ODPOWIEDZ
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01
He wasn’t a project. He was a warning.


Brązowe oczy przecinały przestrzeń, żarząc się jak dwa ciemne płomienie i obserwując zawodzących żałobników. Kobiety stały nad głębokim grobem z twarzami przysłoniętymi woalkami, płacząc. Mężczyźni trzymali się lepiej — choć nieproszony gość wiedział, że tylko udawali. Zwłaszcza ojciec biednego Joela. Ledwo się trzymał, lecz wspierał żonę w akcie pożegnalnym jedynego syna. Młodzi, starsi. Pogrzeby przyciągały ludzi, łączyły pokolenia. Zupełnie jak wesela. Przesunąwszy wzrokiem po zebranych osobach, próbował zlokalizować tę jedną kobietę. Byłą dziewczynę. Zostawiła go okrutnie pół roku temu, łamiąc jego serce na pół. Rozdarła je jakby włócznią, strzępiąc i kalecząc. Nie potrafił jej tego wybaczyć i miał nadzieję, że będzie cierpiała. Śmierć jej najlepszego przyjaciela była mu nawet na rękę. Był pewien, że do niego wróci. Rzuci mu się w ramiona, wybaczy wszystkie te kłótnie i na chwilę zapomni o tym, że czasem, ale tylko czasem był najgorszym chłopakiem. Patrząc na nią, ubraną w te czarne garniturowe spodnie, widział kogoś innego. To nie była jego dziewczyna. Tamta nosiła jego bluzy i zakładała trampki, zamiast szpilek. Kobieta biznesu, tak o niej teraz mówili. Serce na moment podeszło mu do gardła, gdy podłapał jej spojrzenie. Chwilę później poczuł rozczarowanie, bo to nie było spojrzenie pełne miłości. Szybko przerwała kontakt wzrokowy i zniknęła w tłumie, jakby się wystraszyła. Czego, do kurwy się bała? Jeśli wtedy wydawał jej się straszny, gdy za nią chodził i wieczorami stukał w okno, to teraz dostanie powód do strachu. Pierwszą wiadomość zza grobu — oczywiście od Joela — wysłał wieczorem, kilka godzin po pogrzebie. I zamierzał wysłać kilka następnych. Wkurwiało go to, że za tym martwym facetem płakała dłużej, niż za nim. Przecież to było niewybaczalne.


***


Kolejne wiadomości przychodziły co kilka godzin. Ignorowała je, jak tylko mogła. W pewnym momencie przestała zerkać na telefon. Odkładała go ekranem do dołu w obawie, że na ekranie znów pojawi się dymek z imieniem i nazwiskiem Joela. Żarty skończyły się już pierwszego dnia. Od dnia pogrzebu — czyli równo od dwóch tygodni — nie miała ani jednego dnia spokoju. Zgłosiła się na policję, podała dane personalne podejrzanego i sprawa ucichła. Policjant przyjmujący zgłoszenie wzruszył szerokimi ramionami, dając jej znać, że coś zrobią. Napomknął, że na razie nie mogą zrobić zbyt wiele — co w slangu policyjnym znaczyło tyle samo, co nic — bo nikt nie ucierpiał, a fizyczna przestrzeń nie została naruszona. Poza tym, oni to nie wiedzą, czy to na pewno ten mężczyzna. Zderzyła się ze ścianą, a poziom irytacji wzrósł dwukrotnie. I w ogóle nie malał od kilku dni. Przesiadując w pracy, nie potrafiła skupić się na tym, co mówił do niej ojciec. Coś tam jej tłumaczył, że nie wszystkie dokumenty powinna podpisywać, bo niektórzy partnerzy najchętniej naciągnęliby ją na zwiększone koszta, a jeśli uda im się raz, to będę próbować kolejny. Siedziała przy tym biurku i słuchała, choć myślami była gdzieś indziej, dokładnie w mieszkaniu Erica. Słuchasz mnie w ogóle? — słowa ojca wyrwały ją ze znużenia. Pokręciła przytakująco głową, chcąc, by dał jej święty spokój. Nigdy nie lubiła matematyki, a zarządzanie, przypominało jej te nudne zajęcia. Ojciec głęboko westchnął, rozkładając ręce, jakby prosił o pomoc niebiosa. Po jego wyjściu z biura Shereen sięgnęła po telefon. Napisała krótką, zapowiadającą wizytę wiadomość do Erica. Obawiała się odmowy — przecież mógł mieć plany, co było zrozumiałe. Odzew był pozytywny, a ona tylko dodała, żeby zostawił otwarte drzwi.
