ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Seven devils all around me
Seven devils in my house
See, they were there when I woke up this morning
I'll be dead before the day is done


Za piętnaście czwarta.
Ciemne, ołowiane chmury przykryły niebo — gdzieś za nimi czaiło się słońce. Pojedyncze snopy światła przedzierały się pomiędzy obłokami. Asfalt syczał, gdy ciepłe krople deszczu rozbijały się o twardą nawierzchnię. Jednostajny szum deszczu przerwał odgłos klaksonu. Podążyła wzrokiem za dźwiękiem. Patrzyła, jak parking powoli zapełnia się samochodami. Niektóre twarze była już w stanie rozpoznać. Uśmiechała się blado, gdy kolejna osoba mijała ją, kierując się do środka. Mokre ubranie ciężko przywarło do jej skóry, potęgując uczucie dyskomfortu, które towarzyszyło jej przy każdej wizycie w tym miejscu.
Wyjęła papierosa, ale nie zdążyła nawet włożyć go do ust, gdy mężczyzna w odblaskowej kamizelce pojawił się znikąd, wskazując na znak znajdujący się za nią. Zakaz palenia. Uniósła ręce do góry w geście poddania się.
Obeszła budynek, trzymając się zadaszonej części, nie chcąc jeszcze bardziej zmoknąć. Ziemisty zapach deszczu wymieszał się z dymem papierosowym, tworząc wokół niej gęstą, ciężką chmurę. Wzięła głęboki wdech, przetrzymując dym w płucach, wiedząc, że przez kolejną godzinę nie będzie mogła zapalić.
Deszcz powoli zaczął ustępować. Sięgnęła po telefon, by sprawdzić godzinę. Powinna już iść do środka. Nie zrobiła tego. Stała nieruchomo, jakby przyrosła do ziemi, niezdolna wykonać choćby jednego kroku. Nie chciała tam iść, ale obiecała, że przyjdzie. Znała zasady. To było jej trzecie, może czwarte spotkanie z tą grupą. Nie zabrała głosu ani razu — jedynie słuchała opowieści innych. Dzisiaj zapewne był ten dzień. Dzień, w którym zostanie poproszona o podzielenie się swoją historią.
Znała ten scenariusz na pamięć. Zacznie się wykręcać, a oni będą nalegać, zapewniając, że nie musi. Wszystkie oczy zwrócą się w jej stronę. Potem zapytają, jak się z tym czuje. Każdy będzie przytakiwał, cicho pomrukując, jakby rozumiał więcej, niż faktycznie rozumiał. Czasami ktoś rzuci złotą poradą typu: „Musisz żyć dzień po dniu”, a ona będzie udawać, że to najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszała.
Ojciec opuścił ją po raz pierwszy, gdy miała dziesięć lat. Jego odejście było nagłe, niespodziewane — choć były znaki, które sugerowały, że coś jest nie tak. Była jednak za młoda, by pojąć, co właściwie się działo.
Bawili się w chowanego. Ojciec kazał jej trzymać głowę nisko i się nie wychylać, żeby nikt ich nie zauważył. Gdy ktoś pukał do drzwi, udawali, że nikogo nie ma w domu. Chowała się wtedy w szafie, zakrywając usta dłońmi, by powstrzymać śmiech.
Tamtego dnia nikt nie pukał.
Nie liczył do dziesięciu, nie dawał jej czasu na schowanie się.
Pamiętała tylko jego dłonie, wyślizgujące się z jej uścisku. Paznokcie wbiła w jego skórę, desperacko próbując zatrzymać go przy sobie. Matka płakała, modliła się, zwracała do wszystkich bogów, jakich znała. Żaden nie wysłuchał.
Gdy wrócił, zaczęła szukać znaków, które wcześniej przeoczyła. Wyglądała zza okna, obserwowała policjantów robiących obchód, zapamiętywała numery rejestracyjne radiowozów. Wszystko, co odbiegało od normy, zgłaszała ojcu.
A on się z niej śmiał. Mówił, że tym razem jest inaczej, niepotrzebnie panikuje. Obiecał, że już wszystko będzie dobrze. Jedyna obietnica, której nie dotrzymał.
Szesnasta.
Budzik w telefonie zadzwonił, sygnalizując, że powinna już iść do środka. Odchyliła głowę do tyłu, wypuszczając z siebie przeciągłe, ciężkie westchnienie. Zajrzała do torebki, szukając piersiówki, do której wcześniej nalała rumu. Przechyliła ją, łapczywie pochłaniając zawartość.
