-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kącik ust drgnął jej lekko, bo cóż… trudno było nie zauważyć. I rozumiała, naprawdę rozumiała. A przynajmniej starała się i dlatego też wreszcie – po raz pierwszy od bardzo dawna – ugryzła się w język. Nie zamierzała dolewać oliwy do ognia. Nie zamierzała się z nim droczyć, nie zamierzała się szczególnie mocno wyzłośliwiać… nie zdarzało się to często w towarzystwie Joela, jakby złośliwości były częścią tego u k ł a d u, ale tym razem trzymała to na wodzy. Wolała załagodzić sytuację zamiast go prowokować. Może to był błąd. Może była zbyt łagodna, ale jednocześnie… taka po prostu była.
Podniosła wzrok od telefonu, gdy zapewnił ją, że płaci. Zacisnęła wargi i przez moment wyglądała jakby bardzo chciała coś powiedzieć. Niesamowite czasy, w których było to aż tak istotne… kto zapłaci za cholerną pizzę. Czy zamierzała brać za nią od niego pieniądze? Nie. Bo to ona ją zaproponowała, ona zamówiła i bez najmniejszego problemu zapłaciła, gdy dotarła do tego etapu w aplikacji – Może nie jestem jeszcze graczem NBA… – kącik ust drgnął jej w rozbawieniu, bo to jeszcze było tutaj bardzo nie na miejscu – Ani nawet gwiazdą telewizji. – chociaż to już prędzej! – Ale jestem w stanie zamówić pizzę. Będziesz mógł się najwyżej tłumaczyć trenerowi, że to nie ty… że to ta panna, która była u ciebie w domu. Zmusiła cię do pochłonięcia tych wszystkich niezdrowych kalorii – nieprzerwanie sobie żartowała, jednocześnie kończąc składanie zamówienia i odrzucając telefon na bok – Plus może jak przytyjesz… nie będziesz tak seksowny, a ja będę miała w sobie trochę więcej siły, żeby tak łatwo nie zrzucać przed tobą ubrań. Wtedy też więcej nic nie przypalisz. Można więc śmiało stwierdzić, że naprawdę może nas uratować tylko ta pizza. – przez ułamek sekundy brzmiała jakby mówiła poważnie, ale zaraz się zaśmiała, kręcąc lekko głową, bo to było idiotyczne. Miała nadzieję, że pizza uratuje chociaż dzisiejszy wieczór… niczego więcej od niej nie oczekiwała.
- I możemy przenieść się do salonu. – potwierdziła, zsuwając się z blatu – I w innej sytuacji może faktycznie byś mi tego nie proponował… ale jesteśmy w tej i może to dobry pomysł. – i to wcale nie dlatego, że było jej zimno, ale dlatego, że faktycznie sytuacja była jaka była. Chociaż uwielbiała chodzić w jego koszulach, które i tak sięgały jej daleko za pośladki i były dłuższe niż niektóre sukienki, które miała w szafie – tym razem poczuła się w niej odrobinę zbyt nago. Dlatego zgarnęła sukienkę z podłogi – Zaraz wracam. – zostawiła go na moment, żeby zniknąć za drzwiami łazienki i doprowadzić się do porządku. Założyć sukienkę, poprawić włosy w nieładnie i pozbyć się reszty rozmazanej pomadki. Tak… musiała się doprowadzić do porządku i przy okazji dać sobie chwilę lub dwie na zebranie myśli. Tylko tyle! – Mieliśmy zaplanowane jeszcze jakieś atrakcje na dzisiaj? – rzuciła swobodnie jak już wyszła z łazienki i wróciła do salonu, oddając mu koszulę – Też się ubierz.
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Absolutnie nie sugerowałem, że nie stać cię na pizzę Love… - westchnął i popatrzył na nią wzrokiem, jakby powiedziała jakąś totalną głupotę. - Po prostu jesteś moim gościem. Następnym razem ty mnie zaprosisz i wtedy ty będziesz płacić - dodał, nawet nie będąc świadomym, że płatność już i tak poszła. Cóż, z drugiej strony nie zamierzał się z nią o to bić. - A z tym graniem w NBA… Nic nie słyszałem o tym, żeby planowali utworzyć ligę dla liliputów - uśmiechnął się kącikiem ust, nie mogąc sobie darować tej drobnej, ale nieszkodliwej uszczypliwości. Podobało mu się przecież to, że była taka malutka i drobniutka. Być może wyglądała przy nim jak karzełek, ale za to mógł ją sobie podnosić i przenosić bez najmniejszego wysiłku, bo jej gabaryty nic dla niego nie ważyły.