Mieszkała nieopodal. Zaledwie kilka numerów dalej. Przed wejściem do budynku zamieszkiwanego przez Erica, zdążyła wpaść do siebie. Rozpuściła włosy, założyła mniej urzędowe ubrania, zostawiła drobne zakupy na stole i wyszła. Nie chciała siedzieć sama w domu. Szczerze mówiąc, zupełnie tego nie lubiła. Wolała spędzać czas w czyimś towarzystwie, bo w ten sposób, czuła się bezpieczniej. Na zewnątrz panowało zimno. Chłód uderzał w jej policzki, zostawiając na nich zaczerwienienia. W takich momentach najbardziej doceniała to, że Stones mieszkał blisko. Nie groziło jej całkowite wychłodzenie ani zamarznięcie. Same plusy. Nie martwiła się też o spóźnienie. Zapukała dziesięć minut przed umówioną godziną, weszła do środka cztery minuty później. W szóstej już zostawiała zbędną warstwę ubrań w miejscu do tego przeznaczonym i była gotowa na przywitanie Erica.
— Za dwadzieścia sekund wchodzę. Jeśli musisz coś ogarnąć, masz na to tylko chwilę — przestrzegła, dając mu chwilę dla siebie, jeśli była mu taka potrzebna. Doliczyła do czterdziestu i weszła do środka, witając ciemnowłosego ciepłym uśmiechem. To nie było jej mieszkanie. Mogła czuć się bezpieczniej.

Eric Stones
Blueberry
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
24 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
junior software engineer at AG Industries
Awatar użytkownika
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

#kiedyś_uzupełnię_kalendarz_obiecuje

Tego dnia mimo obudzenia się z bolącymi plecami, Stones miał pewien plan. Jaki plan? Bardzo kurwasprytny, a mianowicie planował... pójść na siłownię. Ogólnie poza plecami, odczuwał ból także na czole i przypomniał sobie było tego powodem gdy się przebierał. Nagle postanowił podejść do lusterka w przedpokoju i wtedy go zauważył. Pięknego, okrągłego siniaka praktycznie na środku czoła. Dotknął go w taki sposób, jakby chciał sprawdzić, czy to nie omamy, ale po przyłożeniu palców syknął, co dało mu wystarczający powód, by wierzyć, iż faktycznie zaczął go posiadać. Westchnął głośno, bo należało go jakoś zasłonić. W sumie nie myślał długo, bo po minięciu mniej więcej trzech sekund, pstryknął palcami, a następnie podszedł do szafy i wyciągnął z niej granatową czapkę beanie. Bądź co bądź panowała zima, więc noszenie czapki było wręcz wskazane, jeśli nie chciało się mieć chorych zatok. Ani kataru. O właśnie, jeśli jutro lub pojutrze nie będę chory, to będzie super. bo bądź co bądź, trochę się spocił podczas wbiegania na górę i na samym szczycie górki mogło go owiać, ale już trudno. Najważniejsze, że dobrze się bawił i zebrał kolejne wspomnienia do swojej wyimaginowanej księgi wspomnień. Chociaż po ostatnim spotkaniu z przyjacielem, zaczął rozważać dwie opcje: 1) kupienie kamery tylko takiej małej, przenośnej coby niezbyt wiele miejsca zajmowała i mógł ją wrzucić do kieszeni kurtki, bluzy lub tylnej kieszeni spodni; 2) instaxa lub aparatu na klisze, by za jakiś czas wywołać te zdjęcia - czy byłoby to retro? Pewnie tak, lecz nie zważał na to. Po prostu uważał, że mogłoby to być całkiem fajne. Nie wykluczał robienia zdjęć telefonem, lecz aparat wydawał mu się być bardziej... profesjonalnym sprzętem.
