-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Stojąc teraz naprzeciwko niego, nie widziała przestępcy - widziała człowieka, który znalazł się w złym miejscu i w najgorszym możliwym czasie. Kogoś kto nie miał narzędzi, żeby się bronić, kiedy trafił na ludzi, dla których jego życie, i życie jego bliskich, było jedynie środkiem do celu. Nie pochwalała tego, co zrobił - wycofanie zeznań, milczenie, zgoda na to, by pomóc im zamieść wszystko pod dywan, to były decyzje, które miały konsekwencje, ale rozumiała skąd się wzięły.
Można było kochać kogoś tak bardzo, by dla jego bezpieczeństwa zrobić rzeczy, których nigdy wcześniej nie brało się pod uwagę. Mogła sobie to wyobrazić aż nazbyt wyraźnie i może właśnie dlatego nie potrafiła spojrzeć na niego wyłącznie przez pryzmat błędów.
Problem polegał na tym, że został z tym wszystkim sam i że ktoś bardzo skutecznie wmówił mu, że nie miał innego wyboru.
Jej spojrzenie na moment powędrowało w stronę Rhysa. Obserwowała go uważnie - sposób w jaki się poruszał, jak mówił, jak zmieniała się jego twarz i jego głos. Był inny, drastycznie inny od mężczyzny, który jeszcze kilka godzin temu stał przy kuchence, robiąc jej śniadanie, od tego, który obejmował ją w nocy i szeptał rzeczy, których nie była w stanie wyrzucić z głowy.
Teraz był kimś zupełnie innym.
Przez ułamek sekundy przemknęła jej przez myśl świadomość, że potrafił nakładać tę maskę z niepokojącą łatwością; przełączał się między tymi wersjami siebie bez zawahania, jakby obie były tak samo prawdziwe.
Cofnęła się o pół kroku, pozwalając mu mówić i przejąć inicjatywę. Ich metody nie mogły się różnić bardziej, a jednak właśnie to sprawiało, że byli skuteczni. On naciskał, ona wiedziała, kiedy ten nacisk zdjąć. On był ogniem, który potrafił spalić wszystko na swojej drodze, ona pilnowała, by nie zamieniło się to w popiół zanim zdążą z niego coś wyciągnąć.
Ale kiedy padło słowo o jego córce, coś w niej drgnęło. Zobaczyła to od razu w sposobie w jaki ramiona Rinaldiego jeszcze bardziej się zapadły, spojrzenie uciekło, a całe jego ciało zareagowało instynktownie, cofając się przed kolejnym ciosem. Strach, który wcześniej był tylko obecny, teraz został wyciągnięty na powierzchnię.
To był moment, w którym przekroczona została granica.
Wyciągnęła rękę w stronę Rhysa, ten gest był szybki, instynktowny, mający go zatrzymać zanim powie coś jeszcze. Nie dotknęła go ostatecznie, zatrzymała się w pół ruchu, ale jej spojrzenie było twarde i nie pozostawiało miejsca na dalszy nacisk. - Twoja rodzina jest powodem, dla którego tu jesteś - odezwała się bardzo spokojnie. - I dokładnie dlatego jesteśmy tutaj my - zrobiła niewielki krok bliżej, ale nadal zostawiając mu przestrzeń. - Możemy je ukryć - powtórzyła w końcu bez zawahania. - W miejscu do którego nikt nie dotrze. Ani Carbone, ani Bianchi, ani nikt z ich ludzi. Zajmę się tym osobiście - to nie była czcza obietnica rzucona lekko, tylko zobowiązanie.
- Ale nie zrobię tego, jeśli nie dasz mi powodu, żebym dla ciebie zaryzykowała - dodała ciszej. - Jeśli dalej będziesz milczał, oni i tak cię nie zostawią. A my nie będziemy mogli nic zrobić - Rinaldi oddychał ciężko, nerwowo, jego dłonie zaciskały się i rozluźniały bezwiednie. Przeklął pod nosem, odwracając na moment wzrok, jakby próbował zebrać myśli, które rozpadały mu się w głowie. - Wy… wy nie rozumiecie - rzucił w końcu, ale w jego głosie nie było już tej samej pewności. - Oni naprawdę mają ludzi wszędzie. Jeśli się dowiedzą… - zawahał się.
