jej ciemnych włosów, włosów, które wyglądały najlepiej rozrzucone na jasnej pościeli, splątane i niezdolne do ujarzmienia.
- Woda się zagotowała - mruknął, zaczepiając ustami o płatek jej ucha. Jego oddech musnął wrażliwą skórę na szyi, gdzie zatrzymał się na zaledwie kilka sekund dłużej. - Czyżby coś cię rozpraszało?
Wyprostował się, niemal s i ł ą odsuwając od kobiety chwilę później, z przebiegłym wyrazem twarzy wracając do otwierania butelki, która wciąż tkwiła w jego dłoniach.
- W zasadzie to pierwszy raz, kiedy coś dla mnie gotujesz - westchnął, z udawanym wyrzutem chowającym się w słowach. - I n n y c h zapraszałaś do siebie na obiady, a mi tylko serwujesz kawę.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To co działo się między nimi, nie miało w sobie nic z prostoty, a jednak właśnie w tej komplikacji odnajdywała to, co trzymało ją przy nim mocniej niż powinna była na to pozwolić. - Jasne, jestem pewna, że chłopcy z komisariatu codziennie się nimi zachwycają - rzuciła lekko, przeciągając słowo w sposób, który jasno sugerował, że mogłaby pójść o krok dalej, ale tym razem świadomie postawiła kropkę, zostawiając resztę w domyśle.
Nie powstrzymała za to śmiechu, gdy odbił jej własne słowa, przywołując je z taką łatwością, jakby wcale nie minęło od tego czasu tyle rozmów, tyle sytuacji, tyle wszystkiego pomiędzy nimi. Odrzuciła głowę do tyłu, śmiejąc się szczerze, bez cienia powściągliwości, a echo tego dźwięku na moment wypełniło wnętrze domku, ocieplając je bardziej niż ogień powoli zajmujący drewno w kominku. - Jestem dumna z tego, jak pojętnym jesteś uczniem - odpowiedziała, zerkając na niego z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, zdradzającym, że wcale nie zamierzała odpuścić, że wręcz przeciwnie, dopiero się rozkręcała.
Przez krótką chwilę naprawdę była blisko, zbyt blisko, by móc to zignorować. Impuls był natychmiastowy, niemal instynktowny, ciało wyprzedzało myśl, a myśl nie nadążała za tym, co chciała zrobić. Mogła zamknąć tę przestrzeń między nimi jednym ruchem, mogła pozwolić sobie na coś co od początku wisiało w powietrzu. Zamiast tego zacisnęła dłoń w pięść, odwracając wzrok tylko na sekundę, jakby potrzebowała tej jednej chwili, żeby odzyskać kontrolę. Przegrała punkt, będąc tego w pełni świadomą.
- Tak - odpowiedziała ciszej, kiedy zapytał czy coś ją rozpraszało, a w tym jednym słowie było więcej prawdy niż zamierzała mu dać. Odwróciła się na pięcie, wracając do kuchni, jakby to właśnie tam znajdowała się bezpieczna przestrzeń, w której mogła się schować. Sięgnęła po garnek, zamieszała wodę, która zdążyła już zagotować się zbyt mocno, wrzuciła makaron, może odrobinę zbyt gwałtownie w potrzebie zajęcia czymś rąk. - Nigdy tego nie chciałeś - dodała po chwili, już spokojniej, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewała nuta zaczepności.- Mówiłam ci już parę razy, że świetnie gotuję, ale ty zawsze przychodzisz wyłącznie po j e d n o - oparła się biodrem o blat, sięgając po drewnianą łyżkę, mieszając sos bez większego zaangażowania.
- Możemy to zmienić, jeśli bardzo ci to przeszkadza - uniosła brew, odwracając głowę w jego stronę, zatrzymując na nim spojrzenie. - Mogę z innymi pić kawę, a dla ciebie gotować. To masz na myśli? - słowa były lekkie, niemal żartobliwe, ale celowo przesunięte o krok za daleko. Wiedziała, że gdyby on zasugerował coś podobnego, oberwałby rykoszetem bardzo szybko i bardzo precyzyjnie.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I on pragnął się tym nacieszyć.
Iluzją życia, które mogliby wieść w przyszłości - w małym domku na przedmieściach, z ogrodem, z
Ale teraz ten sam obraz wydawał mu się kuszący.
Ponieważ z Margo nic nie było proste, przyjemne i nieskomplikowane. Była mieszanką sprzeczności, chęci stabilizacji a zarazem nienawiści do nudy. Pragnieniem jego bliskości przetykanym udawaniem graniem niedostępnej. Przesuwaniem granic, wrzucaniem go na głęboką wodę i patrzeniem, jak zareaguje. Wiedział, że z nią, nawet najbardziej sztampowa wizja przyszłości nie mogła być nudna.