Kątem oka dostrzegła mężczyznę, z którym uczęszczała na terapię. Trzymał w dłoni papierosa. Najwyraźniej pogonił go ten sam woźny, który chwilę wcześniej pogonił ją.
Przyłapana na gorącym uczynku zamarła, wciąż trzymając piersiówkę uniesioną do ust. Przełknęła alkohol, wierzchem dłoni przecierając twarz.
Po naszej grupie jest spotkanie AA. Słyszałam, że mają jeszcze wolne miejsca — zażartowała, unosząc lekko brew. Wyciągnęła w jego stronę piersiówkę, oferując łyk albo dwa. — Rhys, prawda? Cassie. Nie mieliśmy jeszcze okazji oficjalnie się przedstawić.
Normalnie nie podjęłaby rozmowy z nikim z tego kółeczka wzajemnej adoracji. Coś jednak podpowiadało jej, że w jego przypadku powinna zrobić wyjątek.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

and now all your love will be exorcised
and we will find you saying it's to be better now
To wszystko było jakąś p i e r d o l o n ą farsą.
Zaczynała się w różnych godzinach - czasem, gdy któryś z bogów obdarzał go łaską, wlewając do jego mieszkania pierwszą szarość wschodzącego słońca. Choć nie wierzył w żadnego z nich, przekleństwem składał im swoje podziękowania, rozchylając sklejone piaskiem powieki i zmuszając się do wstania.
Czasem, jak dziś, farsa zaczynała się w środku nocy - od wrażenia, że przespało się ją całą, złudnego wypoczynku, który był jedynie fatamorganą umęczonego umysłu. Zerknięcia na zegarek, który pokazywał drugą trzydzieści. Wyczuciem wciąż mocnego posmaku alkoholu, który towarzyszył mu poprzedniej nocy - zaledwie niepełne dwie godziny wcześniej.
Już dawno przestał łudzić się, że zamknięcie oczu przywróci go do krainy snów, dlatego w każdym wypadku od chwili, w której uchylał powieki, do opuszczenia sypialni mijało zaledwie parę minut. Nienawidził swojego łóżka. Nienawidził grubej kołdry, której nigdy nie chciał kupować, a której teraz uparcie nie chował, przykrywając się wyłącznie połowicznie. Nienawidził ramki ze zdjęciem, patrzącym na niego każdego poranka. Nienawidził poduszki, która wciąż pachniała n i ą, choć zapach ten stawał się coraz słabszy każdego dnia.
Nienawidził świadomości, że któregoś dnia nie wyczuje jej wcale.
Farsa ustępowała tylko w jednym miejscu - w jego salonie. Przy stole, na którym rozłożone były dziesiątki akt, zdjęć, raportów, czerwonych krzyżyków i linii łączących osoby, które nie chciały być połączone. Sprawa, od której go odsunięto niemal natychmiast, gdy spróbował się zaangażować, a której nie zamierzał odpuszczać. Jej śmierć nadała mu c e l, który przerodził się w obsesję - tym bardziej, im bardziej usiłowano go odsunąć od ścieżki, na którą uparcie wkraczał.
Jej morderca wciąż gdzieś tam był, na wolności. Znał Sophie, jego Sophie. Była ostatnią osobą, która weszłaby do tej wanny, ostatnią, która nie zostawiłaby po sobie choćby jednej wiadomości, choćby jednej poszlaki, za którą mógłby podążyć.
Kochała go. Miłość nie wyglądała w ten sposób. Istniało inne wyjaśnienie, którego on nie był skłonny wsunąć pod dywan. Chwycił się go, z desperacją, rozpaczą pchającą go naprzód i determinacją, która nie ustępowała. Nawet wtedy, gdy kapitan złożył na jego ramieniu rękę, w pozornie troskliwym wyrazie wsparcia - po czym odebrał mu sprawę, w którą wepchnął się butami, bo nikt nie był skłonny mu w tym przeszkodzić. Nawet wtedy, gdy kazał złożyć mu na biurku odznakę i służbową broń.
Nawet, gdy wysłał go do tej pieprzonej doktor Colins, do zasuszonej, wrednej kobiety zasypującej go frazesami z podręczników, jakby cała jej specjalizacja psychiatryczna polegała na oglądaniu odpowiedniej ilości filmów w tym temacie.
Odbębniał swoje - nie dlatego, że pragnął wydobrzeć, ani tym bardziej by żyć dalej. Robił, co musiał, by odzyskać odznakę. By odzyskać możliwości, zasoby, narzędzia, które pozwalały mu kontynuować jego prywatną wendetę nawet, gdy wiedział, że na jej końcu może nie spotkać go nic dobrego.
