-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
tuptajwi
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To był ciężki dyżur. Włosy miała potargane we wszystkie strony, dzięki worom pod oczami przypominała szopa, a jedynie kontakt z pacjentami był w stanie doprowadzić ją do porządku. Ledwie znikała przed spojrzeniami, a już zaczynała pociągać nosem, a jej oczy robiły się czerwone. Miała pierwszą przerwę. Zdołała wziąć swoją śniadaniówkę, wyklejoną pokemonami i ruszyła dalej. Mocno ją trzymała, potrzebowała schować się przed całym światem, dopóki nie usłyszy kolejnego powiadomienia, że pora ruszyć ratować życie.
Nie wierzyła w to, co się działo. Zdecydowała się wypowiedzieć całą prawdę, a została pozostawiona sama sobie. Nie była w stanie znieść tego uczucia, które wypełniało serce. Na korytarzu panował gwar, nawet nie zdała sobie sprawę, że kogoś uderzyła. Tylko kiedy go zobaczyła, serce zatrzymało się przez moment. Znów ją odnalazł. Był, kiedy potrzebowała jego ramienia. Przez chwilę wpatrywała się w niego w ciszy, czując, jak całe ciało zaczyna jej drżeć. Momentalnie łzy napłynęły jej do oczu, a jedyne o czym marzyła to ukrycie się w jego ramionach.
— Charlie — zaczęła, unosząc wzrok przeszklony od napływających łez. Trzymał ją w ryzach, chciała móc się do niego przytulić, ale tu wszyscy patrzyli. Nawet ona zdawała sobie z tego sprawę. Jej związek stał pod wielkim znakiem zapytania, on zwyczajnie znów się pojawił — panie Marshall. — odchrząknęła, odsuwając się na jeszcze jeden krok. Kosztował on ją zdecydowanie zbyt wiele. Przed oczyma miała wschód słońca, ciepło jego ciała i nie była w stanie już przed samą sobą udawać, że Charles Marshall nic dla niej nie znaczył.
— Stoję? Pracuję? — powiedziała bardzo cichym tonem, wręcz niepodobnym do samej siebie. Co tu robiła? Sama chciałaby móc znać odpowiedź na to pytanie, ale nie była w stanie. Nabrała kolejnego głębokiego oddechu — Możemy stąd... zniknąć? — spytała błagalnym tonem, zawieszając wzrok na jego brązowych tęczówkach. Kiedy tylko się zgodził, ruszyła szybkim tonem. W ciszy szli może kilka minut, aż nie trafili na klatkę schodową. Tu go odrzuciła, a teraz wpadła wprost w jego ramiona. Znów cała drżała, a z jej oczu wypływały łzy.
— Ja... — zaczęła łamiącym się tonem — powiedziałam mu. — Dante wyszedł i nie wrócił. Nawet nie wiedziała, czy wszystko z nim w porządku. Za to Charlie był. Znów ją odnalazł, kiedy potrzebowała ramienia, w które mogła schować się przed całym światem.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
tuptajwi
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wystarczyło zobaczenie go, a serce już zaczęło bić jej znacząco szybciej. Potrzebowała go. Widziała, że coś jest nie tak, ale zignorowała to. Chciałaby móc się spytać, co się stało. Tylko w trakcie spaceru była zbytnią egoistką. Nie myślała o jego potrzebach, tylko o własnych. Chciała móc zatracić się w bezpiecznych, nieoceniających ją ramionach. Może nie powinna tego robić. Może powinna zrobić sobie przerwę od Marshalla, ale działał na nią uzależniająco.
Wystarczyły tylko uścisk, jego ciepło, a powoli zaczynała się uspokajać. Czasami miała wrażenie, że całe jej życie zależy od Charliego Marshalla. Wystarczyły delikatne muśnięcia po plecach, głaskanie po plecach z czułością, a powoli zaczynała panować nad własnym ciałem.
— Dziękuję... — mruknęła po paru dłuższych sekundach, zaciskając jeszcze mocniej uścisk. Potrzebowała usłyszeć bicie jego serca, a zostawianie plam po jej łzach na śnieżnobiałej koszuli nie wydawało się być znaczące. Marshall po prostu przy niej był. Nieważne, co się działo. Ona wykonała pierwszy krok. Miała błędną nadzieję, że jej związek z Dante da się jeszcze uratować. W jak wielkim błędzie była... Sama nie dowierzała, że po wszystkim, co razem przeżyli wybrał ucieczkę. Blondynka nie była w stanie zrozumieć, dlaczego. Mogła z nim rozmawiać, spróbować wypracować kompromisy, może nawet... nie zobaczyłaby się więcej z Charlim. Tylko kiedy wszystko wypowiedziała, Dante uciekł. Za to Marshall na nowo ją odnalazł. Cokolwiek robił w szpitalu, znów tkwiła w jego ramionach. Na tej samej klatce schodowej, na której kiedyś dała mu kosza, teraz usilnie próbowała trwać w jego ramionach.
— Nie — uniosła delikatnie głowę, by móc spojrzeć mu w oczy — po prostu się pokłóciliśmy, bo... — sama sprowokowała kłótnię. Po czasie zdała sobie z tego sprawę. Mogła trzymać się rękoma i nogami, zaprzeczać temu, ale prawda była inna. Wystarczyła jedna niejasność, a ona się podpaliła, nie dając mu żadnych szans. Mimo że to Ivy była winna — za dużo było między nami — nie chciała dawać Charliemu pożywki. Wbrew pozorom kochała Dante i życzyła mu jak najlepiej. Mimo wszystkiemu co ich dzieliło, coś zawsze łączyło ich na nowo. Tylko teraz wpatrzona była w brązowe tęczówki Marshalla i finalnie czuła spokój.
— Dziękuję — mruknęła raz jeszcze, wywalając dolną wargę do przodu. Sama jednak oderwała się od jego ramion, choć dalej chciała w nich tkwić. Za to chwyciła go małym palcem za mały palec. Nie wiedziała, na ile czułości mogła sobie pozwolić.