ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
179 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

This is the way the world ends
Not with a bang but a whimper


Jeśli istniała jedna rzecz, którą Joe Grainier wiedziała o końcach świata, było nią to, że końce świata nigdy nie wyglądały tak, jak je sobie człowiek pierwotnie wyobrażał. Można było, na przykład, spodziewać się prawdziwej apokalipsy, takiej, o której pisano w Biblii, i o której szaleńcy prorocy zwykli krzyczeć na ulicach Toronto, przechadzając się nimi na bosaka, w podartych ubraniach, i z pesymistycznymi sloganami wypisanymi markerem na kawałkach kartonu, która to przebiec miała z udziałem plag, pożarów, potopów i wszech-destrukcji, ale prawdziwe, personalne, życiowe hekatomby ostatecznie okazywały się wyglądać o wiele mniej spektakularnie.
Jak wtedy, gdy podczas lekcji matematyki, tuż po długiej przerwie, Pani Thompson wezwała Joe do szkolnego gabinetu i powiedziała, że był wypadek, i że tata już po nią jedzie.
Jak wówczas, gdy dźwięk dzwonka u drzwi zdawał się zwiastować to co zawsze: listonosza przynoszącego ulotki i jeden list z przychodni, sąsiada przychodzącego pożyczyć wiertarkę albo szklankę cukru, jakiegoś domokrążcę starającego się sprzedać Grainierom nową (i niepotrzebną) kosiarkę albo odkurzacz, ale gdy Joe otworzyła drzwi, za progiem stało dwóch policjantów w pełnym umundurowaniu, pytających gdzie znajdą jej ojca.
Jak za każdym razem, gdy zwykły, niezapowiadający niczego szczególnego dzień, niósł złe wieści i zmiany katastrofalnych rozmiarów, po których nic już nigdy nie mogło być takie samo.

W wieku dwudziestu-sześciu lat, Joan lubiła myśleć, że nie tylko przyzwyczaiła się do nieprzewidywalności życia, ale też udało jej się jakoś ją zracjonalizować i zaakceptować. It is what it is, lubiła mówić - czasem w myślach, a czasami na głos - ilekroć czuła się bezsilna i pozbawiona kontroli nad okolicznościami targającymi jej losem. Podczas gdy jej brat nadal zdawał się przeciwko temu w jakiś sposób stawiać, Joe wmówiła sobie, że nieprzewidywalność egzystencji nauczyła się traktować z dojrzałym ponad wiek stoicyzmem.
W przeciwieństwie do Cassandry, chociażby, której Joe nadal zarówno współczuła, jak i zazdrościła jej relacji ze światem. Tego, jak Cass zawsze zdawała się buntować przeciwko losowi, walczyć o swoje, zmieniać strategię ilekroć ta poprzednia zaczynała ją zawodzić. Nawet, jeśli znacznie częściej niż Joe wciągało ją to w najróżniejsze tarapaty, brunetka zdawała się przynajmniej mieć coś, czego Joe coraz częściej i bardziej zaczynało w życiu brakować.
Nadzieję?

Było późno, kiedy udało jej się wreszcie skończyć zmianę - w niezgodzie z regulaminem, który to przecież obiecywał regularne zmiany i rozsądny czas pracy, ale o którym i tak większość studentów medycyny zmuszonych by raz po raz udowadniać swoją wytrwałość i wytrzymałość zdawała się permanentnie zapominać. Była tak zmęczona, że nie fatygowała się nawet założeniem ubrań żartobliwie nazywanych tu cywilnymi - zdjęła tylko górną część błękitnego uniformu, zastępując ją spraną lekko koszulką z logo uwielbianego przez Johnny'ego przed laty zespołu, ale pozostała w bawełniano-wiskozowych spodniach i nieatrakcyjnych, gumowych chodakach. Cóż, przynajmniej były wygodne.
Gdy opuszczała oddział, neon nad dyżurką mrugał na do widzenia tak słabo, jakby miał się zaraz wypalić. Ziewając raczej niesubtelnie, Joe pomyślała, że rozumie go aż za dobrze.
A potem, typowym sobie zwyczajem, sennym ruchem dłoni sięgnęła po telefon.

JOEEEE ODBIERZ TO PILNE!!!!!!!!!
JA WIEM ŻE TAK ZAWSZE PISZE
BŁAGAM ODBIERZ
JOE?????
PROSZĘ ODBIERZ BŁAGAM ODBIERZ
PRZEPRASZAM ZA WSZYSTKO JEŚLI COŚ ZROBIŁA NIE TAK
ODBIERZ TEN TELEFON KURWA!!!!!!!!!


