ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

2.

Wywróciła teatralnie oczami, kiedy Dante postanowił nie dawać za wygraną tylko rzucać w nią swoimi kontrargumentami. Dziękowała w duchu, że nie był taki pyskaty jak prowadziła negocjacje z tamtym barczystym facetem. Ostatnie czego chciała to oberwać jeszcze za niego. Nic mu jednak nie odpowiedziała. Bo może trochę miał racji z tym świeżym powietrzem? Taka naturalna wytrzeźwiałka nie mogła być aż taka zła.
Na jej ustach zagościł delikatny uśmiech, kiedy to zaśmiał się z jej żartu. Chociaż może to wcale nie był żart? Przecież naprawdę nie chciała, żeby ją obrzygał. Może i wracała samochodem, ale zapach jego treści żołądkowej nie należał do jej topowej piątki perfum. W top setce też się raczej nie znajdował.
I z takim samym uśmiechem patrzyła mu w te zapijaczone oczy. W te zwierciadełka, które ewidentnie tęskniły za rozumem… i robiła to zdecydowanie za długo. W głowie już milion razy zadała sobie pytanie, po co właściwie robiła to wszystko. Przecież mogła go wrzucić w bolta i pozbyć się problemu. Tylko że gdzieś tam z tyłu głowy, taki zdradziecki głosik ciągle nadszeptywał, że on po prostu jest jej problemem. Od dnia, kiedy pierwszy raz spotkali się w bibliotece na korkach, a on przyszedł z wielce obrażoną miną, że ojczym wtrącał się w jego edukację i jeszcze znalazł jakąś bogatą paniusię do pomocy. To od tamtej chwili nordyckie norny postanowiły wyryć na drzewie ich wspólny los , który przeplatał się ze sobą nieustannie. Bo nawet te tym momencie - jaka istniała szansa, że spotkają się w tym klubie po takim czasie? No właśnie, niewielka. To te pieprzone tkaczki przeznaczenia wszystko uknuły, więc pewnie to, że Elsa nie potrafiła odmówić mu pomocy również było ich zasługą.
— Czy ja wiem… przecież w szkole nadal byłam pilną uczennicą z najlepszymi ocenami, poszłam na studia, potem na kolejne, mam pracę, którą sama sobie załatwiłam bez jego pomocy… chyba jednak nie wyszło mi w tym życiu tak źle — odparła spokojnie, zresztą zgodnie z prawdą. Bo związek z Dante jakoś bardzo nie rzutował na jej życie. Wtedy nadal mieszkała z rodzicami, więc stosowała się do ich zasad, nie wracała dosyć późno z imprez u znajomych, zawsze znajdowała czas na naukę, o dziwo ten gamoń wiele razy jej w tym towarzyszył, no i nadal była po prostu Elsą. Jedyne chyba co się zmieniło to fakt, że niektóre przerwy spędzała na dziedzińcu szkoły, opierając się o drzewo i głaszcząc loczki, które leżały na jej udach. Prędzej by zaryzykowała stwierdzeniem, że to on się tak tyci tyci uspokoił. Minimalnie. Ociupinkę.
Jej uśmiech momentalnie się poszerzył, gdy Dante zgodził się zakończyć imprezowanie. Nawet jeśli warunkiem miało być skoczenie na jakieś szybkie żarcie.
— Jasne. Kebab na krzyżówce koło poczty na pewno jest jeszcze otwarty — Puściła mu oczko. To przecież tam kończyli każdą domówkę, Dante na jakiejś wielkiej bułce z mięsem i frytkami, a ona na rollo z warzywkami, bo przecież już w liceum nie brała do usta padlinki.
Złapała go za nadgarstek, aby czasem jej nie uciekł, ani nie zgubił się w tłumie, a tym bardziej nie wdał się w kolejną bójkę, i zaprowadziła do wyjścia, a stamtąd prosto do jej granatowego range rovera. Posadziła go z tyłu, pomogła zapiąć pasy i gdy sama zajęła miejsce kierowcy, zaczęła wpisywać adres kebaba, potem swój, jako przystanek końcowy, a pomiędzy…
— Gdzie cię później zawieźć? … Dante, mówię do Ciebie… Dan… — Odwróciła się w jego kierunku, a z jej ust wydobyło się głuche jęknięcie. Spał.
