ODPOWIEDZ
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaskakujące było to, jak prosta mogła być sytuacja, gdy nie było w niej już żadnych niedopowiedzeń, domysłów i niepewności. Wciąż na pewno nie na tyle, by tak po prostu przejść ponad nią do porządku dziennego. I nie na tyle, by móc spędzić wieczór bezczynnie pośród czterech ścian – zbyt cichych i spokojnych, nawet mimo kręcącego się po mieszkaniu psa.
Tym razem jednak nie była to potrzeba odcinania się – od natłoku myśli, minionej kłótni, czy czegokolwiek innego, od czego miałby chcieć choćby chwilowo uciec. I to mogło być kolejnym zaskoczeniem. Tak samo zresztą, jak krótka myśl, że po raz pierwszy od dawna nie musiał jednocześnie przejmować się ewentualnymi wyrzutami sumienia – przez potencjalnie zbyt późny powrót, przez to, że być może powinien w tym czasie zająć się czymś innym, czy cokolwiek innego, co mogłoby nie spodobać się komuś, kto teraz nie miał z tym już nic wspólnego.
Mógł pewnie napisać choćby do Stonesa – przynajmniej nie musiałby się wtedy przejmować koniecznością dobrania sobie zupełnie przypadkowego towarzystwa w klubie. Tyle, że Stones był przecież jednym z tych odpowiedzialnych – jasne… – ludzi, którzy następnego dnia prawdopodobnie musieli pojawić się w pracy. Nie było więc sensu zawracać mu głowy, nie wątpił zresztą w to, że niedługo i tak pewnie będą mieli okazję napić się wspólnie. I przy okazji zrealizować jakiś kolejny totalnie kretyński pomysł, jaki mógłby wpaść do głowy któremuś z nich…
Tymczasem stosunkowo szybko musiało okazać się, że bez przyjaciela też mógł przecież spędzić całkiem udany wieczór w klubie. Może nawet zbyt udany – zwłaszcza, że powinno być przecież zupełnie inaczej… – sądząc po tym, jak szybko udało mu się stracić rachubę drinków wypitych w towarzystwie jakichś przypadkowo poznanych osób, których imion pewnie nie byłby nawet w stanie wymienić – żadna zresztą nowość…
Przelotnie pomiędzy jednym i kolejnym łykiem, zawiesił na moment spojrzenie na dość charakterystycznej fryzurze dziewczyny znajdującej się tyłem, całkiem jednak niedaleko. Było w tym coś znajomego, tego był prawie pewny. Zdecydowanie jednak zbyt odległego, żeby w tym momencie – zwłaszcza w tym momencie… – mógł jednoznacznie określić co.
O ile jednak udało mu się wychwycić ten dziwnie znajomy element, o tyle zdecydowanie nie zarejestrował momentu, w którym podniesienie się z siedzenia stało się zadaniem wymagającym co najmniej szczególnego skupienia. Zwłaszcza, gdy w ręku wciąż trzymało się częściowo zapełnioną szklankę. O ile jednak wciąż udawało mu się utrzymać równowagę, tak nie było co liczyć na to, że miałby w porę zauważyć przechodzącego obok mężczyznę – przypadkowe zderzenie było więc nieuniknione, a plama z rozlanego drinka na koszuli wcale nie mniej podpitego gościa wystarczyła, by ten zdążył się odpalić. I oczywiście, że dyplomatyczne pierdol się rzucone przez Dantego w odpowiedzi na wykrzykiwane wyzwiska niespecjalnie mogło tu poprawić sytuację… Ale chyba nie spodziewał się, że ten miałby tak bezceremonialnie pchnąć go do tyłu, zmuszając przy tym do walki o utrzymanie się na nogach – w czym na szczęście pomógł przynajmniej znajdujący się za plecami stolik. Ani tym bardziej, że na tym miałby nie poprzestać, że złością i dość jednoznacznym zamiarem ruszając w jego stronę. Szkoda tylko, że