Pierwszy zwiastun apokalipsy wyrażony w migocących na ekranie telefonu literach. I tyle wystarczyło, by Joe natychmiast odnalazła w swoim ciele to dobrze znane, choć chwilowo zapomniane uczucie - zimny lęk jak małe, niespokojne zwierzę, budzące się z zimowego snu.
Następnego ranka, jej podróż do domu okazać się miała wyłącznie ciągiem rozmytych wspomnień. Przesiadka z jednego autobusu w drugi. Światła miasta rozmazane za brudną szybą. Asfalt błyszczący po niedawnym deszczu jak rybia skóra. Próby dodzwonienia się do Cass - jedna, druga, ósma; przekleństwa i prośby zapętlone to w myślach, to na wargach, szeptem, bo przecież była w miejscu publicznym.
Nieudane starania, by zracjonalizować własny strach. Może Cass pokłóciła się z kimś w pracy. Może znów wpadła w jakieś durne tarapaty, jak wtedy, kiedy miały czternaście lat i postanowiły zwędzić z podwórka rower, na którym - wydawało się - nikt przecież nie jeździł. Może zepsuł jej się samochód.
Może skręciła kostkę. Może była tylko pijana i smutna. Przecież każdy bywał czasem pijany i smutny - taki, chociażby, Johnny, który płakał wtedy, i prosił żeby nie zostawiała go samego.
Ale Cassie nigdy nie prosiła o pomoc w ten sposób - w litanii desperackich proszę proszę proszę, przesłanych SMSem.

Z przystanku do domu nie szła już, ale biegła, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że nadal ma na sobie szpitalne obuwie, a trampki ciągle ciążą jej w zarzuconej na ramię torbie. Jeśli sprawa naprawdę była poważna, Cassandra wiedziałaby przecież, gdzie ją znaleźć - tam, gdzie zawsze, w małym, dwupiętrowym domu w The Junction, w którym Grainierowie mieszkali od dawna, teraz w znacznie pomniejszonym, bo dwuosobowym składzie. Dlatego tak ważne było, żeby pod własnym adresem znaleźć się czym prędzej i -
i co?
I czekać, z telefonem wyczerpującym baterię w kolejnych próbach dodzwonienia się do przyjaciółki.
I ufać, że cokolwiek się wydarzyło, Cass zdoła dotrzeć do niej na czas.
I, najbardziej ironicznie, mieć nadzieję, że czegokolwiek Cassandra może teraz potrzebować, nie jest jeszcze za późno.

Cassandra Layton Carlos Salazar
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dobrze znała drogę do jej domu. Dawno temu nauczyła się jej na pamięć. Nieważne gdzie by była i w jakim stanie, zawsze trafi. Słyszała wibracje telefonu, ale wyjątkowo nie chwyciła za niego — była zbyt skupiona na jeździe. Zazwyczaj odbierała, odpisywała jej na czerwonym na zielonym czasem też. Jechała z taką prędkością, że bała się puścić kierownicę, czując, że w każdej chwili może stracić panowanie nad autem. Zapierała się, nie zdejmując nogi z pedału. Silnik wydawał z siebie charakterystyczny warkot, po którym Joe mogła ją łatwo rozpoznać.
Spojrzała na fotel obok. Carlos zawisł pomiędzy dwoma światami. Nie mogła patrzeć na niego w takim stanie. Gdyby istniał sposób, by zabrać od niego choć część bólu, zrobiłaby to bez zastanowienia. Nie wiedziała, jakie to uczucie, ale była gotowa się przekonać — byle tylko na chwilę mu ulżyć. Szturchała go kolanem, gdy zamykał oczy, nie pozwalając mu odpłynąć. Bała się, że to naprawdę mogą być ich ostatnie chwile.
Pamiętasz, jak pół roku temu mieliśmy iść do kościoła, ale ja nie przyszłam i powiedziałam, że byłam chora? Nie byłam. Miałam kaca i nie chciałam, żebyś był na mnie zły… — zaczęła się przed nim spowiadać. Mówiła wszystko, co tylko przychodziło jej do głowy. Nosiła w sobie rzeczy, których nie miała szansy powiedzieć ojcu, zanim on odszedł, nie mogła drugi raz popełnić tego błędu. Cassandra miała talent do wymigiwania się od prawdy. Nie kłamała — raczej pomijała najistotniejsze fakty. Czasami unikała spotkań z nimi tylko po to, by przeczekać moment, w którym bardzo chciała im coś powiedzieć, ale nie miała odwagi. — …Tej nocy, gdy tato umarł, rozmawiałam z nim. Powiedziałam mu o czymś, o czym nie powinnam, o tym co robił mi trener. Wiedziałam, jak zareaguje, a i tak to zrobiłam. To moja wina, że on nie żyje. Tak bardzo cię przepraszam. Wiem, ile dla ciebie znaczył. Myślisz, że to on? Upomina się o ciebie?