Jego nogi poniosły go w kierunku kuchni, wbrew świadomości kolejnej rundy, która wybrzmiała w jej słowach. Patrzył, jak ciska makaron do garnka z wodą, pobudzając dziesiątki gorących kropel do wystrzelenia ze środka. Jak chwyta za drewnianą łyżkę i miesza nią w patelni, z której wydobywały się już aromatyczne zapachy.
Jak spodnie opinają jej biodra, gdy stanęła tyłem do niego, rzucając bezczelnymi komentarzami przez ramię.
- Przychodziłem do c i e b i e - poprawił ją, nieśpiesznym krokiem wkraczając do aneksu kuchennego. - Nie moja wina, że wyłącznie to mi oferowałaś.
Jego oczy zmrużyły się lekko w reakcji na okropieństwa, którymi postanowiła się z nim podzielić. Uniósł szklankę do ust, upijając mały łyk gorzkiego napoju, pokonując ostatni, dzielący ich dystans kuchennej sekcji. Zieleń jego tęczówek zasnuł cień, w karku pojawiło się to samo napięcie, z którym, bezwiednie, reagował na wszystkie tego typu insynuacje.
Stanął tuż przed nią, wbijając palec w biodro by odwrócić ją z powrotem tak, jak stała wcześniej - przodem do swojego gotowania, tyłem do niego. Dopiero wtedy przysunął się lekko, na odległość zdecydowanie mniejszą, niż wymagana do prowadzenia konwersacji. Dłoń z jego szklanką zawędrowała na blat, na który odłożył naczynie, nachylając się do kobiecego ucha.
- Myślałem, że to łączony pakiet - westchnął, obserwując, jak gotowała, podczas gdy jedna z jego rąk odgarnęła ciemne włosy na ramię, odsłaniając szyję z drugiej strony. - To dla kogo gotujesz... - mruknął, pochylając się jeszcze niżej, każde słowo wypowiadając wprost w gładką skórę kobiecej szyi. Przylgnął do jej ciała, pod pozorem zainteresowania jej poczynaniami, które prysły gdy jej biodra zostały przyparte do krawędzi kuchennego blatu. - Kiedy nie przyjmujesz mnie na kawie, Margo?
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo co tak naprawdę było w tym złego? W tym, że stał tak blisko, że jego obecność wypełniała każdą przestrzeń, że przesuwał granice tylko po to, żeby zobaczyć czy ona zrobi to samo. Nie potrzebowała odpowiedzi na pytania, które mu zadała wcześniej, bo to czuła. W sposobie w jaki na nią patrzył, w napięciu jego ciała, w każdym geście, który mówił więcej niż słowa. Była pewna, że gdyby tylko wyciągnęła rękę i zrobiła krok dalej, poszedłby za nią bez zawahania.
- Powtórz, bo wydaje mi się, że się p r z e s ł y s z a ł a m - rzuciła z niedowierzaniem podszytym rozbawieniem, choć w jej spojrzeniu błysnęło coś ostrzejszego. Miał szczęście, że zdążył ją zatrzymać, że zmusił ją do odwrócenia się, bo przez ułamek sekundy była gotowa zareagować znacznie bardziej impulsywnie, co nie znaczy, że wzięła to do siebie. - Po wszystkim co dla ciebie zrobiłam, sugerujesz, że oferowałam ci wyłącznie to? - oparła dłonie o blat, przesuwając się lekko do tyłu, aż zetknęła się z nim bliżej niż powinna, świadomie skracając dystans zamiast go zwiększać.
Nie miała wielkiego pola manewru, unieruchomiona jego obecnością, ale i tak znalazła sposób. Jedną dłonią sięgnęła do jego ręki, tej, która chwilę wcześniej odgarniała jej włosy i powoli, z premedytacją przesunęła po niej palcami, jakby badała każdy fragment skóry, sprawdzając, jak bardzo jeszcze może go wytrącić z równowagi. Jej ruchy były spokojne, niemal leniwe, tym bardziej niebezpieczne, gdy ta sama dłoń zsunęła się niżej, zahaczając o jego podbrzusze. - Nie zadawaj pytań, na które odpowiedzi mogą ci się nie spodobać - dodała ciszej, unosząc lekko podbródek, choć dobrze wiedziała, że robi dokładnie odwrotnie, że zamiast wycofać się, tylko dokładała kolejną warstwę napięcia między nimi.