jakoś tak w międzyczasie nowo poznani przypadkowi znajomi najwyraźniej zdążyli rozpłynąć się w powietrzu, a sam Dante jakoś tak niespecjalnie w obecnym stanie mógł jakkolwiek zareagować na ten atak. W końcu… wystarczającym wyczynem powinno być już to, że udało mu się oprzeć o znajdujący się za nim stolik, zamiast tak po prostu paść na ziemię…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Stała przy barze z bezalkoholowym Hugo w dłoni, obserwując tańczących na parkiecie ludzi. Sama dosłownie przed chwilą z niego zeszła o czym mógł świadczyć jej przyspieszony oddech, delikatnie zaczerwieniona buźka i ten szeroki, promienny uśmiech. Bo choć po dzisiejszym dniu pełnym nerwów i pracy powinna skierować się prosto do łóżka, tak zabawy w klubie nie potrafiła odmówić, a za tak świetnie wykonaną robotę zasłużyła na to jak mało kto. W końcu obrobienie dwunastu modelek w pojedynkę i nie wbicie żadnej z nich nożyczek między oczy można było uznać za niesamowite przedsięwzięcie i cud jednocześnie. Jednak nigdy nie narzekała na swoją pracę. W końcu robiła to, co od zawsze kochała, a ludzie, których kochała wspierali ją w tym na każdym kroku.
Choć była ubrana w czarną bluzkę z głębokim dekoltem oraz lakierowane spodnie imitujące skórzane, przyciągała wiele spojrzeń. Wszystko za sprawą niecodziennego koloru włosów - chłodne odcienie niebieskiego wymieszane z bielą sprawiały, że jej kosmyki wyglądały jak zamrożone fale Morza Północnego. Ostatni raz na podobną wariację zdecydowała się w liceum, więc nie miała pojęcia co ją podkusiło, kiedy przygotowywała identyczną mieszankę farb w swoim salonie. Dwóch mężczyzn podeszło właśnie do niej i zaproponowało kolejkę, a potem wspólne wyskoczenie na parkiet, ale nim zdążyła im odpowiedzieć znikąd pojawiły się przy niej Mia i Eve, blondwłose modelki, które czesała na dzisiejszy pokaz.
— Wara od naszej Elsy! Zresztą, ona nie pije, grzeczna z niej dziewczynka…! — zawołała pierwsza z nich, wieszając się na ramieniu Norweżki i wystawiając amantom język. Tak, Mia była już potężnie porobiona, ale nadal trzymała fason i równowagę na tych swoich trzynastocentymetrowych szczudłach. Czyżby był to wymóg, aby w ogóle zostać modelką? Potrafić się nie wypierdzielić w szpilkach nawet jeśli świat wiruje jak niekończąca się przejażdżka na karuzeli?
Elsa westchnęła cicho i z politowaniem poklepała kobietę po łepetynie. I już była ciągnięta przez towarzyszki w stronę parkietu, gdy do ich uszu dotarło tak często słyszane w tego typu miejscach "Ej! Biją się!
Nie powinno ją to interesować, ale ze zwykłej, kobiecej ciekawości postanowiła zerknąć w stronę zadymy, aby móc ewentualnie obstawić, który z przeciwników zakończy imprezę na ostrym dyżurze. I najpierw zobaczyła rozczochrane loczki. Te loczki… żadne inne. Te same, które co jakiś czas wracały do niej we śnie, tak samo jak ich właściciel.
Momentalnie zaschło jej w gardle. Trajkoczące obok modelki, muzyka… wszystko ucichło, tak jakby jakaś siła wyższa kliknęła mute rzeczywistości.
Wiedziała, że wrócił do miasta. Widziała go jakiś czas temu w towarzystwie ślicznej blondynki, ale nie miała odwagi podejść. Powinna przecież wykrzyczeć mu wszystko w twarz, zdzielić po mordzie, zapłakać, że był skończonym gnojem, zostawiając ją tak bez słowa… Ale zamiast tego odwróciła się na pięcie i uciekła. Jak pieprzony tchórz.
