ODPOWIEDZ
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ma pani grupę krwi 0, pan Marshall grupę AB. Nie znamy grupy krwi pani matki, ale to i tak oznacza, że między panią, a biorcą nie ma żadnego pokrewieństwa, więc nie może być pani dawcą. Musiał chwilkę ochłonąć i zniknąć z pola widzenia Cherry, zanim mogłaby się zorientować, że coś jest nie tak. Nie wiedział, co więcej mógł powiedzieć Corze, która jeszcze dzisiaj rano była jego siostrą w stu procentach, a teraz... No, nadal była jego siostrą, o czym on w ogóle myślał? Siostrom rzucił coś o przyniesieniu wody czy tam soku - tak w sumie przyniósłby im nawet połowę menu McDonald's, żeby tylko móc iść. Dlatego teraz mijał kolejne sale, białe ściany, pielęgniarki i innych odwiedzających, zmierzając w bliżej nieokreślonym kierunku. Najpierw miał iść do kafeterii, potem zaczął szukać automatu... No i się zgubił, mimo że był w tym szpitalu już setki razy. Cora nie była córką jego ojca. Ta myśl sprawiała, że czuł się nieswojo - pewnie jego emocje nijak nie dorównywały tym, które towarzyszyły Corze, ale... To nadal był szok. Dwadzieścia pięć lat życia w kłamstwie. Skręcił gwałtownie w prawo, chcąc ominąć grupę lekarzy, i wtedy to się stało. Nie zdążył wyhamować. Uderzył ramieniem w kogoś, kto równie nieobecnym krokiem wyłaniał się zza rogu. - Przepraszam, ja... - zaczął automatycznie, przytrzymując za ramię osobę, na którą wpadł, ale urwał wpół słowa, gdy tylko zobaczył twarz Ivy. Utkwił wzrok w jej błękitnych oczach. Trochę go zatkało - nie spodziewał się jej tu spotkać, nie teraz, nie w tej chwili, przecież jej nie szukał. A może... jednak szukał? Jezu, przecież ona tu pracowała, to oczywiste, że mógł ją tutaj spotkać. Przez moment stał bez ruchu, trzymając ją za ramię zdecydowanie zbyt długo niż powinien. - Ivy? - wychrypiał, po czym puścił jej ramię. - Znaczy... Dzień dobry, panno Harrison - poprawił się po chwili. Byli w szpitalu. W szpitalu miał się do niej zwracać oficjalnie, po nazwisku. Przyjrzał się jej twarzy - wystarczyła sekunda, by spostrzegł, że coś zdecydowanie było nie tak. Wyglądało na to, że oboje mieli zły dzień. - Co tu robisz? - zagadnął, a po chwili zacisnął usta w wąską kreskę, gdy tylko do niego dotarło, jak bardzo absurdalne pytanie zadał. - Oprócz... pracowania? - dodał, żeby jakoś wybrnąć z sytuacji. - Coś się stało? - spytał jeszcze na koniec, zupełnie zapominając o fakcie, że siostry czekają na wodę. Czy tam sok.

tuptajwi
Ostatnio zmieniony sob mar 21, 2026 11:01 am przez Charlie Marshall, łącznie zmieniany 1 raz.
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

To był ciężki dyżur. Włosy miała potargane we wszystkie strony, dzięki worom pod oczami przypominała szopa, a jedynie kontakt z pacjentami był w stanie doprowadzić ją do porządku. Ledwie znikała przed spojrzeniami, a już zaczynała pociągać nosem, a jej oczy robiły się czerwone. Miała pierwszą przerwę. Zdołała wziąć swoją śniadaniówkę, wyklejoną pokemonami i ruszyła dalej. Mocno ją trzymała, potrzebowała schować się przed całym światem, dopóki nie usłyszy kolejnego powiadomienia, że pora ruszyć ratować życie.
Nie wierzyła w to, co się działo. Zdecydowała się wypowiedzieć całą prawdę, a została pozostawiona sama sobie. Nie była w stanie znieść tego uczucia, które wypełniało serce. Na korytarzu panował gwar, nawet nie zdała sobie sprawę, że kogoś uderzyła. Tylko kiedy go zobaczyła, serce zatrzymało się przez moment. Znów ją odnalazł. Był, kiedy potrzebowała jego ramienia. Przez chwilę wpatrywała się w niego w ciszy, czując, jak całe ciało zaczyna jej drżeć. Momentalnie łzy napłynęły jej do oczu, a jedyne o czym marzyła to ukrycie się w jego ramionach.
