-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zmrużyła niebezpiecznie oczy, sprzedając mu kuksańca w bok z łokcia. Lisica wcale nie była taka łatwa do ugłaskania, zwłaszcza kiedy groził jej mierzwieniem włosów na głowie. Chociaż szybko uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Ze wszystkich chłopaków na kuli ziemskiej on mógł to zrobić. Uwielbiała wpatrywać się w niego z charakterystycznym błyskiem w oku i szerokim uśmiechem. Sprawiał, że jej serce zaczynało bić coraz szybciej.
— Uważaj, bo gryzę, a nie połykam w całości — parsknęła, kręcąc głową. Totalnie rozbrajał ją. Wystarczyło jedno krótkie słowo, jedno uniesienie ciut wyżej kącika ust, a ona przepadała dla niego. Nawet nie zastanawiała się, kiedy go całowała. Naprawdę był niemożliwy. Ten krótki pocałunek sprawiał, że chciała poznać go jeszcze bardziej. Zarówno błazna, jak i prawdziwego Dallasa ukrytego wśród żartów, tego wrażliwego. Chciał pomagać innym, edukować ludzi w sprawie zwierząt. To spotkanie udowodniło jej tylko, że mogła w niego inwestować uczucia. Pragnęła, żeby mógł przy niej być, trzymać ją mocno za rękę i prowadzić przez życie. Może jej myśli nie wędrowały do wielkiego ślubu, ale powędrowały do kilku randek do przodu. Tak później ta heroiczna walka z szopem też miała swój urok. Była spanikowana, uratowała go, ale całkiem szczerze podziwiała go za jakikolwiek brak krzyków.
— Na pewno? Nie musisz zgrywać twardziela — dopytała, marszcząc delikatnie swoje brwi. Zmierzyła go wzrokiem i chwyciła za to ramię, by dociskać jeszcze mocniej. Nigdy nie chciała zostać lekarzem, leczenie ludzi było dla niej utrapieniem, ale... takiego przystojnego pacjenta naprawdę mogłaby mieć i zajmować się nim całymi dniami.
— Naprawdę jesteś niemożliwy — parsknęła pod nosem, kiedy tak uroczo skomentował rodzinkę małych szopków. Faktycznie mama-szop nie musiała się o niego martwić, bo ciągnęła go już w stronę taksówki. Szybko wsiadła, zapięła pasy.
— Niech pan już zamknie ryja! Człowiek krwawi! — warknęła na beznadziejnego taksówkarza, a sama zaraz chwyciła za przedramię, dodając tam kolejne chusteczki. Uniosła wzrok na jego twarz, czując oblewający ją rumieniec — Nie umrzesz, ale nie możesz zasnąć — powiedziała cichym głosem, uderzając go delikatnie dłonią w twarz — nie śpij, Dallas — mruknęła, chwytając go za niezranioną dłoń i splatając ich dłonie razem. Nerwowo tuptała nogą, kiedy jechali, a wystrzeliła, gdy się zatrzymali. Szybko wyszła z auta, a potem podała mu własną dłoń.
— Chodź, idziemy — znów splotła ich dłonie razem. Jeśli nie będą kiedyś razem, to znienawidzi szopy — dzień dobry, mojego chłopaka ugryzł szop — stwierdziła, nie zastanawiając się nad własnymi słowami. Liczyła, że cierpiący Dallas nie zwróci na jej słowa uwagi — potrzebuje szycia i zastrzyku w dupę na wściekliznę — powiedziała bez żadnego zastanowienia, a pielęgniarka jedynie krótko otworzyła usta i zaczęła wypytywać Jensena o najpotrzebniejsze dane. Później pokazała mu łóżku, na którym miał czekać na lekarza. Erza cały czas mocno trzymała go za niezranioną dłoń. Jej szopi bohater.
-
and this line ties me to this place
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
W Uberze ledwo kontaktował.Czuł pulsujący ból w ramieniu, ciepło krwi przesiąkającej kolejne chusteczki i ten dziwny stan pomiędzy przytomnością a totalnym odlotem. Głowa sama opadła mu na jej ramię. Przymknął oczy na sekundę, tylko na jedną krótką, ale zaraz poczuł jej dłoń na twarzy i usłyszał jej głos. Uśmiechnął się blado, ledwo unosząc kącik ust.- Ale ty ładnie pachniesz - wymamrotał, ledwo składając słowa. Sam nie wiedział, czy powiedział to wystarczająco głośno, ale miał to gdzieś. Po prostu lgnął do niej, jakby organizm sam wybrał sobie jedyną rzecz, której potrzebował bardziej niż tego cholernego opatrunku.