Spojrzał najpierw na nią, potem na Rhysa, próbując zdecydować komu z nich bardziej nie ufa. - Może… - urwał, przecierając twarz dłonią. - Może coś mam - te słowa padły ciężko, jakby kosztowały go więcej niż powinny. - Ale jeśli to wypłynie… - jego spojrzenie zatrzymało się na Margo, ostre i ostrzegawcze, choć podszyte strachem. - Jeśli coś pójdzie nie tak, to nie ja zapłacę pierwszy - groźba nie była skierowana w ich stronę.
Była desperacką próbą upewnienia się, że tym razem ktoś naprawdę dotrzyma słowa.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Może dlatego, że jemu nie przeszłoby to przez myśl gdyby Sophie wciąż żyła.
Jego wejście w układy z diabłem nie było efektem słabego kręgosłupa moralnego ani chęci dorobku, czy poprawy warunków swojego życia. Wręcz przeciwnie - na jego z pewnością pokręcony sposób, zgodzenie się na współpracę z Carbonem stało na drugim końcu szali niż jego egoizm. Wierzył, że sprawiedliwość nie była gwarantem w tym świecie, ale akurat dla niej był w stanie ją zdobyć, niezależnie od tego ile by kosztowała.
I dopiero gdy upadł na samo dno, gdy stał się wrakiem osoby, którą był niegdyś, gdy wszystkie inne opcje przeciekły mu przez palce, skierował się do Mimmo's. Kryminał nie był ani jego pierwszym, drugim, ani nawet piątym wyborem, był ostatnim, po co sięgnął - dłonią osoby, dla której własne życie już przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
A gdy człowiek przestawał wierzyć w sens własnych czynów, także te zabronione przychodziły mu lżejszą ręką, czyniąc go obojętnym na konsekwencje.
Wyczuł jej sprzeciw, gdy ruszyła do przodu, w stronę mężczyzny, którego on potraktował z obojętnością. Ruch ręki był subtelny, nie sięgnął jego ciała, ale i tak poczuł go na sobie - w tym miejscu, które zawsze sięgało ku niej niezależnie od tego, w jakim miejscu się znajdowali.
- Zastanów się dobrze, Rinaldi - burknął jedynie, nie zamierzając naciskać, ale też nie będąc w stanie znaleźć w sobie współczucia dla mężczyzny, który sam zgotował sobie ten los. - To może się skończyć na dwa sposoby.
Nie wiedział, czy zawsze taki był - czy jego obojętność względem losów Rinaldiego i jego rodziny pojawiła się z czasem, czy też tkwiła gdzieś u sedna jego osoby. Potrafił się dystansować, od problemów, od ludzi. Póki nie widział jego żony i córki obok, póki przy ich głowach nie tkwiła broń, w jego rękach byli wyłącznie argumentami - za lub przeciw.
I w tej chwili zależało mu na tym, by Rinaldi był za.
- Bianchi ma... skrytkę bankową - zaczął wreszcie, z ogromnym wahaniem i przeniósł swój wzrok na Margo. - Zaufam ci - urwał, wracając myślami do swoich wątpliwości. - Jak w ogóle się nazywasz?
- To nie ma znaczenia - urwał gwałtownie, nie chcąc, by ktokolwiek z Ventresci wiedział, że Margo była w to zamieszana.
Rinaldi zadrżał w wyraźnym sprzeciwie, jego wzrok uciekł gdzieś w bok - w stronę torby leżącej na krześle, w której musiał mieć spakowane rzeczy na wypadek nagłej przeprowadzki.
- Bianchi ma skrytkę bankową w Prosperity Credit Union. Jest zapisana na jego partnerkę, żonę, czy kim ona tam jest - wydusił z siebie wreszcie, a Madden odnotował nazwę banku. - Nie wiem, co w niej chowa, ale byłem przy tym gdy przekazywał jej klucz. Może tam coś znajdziecie.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale tym razem było inaczej. Tym razem nie mogli sobie pozwolić na to, by Rinaldi się zamknął. Nie mogli go stracić, nie po tym wszystkim, co już zrobiła, by go odnaleźć, nie po godzinach spędzonych na składaniu w całość jego śladu, nie po ryzyku, które podjęła wchodząc w sprawę, której oficjalnie nie powinna nawet dotykać. Dlatego, kiedy poczuła, że Rhys posuwa się o krok za daleko, a napięcie w powietrzu zaczyna gęstnieć w sposób, który mógł ich kosztować wszystko, przejęła kontrolę.
