Zwróciła na niego uwagę tylko dlatego, że był przystojny. Co było nietypowe, bo blondyni zazwyczaj nie byli w jej typie. Ten osobnik miał jednak w sobie coś, co sprawiło, że zawiesiła oko na dłużej. Podążała za jego wzrokiem, patrząc na te same punkty co on. Nie domyśliła się od razu — bardziej wydawało jej się, że kogoś szuka, a nie czegoś. Wśród gości rozglądała się za kimś kto by do niego pasował. Może był w towarzystwie (oby nie) i się rozdzielili?
Obserwowała to, jak inni zachowywali się w jego obecności. Szukała jakiegokolwiek znaku, który wskazałby, że ktoś go rozpoznał. Nie widział tego, że go obserwuje, czy przyjął to jako standardowe zachowanie pracownika? Owszem, był to jeden z jej obowiązków — tak jak i dyskrecja, której teraz żałowała.
Nie było nic subtelnego w jej obserwacjach.
Była pewna, że reszta już szeptała między sobą — zupełnie niepotrzebnie. Nie umawiała się z klientami. Czuła do nich zbyt duże obrzydzenie, ale on nie był klientem (miejmy nadzieję, taka ładna twarz nie mogła się marnować). Nie umiała jeszcze tego udowodnić. Mogła to lepiej rozegrać. Poprosić dziewczyny z recepcji o jego imię i nazwisko. Musiał przecież okazać jakiś dokument tożsamości, by został wpuszczony. Odłożyła telefon, gdy podszedł do umywalki. Oparła głowę o lustro, przyglądając się jego ruchom. Uśmiechała się lekko, jakby spotkali się po latach, a nie dopiero co poznali.
Przyjemnie się na niego patrzyło. Uśmiechnęła się szerzej, gdy mięśnie napinały się, kiedy zginał ręce.
Na złotej tabliczce widniało imię „Lucy”. Podmieniła się z koleżanką dawno temu. Bardzo nie lubiła, gdy klienci zwracali się do niej po imieniu. Budziło to w niej taką agresję, której nie potrafiła w sobie wytłumaczyć. Umiała się jednak kontrolować. To chyba jedyne miejsce, w którym potrafiła przystopować, nie dlatego, że chciała, a musiała. Klienci codziennie odgrażali się skargami, wierząc w ich sprawczość, podczas gdy w rzeczywistości niczego one nie zmieniały. Nikt nie traktował ich na poważnie — tak samo jak osób, które je składały.
Tragikomedia, jaka się tu odbywała, była na porządku dziennym. Stała część zawodu. Każdy, kto chciał tu popracować dłużej niż miesiąc, musiał się wyłączyć emocjonalnie. Nie można było nawiązywać relacji z klientami. Nie można było okazywać im litości. Jeden uśmiech wystarczył, by pomyśleli, że awansowali — że są poziom wyżej od reszty uzależnionych. Gdy brakowało im pieniędzy, próbowali się zapożyczyć. Najlepsze było to, że niektórzy pracownicy naprawdę dawali się na to nabrać. Współczuli im, patrzyli jak na człowieka, a nie dzikie zwierzę w jakie się zamieniali wraz z przekroczeniem progu kasyna. Potem był płacz i rozpacz, bo jak to możliwe, że uzależniony człowiek mógł kogoś oszukać.
Mężczyzna dobrze udawał. Musiała mu przyznać, że próbował to dobrze rozegrać. Nie była jeszcze pewna co. Chciał okraść kasyno? Proszę bardzo. Nawet mu pomoże — pod warunkiem, że podzielą się przychodem na pół. Mógł nawet zrobić to na jej zmianie. Proszę bardzo. Lubiła zagadki, rzeczy niewiadome i nieoczywiste. Ordynarności nie postrzegała jako wady, a raczej jako zachętę. Daltonizm — gdy czerwona flaga dla niej była zielona. Wydawało się, że problemy jej nie opuszczały, podczas gdy w rzeczywistości to ona je stwarzała, nie mogąc powstrzymać pokusy. Ucieczka przed marazmem, stagnacją, beznadzieją dnia codziennego. Potrzebowała rutyny, jakiegoś poczucia obowiązku, by lepiej funkcjonować — ale jednocześnie to doprowadzało ją na granicę szaleństwa.