Tak czy inaczej, po zebraniu się, nakarmił Stev'a (bojownika), a następnie zgarnął wszystko, co potrzebne tj. dokumenty, kluczyki i telefon i wsiadł do swojej Hondy, by następnie udać się w stronę biura. Po dotarciu do biura nie zdjął czapki i jak ludzie pytali, to odpowiadał, że po prostu zimno mu w głowę - niektórzy patrzyli na niego, jakby był jakimś szaleńcem lub kimś nienormalnym, ponieważ w biurze było ciepło. A nawet bardzo ciepło. aż miał ochotę uruchomić swój przenośny mini wiatraczek, lecz uznał, że nie będzie pogarszał sytuacji i po prostu wytrzyma.
Na szczęście czas w robocie minął mu całkiem szybko i nim się obejrzał, przekraczał drzwi od siłowni - torbę z rzeczami zgarnął przed wyjściem z domu, by się po nią specjalnie nie wracać. Szkoda mu buło czasu i paliwa.
Sprawnie mu poszło schowanie rzeczy do szafki i gdy wyszedł z szatni, pierwsze na co wszedł to (standardowo) bieżnia - nie, na siłce nie łaził w czapce. Biegł ze słuchawkami w uszach - takimi sportowymi (specjalnie kupił takie już kilka lat temu, by nie spadały mu podczas biegania), a gdy uznał, że wystarczy, zszedł z bieżni, wziął kilka potężnych łyków wody i poszedł ćwiczyć ręce. W trakcie podnoszenia hantli zauważył wiadomość od Shereen. Przestał na moment to, co robił, by odpisać przyjaciółce. Jako iż nie posiadał planów na wieczór, zgodził się, by do niego wpadła. Po wymianie korespondencji smsowej kontynuował wykonywanie ćwiczeń i przy okazji pokorzystał jeszcze z innych urządzeń.
Opuścił siłkę gdy zauważył, że wkrótce miała przyjść Reen. Wracał do domu na złamanie karku, ponieważ po pierwsze, musiał jej otworzyć drzwi, a po drugie, przed jej przybyciem chciał się umyć - jasne, mógł to olać, lecz raczej mogłaby nie wytrzymać panującej woni eu de Stones wymieszanej z potem po wysiłku fizycznym. Tak więc gdy dotarł do domu, nie zamykał za sobą drzwi i od razu pobiegł do łazienki.
Słyszał jej głos i dobrze, że nie weszła równo po dwudziestu sekundach, ponieważ w tamtym momencie wyłaził spod prysznica. Po czterdziestu sekundach miał już na sobie spodnie dresowe i trzymał w dłoniach ciemny t-shirt.
- Hej. Jesteś głodna? Chcesz coś do picia? Mam wodę, sok pomarańczowy, sprite i... mocniejsze trunki. - powiedział, witając się z Sher uściskiem, a po przywitaniu założył koszulkę. Z włosów co jakiś czas skapywały krople wody, ale nie przejmował się tym.
- Jak dzień? - spytał, bo miał wrażenie, że wyglądała na nieco... zmęczoną.