Nie gwałtownie, po prostu stanęła między nim a Rinaldim w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że to ona teraz mówi.
Być może właśnie to było różnicą. Być może to, że była kobietą miało znaczenie nie w sensie słabości, bo tej nigdy w sobie nie miała, ale w sposobie, w jaki potrafiła czytać ludzi, jak potrafiła zobaczyć coś więcej niż tylko narzędzie. Patrzyła na Rinaldiego i widziała człowieka, który się złamał nie dlatego, że był zły, ale dlatego, że się bał - o dwie ukochane osoby i o to jedno życie, które miał i które ktoś próbował mu odebrać kawałek po kawałku.
Kiedy więc obiecywała, że je ochroni nie były to puste słowa, była w tym s z c z e r a.
Spojrzała na Rhysa twardo, gdy przerwał, nie zamierzała się kłócić, ale też nie zamierzała się cofnąć. - Margo Mercer - powiedziała spokojnie zanim Rinaldi zdążył się wycofać z własnych słów, zanim strach znów zamknął mu usta. To było zaufanie. Tak działała ta gra - coś za coś. Jeśli chciała, żeby mówił, musiała dać mu choć namiastkę poczucia, że nie stoi naprzeciw kolejnych ludzi, którzy chcą go wykorzystać.
Słuchała go w skupieniu, wyciągając telefon tylko na moment, by zapisać nazwę banku i szczegóły, które mógł wypowiedzieć tylko raz. Pozwalała mu mówić we własnym tempie nawet jeśli każde jego słowo było przesiąknięte wahaniem. Dopiero gdy skończył, cisza, która zapadła była cięższa niż wszystko, co padło wcześniej.
Mężczyzna odetchnął płytko, przecierając dłonią twarz, jakby dopiero teraz docierało do niego, co właśnie zrobił. Jego spojrzenie znów zaczęło nerwowo krążyć między nimi, zatrzymując się ostatecznie na Margo. - To nie jest za darmo - rzucił nagle, głos miał chropowaty, ale tym razem było w nim coś jeszcze. - Chcecie to wykorzystać? Proszę bardzo. Ale ja znikam - zrobił krok w tył, jakby dystans dawał mu choć odrobinę przewagi. - Usuniecie mnie z tego c a ł k o w i c i e. Moje nazwisko zniknie z raportów i z czegokolwiek, co mnie z tym łączy. Przestanę istnieć - jego spojrzenie przesunęło się na Rhysa na dłużej. - A jeśli nie, Bianchi się dowie. Powiem, że dwóch detektywów grzebie tam gdzie nie powinno - to nie była prośba, to był warunek.
W tej chwili coś się zmieniło, Margo zobaczyła to wyraźnie - on nie był tylko pionkiem. Nie był tylko przestraszonym człowiekiem, który reagował na ruchy innych. Uczył się, adaptował, próbując przejąć kontrolę nad czymś, co dawno przestało być w jego rękach. I choć jego głos wciąż drżał, a ramiona pozostawały spięte, to po raz pierwszy od ich wejścia do domu nie wyglądał jak ktoś całkowicie bezbronny.
Wyznaczał własny ruch na planszy.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
N i e w i e r z y ł, że to zrobiła.
Że tak bezmyślnie rzuciła na eter swoje personalia, komuś, kto mógł ściągnąć na nią poważne konsekwencje. Że wyszła przed szereg, tam, gdzie on wierzył, że udałoby się Rinaldiego udobruchać. Wiedział, dlaczego to zrobiła - ponieważ była honorową osobą, jej słowo znaczyło wiele i chciała, by mężczyzna poczuł, że jest skłonna zaryzykować tak, jak ryzykował on.
A Rinaldi to wykorzystał.