I tym razem powinna zrobić to samo. Udawać, że go nie zna, że nie istnieje. Ale kiedy tamten dwa razy szerszy facet popchnął go, a on upadł na stolik, nogi same wyrwały się do przodu. Serce biło jej jak szalone i nie wiedziała czy to przez wydobywające się z głośników basy muzyki klubowej, czy na widok Dantego w takim stanie. Ale nie rozmyślała nad tym. Tak naprawdę nie rozmyślała nad niczym, bo kiedy znalazła się między nimi, nie miała jeszcze przygotowanego żadnego planu.
— Ja bardzo przepraszam za kolegę. Bardzo, bardzo, bardzo, ale to bardzo! Nie wiem co ci zrobił, ale pewnie powiedział coś głupiego. Może cię obraził? Albo sam najpierw popchnął? Och, on niestety tak ma, on… on ma spektrum i takie sytuacje się zdarzają. Miałam go pilnować, ale zagadałam się z koleżankami i tak wyszło. Już będzie grzeczny, obiecuję — mówiła szybko, bardzo szybko. I może właśnie tym słowotokiem wpędziła jegomościa w dziwną konsternację, bo zdawał się złagodnieć. Przez chwilę Elsa podejrzewała, że to tylko cisza przed burzą i zaraz jeszcze sama zgarnie darmowy wpierdol za swojego byłego, ale nic takiego nie miało miejsca. Nieznajomy rzucił krótkie "Jebać to" po czym oddalił się w stronę baru.
— Naprawdę bardzo przepraszam! — zawołała jeszcze za nim. I w tej chwili powinna wrócić do dziewczyn, aby kontynuować zabawę na parkiecie, ale… nie potrafiła. Z nieprzyjemnym ściskiem między żebrami nachyliła się nad Dante i już unosiła drżącą od emocji rękę, aby odgarnąć mu loczki z czoła, jak to w przeszłości regularnie czyniła, ale w porę się opamiętała.
— Żyjesz? Chyba już ci wystarczy chlańska na dziś, nie uważasz? — zapytała lekko zachrypniętym głosem.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na tym etapie zakładał już ten najbardziej prawdopodobny scenariusz, wedle którego powinien przygotować się na – być może nawet całkiem uzasadniony – wpierdol od przypadkowego gościa. Bo przecież nie mógł spodziewać się, że przed nim miałaby pojawić się dokładnie ta sama osoba, na której wcześniej z póki co wciąż niezrozumiałego dla siebie powodu, zdążył na moment zawiesić spojrzenie. Tym bardziej nie mógł spodziewać się, że ta miałaby stanąć w jego obronie – w tym przypadku powód wydawał się być jeszcze bardziej niezrozumiały, nawet jeśli wciąż było w niej coś dziwnie znajomego…
Niezaprzeczalnym plusem tego nieoczekiwanego obrotu spraw było z całą pewnością jedno – wynikające z niego zaskoczenie, które nie pozwoliło Dantemu od razu wtrącić się w wypowiadane pospiesznie słowa. Zwłaszcza, że bardzo mało prawdopodobne było to, by mógł mieć w tej sytuacji do powiedzenia cokolwiek, co nie dałoby rezultatu absolutnie odwrotnego do zamierzonego. Facet zresztą i tak odpuścił dość niechętnie, pewnie więc niewiele trzeba byłoby mu do tego, by jednak raz jeszcze zmienił zdanie.
Nic mi nie jest, dzięki… – nie musząc dłużej zawracać sobie nim głowy, mógł skupić się na swojej przypadkowej obrończyni. Albo raczej na jednym z tych znajomych kosmyków, który opadł w jego stronę, kiedy nachyliła się nad nim, zanim zdążył pozbierać się z tego nieszczęsnego stolika. Nie myśląc nad tym co robi, sięgnął ręką, pomiędzy palce chwytając delikatnie srebrzyste pasemko i…
Oczywiście, że wyglądały znajomo.