Shereen Winfield
OIIA OIIA
do ustalenia/dogadania
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lubiła mieć kontrolę nad własnym życiem i czasem, więc jeśli zamierzała do kogoś przyjechać, zawsze wcześniej dawała znać. Rzadko zdarzało się, że wpadała bez zapowiedzi. W ten sposób traktowała głównie swoją rodzinę. Oni również często wpadali bez wcześniejszej informacji. Dostawała tylko krótką wiadomość, typu: możesz szykować kawę. Nieważne, że w mieszkaniu panował chaos. Nieważne, że mogła mieć inne plany. Kontakt z siostrą miała znikomy, więc ona pojawiała się rzadko. Rodzice... Z nimi bywało różnie. Skomplikowane relacje z dystansowaną i chłodną matką sprawiały, że odczuwała dyskomfort, gdy kobieta z ciekawości do niej przyjeżdżała. Miała z tyłu głowy obawę, że pod tą niby prostą wizytą i ciekawością, kryło się coś więcej — może chciała sprawdzić, jak jej młodsza córka radziła sobie w życiu? Oczywiście, że średnio. Odnajdywała się w tym artystycznym nieładzie, bo w ten sposób nazywała swój bajzel. W głowie także nie miała poukładane i dopiero próbowała zrozumieć sytuację, w której się znalazła. Wiedziała, że jej były chłopak prześladowca, podszywał się w okrutny sposób pod jej zmarłego przyjaciela, żeby ją dręczyć i wzbudzać wyrzuty sumienia. Policja dostała informacje, ale co z tego, skoro Winfield została odesłana i potraktowana jak jedna z wielu ofiar prześladowania? Nie było lokacji, nie było dowodów. Eric był jedyną znajomą osobą, którą mogła poprosić o tę drobną przysługę. Internet nie miał dla niego ograniczeń. Poruszał się po sieci ze sprytem pająka czyhającego na ofiarę w zacienionym miejscu.
Widok Erica wprawił ją w poczucie bezpieczeństwa. Przywitała go z ciepłym uśmiechem, obejmując bruneta, gdy tylko ją uścisnął. Przymknęła na chwilę oczy, zupełnie nieskrępowana tym, że nie miał na sobie koszulki. Trzymał ją w rękach. Poza tym nie miała czternastu lat, żeby oblewać się rumieńcem na widok faceta bez koszulki. Odsuwając się od niego, posłała mu wdzięczne spojrzenie — chciała podziękować za to, że zgodził się na spotkanie. Sprawa, z którą do niego przyszła, nie mogła dłużej czekać. Niepewnym spojrzeniem przesunęła po wciąż wilgotnym ciele chłopaka, unosząc nieco do góry brew. Nie, dlatego że wyglądał źle czy nieodpowiednio. Po prostu nie była pewna, czy Eric był w domu, gdy do niego napisała. Może w czymś mu przeszkodziła i musiał się na szybko ogarniać? Mogła gdybać, zastanawiać się nad tym i mierzyć z wyrzutami sumienia, że być może pokrzyżowała mu plany. Albo wejść, skoro zapraszał ją do środka i przestać rozdrabniać się nad rzeczami, na które już i tak przestała mieć wpływ, gdy ogłosiła swoje przyjście.
— Wiesz co? Muszę ci coś powiedzieć. I do tego jest mi potrzebny chyba mocniejszy trunek, niż sok... — odpowiedziała przejęta, może trochę zbyt mrukliwie, jak na coś ważnego do przekazania. Po spojrzeniu kobiety i sposobie, w jaki zaciskała palce na bluzce odsłaniającej dekolt, nietrudno było wywnioskować, że coś ją męczyło. Była zmęczona i nie próbowała się z tym specjalnie kryć. Wiedziała, że akurat przed n i m nie musiała tego robić. Opuściła swoje biuro. Nie siedziała już w tym przytłaczającym miejscu, jakim był gabinet należący do właściciela sali bankietowej. Miała szczerze dość uzupełniania tabelek, słuchania na temat ważnych klientów, sponsorów i firm współpracujących z ojcem. Chciała się stamtąd jak najszybciej urwać, wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć tego zatruwanego przez kierowców samochodów powietrza. Dziwnym zbiegiem okoliczności, te spaliny były dużo przyjemniejsze do wciągania niż zapach patyczków zapachowych w gabinecie. Niemały wyczyn, patrząc na to, że w biurze pachniało białymi kwiatami — a ona naprawdę lubiła ten zapach.