Kiedy dotarli do szpitala, był blady jak ściana i trochę zataczał się przy wysiadaniu, ale i tak od razu splotł z nią palce. Później usłyszał te słowa; ‘’Mojego chłopaka ugryzł szop.’’Przez moment był pewien, że to halucynuje. Spojrzał na nią zamroczonym wzrokiem, potem na pielęgniarkę, a potem znowu na nią, a na jego twarzy… mimo bólu, mimo krwi i mimo tego, że wyglądał pewnie jak chodzący trup… pojawił się tak szeroki, idiotycznie szczęśliwy uśmiech, że aż sam nie był w stanie go powstrzymać. Nie odezwał się od razu. Chyba tylko dlatego, że pielęgniarka zaczęła zasypywać go pytaniami, a on próbował sklejać własne imię, nazwisko i datę urodzenia bez brzmiącego jak idiota-chwilunia proszę pani, właśnie przetwarzam fakt, że ta dziewczyna właśnie nazwała mnie swoim chłopakiem.
Dopiero kiedy posadzili go na kozetce, odkazili ranę i ktoś bardzo brutalnie przypomniał mu, że szopy jednak nie są pluszakami, które można od tak przytulać, syknął przez zęby i odchylił głowę do tyłu.- O kurwa- wyrwało mu się odruchowo, gdy przemywali ugryzienie.- Dobra, jednak trochę boli. Tylko trochę. Minimalnie. Jakby mi ktoś próbował odgryźć rękę, ale jest elegancko. Pikuś.-Przy zastrzyku na wściekliznę zacisnął szczękę jeszcze mocniej, a potem parsknął cicho, patrząc gdzieś przed siebie. Nie wierzył, że pierwsza randka skonczy się zastrzykiem w dupę. No ale… We all need our firsts, eh?
Po wszystkim opatrzyli ranę, zabandażowali mu rękę i kazali poleżeć chwilę, bo stracił trochę za dużo krwi, żeby tak po prostu wypuścić go od razu. Dallas nie miał siły protestować. Oparł się wygodniej o poduszkę i na moment przymknął oczy. Dopiero po chwili, kiedy świat przestał mu wirować aż tak bardzo, spojrzał w dół. Erza wciąż ściskała jego dłoń. Na ten widok uśmiechnął się jak głupek. Typical. - Czyli co… - odezwał się w końcu trochę zachrypniętym głosem.- Muszę cię jeszcze zapytać, czy będziesz moją dziewczyną, czy to ugryzienie załatwiło już sprawę?- Uniósł lekko ich splecione dłonie, zerkając na nią z głupkowatym uśmiechem.- Bo wiesz, nie chcę wyjść na zbyt pewnego siebie… ale skoro już publicznie zostałem twoim chłopakiem, dostałem ten zastrzyk w dupsko… to głupio byłoby nie nazwać tego oficjalnie.
my gf
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Musiał pleść głupoty. Jej najtańszy perfum miałby ładnie pachnieć. Widocznie za mocno się wykrwawiał. Miała przecież brata, zdawała sobie sprawę z tego, w jaki sposób funkcjonował. Wystarczyło przeziębienie, a już umierał. Co dopiero musiał czuć facet, który został pogryziony przez uroczą, śmieciową pandę. W tym wszystkim był najbardziej uroczą osobą na świecie. Chciała móc się nim zaopiekować. Może dlatego kiedy opowiadała pielęgniarce, chlapnęła kilka słów za dużo. Tylko w sumie mogłaby być jego dziewczyną. Starał się dla niej, był racjonalny, posiadał w sobie wrażliwość, a teraz sprawił, że chciała móc się nim zaopiekować.
Cały czas mocno ściskała jego rękę, jakby od tego zależał cały świat. Nieważne, czy oczyszczali ranę, czy dawali mu wykład. Siedziała cała zmartwiona, bojąc się o utratę przez niego krwi. Może powinna przynieść mu coś słodkiego? Podobno czekolada dobrze działała na pobudzanie erytrocytów do pracy. Imponował jej spokojem. Oczyszczanie rany oraz jej zszywanie nie było najprzyjemniejszym zajęciem. Widocznie, jako sportowiec musiał siebie zahartować. Miał dobrą wytrzymałość, a przez jej głowę przeszła jedna, krótka, niebezpieczna myśl. Czy we wszystkim był aż tak wytrzymały?