— Gamoń… — odburknęła, usuwając zaraz z nawigacji adres luksusowej restauracji, do której najprawdopodobniej sanepid dawno nie zaglądał i kierując się prosto do swojego domu.
Nie wiedziała jak to jej się udało, ale na wpół przytomnego chłopaka wprowadziła do środka i położyła na kanapie. Musiał chociaż trochę współpracować, bo jednak różnica wzrostu sprawiała, że to zadanie nie było najłatwiejsze. Otworzyła okno na oścież, a zwłoki przykryła granatowym kocem w śnieżynki.
— Przepraszam, że tutaj… ale nie dało się z tobą gadać w aucie. Bądź grzeczny, dobrze? — wymamrotała, głaszcząc go mimowolnie po włosach. Zaraz jednak na jej kolanach pojawiła się mała, biała kulka. Nie wyglądała na zadowoloną, że ktoś zajął jej miejsce na kanapie.
— Shhhh… mamy gościa Olive. Też musisz być grzeczna.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kompletnie nie znał się na nordyckiej mitologii i pewnie mógłby uznać norny za jakąś egzotyczną potrawę albo trochę zbyt pretensjonalną nazwę drinka, ale… może faktycznie za ich zasługę należałoby uznać to, że spotkał Elsę akurat tego wieczoru. Był już przecież w Toronto dość długo – zbyt długo, zwłaszcza jak na kogoś, kto najpierw zamierzał wyjechać tylko na trochę, a później nie planował wracać w ogóle… – mogli więc wpaść na siebie przy jakiejkolwiek innej okazji. Tyle, że ta jakakolwiek inna okazja najpewniej musiałaby zakończyć się ledwie kilkoma zdawkowo wymienionymi zdaniami i spotkaniem trwającym nie dłużej niż kilka, może kilkanaście minut. Na pewno nie tym, że Dante miałby próbować znaleźć w otumanionym alkoholem umyśle odpowiednie słowa, które lepiej wyjaśniałyby, co dokładnie miał na myśli, kiedy odnosił się do dobrych rad jej ojca. Chociaż pod tym akurat względem musiał ostatecznie i tak się poddać, dochodząc do wniosku, że w zupełności wystarczyło mu to, że Elsa w satysfakcjonujący dla siebie sposób poukładała swoje życie. Tłumaczenie własnych alkoholowych przemyśleń można było odłożyć na później.
Prawie jak odpisanie na smsy…
I chociaż jeszcze przed zaśnięciem w jej samochodzie zdążył ucieszyć się na myśl o odwiedzeniu wątpliwej jakości kebaba – chyba bardziej ze względu na sentyment do miejsca, niekoniecznie przez wybitność serwowanych tam potraw – może to nawet dobrze się składało, że nie mieli okazji tam dotrzeć. W czasach nastoletnich pewnie ich żołądki mogły znieść nieco więcej, tym razem wizyta w lokalu mogłaby za to zakończyć się tragicznie… Zwłaszcza, że pewnie istniało jakieś ryzyko, że przynajmniej część używanych w tym miejscu składników wciąż pamiętała ich równie dobrze, jak oni samo miejsce…
Wpół świadomie dał się jej za to wywlec z samochodu i odprowadzić do domu, na kanapę. Nawet jeśli raz lub dwa zdążyło mu przy tym przejść przez myśl, że coś nie do końca się tutaj zgadzało i że powinien kłaść się spać w kompletnie innym miejscu… na ten moment nie było to istotne.
Jasne. Jak zawsze… – mruknął jeszcze w odpowiedzi na jej słowa. Może i niezbyt wyraźnie, ale wciąż chyba dość zrozumiale. Nie miał za to sposobności, żeby zdać sobie sprawę z tego, że najwyraźniej zajął zaklepane już przez kogoś miejsce – odpłynął jeszcze szybciej niż wcześniej w samochodzie. Chociaż dzięki temu przynajmniej faktycznie można było uznać, że był grzeczny
Oczywiście prawowita właścicielka miejsca na kanapie musiała jednak upomnieć się o swoje. I to cierpliwie wyczekując aż do rana, kiedy obudzenie intruza wcale nie było już zbyt wielkim wyczynem. Zwłaszcza, że całkiem skutecznie współpracował z nią pulsujący ból głowy, który ostatecznie zmusił Dantego do niechętnego otworzenia oczu.