Przeszła obok Erica, wchodząc w głąb mieszkania. Przysiadła na jednym z kuchennych krzeseł, pozwalając sobie na odrobinę swobody. Nie chciała stać jak przerażona mysz i czekać, aż Eric wyda jej polecenie lub pozwoli usiąść. Bywała już u niego, znali się długo — tego typu uprzejmości mieli już dawno za sobą.
— Jak dzień? Osobiście mam dość mojego taty. Od rana słuchałam o naszych współpracownikach, magazynach i firmach, z którymi współpracujemy. Wiem już skąd zamawiać kwiaty i ozdoby, a ojciec nawet wskazał mi florystę, który hoduje nietypowe kwiatki. Tragedia. On chyba naprawdę planuje mnie wyszkolić w jeden księżyc — pożaliła się, układając ręce na blacie i oparła się o nie czołem. Mówiła dość wyraźnie, więc nie miała wątpliwości co do tego, że Eric słyszał każde wypowiedziane przez nią słowo. Rzadko miewała gorsze dni, ale na jej nieszczęście, takie również się zdarzały. Miała nadzieję, że jak trochę wypije, wróci do mieszkania i położy się spać, to jutro wstanie z dużo lepszą energią.

Eric Stones
Blueberry
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
24 y/o
CHRISTMASSY
178 cm
junior software engineer at AG Industries
Awatar użytkownika
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-ecio osobowa
czas narracji-
postać
autor

Stonesa zaskoczyło gdy usłyszał, że Sher ma ochotę na coś mocniejszego, a z drugiej strony bardzo go ciekawiło, co mu miała do powiedzenia.
- Rozumiem. Postaram się zatem sprostać Twoim oczekiwaniom. - powiedział i podczas wypowiadania tych słów, zaczął wyciągać rum, colę i energetyka - jedynie limonki nie miał ale chyba nie było to większym problemem. Następnie założył koszulkę i niczym barman, zaczął podrzucać rum (bo podrzucanie energola i coli mogłoby się źle skończyć), a po paru podrzuceniach, na oko wlewał wszystko po kolei. Oczywiście przypadkiemnalał więcej rumu niż pozostałych dwóch składników Ups no cóż... Kiedy drinki były gotowe, włożył do jednej szklanki słomkę - oczywiście jak Shereen będzie chciała, to będzie mogła ją sobie wyciągnąć. Po prostu Stones uważał, że skoro w barze tak podają, on też tak poda. Dlaczego do swojej szklanki nie wrzucił słomki? Ponieważ zwyczajnie wolał pić bezpośrednio. Nim wziął łyka, stuknął szklanką o szklankę Sheree.
- Mów śmiało, jeśli będziesz chciała dolewkę lub sama sobie wlej co tam chcesz. Moja kolekcja alkoholi znajduje się w tamtej szafce. - powiedział, wskazując szafkę, która służyła do przechowywania procentowych trunków. Miał w niej naprawdę przeróżne alkohole - od cydrów, po sake, soju, wina półsłodkie, wódki (kolorowe i zwykłe) oraz oczywiście - do połowy wypite - whiskey.
- No to słucham uważnie. - odparł nagle, siadając obok Shereen i wytężając słuch. Naprawdę go ciekawiło, co miała do powiedzenia i czemu miała taki humor.
- Już miałem pytać komu przywalić, ale skoro o Twojego tatę chodzi to chyba jedyne co mógłby zrobić, to przesłać jakiegoś wirusa mailem albo w smsie, podając się za firmę fotowoltaiczną albo jakąś inną, która wytypowałaby go na szczęśliwego zwycięzcę. - rzucił Eric, zaczynając myśleć nad planem, który mógłby wdrożyć. Czy byłby do tego zdolny? Oczywiście. Kilka razy już tak robił tym, którzy go wkurwili lub tym, którzy inni chcieli lecz zwracali się z prośbą do Erica o pomoc. Bardzo szanował tych, którzy w ramach zapłaty, kupowali mu jakieś łakocie, alkohol lub stawiali obiad. Co jak co, ale żadną z tych rzeczy nie gardził, o nie! Alkohol i jedzonko akceptował praktycznie ZAWSZE.