Nie sądziła, że będzie pamiętał, co mówiła do niego. Wykorzystała tę chwilę jak moment oczyszczenia. Odgrażała się, że go tutaj zatrzyma, ale to były puste słowa rzucone w nerwach. Jej wiara odzywała się w chwilach krytycznych. Zaczęła rozmawiać z Bogiem, składała mu obietnice, które wiedziała, że dotrzyma — byle tylko dał jej jeszcze kilka sekund. 
Ostatni zakręt, przyspieszenie — i była na miejscu. Zatrzymała auto. Opony zapiszczały, a samochodem gwałtownie szarpnęło. Czekała. Wiedziała, że jej pomoże. Rzadko prosiła o pomoc — właściwie prawie wcale. Zawsze próbowała ze wszystkim radzić sobie sama, nie fatygować innych. Żeby o nią poprosić, musiała najpierw przyznać przed sobą, że sobie nie radzi. To było upokarzające, przyznanie się, że nie ma żadnego planu, a jej życie to czysta improwizacja.
Myślała, co by się stało, gdyby role się odwróciły. Zapewne nie zadzwoniłaby — może tylko po to, żeby się pożegnać. Wolałaby jak ojciec, wykrwawić się w samotności, nie dać nikomu zobaczyć się w takim stanie. Na świecie trzymał ją obowiązek zajęcia się mamą. Lęk, że nie poradzi sobie z kolejną stratą. Nie życzyła jej źle, ale dopóki ona żyła, Cassie też musiała. A z każdym dniem było to coraz trudniejsze. Wiedziała, że ich zrani, jeśli coś sobie zrobi. Miała jednak pewność, że poradzą sobie. To ona była od nich zależna, ona ich potrzebowała — nie na odwrót. Tak sobie to tłumaczyła, czekając na ten właściwy moment.
Nie chciała tutaj być. Nie chciała mieszać jej w ten świat. Wiedziała, kim jest Carlos — mówiła o nim często. Joe widziała ich wspólne zdjęcia, które Cassie zawiesiła na lodówce. Mówiła jej, że zajmuje się tym samym, czym zajmował się jej ojciec. Joe wiedziała, jak ważny był dla niej Carlos — Cassie podkreślała to niejednokrotnie. A jednak pojawiło się zwątpienie. Lęk, że jej odmówi. Była na to gotowa. Nie mogłaby być na nią o to zła, a zapewne by była.
Ciało rozluźniło się. Puściła kierownicę, otworzyła drzwi. Chciała wysiąść, zapomniała o pasach, szarpała się z nimi dłużej niż powinna. W pośpiechu, wyskoczyła z auta i pobiegła do niej. Rzuciła się jej na szyję, zamykając ją w ciasnym uścisku. Była brudna od krwi — ciężko było powiedzieć, czy to ona była ranna. Ściskała ją tak mocno jakby jej życie od tego zależało. Joe nie musiała nic robić, by Cassie poczuła się lepiej. Jej obecność była lekarstwem, od którego dawno temu się uzależniła.
Tak się cieszę, że cię widzę. Przepraszam… nie wiedziałam, do kogo innego mogę zadzwonić — wyszeptała. Złapała ją za dłonie. W słabym świetle latarni prawie nie zauważyła, że zostawia na nich krwawe ślady. Dostrzegając, co robi zaczęła przepraszać jeszcze bardziej. Zmieszała się, próbując je wytrzeć, ale tylko rozmazała krew jeszcze bardziej. — Carlos jest ranny. Został postrzelony, kula utknęła. Zdezynfekowałam ranę, opatrzyłam najlepiej jak mogłam, ale stracił dużo krwi. Tak mi się wydaje, że dużo… Nie wiem, ile to dużo!