Wykonał ruch, a rzucona przez niego groźba uderzyła detektywa ze zdwojoną siłą. Tu oto był - pierzchający przed światłem karaluch, schowany daleko za miastem, w domku swojego ojca, uciekający przed mafią, w którą sam się wmieszał, ryzykując życiem swojej rodziny. Ośmielał się im grozić.
Ośmielał się grozić j e j.
Sama myśl o tym, że Bianchi poznałby nazwisko Margo, że dowiedziałby się o jej zamieszaniu w całą sprawę, sprawiała, że krew w jego żyłach zaczynała wrzeć. Jego mięśnie napięły się wyraźnie, sylwetka wyprostowała, szczęka zacisnęła, gdy za wszelką cenę starał się nie powiedzieć o słowa za dużo. Samo spojrzenie tego obrzydliwego człowieka na Margo, spojrzenie z gatunku tych pełnych przekonania o tym, że są od siebie zależni, przypominało w y k r o c z e n i e.
- Uważaj - warknął, niepotrzebnie, niezdolny do powstrzymania furii, która kiełkowała już w jego wnętrzu. Wysunął się naprzód, powoli, ale nie pozwalając tym razem Mercer na przejęcie tej rozmowy i podkreślenie tego, że ona chciała mówić. Dlatego, że powiedziała już wystarczająco. - Nie jesteś w pozycji do składania żądań, Rinaldi.
Stanął naprzeciw mężczyzny, którego złudna pewność siebie natychmiast wyleciała przez okno - nie było to widoczne jak na dłoni, bardziej schowane w subtelnościach, drobnych zmianach na jego twarzy.
- Sprawdzimy, jak wartościowe są twoje informacje - dodał, zdawkowo, pochylając się lekko nad mężczyzną, który w reakcji na to odchylił się, usiłując utrzymać między nimi większy dystans. - Jeśli znajdziemy pustą skrytkę, albo Bianchi następnego dnia wyjedzie z miasta, z naszego układu nici.
Zupełnie innego rodzaju furia zamieszkała w jego zielonym spojrzeniu - z rodzaju tych, których nigdy nie kierował w stronę Margo. Ten rodzaj przeznaczony był wyłącznie dla ludzi takich jak R i n a l d i, usiłujących zyskać coś w sytuacji, w której powinni cieszyć się każdą chwilą spędzoną na wolności.
Nie on pierwszy i nie ostatni usiłował zmusić go do czegokolwiek.
- Przecież nie mam wpływu na to, co się z nim dzieje! - zaprzeczył mężczyzna, walcząc desperacko o utrzymanie się na ich planszy. - Na litość boską, skąd mam wiedzieć, co jest w tej skrytce? Mówiłem, że nie wiem!
- A to oznacza nici z ochrony dla twojej rodziny - wycedził, przerywając mu, patrząc, jak krew odpływa z twarzy drugiego mężczyzny. - To, co stanie się z nimi nie będzie już w naszych rękach.
Wyprostował się, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Mężczyzna wymamrotał coś pod nosem, co miało być narzekaniem lub protestem, ale było wypowiedziane tak cicho, by nie zostało wzięte pod uwagę. Odwrócił się w stronę drzwi, nie patrząc na Margo, nie chcąc czuć na sobie jej oceniającego spojrzenia.
- Madden - dodał, stając w przejściu jeszcze nim wyszli na zewnątrz. Odwrócił głowę w stronę Rinaldiego, licząc na to, że zrozumie. - Jeśli kiedyś wywleką z ciebie nazwisko, podaj im to.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyglądał jak ktoś, kto od miesięcy żył w ciągłym napięciu. Jak ktoś, kto nie tyle się ukrywał, co trwał na granicy przetrwania, zepchnięty na margines własnego życia, zamknięty w czterech ścianach, które nie dawały mu bezpieczeństwa, a jedynie złudzenie, że jeszcze wszystko się nie rozpadło. Jego spojrzenie było czujne w sposób wynikający nie z siły, a ze strachu - z nawyku oglądania się przez ramię i przekonania, że każdy dźwięk może być zapowiedzią końca.
Nie widziała w nim zagrożenia, nie w taki sposób.