— Spokojnie, jestem tu — powiedziała stanowczym tonem, zaciskając jeszcze mocniej własną dłoń na jego — na pewno to boli, ale dasz radę. Możesz ścisnąć mocniej moją — jej głos był spokojny, chciała okazać mu wsparcie. Cały czas delikatnie się uśmiechała — trzymam Cię, Dallas — i ani przez krótki moment nie miała zamiaru go puszczać. Chwyciła go mocno, jakby od tego zależało całe jego życie. Nie patrzyła ani przez moment na lekarzy, chciała okazać całe wsparcie jej szopikowi. Chociaż w trakcie zastrzyku odwróciła głowę. Za igłami dalej nie przepadała, do nich miała przekonać się dopiero w późniejszym okresie.
Siedziała na krzesełku obok jego łóżka. Tego dnia nie miała zamiaru zostawić go samego. Utrata krwi potrafiła być naprawdę niebezpieczna dla zdrowia. Siedziała w ciszy, a finalnie uniosła jego dłoń do własnego policzka. Zrobili wszystko, co mogli. Za to ona dalej się o niego martwiła, nie chciała, żeby cokolwiek mu się stało. Dopiero kiedy zaczął do niej mówić, puściła jego dłoń, a na jej twarzy wymalował się czerwony rumieniec. No tak, nazwała go własnym chłopakiem.
— A co miałam powiedzieć... — wymruczała lekko speszona. Byli na PIERWSZEJ randce, której ona nie chciała nazwać w ten sposób. A jednak, Dallas wydawał się jej niezwykle bliski — nie wpuściliby mnie do Ciebie i nie pozwolili trzymać Cię za rękę — dodała, próbując szukać usprawiedliwienia. Chciała zajmować się nim cały czas, mocno trzymać go przy sobie. Nabrała głębokiego oddechu, bo z kolejnymi jego słowami zaczynała rozumieć, że... chcieli tego samego i aż się szerzej uśmiechnęła.
— Możesz spytać — powiedziała, patrząc mu wprost do tych błękitnych tęczówek. Mogłaby w nich utonąć w jednym momencie — albo inaczej spytaj — odchrząknęła, patrząc na niego jeszcze badawczym wzrokiem. Nie potrafiła go rozgryźć. Robił sobie z niej jaja, czy jeszcze nie? — mam nadzieję tylko, że nie wyjdę na łatwą w twoich oczach — stwierdziła nerwowym tonem. Naprawdę tego chciał? Tylko musiał wiedzieć, że ona nie lubiła się dzielić.
-
and this line ties me to this place
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się do niej szeroko, czując, jak ścisnęła jego dłoń. Odpowiedział delikatnym uściskiem… nie chciał zrobić jej krzywdy, nawet w takim stanie.- Jesteś taka urocza - wymknęło mu się, po czym rozejrzał się po pielęgniarkach i lekarzach wokół.- Czy ona nie jest super urocza?- Kiedy tylko uśmiechnęli się, ale nie odpowiedzieli, zmarszczył brwi z niezadowoleniem.- No dalej, przyznajcie mi rację!- rzucił z udawaną groźbą. Ci tylko przytaknęli, mrucząc pod nosem i tłumiąc śmiech. Zadowolony Dallas zerknął na Erze.- Widzisz? Przyznali mi rację - uśmiechnął się nonszalancko, trochę jak rozpieszczony dzieciak, który dostał zabawkę, która wyczail w sklepie i dostał ja od rodziców po tym jak sterczał przy niej x czasu.
Kiedy już trochę dochodził do siebie, leżąc i odpoczywając z obandażowaną ręką, musiał zadać to pytanie. Bo przecież nic nie było bardziej oczywiste niż to, jak dobrze do siebie pasują… prawda? A może nawet nie o to chodziło. Bardziej o to, jak się przy niej czuł i miał nadzieję, że ona przy nim czuje to samo. Chciał, żeby była jego. Chciał zabierać ją na kolejne randki, spędzać z nią czas, patrzeć, jak uczy się do egzaminów, opiekować się nią. To uczucie rosło w nim z każdą chwilą.