Mógł zdać sobie sprawę przynajmniej z kilku kwestii. Po pierwsze – obudził go pies, który zdecydowanie nie był jednak jego psem. To z kolei prowadziło do drugiego wniosku, potwierdzonego zresztą tym, co widział wokół siebie – ewidentnie nie znajdował się u siebie. Co więcej, ewidentnie nie znajdował się też w żadnym miejscu, w którym mógłby się znaleźć, gdyby poprzedniego wieczora – znów… – dał się skusić propozycji rzuconej przez kogoś mniej lub bardziej przypadkowego, by przenieść imprezę do cudzego mieszkania… Zanim jednak mógłby zacząć analizować to głębiej, musiał uporać się z trzecim, najbardziej upierdliwym wnioskiem – z tym cholernym bólem głowy koniecznie trzeba było coś zrobić.
Odruchowo pogłaskał nie-jego psa po głowie, chwycił za koc, żeby się spod niego wygrzebać i… na dłuższą chwilę został tak wpół siedząc, z jedną nogą już na podłodze, wpatrując się tępo w ozdabiające koc śnieżynki. Pierwszy przebłysk wspomnień z minionego wieczoru wydawał się co najmniej zbyt abstrakcyjny, by faktycznie mógł mieć coś wspólnego z rzeczywistością, ale… Śnieżynki.
Faktycznie tuż po rozstaniu z dziewczyną miał okazję wpaść na swoją wcześniejszą byłą…? Co więcej – jakimś cudem obudzić się na jej kanapie…?
Na moment przeniósł spojrzenie na psa, niemal spodziewając się, że ten miałby uraczyć go jakimś sensownym wyjaśnieniem. Tego oczywiście się nie doczekał. I może wcale nie musiał, skoro płynący z kuchni zapach jaśminowej herbaty – kolejny szczegół, który do tej pory mógłby uważać za dawno zapomniany – niósł za sobą czwarty spośród porannych wniosków.
Tak, spotkanie z Elsą wcale nie było wynikiem być może wciąż nie do końca trzeźwej wyobraźni.
Z bolesnym jęknięciem, przyciskając dłoń ponad czołem jakby miało to jakoś zminimalizować ból, podniósł się z kanapy, by następnie powlec się nieprzytomnie do kuchni. Trochę na oślep, trochę podążając za zapachem.
Zanim zacznę cię przepraszać za cokolwiek co miałem wczoraj powiedzieć albo zrobić, powiedz, proszę, że masz coś przeciwbólowego… – upewniwszy się tylko, że była w kuchni, czołem oparł się o przyjemnie chłodną ścianę tuż przy wejściu, przymykając przy tym oczy i licząc na to, że w ten sposób przynajmniej uda mu się przeżyć tych kilka chwil do łyknięcia jakichś przeciwbólowych prochów…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

— No własnie to ”jak zawsze" mnie martwi — przemknęło jej przez myśl. Zaraz po tym podniosła się z kolan i zabrała psinę do swojej sypialni. Chwilę po tym udała się do łazienki, aby zmyć z siebie brudy całego dnia. Samego Dantego nie mogła wrzuci do wanny. Nawet nie dlatego, że musiałaby go zobaczyć nago, bo jednak nie byłby to dla niej żaden nowy widok… no ale bez przesady. Jak chwilę poleży w swoim smrodzie to nic mu się nie stanie. Ona za to musiała zmyć makijaż i dać zmęczonym mięśniom zaznać nieco przyjemności jaką dawała kąpiel z dużą ilością piany.
