-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było już nawet sensu dyskutować z tym, czy byłby w stanie dać jej to, czego oczekiwała. W tym momencie i tak nie byłaby to dyskusja, która mogłaby doprowadzić do jakkolwiek satysfakcjonujących wniosków, czy chociażby jakichś ustaleń. Nie w tej sytuacji, nie pod wpływem emocji, wśród których nie sposób byłoby doszukać się tych pozytywnych.
– A później był przy tobie za każdym razem, kiedy coś się działo? – prychnął krótko, przypominając jej własne słowa. – Faktycznie, Ivy, zajebiście ci poszło. Musiałaś być bardzo przekonująca.
Jakie znaczenie miało to, co powiedziała tamtemu w tej konkretnej sytuacji – jeśli w ogóle naprawdę to zrobiła… – skoro już ostatnim razem dała do zrozumienia, że to nie był jednorazowy incydent? Raz już uwierzył w to, że mógłby coś źle zrozumieć lub dopowiedzieć sobie za wiele. A później całkiem szybko musiał dojść do wniosku, jak bardzo naiwne było to z jego strony.
Niemal autentycznie rozbawionym parsknięciem zareagował na jej deklarację, że chciała rozmawiać. Jeszcze wchodząc do mieszkania jej siostry faktycznie był w stanie w to uwierzyć, pewnie nawet podzielał jej chęć – w przeciwnym wypadku nie byłoby go przecież tutaj. Jeden jej wybuch wystarczył jednak, by uznać, że coś podobnego było po prostu niemożliwe i nie miało najmniejszych szans się udać. Być może z góry skazując na niepowodzenie wszystkie kolejne próby.
Może więc zawczasu lepiej byłoby odpuścić sobie również je…?
– Nie tylko na teraz – któreś z nich musiało to wreszcie powiedzieć na głos. Równie dobrze mógł to więc być on, chwilę przed tym jak wyszedł z mieszkania, by wrócić do tego znajdującego się piętro niżej.
/ zt
Ivy Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Im dłużej ta rozmowa trwała, tym miała wrażenie, że jej zakończenie będzie gorsze niż sama by się spodziewała. Czuła dreszcze przechodzące przez jej ciało, bo on jej nie słuchał. Po co miałaby do niego pisać? Po co chciałaby rozmawiać? W niej emocje też się gotowały, trudno było przyjść jej do porządku dziennego. To dla niego znalazła się w Toronto, to dla niego odnalazła się w tym miejscu, jego kochała, nawet jeśli... ktoś wkradł się niespostrzeżenie do jej serca. To dalej należało ono we większości do Levasseura, potrzebowała walki, próby zrozumienia, a on... znów obracał kota ogonem.
— Dante to był przypadek — zaczęła jeszcze raz. Praktycznie każde spotkanie z Charlim należało do przypadku, chciała się z nim przyjaźnić. Próbowała zatrzymać karuzelę, zanim zbyt mocno się zakręciła. Nawet jej własne słowa teraz do tego służyły — ma chorego ojca u nas na oddziale — dlatego się poznali, dlatego znaleźli się w McDonaldsie, dlatego byli razem w windzie — nic nie planowałam — z wyjątkiem nieszczęsnych ciasteczek, które chciała mu przynieść tylko z jednego powodu. Podziękowań za uspokojenie jej przy pożarze, cała kwestia przyjaźni przyszła naturalnie, bo chciała móc go poznać — i czemu przekręcasz moje własne słowa? — dopytała finalnie, tracąc jakiekolwiek resztki nadziei. Musiała wybuchnąć, bo nic nie wyglądało tak, jak powinno. Serce biło jej zdecydowanie szybko, zbyt niespokojnie. Nabrała do płuc powietrza. Tylko kiedy Dante zmierzał do końca, wiedziała, że tylko potwierdził jej słowa. Tylko to nie był koniec do kiedyś, a na zawsze.
— Dante — powiedziała łamiącym się tonem Ivy, bo liczyła na kłótnie życia, na uniesione głosy względem siebie nawzajem, a on krótko zakończył ich relację. Dzisiaj nie mogli rozmawiać, jutro pewnie też nie, zawsze działali na siebie w destrukcyjny sposób, ale nie spodziewała się... że w ogóle nie będzie walczył. Wystarczyło zamknięcie drzwi, a ona zaniosła się głośnym płaczem. Uspokoiła się, dopiero kiedy wzięła tabletkę. W takim stanie też trafiła na pierwszy dyżur.