Uniósł brew i parsknął na jej odpowiedź.- Nah, po prostu chciałaś się przyzwyczaić do tego, jak to jest nazywać się moją dziewczyną- rzucił, odrzucając wszelkie inne wyjaśnienia, bo jego miało przecież najwięcej sensu. Sięgnął dłonią po czekoladowy budyń, który kilka momentów wcześniej przyniosła mu pielęgniarka, dla osłody, uchylił wieczko i nabrał łyżeczkę, podsuwając go w jej stronę.- Dałbym ci kwiaty, ale te, które mignęły mi przed oczami chwilę temu, chyba były dla kogoś, kto… nie miał tyle szczęścia- podrapał się po głowie zdrową ręką.- Więc przyjmij ten budyń jako mały gest docenienia. - Zaśmiał się cicho.- Bardzo chciałbym być twoim chłopakiem. Obiecuję, że zawsze będę się o ciebie starał, tak jak do tej pory… jeśli tylko dasz mi szansę, Erzo Fernandes.- Uśmiechnął się szeroko, wysunął zdrową dłoń i pogładził ją po policzku. Potem powoli się wyprostował, przesunął dłoń wzdłuż jej szyi i ciała, aż objął ją w pasie i przyciągnął do siebie tak, że niemal na nim spoczęła.- Już cię nie wypuszczę.- mruknął cicho, chowając twarz w jej włosach. Tym razem nie było w tym ani grama żartu. Wiedział, że nie pozwoli jej odejść.
my sweet, sweet girl
-
Kochajmy się, a zwłaszcza bezdomne pieski
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie potrafiła wyjść ze zdziwienia. Zawstydzał ją praktycznie na każdym kroku. Ona mocno trzymała go za ręce, lekarze się nim zajmowali, a Dallas musiał pleść głupoty. Nawet nie była w stanie policzyć, który raz na jej policzkach pojawiły się rumieńce. To się po prostu stało samo. Zwłaszcza kiedy zaczął paplać trzy po trzy. Chociaż podobały się jego słowa, mocniej ścisnęła go za rękę, bo ile oni się znali? Raz na korytarzu, setki wymienionych wiadomości i teraz drugi raz. Jednak sprawiał, że jej serce się rozpuszczało. Chciała móc się z nim widzieć częściej, dłużej, a może... naprawdę chciała zostać jego dziewczyną?
— Dallas, nie zawstydzaj mnie — wymruczała, ściskając go mocniej za dłoń. Nie potrzebowała dodatkowej porcji rumieńców na twarzy. Twarz maskowała się z jej płomiennymi włosami — przepraszam za niego, gada głupoty przez to ugryzienie — stwierdziła, spoglądając po personelu medycznym i uśmiechając się przepraszająco — wścieklizna tak szybko nie działa, prawda? — wiedziała, że nie. Nie była głupia, znała wszystkie choroby odzwierzęce. Tylko próbowała rozluźnić całą atmosferę. Na szczęście długo nie musieli czekać, by zostać sami. Odetchnęła z ulgą. Byli sami, tyle jej wystarczało.
Prawda. Pasowali do siebie jak dwa puzzelki w piekielnie trudnej układance. Od razu było widać, że są dla siebie idealni. Ona też to czuła, bo wraz z każdym jego słowem przepadała dla niego coraz bardziej. Nawet teraz kiedy leżał na łóżku, chciała móc się do niego przytulić. Wszystko by mógł poczuć się lepiej i dalej miał ten zawadiacki uśmiech na twarzy. Naprawdę wpadła.
— Dallas — mruknęła lekko gorzkim tonem, kładąc sobie dłonie na policzkach. Nie mogła być bardziej rozpalona. Działał na nią, jak dobry narkotyk. Chciała go tylko więcej i nie mogła powstrzymać się od śmiechu, kiedy wręczał jej własny posiłek — daj spokój, budyń powinien wzmocnić Ciebie — wydukała pod nosem, trzymając budyń — otwórz usta, Dallas — nabrała odpowiednią ilość porcji na łyżeczkę — samolot leci — i tak poleciał samolot wprost do ust Jensena. Na jej twarzy wymalował się szeroki uśmiech. Uwielbiała go. Naprawdę.
Uśmiechnęła się szerzej, czując jego dłoń na policzku. Podniosła się wręcz instynktownie, przytulając się do niego mocno.
— To nie puszczaj — mocniej zacisnęła na nim uścisk. Naprawdę potrzebowała go w tej chwili przy sobie — bo jestem twoja, mój szopku — dodała, unosząc się na moment, by złożyć na jego ustach krótki, czuły pocałunek. Tak leżeli wtuleni w siebie jeszcze moment, aż... kazali zebrać się im do domu. Wchodzili tu jako dwójka osób na pierwszej randce, a wyszli jako para.