Dzisiejszy dzień oferował jakiś przełom - być może to on wyciągnął go z łóżka po marginalnej ilości snu. Odznaka wróciła w jego posiadanie, wręczona przez ostrożnego kapitana z wyraźną groźbą odebrania jej ponownie, jeśli zaprzestanie chodzenia do doktor Colins. Albo na te idiotyczne kółka wzajemnego wsparcia, do których został wysłany, bardziej dla ich spokoju niż własnego - wręczony obcym ludziom, jak porzucone dziecko, którym trzeba było się zająć.
Ale Madden nie zamierzał się uzewnętrzniać.
Odmówił tego już raz, wiedział jednak, że zostanie o to poproszony ponownie. Nie wiedział, co kupiło mu chwilę spokoju - czy ton bezczelności, który zwykle odbierał innym argumenty, czy świadomość prowadzącego o jego zawodzie. Nikt nie zamierzał naciskać gliny.
Głos wyrwał go z zamyślenia, gdzieś za budynkiem, gdzie wygonił go pieprzony służbista, z którym zdążył się o to pokłócić. Papieros, który chwilę wcześniej był dla niego wart rozpoczęcia wojny, teraz tkwił w jego ustach, zapomniany. Woda spłynęła z jego mokrych od deszczu włosów, gasząc jego końcówkę, co dopiero teraz sobie uświadomił.
Odwrócił głowę, przyglądając się stojącej obok brunetce. Rozpoznawał ją z ich zajęć - wiecznie obserwującą wszystkich wokół, wciskającą w krzesło jakby mogła w jego wnętrzu zniknąć i nigdy nie zostać poproszona do głosu. Jego wzrok prześlizgnął się z jej twarzy, po wyciągniętej w jego kierunku piersiówce.
- Nie było jeszcze naszej kolejki w tym cyrku - wycedził, ale skrzętnie sięgnął po podarowane mu naczynie. Gdy wyciągnął ku niej ramię, poła jego kurtki odchyliły się lekko, ujawniając schowaną pod spodem broń w kaburze. Uniósł piersiówkę do ust, upijając z niej łyk. Gorzki napój otrzeźwiał, w ten sposób, którego nie dało się wytłumaczyć nikomu, kto przesypiał całe osiem godzin. - Nieładnie - dodał, a kącik jego ust sarkastycznie uniósł się w górę. - Mógłbym cię podkablować. Na pewno dają za to dodatkowe punkty.
Wypił kolejny łyk nim oddał naczynie dziewczynie, samemu grzebiąc za zapalniczką w kieszeni.

Cassandra Layton
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ciemne oczy wbiła w niego, skanując każdy centymetr jego ciała. Bez wstydu przyglądała się mu, próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów, licząc, że jego wygląd zdradzi coś, czego sam nie chciałby jej powiedzieć. Zwróciła uwagę na to, co miał na sobie i w jakim stanie było jego ubranie. Przyjrzała się jego dłoniom, gdy sięgnął po piersiówkę — czy były czyste i zadbane. Bezczelną barwę w jego głosie już zapamiętała, ale w odróżnieniu od innych uważała ją za dość czarującą. Zdecydowanie bliższą temu, jak ona się czuła, aniżeli tej rozpaczy. W niej też była złość. Agresja, której ofiarą stawały się pobliskie bary i kruche obiekty. Wyładowywała ją na sobie, na innych, którzy „zaczęli pierwsi”. Trzymała się jej jak koła ratunkowego. To była tarcza przed pustką, która zadomowiła się w jej sercu. Dopóki była zła, nie musiała mierzyć się z nicością, która stała się nowym standardem.
Przekręciła głowę, dostrzegając broń schowaną pod kurtką. Uniosła brwi wyżej, ale nie wydawała się tym zdziwiona ani jakkolwiek onieśmielona. Wręcz przeciwnie — była zbyt zaintrygowana. W ostatniej chwili powstrzymała się przed zapytaniem go o to, nie chcąc zepsuć sobie zabawy, jaką było odgadnięcie, dlaczego mężczyzna na grupę wsparcia zabrał ze sobą broń. Ona też ją miała. Ojciec zostawił po sobie wiele rzeczy. W spadku otrzymała dom, pieniądze, samochody i kontakty, z których nie miała okazji korzystać. Dom sprzedała — był zbyt duży, za drogi w utrzymaniu. W dodatku wszystko w nim przypominało jej o tym, jakie życie mogli mieć, gdyby ktoś nie pociągnął za spust. Rzeczy ojca ukryła w wynajmowanym magazynie. Zawinęła je w folię, schowała do pudeł i zostawiła same, by porosły kurzem i zapomnieniem. I nie chodziło o to, że chciała o nim nie pamiętać, ale czasami miała wrażenie, że byłoby jej łatwiej. Może gdyby był złym ojcem, pojawiłaby się ulga zamiast cierpienia. Czas upływał, a jej nadal zdarzało się budzić rano i parzyć dwie kawy. Na śniadanie jadła jajecznicę z bekonem, której absolutnie nienawidziła, ale była jego ulubioną i zawsze mu ją przyrządzała. Jej mama wciąż mówiła o nim „jest”, a nie „był”. Czas teraźniejszy, choć jego istnienie należało już do przeszłości.