Charlie — zaczęła, unosząc wzrok przeszklony od napływających łez. Trzymał ją w ryzach, chciała móc się do niego przytulić, ale tu wszyscy patrzyli. Nawet ona zdawała sobie z tego sprawę. Jej związek stał pod wielkim znakiem zapytania, on zwyczajnie znów się pojawił — panie Marshall. — odchrząknęła, odsuwając się na jeszcze jeden krok. Kosztował on ją zdecydowanie zbyt wiele. Przed oczyma miała wschód słońca, ciepło jego ciała i nie była w stanie już przed samą sobą udawać, że Charles Marshall nic dla niej nie znaczył.
Stoję? Pracuję? — powiedziała bardzo cichym tonem, wręcz niepodobnym do samej siebie. Co tu robiła? Sama chciałaby móc znać odpowiedź na to pytanie, ale nie była w stanie. Nabrała kolejnego głębokiego oddechu — Możemy stąd... zniknąć? — spytała błagalnym tonem, zawieszając wzrok na jego brązowych tęczówkach. Kiedy tylko się zgodził, ruszyła szybkim tonem. W ciszy szli może kilka minut, aż nie trafili na klatkę schodową. Tu go odrzuciła, a teraz wpadła wprost w jego ramiona. Znów cała drżała, a z jej oczu wypływały łzy.
Ja... — zaczęła łamiącym się tonem — powiedziałam mu. — Dante wyszedł i nie wrócił. Nawet nie wiedziała, czy wszystko z nim w porządku. Za to Charlie był. Znów ją odnalazł, kiedy potrzebowała ramienia, w które mogła schować się przed całym światem.
31 y/o
Welkom in Canada
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie był przygotowany na kolejne kobiece łzy tego dnia. Gdy oczy Ivy zrobiły się szkliste, walczył z chęcią objęcia jej tutaj, na korytarzu, przy wszystkich, ale... odsunęła się od niego jeszcze o krok. Stoję? Pracuję? No oczywiście, że stała i pracowała, widział przecież. Jak zwykle, jego zdolność logicznego myślenia zaczynała zanikać w towarzystwie Harrison. To zaczynało być chore. - No tak - przytaknął, nie spuszczając z niej wzroku. Zacisnął usta w wąską kreskę i obserwował, jak dziewczyna bierze głęboki wdech. Możemy stąd... zniknąć? - Oczywiście, prowadź - zgodził się niemal natychmiast, kątem oka zauważając grupkę rezydentek, która chichotała na ich widok. Tak, zdecydowanie zgadzał się z Ivy, najlepiej było zniknąć poza zasięg wścibskich oczu. Zwłaszcza, że Ivy wyglądała, jakby stało się coś bardzo, bardzo złego, a on nie potrafił tak bezradnie nad nią stać, chciał ją przytulić. Musiał ją przytulić - sam też potrzebował jej miękkich ramion. Gdy zaczęła iść szybkim tonem krokiem, po prostu ruszył za nią bez słowa. Szła przodem, a on wcisnął dłonie w kieszenie swoich garniturowych spodni, obserwując jej sylwetkę. Już miał zapytać, skąd przyszliśmy, kim jesteśmy dokąd zmierzają, kiedy Ivy skręciła na klatkę schodową - tę samą, na której jeszcze nie tak dawno go odrzuciła. Może gdyby tamtego dnia nie przyszedł do szpitala... nie byłoby ich tutaj? Odsunął te myśli na bok. Niczego nie żałował. Gdy Ivy rzuciła się w jego ramiona, zareagował instynktownie. Jego ciało, spięte do granic możliwość po informacjach od Cory, w końcu znalazło swój cel i ujście. Objął ją mocno, niemal zaborczo. - Hej... Jestem tutaj - szepnął, nie spodziewając się po niej aż tak gwałtownej reakcji. Jedną dłonią zaczął gładzić ją delikatnie po plecach, a drugą wplótł w jej włosy. Nie mógł się powstrzymać - pochylił głowę i pocałował ją przelotnie w te miękkie, blond fale, które teraz miała potargane, ale zupełnie go to nie obchodziło. Chciał zdjąć z niej ten ciężar, niezależnie od tego, co się stało. Ja... Powiedziałam mu. Jego dłoń gładząca jej plecy zatrzymała się, ale tylko na moment. Przez chwilę wydawało mu się, że może się przesłyszał, ale... no... jakie było na to prawdopodobieństwo? Zerowe. Przełknął ślinę. Podczas gdy on każdego dnia wymyślał coraz głupsze wymówki, żeby tylko uniknąć konfrontacji z Blair, Ivy tymczasem... po prostu rzuciła karty na stół. Dlaczego musiała być taka dobra i prostolinijna? W porównaniu z nią był zwykłym tchórzem. Nie zasługiwał na Ivy. Wzmocnił uścisk i złożył drugi pocałunek w jej włosach. To wszystko jego wina. To on wpierdolił się z butami w jej życie, to on pocałował ją w windzie, to on nie potrafił trzymać rąk przy sobie. Gdyby nie on, Ivy dalej miałaby swoje życie. Ale... co to za życie? Z takim idiotą jak Dante? - Zrobił ci coś? - zapytał cicho i niemal oschle, odsuwając ją od siebie minimalnie, żeby ująć jej twarz w dłonie i zmusić, aby na niego spojrzała. Wizja Dante, że mógłby podnieść na nią głos albo rękę, była... No, była wymysłem jego wyobraźni, ale sprawiła, że zagotował się w środku. No i nagle informacja o tym, że Cora nie jest jego prawdziwą siostrą, wydała się dziwnie odległa.