A on z całą pewnością miał już okazję czuć je pod palcami wcześniej – i nawet jeśli było to wiele lat wcześniej, aż trudno byłoby uwierzyć w to, że nie skojarzył tego od razu. Choć może zdecydowanie zbyt wiele wypitych drinków mogło być w tym przypadku pewnym usprawiedliwieniem…
Przeniesienie spojrzenia na nachylającą się nad nim twarz, mogło jedynie utwierdzić go w tym, co już zdążyło do niego dotrzeć. Ta bowiem zdecydowanie była już całkiem znajoma – i to w ten jednoznaczny, niewymagający jakiegokolwiek zastanawiania się sposób. Za to z całą pewnością budzący całą gamę emocji, spośród których na pierwszy plan natrętnie wypychało się całkiem uzasadnione poczucie winy. Nawet jeśli minęło dostatecznie wiele czasu, by to mogło zupełnie wygasnąć, najwyraźniej wciąż miało się dość dobrze i tylko czekało na odpowiednią okazję, żeby o sobie przypomnieć…
Elsa… Cześć – to chyba nie do końca było to, co powinien jej w tej sytuacji powiedzieć, ale… o cokolwiek lepszego byłoby naprawdę dość trudno. I to z wielu powodów, spośród których daleki od trzeźwości stan mógł okazać się najmniej istotnym. Nie do końca udało się też przywołanie na twarz uśmiechu, kiedy niezgrabnie postanowił pozbierać się wreszcie ze stolika. Ten wypadał zdecydowanie dość blado i chyba przynajmniej raz Dante musiał pomyśleć o tym, że najlepszym, co mógłby w tej sytuacji zrobić byłoby natychmiastowe zniknięcie gdzieś w tłumie.
Znikanie zresztą wychodziło mu przecież całkiem nieźle. Tylko może niekoniecznie tym razem, skoro przez dłuższą chwilę niewiele wskazywało na to, by miał zamiar w ogóle ruszyć się z miejsca. Albo przynajmniej przestać się jej tak intensywnie przyglądać.
I… nie, na pewno nie – dopiero po czasie przypomniał sobie o jej kolejnym pytaniu, decydując się wreszcie zbyć je krótkim machnięciem ręką i uśmiechem, który przynajmniej miał już szansę wypaść odrobinę bardziej przekonująco. – Właściwie to chyba powinienem postawić ci drinka, nie? W sensie… wiesz, nie musiałaś…
I nawet faktycznie miał już zamiar ruszyć chwiejnym krokiem w stronę baru, ale tym razem przynajmniej w porę się zreflektował – chwilę przed tym, jak znów nie zastanawiając się nad tym co robi, wyciągnął w jej stronę rękę, żeby chwycić ją za dłoń i pociągnąć za sobą. Ta ostatecznie w dość niezręczny sposób pozostała zawieszona w powietrzu przynajmniej o kilka sekund za długo.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie powinna wielu rzeczy. Nie powinna przychodzić do klubu w środku tygodnia, wiedząc, że w domu czekała na nią mała psina. Nie powinna imprezować, wiedząc, że przecież następnego dnia musi otworzyć swój przybytek i z jak najmniejszym zmęczeniem na twarzy obsługiwać swoich klientów. Nie powinna wtrącać się w bójkę, wiedząc, że mogłaby oberwać rykoszetem.
A jednak… przed przyjściem do The Shop poprosiła brata smsem, żeby wyprowadził Olive i uzupełnił jej miski. Zdecydowała się na zabawę, bo jutro miała umówioną tylko jedną klientkę. W końcu nie była głupia. Elsa z przeszłości przewidziała, że po takim pokazie zostanie zaproszona na imprezę i następnego dnia będzie potrzebowała więcej czasu na regenerację niż zwykle. Jednak co do ostatniego… nie miała dla siebie wytłumaczenia.
Gdyby tak tamten mężczyzna nie zdążył zatrzymać ręki, kiedy to Elsa weszła między nich, jej buźka nabrałaby bardziej czerwonego odcienia i to wcale nie wywołanego nagłym uderzeniem gorąca i podniesieniem temperatury jej ciała. Ale na szczęście krew się nie polała zarówno z jej nosa, jak i, po szybkim przeskanowaniu twarzy Dantego, także i z jego.