Myślisz, że dlaczego tu stoję? Jak będą naciskać, żebym coś powiedziała, to sobie w łeb strzelę — roześmiała się. W jej żarcie była nuta powagi. — Taka sześćdziesiona z ciebie? Nieładnie.
Położyła torebkę na ziemi, by zdjąć z siebie bluzę. Pod nią miała wiązaną na szyi koszulkę z odkrytymi plecami. Kolczyki przebijały się przez biały materiał. Kucnęła, trzymając materiał spódnicy, nie pozwalając jej się podwinąć. Energicznie szukała flakonu perfum, którymi oblała się, by zamaskować każdy niepożądany zapach, jaki mógł wyczuć terapeuta. Cytrusowo-mleczny zapach przebił woń dymu papierosowego. Uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Przejęła od niego piersiówkę. Dopiła resztę i schowała ją do wewnętrznej kieszeni, gdzie była jej broń. Wiedziała czemu ją miała z sobą, ale dlaczego on ją miał? W pierwszej chwili pomyślała, że był policjantem, ale ona gliną nie była, a pistolet też posiadała. Nie miała pozwolenia na posiadanie. Gdyby mężczyzna to gdzieś zgłosił, zapewne poszłaby siedzieć, ale było jej to całkowicie obojętne. Miała gdzieś, czy żyje, czy nie. Czy jest zdrowa, czy chora. Jedyne, czego chciała, to świętego spokoju — może w więzieniu by go zaznała. Nie musiałaby pracować, silić się na uprzejme wymiany zdań, robić zakupów i opiekować się mamą. Życie przerosło ją dawno temu. Czynności oczywiste, które normalni ludzie wykonywali automatycznie, były dla niej męczącym obowiązkiem. Czasami umycie zębów rano wydawało się najtrudniejszym zadaniem, jakie kiedykolwiek musiała wykonać. Miała dość tego, że kosz na pranie był wiecznie pełny, że musiała codziennie myśleć o tym, co ugotować na obiad. Wkurwiało ją chodzenie do pracy, fałszywe mordy klientów i jej skurwiały kierownik. Próbowała żyć inaczej, ale każda próba kończyła się porażką. „Myśl pozytywnie” — krzyczeli ludzie, ale nikt nie umiał wskazać pozytywnej rzeczy, jaka pozostała w jej życiu.
Wstała, w dłoni trzymając paczkę papierosów. Odpaliła jednego i podała mu zapalniczkę, oszczędzając dalszych poszukiwań. Był od niej sporo wyższy, nawet w obcasach, przesunęła się tak, by zakrywał słońce, które zaczęło świecić jej prosto w twarz. Uśmiechała się do niego — niby była rozluźniona, ale nie opuszczała gardy, bacznie go obserwując. Odruch bezwarunkowy.
Kto cię zmusił do terapii? — zapytała. Tak obstawiała, że dobrowolnie tu nie był. Takie osoby zazwyczaj były aktywne, a nawet jeśli nie, to nie starały się wszystkich zniechęcić do zadawania pytań. W jej głosie było zrozumienie, ciekawość i zaintrygowanie. Trochę szukała zaczepki, pytanie czy mężczyzna da się zaczepić.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafiłby porównać chaosu, który jej zniknięcie zasiało w jego sercu. Być może dlatego gdy kolej padała na niego, nie mógłby odpowiedzieć nawet, gdyby pojawiła się w nim chęć do uczestnictwa. Nie potrafił rozwikłać tego kłębu, plątaniny żalu, goryczy i smutku, które z czasem splątały się ze sobą tak mocno, że jedno wrosło w drugie. Tkwiły w jego gardle gdy ktoś domagał się od niego odpowiedzi, chowały się w żołądku gdy wrzucał do mikrofali jedzenie, które mógłby odgrzać. Nigdy nie był w stanie o tym zapomnieć, o tej plątaninie emocji, pod którą chowała się wyłącznie pustka.