tuptajwi
isiek
wszystko jest okej
26 y/o
LEĆ, ADAM, LEĆ
161 cm
rezydentka chirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Charlie Marshall

Wystarczyło zobaczenie go, a serce już zaczęło bić jej znacząco szybciej. Potrzebowała go. Widziała, że coś jest nie tak, ale zignorowała to. Chciałaby móc się spytać, co się stało. Tylko w trakcie spaceru była zbytnią egoistką. Nie myślała o jego potrzebach, tylko o własnych. Chciała móc zatracić się w bezpiecznych, nieoceniających ją ramionach. Może nie powinna tego robić. Może powinna zrobić sobie przerwę od Marshalla, ale działał na nią uzależniająco.
Wystarczyły tylko uścisk, jego ciepło, a powoli zaczynała się uspokajać. Czasami miała wrażenie, że całe jej życie zależy od Charliego Marshalla. Wystarczyły delikatne muśnięcia po plecach, głaskanie po plecach z czułością, a powoli zaczynała panować nad własnym ciałem.
Dziękuję... — mruknęła po paru dłuższych sekundach, zaciskając jeszcze mocniej uścisk. Potrzebowała usłyszeć bicie jego serca, a zostawianie plam po jej łzach na śnieżnobiałej koszuli nie wydawało się być znaczące. Marshall po prostu przy niej był. Nieważne, co się działo. Ona wykonała pierwszy krok. Miała błędną nadzieję, że jej związek z Dante da się jeszcze uratować. W jak wielkim błędzie była... Sama nie dowierzała, że po wszystkim, co razem przeżyli wybrał ucieczkę. Blondynka nie była w stanie zrozumieć, dlaczego. Mogła z nim rozmawiać, spróbować wypracować kompromisy, może nawet... nie zobaczyłaby się więcej z Charlim. Tylko kiedy wszystko wypowiedziała, Dante uciekł. Za to Marshall na nowo ją odnalazł. Cokolwiek robił w szpitalu, znów tkwiła w jego ramionach. Na tej samej klatce schodowej, na której kiedyś dała mu kosza, teraz usilnie próbowała trwać w jego ramionach.
Nie — uniosła delikatnie głowę, by móc spojrzeć mu w oczy — po prostu się pokłóciliśmy, bo... — sama sprowokowała kłótnię. Po czasie zdała sobie z tego sprawę. Mogła trzymać się rękoma i nogami, zaprzeczać temu, ale prawda była inna. Wystarczyła jedna niejasność, a ona się podpaliła, nie dając mu żadnych szans. Mimo że to Ivy była winna — za dużo było między nami — nie chciała dawać Charliemu pożywki. Wbrew pozorom kochała Dante i życzyła mu jak najlepiej. Mimo wszystkiemu co ich dzieliło, coś zawsze łączyło ich na nowo. Tylko teraz wpatrzona była w brązowe tęczówki Marshalla i finalnie czuła spokój.
Dziękuję — mruknęła raz jeszcze, wywalając dolną wargę do przodu. Sama jednak oderwała się od jego ramion, choć dalej chciała w nich tkwić. Za to chwyciła go małym palcem za mały palec. Nie wiedziała, na ile czułości mogła sobie pozwolić.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”