36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

Poranek nad Toronto był blady i nieprzekonany — światło przeciskało się przez chmury bez większego entuzjazmu, jakby samo miasto jeszcze nie zdecydowało, czy chce się obudzić po tej nocy.
A noc była ciężka.
Nie dla miasta.
Dla niej.
Biuro Nilsinger opustoszało już dawno po północy. Światła na piętrze gasły jedno po drugim, aż w końcu została tylko ona — pochylona nad stołem, otoczona rozłożonymi planami, kubkami po kawie i cieniem własnych decyzji. Godziny przestały mieć znaczenie gdzieś między kolejną iteracją osiemdziesiątego piętra a momentem, w którym zaczęła ingerować w kolejne pięć wyżej, jakby próbowała wyprzedzić każdy możliwy błąd, zanim ten zdąży zaistnieć.
To nie była już praca. To było gaszenie pożaru, którego nie powinna była nawet widzieć.
Pomarańczowe światło monitora rzucało jej wyzwanie, podkreślając poprawki nanoszone z niemal chirurgiczną precyzją na aktualny projekt w programie. Palce bolały od ciągłego nacisku, kark zesztywniał, a myśli — zamiast się porządkować — zaczęły nakładać się na siebie jak źle zaprojektowane kondygnacje. Nie spała ani minuty. Kiedy wychodziła z biura, miasto dopiero zaczynało się poruszać. Pierwsze tramwaje, pojedyncze światła w oknach, zimne powietrze, które uderzyło ją w twarz i na moment wyczyściło głowę. Na krótko.
Teraz stała przed domem Kilroy — dokładnie w tym samym ubraniu, co wieczorem. Płaszcz nosił ślady długiego siedzenia, włosy były przeczesane umownie, jakby zrobiła to mechanicznie gdzieś między jednym planem a drugim. Zmęczenie widoczne nie w samej twarzy, ale w sposobie, w jaki
stała — zbyt nieruchomo, zbyt oszczędnie, ady drzwi się otworzyły, nie próbowała niczego maskować. Weszła do środka, pozwalając, by zimne powietrze przecięło przedsionek, zanim drzwi zamknęły się za jej plecami. Zatrzymała się kilka kroków dalej. Postawiła aktówkę przy ścianie — ciężej, niż zamierzała.
Wiem, która jest godzina — odpowiedziała cicho, bez zaczepności. Głos miała niższy, szorstki od niewyspania. — Dlatego jestem teraz. — Otworzyła aktówkę. Ruchy były precyzyjne, ale wyraźnie sztywne — jakby wykonywała je siłą przyzwyczajenia, nie energii. Wyciągnęła teczki i wcisnęła je pod ramię, dźwigając je po znajomej trasie — do kuchni. Było ich aż pięć, każda opatrzona dopiskiem „wersja 1, 2, 3…”. — Nowy Jork się obudził — rzuciła krótko. — I nie podoba im się, co zobaczyli. Greene przeszarżował. Albo cofają go z projektu razem z finansowaniem… albo domykamy to na miejscu. — Wzięła krótki oddech. — Wybrali drugą opcję. — Zerknęła na zegarek pod rękawem płaszcza i skrzywiła się wyraźnie. — Mam samolot za pięć godzin. — Dopiero wtedy spojrzała na nią uważniej. Na tę nienaturalną prostotę sylwetki. Na napięcie, które nie miało nic wspólnego z dumą. Na ortezę. Zatrzymała wzrok o sekundę za długo. — …czyli jednak. — Bez triumfu. Bez satysfakcji. Raczej jak ktoś, kto odhacza w myślach coś, co już wcześniej policzył. Odwróciła wzrok. — Przepraszam. — krótko — Za wczoraj. — Przecież, że nie za uratowanie życia! Palce zacisnęły się lekko na krawędzi Wersji 5. — To nie była moja rola. — Nie tłumaczyła się dalej. Zabrała ręce od papierów i cofnęła pół kroku. — Dokumentacja jest kompletna — skinęła głową w stronę teczek. — Osiemdziesiąte piętro i pięć wyżej. Z naniesionymi zmianami na światłowody. Trzymaj to u siebie. Nie w biurze. Na wypadek, gdyby Thomas uznał, że chce jeszcze coś poprawić. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem… wrócę jutro wieczorem. Może pojutrze. — Spojrzała na nią jeszcze raz. Krótko. Uważnie. Odpuściła. Bojowy duch musiał się oszczędzać na popołudnie w Nowym Jorku. — Dobranoc, Kilroy.
Jakby noc jeszcze się nie skończyła. Ruszyła po aktówkę w przedsionku.