— Co ja robię… po cholerę go tu przywlokłam…

Noc mogła uznać za nieprzespaną. Ciągle się kręciła, nie mogąc znaleźć miejsca w swoim własnym łóżku, a przecież zawsze zasypiała z tej samej strony, na tym samym boku, można by zaryzykować stwierdzeniem, że nawet nogi były podkulone pod tym samym kątem. I kiedy w końcu udało jej się zmrużyć oczy to zaraz Olive uraczyła ją mokrym buziakiem, który miał oznaczać tylko jedno — spacer. No tak, była właścicielką psa, a z tym wiązały się same obowiązki. Dlatego posłusznie wstała z łóżka i założyła na siebie granatowe legginsy oraz longsleeve w tym samym kolorze. Włosy zostawiła spięła w luźnego koka i w takim umundurowaniu udała się z małym shorkie do parku. Nie spędziły tam dużo czasu, godzina na poranne siku i polatanie za piłeczką w pełni wystarczyło. Po powrocie zauważyła, że buty chłopaka dalej stały w przedpokoju w tym samym miejscu, w którym je wczoraj ułożyła. Dla pewności zerknęła do salonu, aby upewnić się, że ten nie wpadł na genialny pomysł, aby wyjść boso i nie… dalej spał pod kocem. Chyba nawet trochę zmarzł, bo był nim okryty szczelniej niż te kilka godzin temu.
Na stoliku kawowym położyła tabletki przeciwbólowe oraz szklankę z elektrolitami rozpuszczonymi w wodzie — miała ich dosyć spory zapas, ponieważ nie raz zdarzało jej się zapomnieć o uzupełnianiu płynów i w konsekwencji zasłabnąć z odwodnienia. Obok tego asortymentu na przetrwanie pierwszych godzin, położyła także jego telefon, który musiał mu się wysunąć z kieszeni spodni i spaść na dywan. Wołała go uchronić przed ewentualnym kopnięciem pod kanapę, bo wtedy to już na pewno mieliby problem z jego wydostaniem. Elsa sama nie odsunęłaby narożnika, a stan Dantego wskazywał na równie słabe predyspozycje co do zadań natury fizycznej.
Kiedy chłopak pojawił się w kuchni mógł zobaczyć, przezroczysty czajniczek, w którym parzył się kwiat jaśminu, talerzyk z kilkoma kanapkami wysmarowanymi jakimiś białym serkiem i pokrojonymi w plasterki ogórkiem i pomidorem. A ona? Ona siedziała po turecku na blacie, pochylona nad własnoręcznymi notatkami, ze skupieniem wymalowanym na jej bladej buźce. Była tak pochłonięta nauką, że nawet nie zauważyła, kiedy Dante pojawił się w kuchni, dopiero jego głos sprawił, że uniosła głowę, racząc go swoim spojrzeniem.
— Tabletki i wodę zostawiłam ci przy łóżku. Częstuj się — odparła… chłodno? Nie było w jej głosie tego promyczka sympatii czy może nawet czułości, której doświadczał od niej ubiegłej nocy.
Zsunęła zaraz swój tyłek z blatu i odłożywszy notatki na bok, chwyciła za wspomniany wcześniej czajniczek i zaczęła nalewać herbaty do dwóch kolorowych kubków.
— Dalej lubisz jaśminową? Bo mogę zrobić inną. Powinnam mieć jakąś czarną albo owocową i… po co masz przepraszać? Przeprasza się, jak się czegoś żałuje, a żeby żałować trzeba pamiętać. Ty akurat masz spore problemy z pamięcią, więc chyba nie ma sensu, żebyś silił się na coś, czego i tak nie czujesz. Nie uważasz? — dokończyła dosyć spokojnie, podsuwając mu kubek jakby chciała go w ten sposób prosić, aby zabrał go do salonu. Para jaśminowej herbaty unosiła się między nimi , tak leniwie jak leniwy mógł być ten poranek. Gdyby tylko nie wpadła na genialny pomysł, aby zabrać go ze sobą, aby się nim zająć.
— Kanapki są świeże. Nie wiem co lubisz, więc zrobiłam najprostsze, mam nadzieję, że będą smakować.
Kłamstwo.
Oczywiście, że wiedziała. Pamietała wszystko.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Istniała całkiem spora szansa na to, że gdyby obudził się podczas jej spaceru z psem, rzeczywiście mógłby dojść do wniosku, że całkiem niezłym rozwiązaniem sytuacji byłoby… ulotnienie się pod jej nieobecność. Mogliby wtedy obydwoje uznać, że absolutnie nic niecodziennego się nie wydarzyło, wcale nie spotkali się w nie do końca jasnych dla niego okolicznościach w klubie i w zasadzie nigdy nie było go nawet w jej domu. Wyjście całkiem proste, prawie pozbawione wad… tylko z realizacją mogłoby być znacznie gorzej. Zwłaszcza, że nawet po tej późniejszej pobudce, wciąż mógłby za spore wyzwanie uznać dotarcie choćby z salonu do kuchni… Do której – tak swoją drogą – pewnie wcale nie fatygowałby się tak chętnie, gdyby od razu zauważył pozostawiony na stoliku zestaw.