Odetchnęła z wyraźną ulgą, że byczek odszedł, a Levasseur nie zdążył podczas tej krótkiej wymiany zdań wtrącić się w żadne jej słowo. Jeszcze tego by brakowało, żeby zaczął machać na tym stole łapkami i wykrzykiwać, że on wcale nie ma żadnego spektrum i w ogóle to zaprasza na solo. No i tutaj jej rola powinna się skończyć, jednak Elsa Matka Teresa Eriksen postanowiła pójść o krok dalej i upewnić się, że przyczyna jej wielu nieprzespanych i zapłakanych nocy, miewał się w miarę dobrze jak na standardy pijanych osób leżących na wpół na stole.
Słysząc, że miewał się nienajgorzej, chciała już wyciągnąć łapki, aby jakoś pomóc mu się pozbierać, ale nim w ogóle go dotknęła, to on chwycił między palce jeden z jej kosmyków. Na usta dziewczyny mimowolnie wdarł się delikatny uśmiech. Często bawił się jej włosami, nawijając je sobie na palec, głównie podczas wspólnej nauki. Zawsze traktował jej kłaki jak piłeczkę antystresową, bo przecież wkuwanie do egzaminów było dla niego tak stresujące, z pewnością mniej niż samo ich pisanie, do których podchodził z takim luzem, którego zazdrościła mu cała szkoła – z Elsą na czele.
Jednak w chwili, gdy ich spojrzenia się ze sobą spotkały, a on wymówił jej imię… momentalnie zbladła. Zaraz po tym jak te kilka tygodni temu wypatrzyła go w tłumie z dziewczyną u boku, wmawiała sobie, że może stracił pamięć. Może ktoś go napadł, poturbował mu tą przystojną łepetynę… no bo dlaczego tak nagle przestał odpisywać? Owszem, wcześniejsze jego odpowiedzi były mocno lakoniczne, przestał też wysyłać zdjęcia, o samym dzwonieniu nie wspominając. Ale nawet jeśli miała otrzymać smsa z głupim ”OK” w treści to zawsze była to wiadomość i dowód na to, że żył i miał się dobrze.
I chyba wolała to swoje wyobrażenie o Dante z amnezją. Bo gdy teraz sobie uświadomiła, że on, pomimo upływu szmatu czasu, nadal ją pamiętał… dlaczego to tak kurewsko bolało? Tam… tam pod żebrami…?
– No cześć – odpowiedziała spokojnie, choć nie tak naturalnie jakby sobie tego życzyła. Gula, która ugrzęzła jej w gardle uniemożliwiała jej swobodną rozmowę. Pozwoliła mu samodzielnie się podnieść, oceniając jednocześnie w jakim był stanie. I tak, nie zamierzała cofać swoich słów – akurat temu panu już nie powinno się polewać.
– A może jednak? Jutro będziesz zdychać. A tak to mógłbyś spędzić miły czas z dziewczyną… albo chłopakiem, albo jakimś przyjacielem… ogólnie dzień jest lepszy, kiedy nie ma się kaca, nie? Łeb nie napierdziela, żarcie zostaje w brzuchu, a nie w misce obok łóżka… – I znów to zrobiła. Włączyła swój słowotok, który odpalał się w stresujących dla nią sytuacjach. Brakowało jeszcze tego, aby zaczęła skubać skórki.
– Dante… ja nie piję… od imprezy u Victora, kiedy urwał mi się film po trzech drinkach, raczej stronie od alkoholu – odparła zgodnie z prawdą. Cóż, jeśli pamiętał jej imię to tamtą domówkę u kolegi z klasy też powinien. Zwłaszcza, że tak ładnie zajmował się wtedy pijaną Elsą, że dziewczyny do końca szkoły świergotały jakiego to troskliwego faceta zgarnęła im sprzed nosa.