Niamh R. Kilroy
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
35 y/o
For good luck!
167 cm
landscape architect in her own office
Awatar użytkownika
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy tylko Inari zmierzyła w stronę kuchni, Kilroy ruszyła za nią, ignorując fakt, że jej obecny strój drastycznie odbiegał od standardów biznesowej etykiety. Szła boso po zimnej podłodze, a jedwabna koszula nocna ledwie sięgała jej połowy ud. Gdy oparła się o kamienny blat jednej z kuchennych szafek, materiał podciągnął się jeszcze wyżej, odsłaniając zgrabne nogi. Nie było to celowym zabiegiem. Po prostu we własnym domu nie czuła potrzeby, by pilnować każdego centymetra materiału, bo teraz liczyło się tylko to, co architektka miała do powiedzenia.
Słuchała raportu o Nowym Jorku z kamienną twarzą, podczas gdy jej umysł - mimo wycieńczenia -pracował na najwyższych obrotach. Greene, wstrzymane finansowanie, krytyczny termin - każda z tych informacji trafiała na odpowiednią półkę, natychmiast budując strategię obrony. Kiedy Inari wspomniała o swoim nagłym wyjeździe i rzuciła krótkie przeprosiny za wczoraj, Niamh jedynie zmrużyła oczy, przyjmując ten gest z chłodnym dystansem.
- Pięć wersji w jedną noc. Imponujące tempo, nawet jak na ciebie - rzuciła, a w jej głosie pojawił się pewnego rodzaju podziw, który szybko zatuszowała głośnym kaszlnięciem. Oderwała się od wysokiego blatu i podeszła bliżej teczek, kładąc dłoń na Wersji 5. - Dobrze, że Nowy Jork zareagował tak szybko. Na tym etapie przyniosłoby to im zbyt wielkie straty, dlatego wcale mnie nie dziwi, że chcą negocjować - przyznała, doskonale wiedząc, że gdyby wybór padł na pierwszą opcję, zarząd wykazałby się skrajną krótkowzrocznością, graniczącą z finansowym samobójstwem.
Gdy Nilsinger opuściła kuchnię, odprowadziła ją wzrokiem, dokładnie analizując wszystkie informacje, jakie przekazała jej kobieta. Nie wiedziała, na ile tak naprawdę może jej ufać, doskonale pamiętając, że ich wspólna przeszłość była usiana momentami, w których Inari z czystą, niemal artystyczną satysfakcją blokowała jej najbardziej dochodowe projekty. Kilroy nie zamierzała pozwolić, by tym razem stało się podobnie - musiała osobiście trzymać rękę na pulsie. Pospiesznym krokiem udała się wprost do drzwi wejściowych, gdzie w ostatniej chwili, zdrową dłonią chwyciła Inari za nadgarstek, fizycznie powstrzymując ją od wyjścia. Przez ułamek sekundy trzymała ją mocno, czując puls architektki pod palcami, ale niemal natychmiast zdała sobie sprawę z braku profesjonalizmu tego odruchu. Cofnęła dłoń gwałtownie, jakby sparzył ją dotyk, i wyprostowała się, maskując chwilowe zmieszanie lodowatym spojrzeniem.
- Zmień rezerwację. Lecimy razem - zadecydowała głosem nieznającym sprzeciwu. - To nasz wspólny projekt i wspólnie go domkniemy. Nie będę siedzieć w Toronto i czekać na raporty, podczas gdy w Nowym Jorku będzie decydować o losach mojego przedsięwzięcia i systemach światłowodowych - zerknęła na wiszący na jednej ze ścian zegar, po czym ponownie spojrzała na twarz kobiety. - Pięć godzin wystarczy ci na ogarnięcie własnej osoby i powrót tutaj? - upewniła się, bo w jej odczuciu podróżowanie dwoma samochodami nie miało najmniejszego sensu. Poza tym ona sama zmuszona byłaby do wynajęcia taksówki, bo prowadzenia z usztywnionym barkiem nawet nie brała pod uwagę. - Jeśli to nie jest wystarczający czas... - zaczęła, czując lekkie drętwienie na karku, jak zawsze, gdy musiała wyjść poza sferę czystego profesjonalizmu i własnego komfortu. - Możesz skorzystać z łazienki dla gości. I moich ubrań. Powinnyśmy mieć podobny rozmiar - odchrząknęła cicho, odwracając na moment wzrok w stronę kuchni. - W międzyczasie przygotuję śniadanie dla nas i dla Ronnie. Tym sposobem unikniemy niepotrzebnego stresu w drodze na lotnisko - rzuciła, uważnie przyglądając się kobiecie.
Propozycja wspólnego posiłku i pożyczenia ubrań wywołała u niej nagłe ukłucie dyskomfortu, drastycznie naruszając skrzętnie budowany mur profesjonalnej izolacji. Mimo to chłodna logika biznesowa szybko stłumiła ten opór - uznała, że maksymalizacja czasu na przygotowania jest jedynym rozsądnym wyjściem, jeśli za kilka godzin mają stanąć w Nowym Jorku w pełnej gotowości.

Inari Nilsinger
mashedpotato
posty w pierwszej osobie
ODPOWIEDZ

Wróć do „#5”