I właśnie w tym samym momencie się wyswobodziła. Nie gwałtownie, raczej sprytnie, wykorzystując chwilę, w której jego uwaga rozproszyła się na sekundę. Sięgnęła po talerze, nałożyła makaron, doprawiła go jeszcze w biegu, a gdzieś po drodze zsunęła z ramion górną warstwę ubrania, zostając w cienkim podkoszulku i zrobiła to z pełną premedytacją i jeszcze większą świadomością.
Obeszła wyspę kuchenną, stawiając między nimi wyraźną granicę - przynajmniej pozorną. Postawiła talerz przed nim, drugi zatrzymała dla siebie, opierając się lekko o blat po przeciwnej stronie. - Smacznego - uśmiechnęła się z przekąsem, po czym pochyliła się odrobinę, próbując jedzenia z całkowitą swobodą, jakby to wszystko w ogóle nie miało znaczenia.
Właśnie zdobyła punkt.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było w tym żadnego sensu, nie, patrząc z zewnątrz. Tak właściwie to gdyby się nad tym zastanowić, pewnie nikt n o r m a l n y nie traktowałby ich ciągłego dokuczania sobie i ucieczek jako gry wstępnej. Wypowiadane przez nich słowa wyjęte z kontekstu sytuacji, w której tkwili, nie niosły ze sobą żadnej, wartościowej treści. Każde było uderzeniem lub unikiem, zabarwione rozbawieniem i podszyte lekką nutą, a ich prawdziwe znaczenie chowało się głęboko pod powierzchnią.
Jej odpowiedzi niemal do niego nie docierały - kakofonia dźwięków, których treść obijała się o jego głowę, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Nie, gdy stała tak blisko - gdy czuł jej biodra napierające na własne. Gdy jej ciało wyginało się bezwiednie, odnajdując punkty styku nawet, gdy umysł usiłował sygnalizować inne intencje. Choć wzrok uciekał w stronę innych rzeczy, kłamliwie udając nimi zainteresowanie, zdradzało ją wszystko inne.
Jego dłoń wsunęła się pod materiał ubrania w reakcji na podróże jej własnych palców, odnajdując gorącą skórę. Wyczuwał jej drżenie, dreszcz antycypacji, tym większy, im bardziej trzymali się na dystans - wbrew sobie, w grze, która rozpalała w ich wnętrzu ogień, a oni zmuszeni byli balansować na granicy płomieni.
Niski, gardłowy pomruk wydobył się z jego klatki piersiowej gdy niemal s i ł ą wymknęła się z uścisku, nagle zainteresowana poszukiwaniem talerzy. Głód, który wykręcał jego trzewia nie miał nic wspólnego z aromatycznym sosem, który przygotowała, ani makaronem, który w tym czasie ugotowała. Niemal nie zdawał sobie sprawy z tego, że w ogóle w kuchni coś się dzieje - coś poza jej oddechem, poza napiętą linią szczęki i ustami zaciśniętymi wtedy, gdy zza nich miało wydostać się coś, co mogło ją zdradzić.
Pragnienie pulsowało w nim, unosiło się wraz z każdym uderzeniem serca, każdym oddechem, zmuszając go do uspokojenia się. Przechylił szklankę, wypijając resztę alkoholu haustem - jakby w nadziei, że jego gorzki, odurzający smak pozwoli mu znaleźć odrobinę otrzeźwienia od czegoś znacznie bardziej uzależniającego.
Jego nogi nie przesunęły się ani o milimetr gdy krzątała się wokół. Wzrok pozostał skupiony na niej, na materiale zsuwającym się z jej skóry, na cienkim podkoszulku, pod którym w świetle wpadającym do wnętrza domu niemal wyraźnie widział wszystkie, zarysowane pod spodem kształty. Gdy stanęła naprzeciw niego, stawiając talerz z makaronem po drugiej stronie, niemal ugiął się tej p o t r z e b i e. Niemal obszedł mebel, chwytając ją w dłonie w geście, który nie szukał żadnego pozwolenia i nie zostawiał żadnego miejsca na wycofanie się.
Niemal.
Ponieważ choć Margo obiecała być jego k a r ą, nie zamierzał jej na to pozwalać. Nie zamierzał wykonywać tej męczącej drogi wokół kuchennej wyspy, wyłącznie po to, by ona się odsunęła, umknęła mu, w niemal dziecinnym sposobie nadszarpywania jego już wątłej cierpliwości. Zamierzał sprawić, że to o n a zapragnie podejść bliżej.