Cofnęła się do auta, otworzyła drzwi od jego strony i od razu go złapała. Uśmiechnęła się do niego — już spokojniej, niemal pogodnie. Nie miała nadziei, dopóki nie dojechała do niej. W zwyczaju miała nastawiać się zawsze na najgorsze, by nie narażać się na rozczarowanie. Nie mogła jednak zrobić tego teraz, gdy chodziło o jego życie. Dlatego tak bardzo odetchnęła z ulgą — wątpiła czy jej się uda, a on wciąż oddychał. Miała szansę wszystko naprawić, już przyjęła na siebie winę. To była jej szansa, by tym razem zrobić coś dobrze. Nie popełnić starych błędów. Nie mogła uratować ojca, ale nie było jeszcze za późno, by uratować jego. Jeśli to on naprawdę upominał się o swojego przyjaciela, to musiał jeszcze trochę poczekać. Nie była gotowa mu go oddać. Mógł zabrać ją — wyświadczyłby jej tym przysługę.
Pomóż mi go przenieść — zwróciła się z prośbą do przyjaciółki. Spojrzała na niego z czułością i troską. Wolną rękę położyła na jego policzku. Chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale słowa ugrzęzły w gardle. Obiecał jej to, że wszystko będzie dobrze. Nie miała już w sobie tyle siły co na parkingu, adrenalina opadła. Westchnęła głośno próbując go utrzymać. — Przechodzisz na dietę, jak to przeżyjesz. Wymieszam ci skyra z wiórkami kokosowymi i będziesz jadł te fit raffaello, kurwa.


Carlos Salazar joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
179 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Choć większość szkolnych nauczycieli Joe, a potem i jej uniwersyteckich profesorów, a także, ze wszystkich ludzi na świecie, o ironio także jej ojciec zwykł dziewczynę przestrzegać, że kłamstwo ma krótkie nogi, i pozostawia plamy na honorze, Grainier wiedziała, że w rzeczywistości sprawy wyglądają o wiele bardziej niejednoznacznie niż lubiły to przedstawiać tego typu proste przestrogi i powiedzenia. Nie lubiła kłamać, to prawda, a poza tym zawsze uważała, że nie ma do tego specjalnego talentu - mimika i drżenie dłoni zwykle i tak szybko wydawały wszelką prawdę, którą Joe nieudolnie starała się ukryć. Mimo to rozumiała, dlaczego ludzie nierzadko posuwają się do łgarstwa i najróżniejszych machlojek. Czasem dla zysku, czasem dla własnej wygody, najczęściej zaś ze zwykłego strachu przed możliwymi konsekwencjami. Ilekroć więc, jeszcze w dzieciństwie, wydawało jej się, że dostrzega, kiedy Cassandra wykręca się od odpowiedzi lub celowo pomija jakieś szczegóły opowiadanej przez siebie historii, nigdy nie naciskała, nie próbowała wyciągać z niej wszystkich detali, nie łapała jej za słówka. Odpuszczała po prostu, ze wzruszeniem ramion i wyrozumiałym, subtelnym uśmiechem raz po raz dochodząc do wniosku, że przyjaciółka powie jej wszystko gdy będzie gotowa. Albo też nie. Ich dorastanie i tak było już przecież wystarczająco trudne; Joe nie widziała więc dobrego powodu, by tylko dokładać Cass trudności własną wścibskością i próbami poznania świata, do którego naprawdę nie należała, i od którego instynktownie trzymała się z daleka.
To nie tak, oczywiście, że się pomimo to nie domyślała przynajmniej części historii, której nigdy nie usłyszała od Cass otwarcie, lecz której strzępki docierały do niej w ostatnim czasie wyłącznie fragmentarycznie, jak wybrakowane kawałki dziwacznej układanki. Joe cechowała się jakąś poczciwą naiwnością, to prawda, ale jednocześnie nie była ani ślepa, ani też po prostu głupia. Poza tym zdjęcia Layton ze znacznie starszym od niej mężczyzną, który nie był jej ojcem, nie był jej trenerem, a jednak zajmował w jej życiu coś na kształt trzeciej najważniejszej roli w tej bizarnej trójcy święcej, nie umknęły przecież uwadze Joe, tak samo jak historie o Carlosie, którymi Cass dzieliła się z nią tu i ówdzie, choć jednocześnie nieczęsto. Przyjaciółka mimo wszystko starała się utrzymywać tę część swojego życia z daleka od Joe, jakby chciała ją... chronić?
Joe wolałaby potrafić powiedzieć, że przecież była dorosła i samodzielna, a więc i przed całym niebezpieczeństwem świata potrafiła, w razie potrzeby, obronić się sama, ale byłoby to po prostu wierutnym kłamstwem.

Teraz, w pierwszej chwili nieplanowanego spotkania z Cassandrą, wszelka dorosłość i samodzielność Joan zdawały się natomiast zawisnąć dramatycznie pod wielkim znakiem zapytania. Stała na podjeździe przed własnym domem z szeroko rozwartymi oczami i głosem grzęznącym w gardle, przed moment tak długi jak cała wieczność (choć w rzeczywistości nie mogło upłynąć więcej, niż ledwie parę sekund), nie rozumiejąc ani co się dzieje, ani też na co tak naprawdę patrzy.