Wiedział wyłącznie co tkwiło na powierzchni.
Złość była ł a t w a, w jego dłoniach stała się narzędziem, po które sięgał bezwarunkowo. Jej ogień płonął mocno, wypalał go od środka, chowając wszystkie inne zagnieżdżone w jego wnętrzu emocje. Z jego pomocą trzymał z dala ludzi, którzy usiłowali mu pomóc - jakby było tu coś do zrobienia, czynność, którą mogli wykonać, dzięki której jego rzeczywistość znów nabrałaby jakiegoś pieprzonego s e n s u. To dzięki niej potrafił każdego dnia podnieść się z łóżka, to ona niosła jego kroki do salonu, do stołu na jego środku, którego blat wypełniony był aktami, notatkami, pozyskanymi zdjęciami.
Z czasem, nauczył się nawet być zły na n i ą. Na jej rzeczy, wciąż porozrzucane po jego apartamencie, fotografię patrzącą się w jego kierunku gdy otwierał oczy każdego ranka lub każdej nocy. Na ten prezent, który kupiła mu przedwcześnie i nie zdążyła wręczyć, a który tkwił schowany na dnie szafy. Na buty, z którymi nie wiedział co zrobić, a których miała tak cholernie dużo. Na jej ubrania, wciąż pachnące znajomymi perfumami, tkwiące w garderobie jakby któregoś dnia mogła wejść do środka i je założyć. Był wściekły na to wszystko, co posiadała, co wniosła do jego życia - i był wściekły na to, że ośmieliła się z niego w y j ś ć.
Złość była jego siłą napędową. Pchała go naprzód, w stronę poszukiwania czegoś, w czego istnienie przestał już wierzyć - sprawiedliwości. I choć walka wydawała się jałowa, i choć czuł, że na jej końcu nie znajdzie niczego, co przyniosłoby mu ukojenie, musiał się na niej skupić, inaczej zostałaby tylko ta pustka, i tylko przykrywająca ją kula emocji, w które nie chciał spoglądać.
Odzyskana broń była małym zwycięstwem. Miał ją przy sobie, ponieważ zjawił się tu prosto po odwiedzeniu komisariatu - a później, wieczorem, planował z nią udać się do Mimmo's, domagać się odpowiedzi od ludzi, którzy mieli podać za nie ogromną cenę.
Chwilowo jednak był t u t a j. Nie w tym co było, ani w tym co miało nadejść później. Przy przerzedzających się chmurach, włosach mokrych od deszczu i jego zgaszonym papierosie. A także przy tkwiącej przy nim kobiecie.
Jego wzrok prześlizgnął się po jej sylwetce gdy pochyliła się, odkładając torebkę na ziemię i zaczęła zdejmować z siebie bluzę. Dopiero teraz, na drugi rzut oka - wszak pierwszy był zarezerwowany do wysnuwania powierzchownych ocen i używania ich, by ranić - dostrzegł, jak bardzo różniła się od innych osób z ich grupy. Od tych przygaszonych osób w średnim wieku, którzy stracili w swoim życiu partnerów, przyjaciół lub dzieci. Od ich przygniecionych ciężarem barków, bruzd żałoby wymalowanych na szarych twarzach.
Była młoda, być może zbyt młoda by przychodzić w miejsce takie jak to. Jej oczy nie były przygaszone, tkwił w nich niezidentyfikowany błysk, który rozpoznawał we własnych - świadectwo tkwiącej pod powierzchnią złości. Nawet zaślepiony złością był w stanie dostrzec też, że była cholernie atrakcyjna.
I nie zmieniło tego wypowiedziane przez nią pytanie, zbyt bezpośrednie, zbyt osobiste - z rodzaju tych, na które nauczył się odpowiadać, gdy odpowiedź nie kosztowała go zbyt wiele.
- Praca - odrzucił z początku, krótko, niezbyt wylewnie. Przyjął wyjętą przez nią zapalniczkę z wdzięcznością. - Okazuje się, że gdy jesteś gliną, powinieneś móc udowodnić swoją poczytalność przełożonym. - zapalniczka kliknęła, płomień na jej końcu musnął końcówkę zgaszonego papierosa. Jego usta wygięły się w sarkastycznym uśmiechu gdy zaciągnął się tytoniowym dymem. - Według mnie zbędna biurokracja.