Zawiesiła spojrzenie na wyciągniętej dłoni, a jej wyraz twarzy lekko złagodniał. Nie wiedziała czy prosił ją o pomoc, czy sam już się po prostu w tym wszystkim pogubił. Nie wiedziała też dlaczego nie potrafiła go tak po prostu olać jak on olał ją. Dlatego zaraz ujęła jego dłoń w swoje dwie łapki i lekko pociągnęła w swoją stronę.
– Jestem autem. Odwiozę cię do domu, co? Położysz się, napijesz zwykłej wody…

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ze swoim nieprzeciętnym talentem do pogarszania absolutnie każdej sytuacji, w jakiej mógłby się znaleźć… pewnie rzeczywiście niewiele trzeba byłoby, żeby ledwie kilkoma zdaniami przekonał poirytowanego mężczyznę, że jednak warto było co najmniej przestawić mu nos. Zresztą, z tego akurat Elsa musiała zdawać sobie sprawę, jeśli wciąż pamiętała, że w czasach szkolnych przynajmniej kilkukrotnie zdarzało jej się w podobny sposób próbować łagodzić jego nieporozumienia z innymi, gdy te wchodziły na zbyt wysoki poziom. A także to, że niemal za każdym razem Dante potrafił w jednej chwili zaprzepaścić wszelkie jej starania, niezależnie od tego jak bardzo przekonująca mogłaby wydawać się w pierwszej chwili…
Wbrew wszystkiemu – od tamtego czasu nie zmienił się aż tak bardzo. Właściwie… niektórzy mogliby się pewnie pokusić o stwierdzenie, że nie zmienił się w ogóle. Z całą pewnością wciąż nie posiadał ani odrobiny instynktu samozachowawczego, nie nabył cennej umiejętności gryzienia się w język w odpowiednim momencie i nadal pchał się wszędzie tam, gdzie nie powinien. Całe więc szczęście, że aktualnie był przynajmniej zbyt pijany i zbyt zaskoczony sytuacją, by w pełni zaprezentować swoje zamiłowanie do ściągania na siebie kłopotów.
Choć z drugiej strony… czy aby przypadkiem nie przemknęło mu przelotnie przez myśl, że może jednak lepiej byłoby faktycznie oberwać od tamtego faceta i mieć spokój niż zmierzyć się z niezbyt przyjemnym szturmem wyrzutów sumienia…? Bo oczywiście, że pamiętał. Ją, ich znajomość i te wszystkie cholerne wiadomości, na które przecież miał odpisać. I wcale nie musiał tracić pamięci, by odłożyć to na wieczne później. Wystarczyło, że… był sobą. Z natłokiem pomysłów, nieistotnych spraw do ogarnięcia i rzeczy, którymi mógłby się zająć. Z czającą się z tyłu głowy myślą, że później miał odpowiedzieć na wiadomość, dwie, ewentualnie piętnaście – dość długo, by ostatecznie dojść do wniosku, że po takim czasie nie miało to już sensu i… nie zrobić tego nigdy.
Powinien spróbować jej to wyjaśnić…? Być może. W tym stanie pewnie nawet mogłoby mieć to jakiś sens i chyba nawet nabierał już powietrza, żeby faktycznie się odezwać, kiedy… ona zaczęła wymieniać wszystkie te rzekome zalety wcześniejszego powrotu do domu. Ze spędzaniem czasu z dziewczyną na czele. Chęć zabrania głosu zamieniła się więc w przeciągłe westchnięcie, do którego musiało dołączyć również wymowne wywrócenie oczami.
Na to już chyba i tak za późno – na uniknięcie kaca? Czy może jednak spędzanie czasu z dziewczyną? Obie opcje mogłyby być trafne, a on sam nie byłby pewnie w stanie odpowiedzieć, która bardziej. – więc równie dobrze można to olać na teraz i zacząć przejmować się rano. Albo za parę dni, zależy jak się sprawy potoczą.