Przeciągłe westchnięcie, na które pozwolił sobie po jej odpowiedzi, nie do końca wynikało jednak tylko z uświadomienia sobie tego zbędnego wysiłku. Coś w jej tonie podpowiadało, że być może warto było mimo wszystko zacząć od tych przeprosin – nawet jeśli wciąż nie do końca był w stanie przypomnieć sobie szczegóły, które doprowadziły do tego, że obudził się właśnie w jej domu… A także mimo tej uwierającej myśli, że wcale nie musiało chodzić o tak bliską przeszłość, a raczej tę nieco bardziej odległą…
Dzięki… – mruknął, z czołem wciąż opartym o ścianę i zastanawiając się przez moment, czy faktycznie miał dość sił, by raz jeszcze przebyć drogę, jaka dzieliła go aktualnie od salonu. Dopiero kolejne jej słowa zmusiły go do tego, by wyprostował się i zawiesił na niej spojrzenie. Pod czaszką wciąż czuł pulsujący ból, z każdą kolejną chwilą coraz bardziej natrętny. A jednak nawet on nie był w stanie zagłuszyć jeszcze bardziej natrętnej myśli, która raz jeszcze postanowiła o sobie przypomnieć.
Nie, nie musisz, jaśminowa jest w porządku, tylko… – tylko tu nie chodziło o żadną durną herbatę, nawet jeśli miałaby to być ta herbata, której zapach mógł kojarzyć tylko i wyłącznie z nią. Z czasem spędzonym wspólnie z nią nad notatkami i książkami, nawet jeśli ani notatki, ani książki niekoniecznie były głównym punktem zainteresowania. Z jej kolorowymi kosmykami zawijanymi na palec, czy zaplatanymi w jakieś pokraczne warkoczyki, bez choćby próby skupienia się na tym, co próbowała mu wtedy tłumaczyć, a co nie było ani odrobinę interesujące. I… no właśnie, bo to nie tylko nie chodziło o jakąś tam herbatę, ale też – co do czego miał coraz większą pewność – nie chodziło nawet o ten częściowo ukryty pod alkoholową mgłą wieczór.
Nie. Nie wiem, przywiozłaś mnie tu zamiast zostawić gdzieś pod klubem i… – zmarszczył brwi, dokopując się do kolejnych szczegółów, które fragmentarycznie pojawiały się w pamięci. – I dzięki tobie przynajmniej nie oberwałem po mordzie, nie? Czyli pewnie wypadałoby przynajmniej podzięko… Wcale nie masz na myśli tylko wczoraj, prawda…?
Automatycznie sięgnął po podsunięty mu kubek, ze spojrzeniem jednak wciąż utkwionym w jej twarzy. Niewiele też wskazywało na to, by miał zamiar tak od razu powlec się z powrotem do salonu – choć pewnie powinien, przynajmniej po to, żeby faktycznie sięgnąć po ratunek czekający na stoliku i nieco ułatwić sobie przetrwanie zdecydowanie zbyt skomplikowanych procesów myślowych.
Dasz mi przynajmniej chwilę na powrót do żywych zanim spróbuję się wytłumaczyć, czy raczej masz to totalnie gdzieś? – spróbował pokusić się o coś, co prawdopodobnie w bardziej sprzyjających okolicznościach mogłoby uchodzić za nieco żartobliwe pytanie. Tymczasem blady uśmiech zdecydowanie nie wypadał zbyt przekonująco. Sugerował raczej, że do tego powrotu do żywych było mu stanowczo dalej, niż mógłby sobie życzyć… – Wczoraj… powiedzmy, że to nie był najlepszy dzień.
Nie miał pojęcia, po co dodawał to ostatnie zdanie, ale… może właśnie ten daleki od w pełni żywego stan nadal w jakimś stopniu mógł go usprawiedliwiać. Podobnie jak to, że mózg nadal próbował mu eksplodować pod czaszką… albo – sądząc po nasilającym się coraz bardziej bólu głowy – może nawet faktycznie już to zrobił.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
For good luck!