Promienie wychodzącego zza chmur słońca rozświetliły stojącą obok kobietę, wraz z tym podkoszulkiem, który wydawał się zdecydowanie zbyt żywy na miejsce, do którego mieli zaraz wejść.
- Czy to nie twoja kolej będzie dzisiaj? - zagadnął, oddając jej zapalniczkę. Krzywy uśmiech wciąż błąkał się na jego ustach. - Opowiedz nam o sobie, Cassie.

Cassandra Layton
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

To było słodko-gorzkie uczucie — patrzeć w oczy swoim bliskim, wiedząc, że zawiedzie się ich kolejny raz. Jej życie było dla nich cenniejsze niż dla niej samej. Wszystko, co robiła, robiła dla nich, nie dla siebie. Tyle była im winna — po swojej nieudolnej próbie odebrania sobie życia, za bycie ciągłym problemem i ciężarem. Za pijackie eskapady, znikanie bez słowa na kilka dni. Za przesypianie całego dnia, ciągłe spóźnienia, brak zahamowań w wydawaniu pieniędzy. Za to, że tworzyła chaos wokół siebie. Na pewnym etapie zrozumiała, że musi coś z tym zrobić. Tylko zamiast przestać powtarzać krzywdzące ją schematy, zaczęła kłamać, że wszystko jest dobrze, bo nie chciała być dłużej ofiarą w czyjejś historii. To było tak kurewsko upokarzające. Było jej wstyd za to, jaką osobą się stała — że ze wszystkich osób właśnie ona.
Była kimś. O jej osiągnięciach pisano w gazetach, jej twarz widniała w sportowych wiadomościach. Udzielała wywiadów, doradzała innym, by byli cierpliwi, wierzyli w siebie. Mówiła o dyscyplinie, a teraz nie potrafiła wstać wcześnie rano. Obrzydzenie, jakiego nabrała do własnej osoby, było poza karą. Gdzieś głęboko rozumiała, co robi, znała ten schemat, a także jego rozwiązanie. O Cassie można było wiele powiedzieć: bezczelna, agresywna, prowokatorka — ale nazwanie jej głupią byłoby absurdem. Może właśnie ta samoświadomość była gwoździem do trumny. Rozumiała, że sama siebie karze za to wszystko. Nie walczyła o swoje życie, bo głęboko wierzyła, że właśnie sobie na to zasłużyła. A skoro Bóg nie zamierzał jej do siebie przyjąć, wymierzyć właściwej kary za jej grzechy, to jej obowiązkiem było egzekwować Jego prawo tu, na ziemi. I zabawne było to, że już chyba nawet w Niego nie wierzyła. Wciąż chodziła do kościoła, pomagała go przygotować przed większymi świętami, ale robiła to z poczucia obowiązku, z nawyku. Wiedziała, że gdyby ojciec żył, zbeształby ją za odsunięcie się od Boga, a jego zasady potrafiły pokonać śmierć.
Tak sądziłam, że jesteś gliną, tylko twarz masz ładniejszą od tych, których znam — powiedziała, zalotnie się uśmiechając i posyłając mu oczko. — A czy ktokolwiek z nas jest naprawdę poczytalny?
Nie lubiła policji. Takie zasady. Moralnie była rozdarta — rozumiała ich funkcję w społeczeństwie, ale jeszcze bardziej rozumiała korupcję, do jakiej się dopuszczali. Widziała to na własne oczy. Jej ojciec nie zawsze przecież był na celowniku, nie każdy z policjantów był „zły” albo „dobry”. Ciężko było to jasno nazwać, bo jeśli do ich domu przychodził funkcjonariusz, który wiedział, czym zajmuje się jej ojciec, to nazywali go dobrym człowiekiem — ale czy nie był zły? Skoro wiedział o przestępstwach, jakich dopuszczał się jej Martin, czy naprawdę powinien popijać z nim kawę i rozmawiać o wiadomościach, jakby nic się nie działo? Ci policjanci, którzy dokonali zatrzymania, wykonywali tylko swoją pracę. Takie były zasady gry, na to się godzili, wchodząc do tego świata.
Zbliżyła się do niego, naruszając jego przestrzeń osobistą. Stanęła naprzeciwko, zadzierając głowę do góry. Rękę wsunęła pod jego kurtkę, przesuwając nią powoli, by szybko złapać za jego broń. Instynktownie odsunęła się od niego, spodziewając się sprzeciwu, gwałtownej reakcji, na którą — umówmy się — właśnie liczyła. Jej uśmiech był jeszcze bardziej zalotny, a jednocześnie niebezpieczny. W oczach było coś nieokiełznanego — coś, co czekało, aż to ujarzmi, a może przeciwnie, da temu upust.