Sposobem, który znał najlepiej.
- Może być - westchnął, gdy już odłożył szklankę na blat i powoli spróbował przygotowanej przez nią potrawy. Nie miał pojęcia, jak w tym z pewnością skąpo zaopatrzonym domku znalazła składniki, z których dało się stworzyć coś, co w taki sposób pieściło jego podniebienie. W kuchni jego umiejętności ograniczały się do odgrzania sobie czegoś gotowego, bądź wybrania telefonem numeru kogoś, kto mógłby mu coś przywieźć.
Pochylił się w podobnym geście do jej, po to, by niegrzecznie odłożyć łokieć na stół, który w ogóle nie był stołem, i podnieść na nią wzrok znad talerza. Spojrzenie przesunęło się po jej odchylonym kołnierzu podkoszulka, na moment zbaczając z drogi, jednak przymusem uniósł je z powrotem ku jej twarzy.
- Mógłbym się do tego przyzwyczaić - dodał, beztroskim tonem nie zdradzając jeszcze tego, co miało nadejść. - Ty, ja, dom na przedmieściach, ogród. Pies, albo kot. Ale wolałbym psa - kontynuował, kręcąc widelcem w potrawie. - W domu miałabyś więcej czasu na gotowanie, więc mogłabyś się też nim zająć - dodał, tonem tak p r z e k o n u j ą c y m, jakby przez myśl mu chociaż przeszło, by Margo miała rezygnować ze swojej pracy. - W końcu moja pensja by nam wystarczyła, gdybyś wolała zostać w domu.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnęła się pod nosem, przygryzając lekko dolną wargę i kręcąc głową z niedowierzaniem, w którym nie było ani grama irytacji. Była pod wrażeniem, bo ostatecznie nie chodziło o to kto wygrał tę przepychankę. Chodziło o to, że wiedział jak ją rozbroić, doprowadzić ją dokładnie do tego miejsca, w którym przestawała walczyć. I choć uwielbiała przeciągać tę linę, sprawdzać jak długo jeszcze mogą balansować na granic, wiedziała też, że to nie było tym czego naprawdę chciała. Ich czas tutaj nie był nieskończony.
Zjadła jeszcze jedną, symboliczną porcję, bardziej dla zasady niż z potrzeby, po czym odłożyła widelec i bez większego zawahania wróciła tam, skąd uciekła chwilę wcześniej. Tym razem bez gier, bez cofania się w ostatnim momencie. Jednym ruchem odepchnęła jego talerz w bok, gdzieś obok swojego, zostawionego na drugim krańcu blatu, a potem wskoczyła na kuchenną wyspę, odnajdując swoje miejsce dokładnie między jego ramionami. - Brzmi jak świetny plan - mruknęła, pochylając się ku niemu i zaczepiła palcami o materiał koszulki, który chwilę później zniknął z jego ciała, zrzucony gdzieś obok bez większej uwagi. - Mogłabym cię wtedy codziennie witać, kiedy wracałbyś z pracy - dodała ciszej, pozbywając się własnego podkoszulka równie szybko.
Jej dłonie natychmiast odnalazły jego ramiona, sunąc po nich powoli z wyraźną intencją, zatrzymując się na moment przy tatuażu, który zdawał się przyciągać jej uwagę za każdym razem tak samo. - Na przykład tutaj - szepnęła, nachylając się do jego szyi i muskając ją ustami, zostawiając po sobie ciepło. - Na blacie w kuchni.
Przesunęła dłonie wyżej, oplatając je wokół karku i przyciągając go bliżej, aż różnica między nimi przestała istnieć. - Albo na kanapie w naszym małym salonie - dodała, unosząc jedną nogę, by zahaczyć nią o jego biodro i zmusić go do jeszcze bliższego kontaktu, jakby sprawdzała ile jeszcze miejsca mogą między sobą zostawić zanim całkowicie je zlikwidują. - Później moglibyśmy razem wziąć gorący prysznic w tej ciasnej łazience - jej palce przesunęły się niżej, po jego plecach, powoli i leniwie, zostawiając po sobie ślad, który trudno byłoby zignorować.
- A stamtąd… - urwała na moment po czym pochyliła się jeszcze bliżej, zahaczając ustami o linię jego szczęki. - prosto do sypialni na górze - na sam koniec jej dłoń zatrzymała się na jego klatce piersiowej, przesuwając się po bliźnie, którą znała aż za dobrze, którą kiedyś zszywała z taką samą precyzją z jaką teraz badała każdy jej fragment.
Tym razem nie cofnęła się ani o krok.
Rhys Madden