Wysłuchał tłumaczenia, jak pizza może ich uratować i uśmiechnął się łagodnie.
- Sugerujesz, że jeśli przytyje, to przestanę ci się podobać? - złapał ją za słówko, mrużąc przy tym lekko oczy. Nawet jeśli, to nie musiała się o to martwić, bo przy jego aktualnym trybie życia i ilości treningów, nawet taka tłusta pizza nie była w stanie mu zagrozić. Cóż, jutro wróci na katering, a wchłonięte kalorie zgubi jakimś porządnym kardio i po problemie.
Zaraz przenieśli się do salonu, a Joel uchylił okno i zerknął przez ramię na Love, która poszła do łazienki. Następnie podszedł do kanapy i ciężko na niej usiadł, wzdychając. Potarł dłońmi twarz i przeczesał palcami ciemne włosy, zaraz odchylając głowę do tyłu i pozwalając jej swobodnie opaść na oparcie. Wyjął z kieszeni spodni telefon i przez wykorzystał chwilę, by sprawdzić powiadomienia, aż Love ponownie zawitała w salonie. Wtedy zablokował urządzenie i odrzucił je na kanapę obok, swoją uwagę na nowo skupiając na Roderick.
- Myślałem, że weźmiesz sobie jakąś moją bluzę - skomentował, bo choć jej sukienka była ładna, to był niemalże pewien, że w jego bluzie wyglądałaby równie dobrze. Do tego te zmierzwione włosy i lekko rozmazany makijaż… Tak, abolutnie mu nie przeszkadzały i naprawdę nie potrzebnie to poprawiała. - Ciepło mi. Emocje mnie grzeją. Chyba, że przeszkadza ci mój brak koszuli? - zapytał, lekko przekrzywiając głowę. Nawet mu się nie chciało już jej zakładać.
- Karaoke i oglądanie filmów o teoriach spiskowych - odpowiedział, ale zaraz na jego twarzy pojawił się uśmiech sugerujący, że tylko sobie żartuje. Poklepał miejsce na kanapie obok siebie, a gdy Love podeszła bliżej, owinął ją ramieniem w talii i pociągnął w swoją stronę, prosto na miękką kanapę. - Mieliśmy jeść kolację, pić drogie wino i patrzeć sobie w oczy. Ale jak już wiesz, kolacja się spaliła, więc zostało picie drogiego wina i patrzenie sobie w oczy. W oczekiwaniu na pizze oczywiście, bo im dłużej o niej myślę, to robię się bardziej głodny. A ty? Jaką sobie wzięłaś?
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
- To najnowsza moda, naprawdę… Świat wreszcie uznał, że to niesprawiedliwie, że koszykówka jest tylko dla was wysokich, że to dyskryminuje sporą część społeczeństwa. Więc tak, teraz będzie czas kurdupli. - rzuciła jakby to była najbardziej oczywista z oczywistych rzeczy i wyszczerzyła kły w szerokim uśmiechu, bo przecież była to oczywista ściema. Nawet jeśli faktycznie kurduple byli dyskryminowani w świecie koszykówki i na dobrą sprawę ktoś pokroju Love nawet nie wiedział, czy potrafił rzucić piłką do kosza. Tak bardzo tego nie sprawdzała wychodząc z założenia, że jest za niska - I przestaniesz podobać to za daleko idące wnioski - rzuciła rozbawiona - Ale brak tego… - machnęła dłonią w kierunku jego odsłoniętej klatki piersiowej mając na myśli jego to jak wyglądał - Pewnie wielu dodałoby zdrowego rozsądku. Przyznaje się bez bicia, że byłabym jedną z nich. - zaśmiała się, bo oczywiście, że nie przestałby jej się podobać, oczywiście że nadal chciałaby utrzymywać ich mało sprecyzowaną relacje, ale pewnie byłoby jej łatwiej mu nie ulegać. Może wtedy ta niesprecyzowana relacja nabrałaby rąk i nóg, albo ogólnego kształtu, bo fizyczność nie odbierałaby im rozumu. No cóż… była jednak świadoma, że to nie nastąpi. I chyba właśnie ta jedna przelotna myśl… to że jest zbyt łatwa (w każdym tego słowa znaczeniu) sprawiło, że się ubrała, że dała sobie tą krótką chwilę na ochłonięcie.