Może i dalsza część wypowiedzi miała być ewidentnym żartem, o czym świadczyć mógł krótki śmiech, ale… czy aby przypadkiem nie tak właśnie skończyło się jego poprzednie wyjście? Jasne, nie planował tego powtarzać. Ale też wielu rzeczy w swoim życiu nie planował. Przedłużenia chwilowego wyjazdu z miasta, zerwania niektórych znajomości, późniejszego powrotu do Toronto, kilkudniowych imprez… Wszystko jakoś po prostu działo się samo.
To… strasznie dużo czasu, nie…? – zauważył błyskotliwie, marszcząc lekko brwi i uświadamiając sobie, że owszem, zaskakująco dobrze pamiętał wspomnianą przez nią imprezę. Choć może nie do końca miał świadomość, że od tamtego czasu Elsa faktycznie miałaby unikać alkoholu. A może po prostu to już był szczegół, który z biegiem czasu zdążył ulotnić się z jego pamięci…? W każdym razie – dość poważnie krzyżowało to plany postawienia jej drinka. Tym bardziej, że zanim zdążył zaproponować jej zamiast tego coś bezalkoholowego, ona chwyciła jego idiotycznie wyciągniętą dłoń. W obecnym stanie nawet to lekkie pociągnięcie wystarczyło, żeby dość bezwładnie zbliżył się do niej. Za bardzo. Ale widocznie nie był dość przytomny, żeby w porę skorygować tę gafę i odsunąć się przynajmniej o krok. Zamiast tego oparł głowę na jej ramieniu, pozwalając sobie na jeszcze jedno, wyraźnie niezbyt zadowolone westchnięcie.
Nie chcę jeszcze wracać do domu… – mruknął, dla siebie zachowując myśl, że raczej nie zanosiło się na to, by zbyt szybko miał zamiar zmienić zdanie w kwestii powrotu do pustego mieszkania. – Przecież jest jeszcze wcześnie. No i sama też chyba nie zamierzałaś jeszcze wychodzić, nie? Więc teraz tym bardziej nie powinnaś…
Tylko jakoś niespecjalnie miał argument na to, czemu właściwie nie powinna. Ale widocznie nie było to na tyle istotne, by miał sobie tym zawracać głowę.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Pamiętała doskonale jego interesujące predyspozycje do wpadania we wszelakiej maści kłopoty. Tak samo dobrze pamiętała każdą sytuację, kiedy to z tych kłopotów próbowała go wyciągnąć. Bo ile to razy ktoś wbiegał do jej sali lekcyjnej, gdzie spędzała przerwy na powtarzaniu materiału, krzycząc, że Dante się leje za szkołą. I nagle sprawdziany czy wizja odpytywania przez nauczyciela przestawała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zostawiając wszystkie swoje rzeczy na ławce, biegła na złamanie karku, aby spróbować jakoś załagodzić sytuację. Przepraszała, uśmiechała się, błagała… i często to działało. Znajomi się śmieli, że Elsa miała w sobie to coś, że ciężko było jej odmówić, a kiedy jeszcze wpatrywała się w człowieka tymi swoimi dużymi, sarnimi oczami… co niektórzy żartowali, że te patrzałki mogłyby zakończyć niejeden konflikt zbrojony, niejedną wojnę - wystarczyłoby wysłać tylko do negocjacji Else Eriksen.
Sytuacja sprzed kilku chwil udowodniła, że Norweżka nie straciła tej cennej umiejętności i nadal potrafiła złagodzić napięcia. Nie była jednak pewna czy to było właściwe posunięcie z jej strony. Może faktycznie powinna dać obić mu ten przystojny ryjek, a samej kontynuować zabawę na parkiecie. Bo teraz, kiedy tak stali koło siebie, nie potrafiła już odwrócić się na pięcie, zostawiając go samego w takim a nie innym stanie. Możliwe, że robiła to także dla siebie. Przecież nie spałaby przez najbliższy tydzień tylko zastanawiała się czy wrócił bezpiecznie do domu, czy nie wdał się w inne mordobicie albo czy czasem nie przejechał go samochód, bo postanowił odpocząć sobie na najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu.