Nie wierzyła, że odważy się stanąć naprzeciw Bianchiego i wykorzysta jej nazwisko w sposób, który mógłby realnie ją skrzywdzić. Nie była przy tym naiwna, wiedziała, że prędzej czy później i tak zostanie odkryta, że grzebiąc w sprawach, które ktoś dawno zakopał celowo, musi liczyć się z tym, że jej nazwisko wypłynie. Jednak nie przez niego, nie przez człowieka, który ledwo utrzymywał się na powierzchni.
A jednak coś w niej się zatrzymało, kiedy Rhys ruszył do przodu. Zmiana była natychmiastowa i wyraźna, napięcie w jego ciele i sposób w jaki przejął przestrzeń, jak jego głos stwardniał, a spojrzenie stało się chłodne i ostre - to nie był ten sam mężczyzna, który jeszcze kilka godzin wcześniej trzymał ją w ramionach.
Nie odezwała się, nie próbowała go zatrzymać słowami, to byłoby nie tylko nieprofesjonalne, ale i niebezpieczne. Podważenie jego działań przy świadku mogło zrobić więcej szkody niż pożytku. Zamiast tego przesunęła się odrobinę, wchodząc między nich, wystarczająco blisko, by w razie potrzeby zareagować. Nie była pewna, czy będzie musiała, ale wolała być gotowa.
Obserwowała, jak Rinaldi cofa się pod naporem jego słów, jak jego ramiona zapadają się jeszcze bardziej, jak strach zaczyna przejmować nad nim kontrolę. Widziała moment, w którym presja przestaje działać na ich korzyść, dlatego kiedy Rhys odwrócił się i ruszył do wyjścia, nie podążyła za nim od razu. Pozwoliła ciszy opaść między nią a Rinaldim, niewygodnej, ale już s p o k o j n i e j s z e j. Przyjrzała mu się jeszcze raz uważnie, próbując wyciągnąć go z tego napięcia, które zdążyło się w nim zakorzenić. - Uspokój się - powiedziała cicho, ale stanowczo. - Mam nadzieję, że naprawdę nie pożałuję, że ci pomagam - zawahała się tylko na moment przed wypowiedzeniem tych słów. - Twoja rodzina będzie bezpieczna - powtórzyła jeszcze, nim się odwróciła i wyszła, nie czekając na żadną odpowiedź z jego strony.
Na zewnątrz zimno uderzyło ją mocniej niż wcześniej. Zobaczyła go od razu - stał oparty o samochód, z papierosem między palcami, szczęką napiętą tak mocno, że aż rysowała się pod skórą. Jego wolna dłoń zaciskała się i rozluźniała, jakby próbował rozładować napięcie, które w nim zostało. Naszła ją także jedna refleksja, której nie dała po sobie poznać - coś w niej drgnęło po słowach, które wypowiedział tuż przed samym wyjściem. Poczuła to wyraźnie, jak cienką rysę przebiegającą pod powierzchnią wszystkiego, co do tej pory wydawało się stabilne. Intuicja, cicha i uparta, która nie potrafiła jeszcze ubrać tego w słowa, ale już zaznaczyła swoją obecność.
Nie powiedziała nic.
Minęła go i wsiadła do auta, zamykając za sobą drzwi z c i c h y m kliknięciem. Dopiero kiedy ruszyli, pozwoliła sobie odetchnąć głębiej. Przez chwilę patrzyła przed siebie, porządkując myśli, zanim odwróciła głowę w jego stronę. - Jeśli jeszcze raz spróbujesz załatwić coś w ten sposób, to następnym razem pójdę sama - zaczęła spokojnie, bez podnoszenia głosu. - Nie wywieram presji na kimś, kto już jest na granicy, a może mi pomóc - spojrzała na niego dłużej, uważnie. - Powiesz mi, czego dokładnie nie zrozumiałeś, kiedy prosiłam cię, żebyś go n i e zastraszał? - zamilkła po tym, nie odwracając wzroku, jakby naprawdę oczekiwała odpowiedzi, nie z potrzeby kłótni, a postawienia granicy, której nie zamierzała kolejny raz tłumaczyć.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To właśnie tego strachu obawiał się w Rinaldim - strachu przed tym, co mogło mu się stać, strachu przed tym co mogło przytrafić się jego rodzinie. Mężczyzna w wyraźny sposób się bał, co Margo ewidentnie interpretowała jako brak zagrożenia. Dla Maddena właśnie t o było zagrożeniem. Bo o ile ten rodzaj strachu nie miał sprowokować mężczyzny do ataku tutaj, w jego własnym domu, tak mógł pchnąć go do zupełnie innych, desperackich czynów. Mógł sprawić, że użyje jej nazwiska natychmiast gdy Luca choćby odrobinę go naciśnie - byle zrzucić na kogoś odpowiedzialność, wskazać kogoś palcem, przekazać nazwisko i być p r z y d a t n y m. Ponieważ Ventresca pozwalała jego i jego rodzinie żyć tak długo, jak nie sprawiał im problemu - a wybaczenie potencjalnej rozmowy z policjantami mogłoby nadejść wyłącznie, gdyby wynagrodził to nazwiskami osób, które w ogóle ośmieliły się pytać.