Broń w jej dłoni leżała naturalnie, nie pierwszy raz przecież ją trzymała. Długie, szpiczaste paznokcie, pomalowane różowym brokatowym lakierem, kontrastowały z ciężkim metalem. Obejrzała ją dokładnie, obracając się do niego plecami, tak gdyby próbował jej ją zabrać. Przystawiła ją do głowy i teatralnie ją odchyliła.
Pooof… mówiłam, że sobie strzelę — roześmiała się. Obejrzała ją z każdej strony, a gdy skończyła inspekcję oddała mu ją. Westchnęła ciężko, gdy jej telefon ponownie zaczął dzwonić, poganiając ją do środka. Zbluzgała urządzenie, choć sama nastawiła ten alarm, wiedząc, że będzie próbowała wymigać się od tego cyrku. — Opowiedz nam coś o sobie, pfff, dobre kurwa. Zaczynają ten pierdolony teatrzyk od powiedzenia, że to bezpieczne miejsce, że możesz mówić, co czujesz. Tak, kurwa? Zabawne, zawsze gdy to robię, to mnie uciszają — zaczęła mówić o czymś, co ciążyło jej na sercu od bardzo długiego czasu. Musiała to powiedzieć, bo inaczej by się udusiła. — To wszystko jest takie żałosne. Słucham tych ludzi i gryzę się w język, by czasem nie urazić tych ich delikatnych uczuć. Są tutaj, bo nie radzą sobie ze stratą. Ich bliscy byli chorzy, męczyli się długi czas, a oni zamiast odczuwać ulgę, że ich ból już minął, to kurwa wyją. Albo ktoś zginął w nieszczęśliwym wypadku, któremu nie był winny żaden człowiek. Mam siedzieć tam i udawać, że rozumiem? Że ich wspieram w tym? Mój ojciec nie żyje, bo ktoś go zamordował. Był i go nie ma, bo ktoś przywłaszczył sobie jego życie!
Cassandra stanowiła zagrożenie wybuchowe, była łatwopalna — iskierka wystarczyła, by cała zajęła się ogniem. To właśnie teraz miało miejsce, nastąpił samozapłon.
Kurwa, jak mam żyć, wiedząc, że ten skurwiel, przez którego całe moje życie legło w gruzach, chodzi sobie po wolności? Kurwa! Dlatego się nie mogę odzywać, bo kogoś, kurwa, zwyzywam, a oni są zbyt delikatni, by usłyszeć coś takiego! — Zacisnęła szczękę, zgrzytając zębami. Przekleństwa robiły za przycinki, jej wypowiedź brzmiała chaotycznie, ale miała na myśli każde wypowiedziane słowo. Zaciągnęła się papierosem, ręka jej drżała, ona cała dygotała z nerwów. Oglądała się, szukając czegoś, co mogłaby zniszczyć, ale nic odpowiedniego nie namierzyła. Więc stała, nie wiedząc, co zrobić z dłońmi, które same zaciskały się w pięści, gotowe, by w coś przywalić. Patrzyła na niego, ich złość się starła i na chwilę wyglądało to tak, jakby czekała na zgodę, by go uderzyć, mimo że nie chciała go skrzywdzić. — Przepraszam, poniosło mnie. W sumie to nie, nie przepraszam, było mnie nie prowokować.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego destrukcyjność miała zupełnie inne oblicze - skondensowane do jego osoby, jego życia i czterech ścian, w których je zamykał. Nigdy nie utrzymywał większego kontaktu ze swoją rodziną, teraz ograniczoną wyłącznie do tkwiącej w ich przeklętym domu matki, więc sporadyczny telefon ze standardową formułką wymienianą przez ich oboje nie odstawał od normy. Na komisariacie miał renomę trudnego w obyciu jeszcze zanim świat odebrał mu jedyne, co utrzymywało go w ryzach.
Jednocześnie ta utrata, na swój sposób, mu p o m o g ł a.
Nikt nie próbował doprowadzić go do porządku gdy wpełzał na komisariat spóźniony ani gdy siedział w nim do nocy. Nikt nie robił mu problemu gdy z jego ust wydobywały się wyłącznie nieprzyjemności i przekleństwa. Gdy pieczołowicie budował mur, oddzielający go od reszty społeczeństwa, to wszystko było dla nich zrozumiałe. Nikt nie próbował się przez niego przebić, naiwnie zakładając, że któregoś dnia, zejdzie sam. Że ten mur był naturalną koleją rzeczy dla pogrążonego w żałobie mężczyzny, dla którego inni ludzie stali się zbytecznym problemem, a nie podporą, z której mógłby skorzystać.