- Myślisz, że jeszcze długo będzie Ci przekazywał tę wiedzę? - spytał nagle Eric z ciekawości, chociaż słysząc o nietypowych kwiatach, zmarszczył brwi, bo zaczął zastanawiać się, jak one wyglądają i jakie można było do nich zaliczyć. Znaczy ogrodnik był z niego żaden - posiadał jedynie kaktusa na parapecie w salonie i ten mu całkowicie wystarczył.
- Poza tym, już na szczęście jesteś po pracy. Także możesz się zrelaksować. - powiedział, chcąc tym jakoś pocieszyć Shereen. Nie miał pojęcia, czy jutro będzie miała powtórkę z rozrywki, czy wręcz przeciwnie ale miał nadzieję, że będzie lepiej niż dzisiaj. I że jej ojciec da jej odetchnąć.

Shereen Winfield
OIIA OIIA
do ustalenia/dogadania
24 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka sali bankietowej Guild Inn Estate
Awatar użytkownika
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rzadko miewała ochotę na coś mocniejszego niż sok lub woda. Wychodziła jednak z założenia, że sytuacja była na trudne trudna, że wymagała nieco innych środków niż zazwyczaj. Wyjątkowo postawiła na wypicie jednego drinka — co nie oznaczała, że popierała alkoholizm, czy picie częściej niż raz w miesiącu. Tego mężczyzny nie powinno być w jej życiu. Podobnie jak zmarłego przyjaciela. Pojawiła się na jego pogrzebie, ubrana w czarny, elegancki garnitur i widziała, jak trumnę z jego ciałem wkładano do grobu. Była wstrząśnięta tym wypadkiem, śmiercią Joela, udziałem w pogrzebie — i jeszcze bardziej zachowaniem człowieka, który powinien zostać pogrzebany w jej wspomnieniach razem z przeszłością zostawioną w Ottawie. Trupy nie powinny chodzić wśród żywych, a on — ten cholerny stalker — był fizycznym dowodem na istnienie życia pozagrobowego. W jaki sposób miała przekazać Erickowi takie informacje, żeby nie brzmieć jak szajbuska, czy inna nie do końca stabilna psychicznie osoba? W rzeczywistości na pewno było to dużo łatwiejsze niż w jej myślach. Odczuwała jednak pewien dyskomfort na myśl o tym, że planowała poprosić go o pomoc. Była dorosła i powinna radzić sobie sama. Tak przynajmniej powtarzała jej nadgorliwa matka. Dlaczego miałaby jej nie wierzyć?
— Na pewno nie będę chciała wypić więcej. Mam naprawdę kiepską głowę i nie wiem, czy ten jeden drink to nie będzie już za dużo — przyznała rozbrajająco szczerze, podnosząc głowę znad stołu i zerknęła na wysoką szklankę napełnioną alkoholem i colą. Nie widziała, ile rumu tam dodał. Może to i lepiej? W końcu czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dopóki nie wiedziała, że zupełnym przypadkiem dodał więcej alkoholu, niż powinien, mogła pić bez obawy o to, że za chwilę ją poskłada. Zerknęła w stronę szafki, o której mówił i pokręciła ze zrezygnowaniem głową. — Twoja kolekcja alkoholi jest zdecydowanie zbyt duża — nie zamierzała rozwodzić się na ten temat, ani go pouczać. Spojrzenie, którym go obdarzyło było na tyle wymowne, że niezrozumienie zawartego w nim przekazu graniczyło z cudem. Martwiła się, że Stones — nawet jeśli nie miał teraz problemu — w pewnym momencie zacznie sięgać coraz częściej po alkohol. Nie widziała problemu w posiadaniu napojów wysokoprocentowych, dopóki sięgało się po nie z umiarem. A nie wszyscy znali ten umiar.
