-
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
– Zdarzyło mi się kilka razy... – zaczął powoli, ale po chwili skrzywił się lekko. – Ale to było na początku mojej kariery. - ostatecznie uciął temat. Pokręcił głową, jakby tamta scena wróciła do niego na moment bardzo wyraźnie. To było bardzo na świeżo po utracie Jenny. Nie chciał do tego wracać... nie chciał wracać myślami do Niej. Jen należała do świata tylko kilka minut po przebudzeniu, nigdy nie pozwalał sobie na więcej.
– Najgorsze jest to, że jak już krzyczysz, to wiesz, że to nic nie da. To jest tylko moja frustracja, a nie forma pomocy. I tym bardziej to dystansuje od pacjenta. Chociaż tak jak powiedziałem, czasem puszczają nerwy. Najtrudniej zaakceptować fakt, że nie każdemu można pomóc - jak się zaakceptuje ten fakt to potem jest z górki. - Patrzył, jak opiera podbródek na dłoni i nachyla się lekko w jego stronę, jakby naprawdę była ciekawa odpowiedzi, a nie tylko podtrzymywała rozmowę z grzeczności. I znowu pojawiło się w nim to dziwne uczucie, że ta rozmowa nie jest jedną z wielu, które prowadzi się i zapomina po pięciu minutach. To było zaskakująco odświeżające, jakby ktoś na chwilę zdjął mu z ramion ciężar, którego na co dzień już nawet nie zauważał, bo był do niego przyzwyczajony jak do własnego cienia.
Obserwował, jak przygotowuje drinka dla tamtego mężczyzny i niemal natychmiast zauważył zmianę w jej postawie. To nie było nic oczywistego dla kogoś, kto jej nie znał, ale Horacy już dawno musiał nauczyć się czytać ludzi po drobnych sygnałach. Nie musiał słyszeć rozmowy, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak.
Kiedy mężczyzna złapał ją za nadgarstek, Horacy poczuł znajome zimne skupienie, które pojawiało się u niego zawsze wtedy, kiedy sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. Na oddziale oznaczało to, że ktoś właśnie przestaje oddychać albo że za chwilę trzeba będzie podejmować decyzje szybciej, niż jest to komfortowe.
Tutaj sytuacja była inna, ale jego organizm zareagował podobnie. Najpierw obserwacja. Ocena. Dopiero potem działanie.
Zauważył, jak Lina próbuje spokojnie uwolnić rękę, jak jej głos się zmienia, jak w tym jednym krótkim zdaniu pojawia się twardość, której wcześniej nie było.
Nie wstał od razu. Nie wtrącił się. Jeszcze nie.
Zamiast tego sięgnął po telefon, jakby coś sprawdzał, jakby nagle przypomniał sobie o czymś zupełnie niezwiązanym z sytuacją przy barze. Przez kilka sekund patrzył w ekran, choć tak naprawdę niczego nie czytał.
Potem podniósł głowę i odezwał się spokojnie, normalnym tonem, jakby kontynuowali zupełnie zwyczajną rozmowę sprzed chwili.
– Lina – powiedział, spoglądając na nią, a potem jakby z lekkim zaskoczeniem na ekran telefonu. – Maggie napisała, że mamy po drodze do niej odebrać jeszcze indyjskie jedzenie. Z tej knajpy co zawsze. - Powiedział to najbardziej naturalnie jak potrafił, dokładnie tak jakby naprawdę byli umówieni i zaraz mieli gdzieś jechać.
Nie patrzył na Larry’ego wyzywająco. Nie podniósł głosu. Nie było w jego postawie agresji. Był za to spokój człowieka, który jest absolutnie pewny swojej obecności w danej sytuacji i który nie widzi powodu, żeby się z tego tłumaczyć.
I właśnie ten spokój często działał lepiej niż podniesiony głos.
