Pierwsze doświadczenie śniegu było dla Milo równie wielkim zderzeniem z nieznanym jak... pierwsze prawdziwe zauroczenie, choć wedle definicji – jednej z wielu, w jakich zaczytywał się mniej więcej od dwóch miesięcy – minęło za dużo czasu by zakładać, że to coś błahego.
Przejściowa fascynacja w przypadku zwyczajnego nastoletniego crusha (którą on przeżywał ze znacznym opóźnieniem, jak wiele innych młodzieńczych fenomenów) powinna mieć charakter sezonowego kataru i zniknąć po paru tygodniach bez śladu (ewentualnie po kilku sesjach sam na sam pod parnym prysznicem). Problem polegał na tym, że Rivera bardzo skrupulatnie analizował wszelakie nowości, czy to w zakresie technologicznym czy w obrębie własnego neuroróżnorodnego jestestwa i dostawał gorączki w każdym kolorze tęczy, kiedy coś wymykało się poza jego sztywne ramy poznawcze. I poza definicje.
Najpierw spróbował standardowo. Zauważył obcy, pracujący w tle proces i postanowił najpierw prześledzić jego działanie od źródła aż do samego końca. Sprawdził na jakiej partycji się zagnieździł (wyglądało na to, że tej od serca, psia go mać) i kiedy pojął, że pozbycie się tego
szkodnika nie będzie tak proste jak zakładał, przez kilka dni nie potrafił myśleć o niczym innym jak o tym, że pozwolił czemuś niezauważenie tak się rozplenić we własnym ogródku.
Potem rozpoczęła się chaotyczna akcja zbierania informacji. Istniały przecież setki jak nie tysiące for, na których można było znaleźć lepsze lub gorsze porady, metody przepędzenia dziadostwa w diabły i przywrócenia systemu do ustawień fabrycznych. I w zasadzie owszem, wyglądało na to, że nie należało nadto się przejmować i rzecz miała rozwiązać się sama, dlatego Milo znajdując potwierdzenie w absolutnie godnym zaufania wpisie użytkownika o pełnym estymy nicku
TrueLove_Expert69 po prostu olał temat i udawał, że nic się nie stało.
Parę tygodni eksperyment wybuchł mu prosto w twarz, gdy Dylan zaprosił go z resztą znajomych na mecz i mało brakowało, a Rivera dostałby ataku astmy widząc go bez koszulki.
No kurwa, miało wyjść inaczej.
一 Mhmm 一 zamruczał melodyjnie prosto w eter, między śnieżynki i w noc. Obłoczek pary uniósł się i rozmył w powietrzu, a Milo na krótki moment przymknął oczy. Wiedział, że Gauthier dopiero co padł w stertę tych samych liści i szybko z nich nie wstanie. Na pół ślepo wyciągnął rękę w jego kierunku, zaczerwienioną od chłodu na kostkach, z perlącymi się, pobliźnionymi śladami w miejscach, w których niezbyt ostrożnie obchodził się z nożem albo grzebał na chybił trafił pod maską Klekota, oraz jednym nowym oparzeniem na grzbiecie z boku – i w ramach akceptacji tej obietnicy, Milo ścisnął mały palec Dylana swoim, choć musiał wycelować po raz drugi. Za pierwszym chybił.
一 Nigdy 一 odpowiedział prosto, krótko i wciąż przyciszonym głosem. Miał wrażenie, że Dylan chyba go obserwuje, ale nie poruszył się ani o cal, zafascynowany coraz większymi zbitkami płatków śniegu. 一 No i nic. To znaczy, nie tak, że nic-nic, że wcale nic nie robimy. Mamy choinkę i ten... i jest indyk i poncz. Czasami piñata i... no i w ogóle 一 uciął płasko, bo był o krok od palnięcia, że skąd ma wiedzieć. Wiedział jak święta obchodzone są w ich rodzimych stronach w teorii, co nieco podłapał od Estelli, ale jego dziecięce wspomnienia pełne były przekłamań i elementów, jakie nie należały do oficjalnego kanonu świąt Bożego Narodzenia. Chociażby zabawa pod tytułem: „Kto zwinął najlepszy prezent z centrum handlowego“, „Raz-Dwa-Trzy! Stara Penelopa patrzy! (I rzuca cegłami w każdego, kto przechodzi pod jej oknem“ oraz „Obudź ojca, a w tym roku ty będziesz piñatą“.
Skrzywił się zaraz, mruknął coś na temat śniegu dostającego się za kołnierz i wiercąc się jakby wcale nie leżał na stercie liści a kopcu igieł sosnowych, Milo zaczął wygrzebywać się do siadu. Dylan najwyraźniej też nie miał już ochoty leżeć i pewnie marzył o pizzy, bo zanim Rivera zdążył się wyprostować zauważył rękę wyciągniętą w swoim kierunku.
一 Dzięki. Super ten wasz śnieg, tylko cholernie śliski 一 podsumował też jakoś bezbarwnie. Dopiero parę metrów dalej, jak przeszli kawałek co raz wierzgając na lodzie i klnąc pod nosem, Milo wsunął wolną dłoń do kieszeni i wymacał palcami szklaną kulkę. Wtedy trochę mu przeszło.
❁❁❁
一 Pizza jest w lodówce gdzieś... znajdziesz. I uważaj, bo w salonie powinna być opętana roomba, której jeszcze nie ogarnąłem i ASAP też się kręci. Nie wiem gdzie jest, w sumie... ASAP!
Milo musiał wyglądać przynajmniej na częściowo niepoczytalnego, kiedy w jednym przemoczonym trampku i rozmokłej skarpetce na drugiej stopie starał się nawigować Dylanem na chybił trafił.
W salonie rzeczywiście bezcelowo kręciła się roomba, ale nie wciągała żadnych paprochów i tylko wydawała dziwne, buczące dźwięki ilekroć zbliżała się do jakiegoś mebla lub krawędzi. O wiele ciekawszym eksponatem był robot, który wyjechał z pogrążonej w ciemnościach kuchni, aktywował wyświetlacz i na malutkim ekranie pojawiła się rozpikselizowana kocia mordka.
一 ASAP, tea please. Nie, ASAP, STOP! Kurwa, zapomniałem, że trzeba dać mu kubek. Możesz? Potem powiedz mu... no, jak postawisz tam gdzie kratka ociekowa, powiedz... to samo mu powiedz. Idę pod prysznic, ugość się.
Chlap.
Ciężka od wilgoci bluza pacnęła głośno o kafelki w przedpokoju, a Milo nawet nie patrząc czy Dylan nie grzebie tam, gdzie nie powinien wtykać rąk, poszedł szukać sobie czegoś na zmianę w pokoju.
Dylan Gauthier