Nawet jesli nie odpisał na żadną z późniejszych wiadomości… nawet jeśli nie raczył sam z siebie napisać, że to już koniec, że z nią zrywa, zamiast tego każąc jej żyć w swego rodzaju zawieszeniu… nawet jeśli na sam koniec nie okazał jej ani krzty szacunku… to pomimo tego wszystkiego, nie chciała, aby stała mu się jakakolwiek krzywda. Przecież nawet swojemu ojcu powiedziała, że to ona zakończyła ten związek, wszystko po to, aby kiedyś w przyszłości, gdy ich drogi jakimś cudem by się skrzyżowały, nie miał do niego żadnego pretensji.
No debilka. Przecież powinna rzucić go wilkom na pożarcie, a nie jeszcze głaskać go po główce.
— Ale chyba lepiej obudzić się z bólem głowy w łóżku niż zdychać gdzieś w parku? Dante, odrobine godności… — parsknęła śmiechem, nakierowując ich rozmowę na kaca niż na ewentualną jego dziewczynę czy tam chłopaka. Akurat ostatnie o czym chciała słuchać to o jego problemach sercowych.
Gdy wspomniała o pamiętnej imprezie u Victora - dla kogo pamiętnej dla tego pamiętnej, bo przecież ona przypominała sobie tylko czas do pierwszych trzech drinków, potem długo nic i dopiero następny dzień, jak Dante trzymał jej włosy, podczas gdy ona rozmawiała z toaletą — zauważyła jak marszczył brwi, a to oznaczało, że i jemu pojawiły się wspomnienia z tamtej nocy i może nawet poranka. Było to o tyle dziwne, że przecież minęło naprawdę sporo czasu, a na dodatek w jego żyłach tańczyło spore stężenie procentów. Szkoda, że tak dobrze nie pamiętał nawet na trzeźwo, aby odpisać jej na głupie SMS-y.
Nie podejrzewała, że chłopak będzie podatny na tak delikatne pociągnięcie i znajdzie się tak blisko niej, a na dodatek, gdy położył głowę na jej ramieniu, zesztywniała. Czuła ostry aromat alkoholu wymieszany z zapachem jego skóry, który od razu przywołał dziesiątki jak nie setki innych wspomnień. Powinna się odsunąć. To byłoby najrozsądniejsze. Najbezpieczniejsze. Najbardziej logiczne.
A jednak tego nie zrobiła. Tłumaczyła sobie, że przecież taka gwałtowna ucieczka sprawiłaby, że ten by się wypieprzył i w konsekwencji rozwalił ten swój głupi ryj, co pewnie nie byłoby takim złym pomysłem, no ale nie potrafiła.
— Tylko mnie nie obrzygaj, co? — Westchnęła cicho choć na jej ustach zagościł subtelny uśmiech. Zachowywał się jak małe dziecko, które bawiło się klockami u kolegi i właśnie przyszła mama, aby zabrać go do domu.
— Czy ja wiem, czy tak wcześnie? Jest koło drugiej… sama zamierzałam się zaraz zbierać, więc… no i chyba poduszka byłaby wygodniejsza od mojego ramienia, nie? — Złapała go delikatnie za policzki i uniosła jego głowę do góry, próbując ją utrzymać w jako takim pionie.
— Mój ojciec mówił, że nie powinnam robić wielu rzeczy, a jednak robiłam. I chyba nie najgorzej na tym wychodziłam…. W każdym razie, chodźmy stąd. DJ się zmienił i muzyka się popsuła. Nie idzie do tego tańczyć. W samochodzie puszczę nam lepsze kawałki. — Puściła mu oczko i pstryknęła wychowawczo w czoło. Zachowywała się aż nazbyt przyjaźnie. Tak jakby między nimi nic się nie stało, tak jakby to ona dostała dziwnej amnezji i zapomniała o tym jak ich związek rozpłynął się w powietrzu. Dosłownie. Zniknął. Jak ta cała miłość, przywiązanie… tak jakby tego nigdy nie było.
— Proszę… chodźmy stąd…

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Shop”