To było słodko-gorzkie uczucie — patrzeć w oczy swoim bliskim, wiedząc, że zawiedzie się ich kolejny raz. Jej życie było dla nich cenniejsze niż dla niej samej. Wszystko, co robiła, robiła dla nich, nie dla siebie. Tyle była im winna — po swojej nieudolnej próbie odebrania sobie życia, za bycie ciągłym problemem i ciężarem. Za pijackie eskapady, znikanie bez słowa na kilka dni. Za przesypianie całego dnia, ciągłe spóźnienia, brak zahamowań w wydawaniu pieniędzy. Za to, że tworzyła chaos wokół siebie. Na pewnym etapie zrozumiała, że musi coś z tym zrobić. Tylko zamiast przestać powtarzać krzywdzące ją schematy, zaczęła kłamać, że wszystko jest dobrze, bo nie chciała być dłużej ofiarą w czyjejś historii. To było tak kurewsko upokarzające. Było jej wstyd za to, jaką osobą się stała — że ze wszystkich osób właśnie ona.
Była kimś. O jej osiągnięciach pisano w gazetach, jej twarz widniała w sportowych wiadomościach. Udzielała wywiadów, doradzała innym, by byli cierpliwi, wierzyli w siebie. Mówiła o dyscyplinie, a teraz nie potrafiła wstać wcześnie rano. Obrzydzenie, jakiego nabrała do własnej osoby, było poza karą. Gdzieś głęboko rozumiała, co robi, znała ten schemat, a także jego rozwiązanie. O Cassie można było wiele powiedzieć: bezczelna, agresywna, prowokatorka — ale nazwanie jej głupią byłoby absurdem. Może właśnie ta samoświadomość była gwoździem do trumny. Rozumiała, że sama siebie karze za to wszystko. Nie walczyła o swoje życie, bo głęboko wierzyła, że właśnie sobie na to zasłużyła. A skoro Bóg nie zamierzał jej do siebie przyjąć, wymierzyć właściwej kary za jej grzechy, to jej obowiązkiem było egzekwować Jego prawo tu, na ziemi. I zabawne było to, że już chyba nawet w Niego nie wierzyła. Wciąż chodziła do kościoła, pomagała go przygotować przed większymi świętami, ale robiła to z poczucia obowiązku, z nawyku. Wiedziała, że gdyby ojciec żył, zbeształby ją za odsunięcie się od Boga, a jego zasady potrafiły pokonać śmierć.
—
Tak sądziłam, że jesteś gliną, tylko twarz masz ładniejszą od tych, których znam — powiedziała, zalotnie się uśmiechając i posyłając mu oczko. — A czy ktokolwiek z nas jest naprawdę poczytalny?
Nie lubiła policji. Takie zasady. Moralnie była rozdarta — rozumiała ich funkcję w społeczeństwie, ale jeszcze bardziej rozumiała korupcję, do jakiej się dopuszczali. Widziała to na własne oczy. Jej ojciec nie zawsze przecież był na celowniku, nie każdy z policjantów był „zły” albo „dobry”. Ciężko było to jasno nazwać, bo jeśli do ich domu przychodził funkcjonariusz, który wiedział, czym zajmuje się jej ojciec, to nazywali go dobrym człowiekiem — ale czy nie był zły? Skoro wiedział o przestępstwach, jakich dopuszczał się jej Martin, czy naprawdę powinien popijać z nim kawę i rozmawiać o wiadomościach, jakby nic się nie działo? Ci policjanci, którzy dokonali zatrzymania, wykonywali tylko swoją pracę. Takie były zasady gry, na to się godzili, wchodząc do tego świata.
Zbliżyła się do niego, naruszając jego przestrzeń osobistą. Stanęła naprzeciwko, zadzierając głowę do góry. Rękę wsunęła pod jego kurtkę, przesuwając nią powoli, by szybko złapać za jego broń. Instynktownie odsunęła się od niego, spodziewając się sprzeciwu, gwałtownej reakcji, na którą — umówmy się — właśnie liczyła. Jej uśmiech był jeszcze bardziej zalotny, a jednocześnie niebezpieczny. W oczach było coś nieokiełznanego — coś, co czekało, aż to ujarzmi, a może przeciwnie, da temu upust.
Broń w jej dłoni leżała naturalnie, nie pierwszy raz przecież ją trzymała. Długie, szpiczaste paznokcie, pomalowane różowym brokatowym lakierem, kontrastowały z ciężkim metalem. Obejrzała ją dokładnie, obracając się do niego plecami, tak gdyby próbował jej ją zabrać. Przystawiła ją do głowy i teatralnie ją odchyliła.
—
Pooof… mówiłam, że sobie strzelę — roześmiała się. Obejrzała ją z każdej strony, a gdy skończyła inspekcję oddała mu ją. Westchnęła ciężko, gdy jej telefon ponownie zaczął dzwonić, poganiając ją do środka. Zbluzgała urządzenie, choć sama nastawiła ten alarm, wiedząc, że będzie próbowała wymigać się od tego cyrku. —
Opowiedz nam coś o sobie, pfff, dobre kurwa. Zaczynają ten pierdolony teatrzyk od powiedzenia, że to bezpieczne miejsce, że możesz mówić, co czujesz. Tak, kurwa? Zabawne, zawsze gdy to robię, to mnie uciszają — zaczęła mówić o czymś, co ciążyło jej na sercu od bardzo długiego czasu. Musiała to powiedzieć, bo inaczej by się udusiła. —
To wszystko jest takie żałosne. Słucham tych ludzi i gryzę się w język, by czasem nie urazić tych ich delikatnych uczuć. Są tutaj, bo nie radzą sobie ze stratą. Ich bliscy byli chorzy, męczyli się długi czas, a oni zamiast odczuwać ulgę, że ich ból już minął, to kurwa wyją. Albo ktoś zginął w nieszczęśliwym wypadku, któremu nie był winny żaden człowiek. Mam siedzieć tam i udawać, że rozumiem? Że ich wspieram w tym? Mój ojciec nie żyje, bo ktoś go zamordował. Był i go nie ma, bo ktoś przywłaszczył sobie jego życie!
Cassandra stanowiła zagrożenie wybuchowe, była łatwopalna — iskierka wystarczyła, by cała zajęła się ogniem. To właśnie teraz miało miejsce, nastąpił samozapłon.
—
Kurwa, jak mam żyć, wiedząc, że ten skurwiel, przez którego całe moje życie legło w gruzach, chodzi sobie po wolności? Kurwa! Dlatego się nie mogę odzywać, bo kogoś, kurwa, zwyzywam, a oni są zbyt delikatni, by usłyszeć coś takiego! — Zacisnęła szczękę, zgrzytając zębami. Przekleństwa robiły za przycinki, jej wypowiedź brzmiała chaotycznie, ale miała na myśli każde wypowiedziane słowo. Zaciągnęła się papierosem, ręka jej drżała, ona cała dygotała z nerwów. Oglądała się, szukając czegoś, co mogłaby zniszczyć, ale nic odpowiedniego nie namierzyła. Więc stała, nie wiedząc, co zrobić z dłońmi, które same zaciskały się w pięści, gotowe, by w coś przywalić. Patrzyła na niego, ich złość się starła i na chwilę wyglądało to tak, jakby czekała na zgodę, by go uderzyć, mimo że nie chciała go skrzywdzić. —
Przepraszam, poniosło mnie. W sumie to nie, nie przepraszam, było mnie nie prowokować.
Rhys Madden