Cass natomiast w niskim świetle latarni wyglądała jak ktoś, kto właśnie wydostał się z wypadku samochodowego albo z pola walki — parę zmatowiałych potem kosmyków ciemnych włosów przylgnęło jej do policzka, jej dłonie drżały, a głos wydostawał się z jej piersi tak pośpiesznie, jak seria pocisków w karabinu maszynowego. Carlos. Postrzelony. Kula utknęła. Dużo krwi.
Gdy między jednym słowem i kolejnym, brunetka złapała ją za dłonie, Joe najpierw odetchnęła z ulgą. Dopiero potem poczuła śliską wilgoć charakteryzującą tylko jeden z możliwych ludzkich płynów ustrojowych. To, co oblepiało ręce i przesiąkało ubranie Cass, to nie były łzy, ani nawet pot. Tylko krew, w nocnym świetle niemalże czarna.
— Cass… Cassie. Powoli... Damy radę... — udało jej się wymamrotać. Jej wzrok natychmiast zrykoszetował w stronę samochodu, ku otwartym drzwiom i pół-widocznej za nimi męskiej sylwetce - ciele bezwładnym do tego stopnia, że bardziej niż ludzkie, przypominało porzuconą przez niesforne dziecko, szmacianą lalkę. Joe zamrugała gwałtownie, jakby próbując znaleźć jakiś sens w wymalowanym przed nią obrazie, bardziej niż rzeczywistość przypominającym raczej kadr z tych brutalnych, stresujących filmów, które w ich salonie oglądał czasem Johnny.
I wtedy - dokładnie wtedy - jej mózg, wbrew woli czy decyzji właścicielki - zrobił coś bardzo prostego.
Przestał panikować.
Nie dlatego, że Joe się nie bała, bo bała się przecież b a r d z o, ze strachem ugrzęźniętym w tym miękkim miejscu pod mostkiem jak twardy, zimny kamień. Ponadto dopiero co wyszła z dyżuru; jej ciało było zmęczone, a głowa pełna obcych historii, medycznych detali i wykresów pulsujących na monitorach, pikających równomiernie męczącym, mechanicznym rytmem.
Ale oprócz wszystkich innych ról, które Grainier pełniła w życiu - siostry, przyjaciółki, studentki, córki - w samym epicentrum jej duszy znajdowała się ta podstawowa część jej tożsamości. Joe była lekarzem. Przyszłym, to prawda, i to wyłącznie jeśli nie zwariuje do końca, i zda jakimś cudem wszystkie egzaminy, ale - mimo wszystko - lekarzem.
I to ów lekarz teraz zdawał się przejmować kontrolę, zapanowawszy nad lękiem, nad stresem i nad jej dziewczęcym, nastoletnim niemal rozedrganiem.
— Pokaż mi go — zakomenderowała, słysząc nagle, jak jej głos się zmienia - obniża, spowalnia i stabilizuje. Mężczyzna, którego znała ponoć dobrze, ale tylko z kilku zdjęć i wielu opowieści, był półprzytomny, a otaczające go, gęste powietrze wypełniające wnętrze samochodu zdawało się ciężkie od metalicznego zapachu - tak pachniały tylko monety zbyt długo trzymane w dłoniach, i ludzka krew. Ale oddychał. Oddychał. Jego klatka piersiowa podnosiła się i opadała z wysiłkiem, ale mimo wszystko równomiernie, a pod dwoma palcami, które Joe przycisnęła do skraju jego szyi, nadal tętnił słaby, lecz dobrze wyczuwalny rytm. Wierzchem dłoni, Joe dotknęła jego czoła, teraz w kolorze tak jasnym i niezdrowym, jakby ktoś ładną, oliwkową barwę jego skóry wyprał w stu stopniach Celsjusza - Kiedy go znalazłaś? - Zapytała Cass, równocześnie przenosząc wzrok na prowizoryczny opatrunek sporządzony przez przyjaciółkę. Dobra robota, zważywszy na jej kompletny brak medycznego doświadczenia, ale wciąż kompletnie niewystarczająca, by zatamować krwawienie. Materiał improwizowanego kompresu był już niemal całkiem przesiąknięty posoką. Joe nie potrafiła jeszcze stwierdzić, ile tak naprawdę utracił jej mężczyzna, ale ewidentnym było, że to nie była drobna rana.