Liyana Sinclair
-
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy gdyby ktoś pomógł jej bratu wcześniej, zanim doszło do tamtego strasznego zdarzenia, dziś świat – ich świat – wyglądałby zupełnie inaczej? Czyjeś życie może nie zostałoby brutalnie przerwane, a jej własne nie wywróciłoby się do góry nogami. Może jej mama nie przypominałaby teraz cienia kobiety, którą kiedyś była, a Lina zamiast stać za barem, właśnie zdobywałaby swój pierwszy awans.
Czy gdyby tamtej kobiecie udało się pomóc, jej brat miałby jeszcze jakieś szanse na normalne życie? A może to nigdy nie było mu pisane.
Lina na co dzień próbowała się odcinać od tego typu rozważań. Może dlatego, że przez lata przerobiła już chyba wszystkie możliwe scenariusze. Zwłaszcza na początku potrafiła analizować każdą swoją rozmowę z nim, szukała jakichkolwiek wskazówek, że to się może wydarzyć. Zastanawiała się, co by było gdyby tata nie zachorował albo gdyby ona odebrała tamten telefon. Ostatecznie nie zmieniało to nic – nie mogła cofnąć czasu i jak bardzo marzyła, by było inaczej, wszystko sprowadzało się do tego, że była siostrą mordercy.
Przez chwilę wyglądało, jakby odpłynęła w swoich myślach, w końcu zamrugała oczami, próbując uśmiechnąć się z wyraźnym trudem.
– Nie każdy też potrzebuje pomocy, nawet jeśli czasem z boku wygląda to trochę inaczej – dodała, lekko wzruszając ramionami, jednocześnie się prostując.
A ona?
Lina obrała sobie taką strategię w życiu, żeby jak najmniej musieć zawdzięczać innym. Nieważne jak bardzo by sobie nie radziła, tkwiła w niej jakaś blokada, która nie pozwalała poprosić o pomoc, chyba że byłaby doprowadzona do ostateczności. A naprawdę potrafiła zamknąć się w sobie i uprzeć, że poradzi ze wszystkim sama. Nie lubiła pokazywać swoich słabości, nie lubiła uczucia, które zazwyczaj pojawiało się potem – że jest komuś coś winna. Dlatego nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazła się teraz, nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby liczyć na to, że ktoś zareaguje, że pomoże pozbyć się natrętnego faceta, którym Larry był. Wręcz przeciwnie – cała jej napięta postawa świadczyła o tym, że była gotowa daleko się posunąć, żeby trzymający ją mężczyzna się odczepił.
A potem wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie.
Horacy rzucił w jej kierunku zdania, które w pierwszej chwili wydawały się pozbawione sensu, a zaraz po nich Larry poluzował uścisk, co pozwoliło Linie na wyswobodzenie nadgarstka.
– Serio? – odezwała się, a jej głos był pewny, zupełnie nie wskazujący na to, jak zaskoczona była jego wtrąceniem się. – Czyli pewnie jak zwykle jej się przedłużyło w pracy. Napisz jej, że za piętnaście minut będziemy się zbierać – rzuciła, czując jak Larry świdruje ją wzrokiem, więc w końcu przeniosła na niego spojrzenie. – Podać coś jeszcze? – zapytała formalnie i odetchnęła, kiedy mężczyzna odmówił i zabierając swoją szklankę przeniósł się do stolika w głębi lokalu. Lina od razy starła reszki piwa, które rozlał na blacie, kiedy podnosił kufel. Dopiero po chwili zerknęła na Horacego, przesuwając się w jego kierunku.
– Miałam wszystko pod kontrolą, Larry jest tu niestety częstym gościem – powiedziała, spoglądając w kierunku, gdzie teraz siedział. – Za każdym razem muszę go spławiać. – Choć musiała przyznać, że dziś wydawał się bardziej namolny niż ostatnio. A na pewno bardziej bezpośredni. Zawahała się, przenosząc wzrok na Horacego. – W każdym razie to nie było konieczne, ale dzięki. Może teraz się odczepi, skoro moje nie do tej pory mu nie wystarczało – dodała, co nie przyszło jej z łatwością. Dziękowanie. Jednocześnie z jakiegoś powodu czuła, że to było właściwe.
Horacy Bell