Papieros pojawił się w jego dłoniach z wściekłości. Patrzył, jak Margo opuszcza mieszkanie, świadom tego, że wcześniej coś Rinaldiemu powiedziała. Podejrzewał, że próbowała jakoś załagodzić sytuację, a może zaprzeczyła wszystkiemu temu, co zrobił Madden.
Nie mogła zdawać sobie sprawy z tego, czy faktycznie zrobiłby to wszystko, co pojawiło się w jego groźbach. I choć chciałby natychmiast, z pełnym przekonaniem zaprzeczyć, gdy sięgał wgłąb siebie to nie potrafił znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Bo czy nie rzuciłby go pod pociąg, byle tylko uchronić nazwisko, które nigdy nie powinno zostać wypowiedziane na głos?
Czuł, że odpowiedź na to pytanie mogłaby się jej bardzo nie spodobać - tak, jak nie podobała się jemu.
W ciszy obszedł samochód, wsiadając na fotel kierowcy. Napięcie podążyło za nimi z domu Rinaldiego, wsunęło się do ich pojazdu przekształcając powietrze w gęste i lepkie. Nie przełamał ciszy, która zapadła, jako pierwszy. Uchylił jedynie okno, wpuszczając do środka ziąb z zewnątrz by wymienić go na tytoniowy dym z nielegalnie odpalonego papierosa wewnątrz pojazdu.
- Ten człowiek pracuje z mafią - prychnął, gdy jej słowa złamały pewną tamę, która trzymała wszystko, co zamierzał jej powiedzieć, w ryzach. - To jest język, jakim ci ludzie operują. Nie pomoże ci dlatego, że go ładnie poprosisz tak samo, jak nie uwierzy ci w to, że mu się odwdzięczysz. Ludzie tacy jak Rinaldi rozumieją tylko przemoc.
Jego dłonie zacisnęły się na kierownicy - wiedział, że gdy powie to, co zamierzał, nie będzie już odwrotu. Że ich kolejna kłótnia zatrze kompletnie wspomnienie z dzisiejszego poranka i poprzedniego wieczoru - ale czy już nie zostały one zatarte? Wracając do samochodu niekoniecznie wrócił do siebie, do tej wersji, którą znała, która była nieco bardziej cierpliwa, bardziej wyrozumiała.
Utknął gdzieś pośrodku, jedną nogą myślami będąc w Mimmo's.
- To jest twoje niewychylanie się i unikanie ryzyka, Margo? - zapytał, siląc się na spokojny ton, choć jego knykcie pobielały nieco w uścisku kierownicy, wzrok utknął na drodze przed nimi, niemal obsesyjnie, byle tylko nie patrzeć na nią. - Sprzedawanie swojego imienia i nazwiska pierwszemu gangsterowi, który mógłby donieść na ciebie do Ventresci?
Jego szczęka zacisnęła się mocno gdy z trudem ważył następne słowa.
- Może mogłaś zostawić mu swoją wizytówkę, żeby Sergio Carbone mógł do ciebie zadzwonić bezpośrednio? - sarknął, kompletnie świadom tego, że jego słowa mają potencjał na rozniecenie w o j n y.
margo mercer