W reakcję na wzmiankę przyjaciółki o wiórkach kokosowych i dietetycznych rafaello, Joe przez chwilę miała ochotę się zaśmiać, rozbawiona absurdem dziewczęcego żartu tak nie na miejscu, jakby ktoś opowiadał dowcip na pogrzebie. Zamiast tego pokiwała tylko głową, obchodząc Carlosa i Cass z drugiej strony - Chwycę go z drugiej strony. Jesteś pewna, że nie ma żadnych urazów kręgosłupa? Żadnych złamań? - Upewniwszy się, że nie ryzykuje jeszcze bardziej, pomogła Cass utrzymać Carlosa we względnym, choć chwiejnym pionie, prowadząc go tym samym ku domowi. Boże, naprawdę był ciężki. Drzwi wejściowe znajdowały się ledwie kilka metrów dalej, ale ta odległość nagle wydawała się tak długa, jak cały szpitalny korytarz.
Joe przekręciła klucz w zamku, w duszy modląc się, by Johnny był teraz na jednej ze swoich enigmatycznych, dziennikarskich eskapad. Za zwyczaj tylko ją to martwiło, ale teraz, nie bez wstydu za te myśli, była bratu wdzięczna za jego nieobecność.
W domu było cicho, i aż zbyt zwyczajnie. Pachniało spalonym tostem, kurzem, palonym wczoraj kadzidełkiem. W przedpokoju wisiała jakaś kurtka, płaszcz. Na stojącej nieopodal komódce leżał nieotwarty list z urzędu, parę ulotek, pojedyncza rękawiczka. Gdy Joe wcisnęła przycisk łokciem, światło rozlało się po podłodze jak woda.
— Tutaj — zawyrokowała, z wysiłkiem wprowadzając Carlosa i Cass na skraj salonu, nie dalej. Chwyciła z kanapy koc, rozkładając go na podłodze — Tu będzie dobrze. Wystarczająco.
Jeśli udało im się opuścić Salazara na podłogę, Joan natychmiast przy nim uklękła. I wtedy wrócił strach - nagle, gwałtownie, jak policzek wymierzony jej ręką Boga. Bo to przecież nie była sala operacyjna. Nie miała tu wystarczającego sprzętu, nie miała zespołu, który mógłby jej asystować, albo - lepiej! - wydawać poleceń. Co więcej, przede wszystkim zwyczajnie nie miała prawa robić połowy rzeczy, które za chwilę prawdopodobnie będzie musiała zrobić.
Wzięła (niewystarczająco) głęboki wdech, podnosząc wzrok na Cassandrę, a potem przenosząc go na Carlosa, jakby licząc, że którekolwiek z nich da jej pozwolenie, albo przynajmniej jakiś rodzaj błogosławieństwa.
— Będę musiała zobaczyć ranę — wymusiła z siebie kolejne słowa — Cass? Przynieś mi z kuchni nożyczki. Nastaw wodę w czajniku, dużo. I potrzebuję ręczników, są w łazience na piętrze. W szafce. Przynieś wszystkie, które znajdziesz. I butelkę spirytusu, będzie w spiżarce, na trzeciej półce od lewej, głęboko.

Cassandra Layton Carlos Salazar
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nauczyła się dotrzymywać tajemnic, zanim zrozumiała, że nie wszystkie z nich były jej do noszenia. Tylko nie mów nikomu. Nie mogła nikomu mówić o tym, czym zajmuje się ojciec. Zabroniono jej wspominać o tym, że czasami był ranny, że nie wracał do domu na noc. Gdy pytali o kogoś, zawsze udawała, że nie wie, o kim mowa. Na każde pytanie zadawane przez nauczycieli miała gotowe kłamstwo. W domu wszystko dobrze. Mama ma grypę. Po powrocie ojca Cassie musiała kłamać bardziej niż zawsze. Pracownicy socjalni zadawali jej pytania, a ona wiedziała, że jeśli odpowie zgodnie z prawdą, wróci do systemu. Każde pytanie miało ukryte intencje, drugie dno. Więc kłamała. A gdzieś pomiędzy pierwszym a setnym kłamstwem przestało ją to już ruszać. Serce nie biło szybciej, nie uciekała wzrokiem, nie napinała się, a z czasem nawet sumienie przestało uwierać. Tak trzeba, Cassie — tłumaczył ojciec. A potem kazał iść do spowiedzi.