Ale miejsce za tym murem było niebezpieczne. Malowało świat czernią i bielą, nie dostrzegając wszystkich szarości tkwiących po środku. Dystans sprawiał, że czynności, które wcześniej wydawały mu się niewybaczalne, teraz nie miały w sobie większej wagi.
Dystans przekształcił go w narzędzie, skupione wyłącznie na jednym - zemście.
Kąciki jego ust uniosły się w górę w odruchu na rzucony przez nią komplement, sprzedany w tym flirciarskim tonie, który bardziej kojarzył mu się z wnętrzami barów niż z krawężnikiem przed ośrodkiem wzajemnej pomocy. Nagły błysk w oczach kobiety powinien zwrócić jego uwagę, stanowić zapowiedź do tego, co miało nadejść - ale jego umysł pracował ociężale, zamroczony ostatnimi tygodniami. Łączył fakty w spowolnionym tempie i nim zdążył się na to przygotować, nim zdążył to przewidzieć, Cassandra ruszyła naprzód, w tę przestrzeń, która miała być osobista.
A która stała się wspólna.
Wyczuł jej perfumy, wkradające się w powietrze, którym oddychał. Dostrzegł łobuzerski uśmiech gdy niespodziewanie sięgnęła do niego ręką - dłoń wsunęła się pod materiał kurtki, zostawiając po sobie linię napięcia na schowanych pod spodem mięśniach. Było w tym coś b e z c z e l n e g o, w tym sposobie, w którym trzepotała rzęsami, odwracając uwagę od tego, że nie on był jej celem - że była nim schowana w jego kaburze broń.
Instynkt zadziałał szybciej, nieotępiony ani żałobą, ani jej urokiem. Gdy sięgnęła po pistolet, jego dłoń wystrzeliła w górę, zacisnęła się na kobiecym nadgarstku w pierwszym, bezwarunkowym odruchu, który mógł być największą jego cechą, która w tym momencie kojarzyła się z byciem gliną. Zaraz po tym, po tym ułamku sekundy, przypomniał sobie, że wcale się nim nie c z u ł. A w ten niepoczytalny sposób, jego palce rozwarły się, pozwalając jej wydobyć broń, z całkowitym brakiem zaangażowania w to, jak to wszystko może się skończyć.
Jego destrukcyjność była ograniczona - ale wciąż skierowana do bezpośredniego otoczenia.
Przekrzywił głowę, z rozbawieniem patrząc jak kobieta się nią b a w i. Wypuścił tytoniowy dym z płuc w stronę nieba, przyjmując ją z powrotem gdy wreszcie mu ją oddała - z mniejszą urazą względem tego, co zrobiła, niż powinien mieć dobry glina.
I nadal po prostu s t a ł, stoicki, względnie opanowany, gdy wściekłość wylała się z kobiety, znajdując ujście w agresywnych słowach. I choć brzmiało to niepoczytalnie, choć przypominało bezsilność, przelewającą się w furię, choć mogło go s p a l i ć, wszystko to, co mówiła, rezonowało w nim do głębi. Chwytało za te struny w jego sercu, do których nie sięgali ludzie na komisariacie, nie zbliżali się nawet inni ludzie na ich grupce pomocy, którzy nie mogli wiedzieć jakim uczuciem była świadomość tego, że ktoś nie zginął, a został ci odebrany.
Przez kogoś, kto wciąż chodził na wolności.
Wzmianka o prowokacji sprawiła, że na jego ustach znów pojawił się pełen rozbawienia uśmiech. Wyrzucił papierosa z ust, zgniatając go butem na wciąż mokrym podłożu obok nich. Nigdy nie był osobą wylewną, jego partnerzy w pracy nieustannie oskarżali go o bycie mrukiem, nie miał więc rozległej odpowiedzi, którą mógłby jej udzielić.
Podejrzewał jednak, że wcale jej nie oczekiwała.
- Niedaleko stąd jest bar - rzucił, krótko, ale znacząco - nie zamierzał dziś wchodzić do tej sali i słuchać tego pierdolenia, które było prawdziwą prowokacją, a nie to, co zrobił. - Znacznie lepiej rozmawia się o wspólnych traumach nad szklanką podłego alkoholu - dodał, jakby nie wyczuła w jego sugestii zaproszenia.
Choć podejrzewał, że nie będzie miała z tym problemu.

Cassandra Layton
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”