- Brzmisz jakbyś był rozczarowany, że tego nie zrobiłam. - kącik ust drgnął jej rozbawieniu, bo sama uważała, że zrobiła dobrze! A Joel… Joel mógł być bardziej precyzyjny jeśli liczył na konkretny efekt, tak… musiała być stanowcza! Bardzo. Tak bardzo, że bez najmniejszego protestu przybliżyła się do chłopaka siedzącego na kanapie i dała się na nią wciągnąć - Oczywiście, że mi nie przeszkadza… raczej… byłam przekonana, że emocje nie tylko Cię grzeją, ale też na amen zepsuły atmosferę. - wzruszyła ramionami, bo to też nie oznaczało nic złego. Było jak było, prawda! Miło jednak, że chociaż częściowo się myliła, a dystans między nimi został znowu praktycznie zlikwidowany - Pepperoni, oczywiście. Jedyną słuszną, jestem prostą dziewczyną. Która jednak nie ma nic przeciwko piciu drogiego wina - dodała żartobliwie, przybliżając się i muskając wargami męski policzek - To patrzenie sobie w oczy mnie trochę przeraża, więc… jaka jest twoja ulubiona teoria spiskowa? - dodała pół żartem, pół serio, poprawiła się na kanapie i wbiła wzrok w Joela, nawet jeśli patrzenie sobie w oczy ją przerażało!
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- A więc jednak… - złapał się obiema dłońmi za serce, a na jego twarz wskoczył udawany grymas bólu. - A ja się głupi łudziłem, że liczy się moje wnętrze, a nie moja klata - zrobił smutną minkę, ale tylko na chwilę. Zaraz skończył swój teatrzyk i westchnął, spoglądając na Love z uśmiechem. - Co? Charakter to akurat mam paskudny? To sobie pomyślałaś? - szturchnął ją zaczepnie łokciem. Był tego absolutnie świadomy. Nie był łatwy w obejściu i czasami naprawdę się dziwił, jak Love daje radę z nim wytrzymać.
Może właśnie tak jak teraz? Może częściej dawała sobie chwile na ochłonięcie, choć Joel tego nie zauważał? Zauważył na pewno, że jest ubrana tak, jak na początku, co już było sukcesem samym w sobie.
- Trochę jestem - przyznał. - Wyglądałabyś uroczo w mojej bluzie - pewnie by w niej utonęła, ale still, byłoby to urocze. A jeszcze gdyby to była tylko bluza, bez niczego pod spodem… Myśli Joela niebezpiecznie zaczęły zbaczać w tamtym kierunku, więc nieznacznie potrząsnął głową i zaraz wyciągnął łapy do Love, by wciągnąć ją na kanapę.
- Taaak, trochę zepsuły, przyznaję - przytaknął, bo kłamanie w tej kwestii było bezsensowne. Obydwoje doskonale widzieli jak jest.
Objął brunetkę ramieniem i zaraz kącik jego ust powędrował w górę, trochę przez słowa o prostej dziewczynie lubiącej drogie wino, a trochę przez buziaka.
- Skoro tak, to pozwól, że ci doleję - zaoferował się i sięgnął po butelkę, by napełnić stojące na stoliku kieliszki. Rozlał resztę zawartości, pi razy oko po równo i podał Roderick jeden z kieliszków. Ze swojego upił natomiast niewielkiego łyka i oparł się bokiem o oparcie kanapy, wlepiając w Love swoje ciemne oczy, które zdążyły już złagodnieć po akcji z żeberkami.
- Oho! Wchodzimy na grząski grunt. Dobrze, że mam w lodówce więcej wina - zaśmiał się, gdy kobieta podłapała jego słowa o teoriach spiskowych. - Żeby nie było, nie jestem foliarzem - zastrzegł, unosząc palec do góry. - Ulubionej chyba nie mam, ale jest dużo ciekawych. Kiedyś, jak byłem nastolatkiem, to w telewizji leciał taki program o starożytnych kosmitach. Słyszałaś o tym? Że jakaś cywilizacja poza ziemska wybudowała piramidy w Egipcie i tak dalej… Pamiętam, że mega mnie to wtedy wciągnęło - przystawił kieliszek do ust i trochę z niego upił. - A twoja?
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kącik ust drgnął jej w rozbawieniu widząc jego teatralną reakcję i na moment, w którym złapał się za serce – Mówisz tak, jakbyś spotykał się ze mną dla mojego fantastycznego wnętrza. – odbiła piłeczkę, ale w jej głosie nie było ani grama żalu, czy pretensji. Cóż… była świadoma, że ich relacja ma bardzo specyficzny charakter, a same uczucia są mocno zagmatwane. I żadne z nich nie zrobiło nic, żeby to zmienić, więc było jak było. Na szczęście mogli sobie jeszcze z tego pożartować.