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie chciała jego przeprosin. Nie chciała, aby cokolwiek jej tłumaczył. Nie chciała słuchać, że wciągnął go melanż, że zapomniał odpisać najpierw przez przypadek, a potem było mu po prostu głupio. To przecież byłyby tylko cholerne kłamstwa. Wykreślił ją ze swojego życia, zapomniał. Była tylko upierdliwym wspomnieniem, które przeszkadzało mu w rozpoczęciu nowego życia w Toronto. Na tyle nieistotnym, że nawet po jego powrocie nie zasługiwała na wiadomość "jestem w mieście". Kawałek papieru, który zdmuchnięty z dłoni stał się niczym innym jak zwykłym śmieciem, odpadkiem, którym nie należało się już przejmować. No, chyba że ktoś przyłapałby na śmieceniu. Ale wtedy należało go ceremonialnie, przy świadkach, wyrzucić do kubła, gdzie przesiąkłby zgniłą skórką od banana.
Nie chciała, aby kłamał tylko dlatego, że był w jej domu, że czuł jakiś taki uwierający obowiązek w związku z tym, że pomogła mu uprzedniej nocy. To byłoby najgorszy prezent jaki mógłby jej ofiarować w związku ze swoim powrotem.
— Pomogłam ci, bo potrzebowałeś pomocy. No chyba, że celowo się położyłeś na tamtym stole… w takim razie przepraszam, że przeszkodziłam w relaksie — odparła ironicznie, siląc się na szeroki uśmiech. Założyć maskę i udawać, że nic ją nie ruszało. Udawać, że jego odejście nie miało na nią żadnego wpływu, że wcale nie znała historii ich smsów na pamięć od wpatrywania się tygodniami w ich treść jakby była jej najcenniejszym talizmanem, a jednocześnie jakby próbowała zrozumieć co takiego napisała, że ten przestał się odzywać.
— A co jeszcze mogę mieć na myśli? Przecież wczoraj byłeś tylko tak pijany, żeby mieć amnezję… no i za to też chciałeś przeprosić, prawda? Bo za co innego? Ale nim zaczniesz… nie musisz. Po prostu… nie — ostatnie słowa niemalże wyszeptała, jakby brakowało jej sił. Bo coraz trudniej było jej udawać, że to wszystko było tylko błahostką, a starała się przecież najmocniej jak tylko mogła! Pokazanie mu, że jej zależało, że bolało i że nadal boli, jawiło się jako najgorszy scenariusz tego dennego filmu, w którym zdawali się grać od chwili, kiedy zgodziła się na prośbę ojca pomóc temu gamoniowi w nauce. Gdyby powiedziała „nie”, nie znaleźliby się w tej całej sytuacji. Czy w takim razie powinna winić tylko i wyłącznie siebie?
— Jasne, idź do salonu weź tabletki, wypij wodę… ech, wybacz, że w sumie tylko kanapki, ale nadal nie nauczyłam się robić nawet jajecznicy… ale mam warzywny bulion w lodówce. Mogę ci odgrzać. A potem mogę też ci przygotować kąpiel z olejkiem miętowym. Powinna złagodzić mdłości i ból głowy no i mięśni. Ręcznik już ci wcześniej naszykowałam, więc nie krępuj się — znów zaczęła trajkotać jak nakręcona pozytywka. Cokolwiek, byle tylko nie usłyszeć jak bardzo było mu przykro.
— Ja wszystko zaniosę. Ledwo stoisz na nogach, jeszcze się poparzysz jak będziesz niósł herbatę. Mam nadzieję, że nie zmarzłeś jakoś bardzo w nocy. No ale musiałam otworzyć okno, bo zaczynało walić jak w gorzelni… — I znów zmusiła się na uśmiech, biorąc w ręce ich kubki z herbatą, które zaniosła do salonu. Wróciła jeszcze po talerzyk z kanapkami i swoje notatki, a potem usiadła na dywanie przed stolikiem kawowym i znów zagłębiła się w swoje notatki z uczelni. Kolorowe, bardzo obrazowe, z wieloma mapkami myśli i znacznikami. Można by rzec, że od liceum… za wiele się nie zmieniła.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „#6”