Według jej logiki prawd było kilka. Ta całkowicie przekłamana — konieczne kłamstwo, kwestia być albo nie być. Takie, które trzeba było wypowiedzieć bez zawahania, nie pozwalając, by głos zadrżał choćby na sekundę. Ta prawda nie miała nic wspólnego z rzeczywistością, ale była potrzebna. Chroniła przed pytaniami, przed konsekwencjami, przed ludźmi, którzy zbyt chętnie zaglądali tam, gdzie nie powinni. Była też ta lekko upiększona. Kilka słów zamienionych miejscami, jeden szczegół pominięty, inny dodany. Nic wielkiego — wystarczająco, by cała wypowiedź brzmiała lepiej, spokojniej, bardziej przekonująco. Taka prawda była najbezpieczniejsza. Zawierała w sobie fragment rzeczywistości, dzięki czemu łatwiej było w nią uwierzyć. Istniała również prawda wygodna. Taka, którą ludzie chcieli usłyszeć. Cassie szybko nauczyła się rozpoznawać ten moment — krótką pauzę w rozmowie, spojrzenie, napięcie w głosie. Wtedy wystarczyło podać właściwą odpowiedź, dokładnie taką, jakiej oczekiwali. Ludzie rzadko szukali prawdy. Najczęściej chcieli tylko potwierdzenia. I była jeszcze ta ostatnia — prawda, której coraz częściej nie mówiła. Ta, która zostawała w środku, niewypowiedziana.
Joe była czułym punktem. Przy niej sumienie się odzywało, ją niewygodnie się okłamywało. Nie chciała jej martwić, zawracać sobą głowy, męczyć swoim faktycznym stanem. Niewerbalnie zgodziły się na taki układ. Ona kręciła, ona nie dopytywała. Cokolwiek, co pozwoli im zasnąć w nocy. Czasami jednak nie wytrzymywała i — jak przed chwilą z Carlosem — robiła spowiedź. Zawsze w pośpiechu, chaotycznie, zanim zdążyła się rozmyślić. Często pod wpływem substancji, których Joe raczej nie była wielką fanką.
Carlos, mrugnij dwa razy, jeśli masz połamany kręgosłup — powiedziała, dziwnie rozbawiona. Wcale nie było jej do śmiechu. To był mechanizm obronny. Wiedziała, że jak tylko dojdzie do siebie, pewnie nasłucha się, że jest sarkastyczna, opryskliwa. Ale musiał zrozumieć, że w ten sposób pomagała sobie regulować emocje, które rozsadzały ją od środka. — Chyba nawet nie sprawdziłam, czy ma kości całe, przepraszam. Zgarnęłam go chyba z dziesięć minut temu? Piętnaście? Dwadzieścia? Kurwa, nie wiem, musiałabym sprawdzić, kiedy zadzwonił. Nawet nie wiem, gdzie jebnęłam telefon. Przepraszam i dziękuję. Kurwa, kocham cię, Joe. Mówiłam ci to dzisiaj? Kocham cię, naprawdę.
Wolną ręką sięgnęła po torebkę. Piersiówka zabłyszczała w świetle latarni. Kolejny temat przez nią pomijany. To ile wypiła. Co wzięła. Gdzie była. Dlaczego nie odzywała się cały dzień. To ona na spróbowanie przyniosła wino. Ona zakręciła blanta. Ona ciągnęła Joe na pierwszą w życiu imprezę, na którą zaprosił ją starszy kolega ze szkoły. Większość — jeśli nie wszystkie — głupoty, błędy, jak zwał tak zwał, przechodziły przez nią. Wynikały z jej inicjatywy. Joe była mądra, odpowiedzialna, statyczna. Była osobą, którą ona nigdy nie będzie. Obie nie miały lekko w życiu. Obie spotkały tragedie, które nigdy nie powinny się wydarzyć — nie tak szybko, nie tak młodo. A jednak tylko jedna z nich wyszła z tego dobrze. To jej się powinęła noga, raz, tylko jeden raz — i to wystarczyło, by już nigdy się nie podnieść. Myślała o niej zawsze, martwiła się, czy u niej na pewno wszystko dobrze. Pytała ją notorycznie, niemal do zmęczenia, czy na pewno wszystko jest w porządku, czy nie chce o czymś porozmawiać. Zawsze chciała być dla niej takim wsparciem, jakim ona była dla niej.
Joe była jedyną osobą, która mogła jej pomóc. Nie tylko dlatego, że była jej najlepszą przyjaciółką, ale także dlatego, że była lekarzem. Posiadała wiedzę i doświadczenie, które było kluczowe, by pomóc Carlosowi. Gdy Cassie jeździła po lodzie, Joe siedziała nad książkami. Przychodziła do niej przed ważniejszymi egzaminami, żeby sprawdzić, czy w tym szale nauki pamiętała, by zadbać także o siebie. W tych jej mądrych książkach pisali o zbilansowanej diecie, odpowiedniej ilości snu i piciu dużej ilości wody. Nawet jeśli Joe o tym pamiętała, Cassie zawsze była gdzieś w pobliżu — gotowa zrobić cokolwiek, czego tylko mogła potrzebować.