- Wiem… ale może innym razem? Będziesz miał okazję jeszcze mnie zaprosić, ale następnym razem spróbuj zamiast przypalić kolację to ją na mnie wylać. Wtedy będę musiała się przebrać i zostanie mi tylko twoja bluza. Widzisz? Trzeba myśleć. – nawet popukała się w skroń, żeby podkreślić jak doskonały był to pomysł, chociaż oczywiście w całości był żartem. Trochę na poprawę tej atmosfery, która ewidentnie siadła, a on na szczęście nie próbował temu zaprzeczać. Wtedy chyba musiałaby się obrazić, że robi z niej idiotkę, bo no… no to było ewidentne. A ona po prostu chciała spróbować to chociaż w minimalnym stopniu naprawić. Albo przynajmniej opanować! Cóż… pozostało gaszenie pożaru, jakkolwiek adekwatnie by nie brzmiało.
Natomiast dobrze brzmiała dolewka, więc Love się przed tym nie broniła i wzięła od niego kieliszek, od razu upijając z niego niewielki łyk alkoholu.
- Czy nim nie jesteś to jeszcze ocenimy. – zaśmiała się, podwinęła nogi do góry, siadając wygodniej na kanapie i wbijając spojrzenie w chłopaka siedzącego obok. I bardzo, bardzo starała się nie śmiać – Czyli twierdzisz, że piramidy wybudowali kosmici… w jakimś filmie twierdzili, że superbohaterowie, nie? Chociaż oni chyba też byli trochę kosmitami? – wspomniała jeden z gorszych tworów ze stajni Marvela, upijając kolejny łyk alkoholu, jednocześnie zastanawiając się nad swoją ulubioną teorią spiskową – Chyba gołębie. – zdecydowała w końcu i wyszczerzyła kły w szerokim uśmiechu – Gołębie to tak naprawdę rządowe drony. Podsłuchują i obserwują. No bo popatrz… widziałeś kiedyś młodego gołębia?! – rzuciła starając się zachować całkowitą powagę, absolutną… nawet pokiwała głową z pełnym przekonaniem, że tak właśnie było, a te dachowe zasrańce były narzędziem rządowej inwigilacji.
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- W takim razie następnym razem będzie zupa. Tylko pamiętaj, żeby się na mnie nie złościć, bo sama podsunęłaś mi ten pomysł - ciężko byłoby wylać na nią żeberka. Właściwie, to wolałby nic na nią nie wylewać. Nie chciał jej chyba nawet niczego sugerować. Wolał, żeby po prostu sama sięgnęła po jego bluzę tak samo, jak zrobiła z koszulą,
Parsknął śmiechem, gdy Love stwierdziła, że jego nie bycie foliarzem trzeba będzie zweryfikować. Póki co nie mieli jeszcze na głowach czapeczek z aluminium, więc chyba nie było z nim tak źle. Albo dobrze to kamuflował…
- Nie, nie, ja tak nie twierdzę - pokręcił głową. - Ale gdy tak się nad tym zastanawiam, to nie mogę pojąć, jak w tamtych czasach wciągali te wielkie bloki kamienne na górę. No i te wszystkie zagwozdki matematyczne. O, wiedziałaś na przykład, że krawędzie podstaw piramid są idealnie równoległe względem południków i równoleżników? Niezły wyczyn jak na lud sprzed czterech i pół tysiąca lat. Albo da się narysować idealny okrąg prowadząc linię przez wierzchołki piramid. Pojebane, nie? - już wielu ciekawostek nie pamiętał, bo był tego ogrom. Podświadomie wiedział, że gdyby trochę się postarać, to takie teorie można by przypisać wszystkim budowlom, ale w tym Egipcie było coś szczególnie fascynującego.
- Gołębie? - uniósł brew. - Coś w tym może być… Tylko co takiego podpadłem tym na górze, że zawsze srają na mój samochód? - zapytał, śladami Love zachowując całkowitą powagę. Srały nie tylko na jego, to fakt, ale i tak miał nieodparte wrażenie, że ze wszystkich samochodów stojących na ulicy, akurat jego wydawał im się najciekawszy. Ehh!
Znowu przystawił kieliszek do ust i patrząc Love w oczy, upił łyka. Zaraz odsunął go od twarzy i popatrzył na ciemną ciecz z uznaniem.
- Dobre to wino... Smakuje ci? Nie byłem pewien jakie lubisz, więc wybrałem po prostu takie, jakie pasowało do kolacji - skrzywił się lekko na samo wspomnienie o spalonych żeberkach. - Ale wiesz, wszelkie sugestie mile widziane. Na przyszłość.
Love Roderick