Sięgnęła po swojego drinka, prostując się na krześle i przysunęła słomkę do ust. Złapała łyk; jeden, niewielki. Wystarczający, by się skrzywić, gdy poczuła smak rumu. Nieco karmelowy, odrobinę korzenny i na tyle intensywny, by mogła go wyczuć między pozostałymi składnikami. Drink ten nie smakował w żaden sposób źle, lecz nie należał do najdelikatniejszych. Odwróciła się bardziej w stronę Erica. Przechylając głowę nieco w bok, podparła ją otwartą dłonią. Włosy Winfield spłynęły lekko po ramieniu, zatrzymując się tuż nad stołem. Słysząc wymyślony przez niego plan, skomentowała pomysł szczerym, przyjemnym śmiechem. Nie przepadała za lekcjami ojca i miała go szczerze dość, ale nie do końca była pewna, czy dokładanie mu dodatkowych problemów było odpowiednim wyjściem przy jego kiepskim stanie zdrowia.
— Świetny pomysł. Tylko gorzej, jak ten cyberatak go przerazi i zejdzie mi na zawał. Wolałabym tego uniknąć. Wystarczająco kiepsko się czuje — naprostowała, odrzucając niemal od razu pomysł. Nie żywiła wobec niego urazy; martwiła się o jego stan zdrowia. Rozumiała, że przeżył już pięćdziesiąt lat, ale wolałaby, żeby został na tym świecie przynajmniej do jej ślubu. — Będzie mnie dręczył, dopóki nie dojdzie do wniosku, że jestem gotowa. Ale to nie jest mój największy problem — przygryzła wewnętrzną stronę policzka, poruszając się niepewnie na krześle.
Sięgnęła do tylnej kieszeni spodni, wyciągając swój telefon, który za chwilę odblokowała. Radość z twarzy szatynki spłynęła, zostawiając za sobą powagę i niepewność. Weszła w ostatnie wiadomości, wciskając dymek czatu ze zdjęciem człowieka, którego nie było już na tym świecie. Nachyliła się w stronę Erica, dając mu do ręki telefon i wiadomości do przejrzenia. Nie było w nich nic miłego. Ignorowała je i blokowała, ale celowo nie pozbyła się ich treści. Obserwowałem cię dzisiaj na pogrzebie.; mam nadzieje, że tęsknisz; byłaś chujową przyjaciółką, przez ciebie gnije w trumnie; nawet nie wiesz, jak się świetnie bawię, byłaś taka smutna, że to aż miłe; długo zamierzasz mnie ignorować?; jestem w pobliżu. Wysłane jedna po drugiej, licząc od dnia pogrzebu, do dnia obecnego.
— Joel to mój przyjaciel. Miał niedawno śmiertelny wypadek jak wracał do domu. Na jego pogrzebie był mój... — odchrząknęła, sięgając po szklankę z drinkiem. Upiła ponownie łyk, przeczesując ze zmartwieniem włosy. — były chłopak. Rozstaliśmy się w Ottawie. Wcześniej wysyłam do mnie wiadomości, ale ze swojego konta. Byłam na policji, ale mnie zbyli — dokończyła markotnym tonem, sięgając zmartwionym spojrzeniem do oczu Erica. — I się boję. Bo wiem, że jest w pobliżu — starała się nie karmić swojej paranoi. Sprawdzała kilka razy drzwi, zasłaniała wszystkie żaluzje. Bała się zerknąć za okno i odsłonić zasłonkę. Nie chciała go widzieć. Ten człowiek wzbudzał w niej lęk, przypominał o najgorszym momencie życia i o popełnionym błędzie, za który musiała w tym momencie płacić.

Eric Stones
Blueberry
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”