Goniła za adrenaliną, niebezpieczeństwem, by coś poczuć. Czas uciekał nieubłaganie, ale dzień był zawsze za długi. Czekała tylko na jego koniec, by położyć się spać i pozwolić, by kilka godzin życia po prostu jej odeszło. Łaknęła bliskości z drugim człowiekiem, ale gdy tylko ktoś się zbliżył — uciekała. Nie okazywała tego. Zakrywała swój faktyczny stan szerokim uśmiechem. Jeśli mężczyzna poświęcił jej choć trochę uwagi, mógł zauważyć, jak dostosowywała się do klientów, wiedząc czego oczekują. Cały ten czas grała, raz ciepło, zimno, setki masek nałożone na siebie. Wydawało się, że zdjęła je przed wejściem do łazienki.
—
Przyznam się, zwróciłam na ciebie uwagę tylko dlatego, że jesteś przystojny. Co do benefitów możemy się dogadać — odpowiedziała mu z takim samym spokojem. Zaśmiała się i puściła mu oczko.
—
I jak już ci się dobrze przyjrzałam, zauważyłam, jak się rozglądasz. Z początku wydawało mi się, że rozglądasz się za kimś, później, że za czymś. Teraz nie jestem pewna, w jakim celu robisz rekonesans. Jestem zobligowana zgłosić podejrzane zachowania. Procedura nie jest skomplikowana, ale pracochłonna. Będziemy musieli raz jeszcze sprawdzić twój dokument tożsamości, zapytać innych pracowników, ewentualnie przejrzeć nagrania z kamer.
Nachyliła się, tak by skrócić dystans między nimi. Był na wyciągnięcie ręki, ale zatrzymała je przy sobie. Twarz miała bliżej jego. Patrzyła mu w oczy, próbując wyczytać z nich jeszcze więcej. To spojrzenie go zdradziło. Brakowało tej iskry, tego szaleństwa, jakie mieli uzależnieni ludzie. Oczy nigdy nie kłamały.
—
Grasz ostrożnie, podbijasz stawkę okazjonalnie, jak ktoś, kto dopiero uczy się gry, ale znasz zasady. Mogę się oczywiście mylić. Może rozmawiam z profesjonalistą i właśnie cię uraziłam. Wiesz, jestem tylko głupią krupierką, ale uważam, że brakuje ci jednej rzeczy. Pasji samobójcy. Nie krzyczysz, nie podnosisz głosu, nie próbujesz zrzucić winy na mnie. Oczywiście jesteś nowym klientem, może jeszcze nie popadłeś w szaleństwo. Ludzie spokojni rzadko uczęszczają do takich miejsc. Nie śmierdzisz alkoholem, nie wyglądasz, jakbyś był pod wpływem narkotyków. Więc co tutaj robisz?
Przesunęła się jeszcze bliżej niego — manewr był trochę skomplikowany, nie chciała wpaść do umywalki. Siedziała teraz naprzeciwko. Uśmiechała się zalotnie, testując, na ile może sobie pozwolić i ile z tego odwzajemni.
—
Nie odbieraj tego jako groźby. Nie mam złych intencji. Prawdę mówiąc, jestem cholernie wścibska. Gdy coś zauważę, nie daje mi to spokoju przez długie dni. Będę analizować, myśleć, aż nie wyciągnę wniosków, często błędne. Potraktuj to więc jako prośbę. Bardzo bym się chciała dzisiaj wyspać.
Głos miała spokojny, o stałej barwie, ale to nie wystarczyło, by ukryć ekscytację i podniecenie. Oddychała płytko, nierówno. Serce waliło, szybciej pompując krew. Rozproszone spojrzenie lawirowało po jego twarzy — oczy, usta, linia żuchwy. Patrzyła jak na eksponat na wystawie. Przygryzała dolną wargę, by powstrzymać szerszy uśmiech, co mógł odebrać dwojako.
Dopiero teraz dotarło do niej, co zrobiła.
Zamknęła się w łazience z obcym mężczyzną. Nie wiedziała, z kim rozmawia, a jej wypowiedź chwilami brzmiała jak groźba. Przez myśl nie przeszło jej, że narażała siebie na niebezpieczeństwo.
Zbyt pewna siebie. Zbyt zachłanna. Lekkomyślna. Ale tak bardzo tego potrzebowała — na chwilę poczuć, że żyje, a nie tylko jest. Ta obojętność, którą odczuwała, zabijała szybciej niż nikotyna. Mogła przejść obojętnie obok niego. Machnąć ręką. Olać typa. Najwidoczniej była uzależniona. Jak każdy w tym budynku.
Wolfgang Welsh