Powtarzała na głos, co ma przynieść, nie ufając swojej pamięci. Nożyczki, woda, ręczniki. Wszystko chciała złapać naraz. Biegła po schodach, gdy przypomniała sobie, że woda musi się przecież zagotować. Nożyczki. Miała je odnaleźć, ale w której szufladzie leżały? Niby znała każdy zakamarek tego domu, ale gdy naprawdę teraz potrzebowała coś szybko znaleźć to odnosiła, że zrobili przemoblowanie i nie raczyli jej o tym poinformować. Lubiła jej dom, ale jednocześnie zbyt mocno przypominał ten, w którym sama się wychowywała. Zawsze w tym miejscu ogarniała ją refleksja nad stratą, która dotknęła je obie. Nie wiedziała, jak Joe to robi — jak potrafi żyć bez tej destrukcyjnej siły, która niszczyła wszystko, co napotkała na swojej drodze. Nie wiedziała też, czy bardziej chciała być taka jak ona, czy może…Cassie, skup się.
Chciała zrobić wszystko naraz i nie zrobiła nic. Pozostawiona na sekundę sama sobie, znów traciła kontakt z rzeczywistością. Złapała się blatu. Pochyliła głowę. Było jej niedobrze, kręciło jej się w głowie. Trwało to kilka sekund. Moment słabości. A była potrzebna. Musiała się otrząsnąć. Woda zaczęła się gotować, więc pobiegła dalej, tam, gdzie zmierzała w pierwszej kolejności. Złapała za swoją torebkę, którą wcześniej niedbale rzuciła koło schodów. Zamknęła się w łazience i całą jej zawartość wysypała na podłogę, dobrze jej się zdawało, że coś jeszcze zostało po ostatniej imprezie. To ten ostatni raz. Wyjątkowa sytuacja — skłamała przed samą sobą. Zabrała ręczniki i pobiegła na dół. Woda się zagotowała. Chwyciła za czajnik.
Nożyczki i spirytus! Zapomniałam! Przepraszam, już biegnę po to!
Gdzie były nożyczki? Hałasowała, otwierając wszystkie szuflady i wywracając ich zawartość do góry nogami. Sztućce klekotały, szafki trzaskały, a ona przeklinała jak pracownik na budowie. Spirytus był dokładnie tam, gdzie wskazała. Dołączyła do niej, mając już wszystko. Próbowała ustać w miejscu, nie wiedząc, co zrobić z rękami, co zrobić z sobą. Otarła nos, krzywiąc się na gorzki posmak, który pozostał z tyłu gardła. Przełknęła go. Odwróciła wzrok. Jej źrenice całkowicie przykryły brązowy kolor tęczówek.
Co mam robić? — zapytała. Nie płakała już. Oddychała miarowo. Była bardziej obecna, skupiona, gotowa do działania — jeszcze bardziej pobudzona. Stała trzymając jeden z ręczników, musiała coś trzymać w dłoniach. Czekała na rozkaz, który pozwoli jej zająć ręce i przestać myśleć. Chaos w głowie powoli układał się w jedną prostą myśl: nie było już miejsca na panikę. Teraz trzeba było działać.

Carlos Salazar joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Not with a bang but with a whimper
We are afflicted in every way, but not constrained;
perplexed, but not driven to despair;
persecuted, but not abandoned;
struck down, but not destroyed.

Carlos dryfował. Unosił się gdzieś po chodnej powierzchni istnienia, walcząc z pragnieniem poddania się sile, która starała się pociągnąć go w dół. Otchłań była ciemna i lepka, ale dziwnie znajoma i komfortowa, zupełnie tak, jak łono matki dla nienarodzonego dziecka. Obiecywała bezpieczeństwo i odcięcie od bólu. Nie musiałby decydować o niczym, martwić się o ludzi, płacić za błędy. Nie był tchórzem, zawsze mierzył się z konsekwencjami swoich czynów, ale… czasami czuł się jak tykająca bomba. Był przepełniony gniewem, który rozrywał go od środka. Drętwiały mu ręce, to promieniowało gdzieś od serca, i wiedział, że z dnia na dzień wyniszczało go coraz bardziej; mieszało się z krwią, przechodziło korytarzami żył, zatruwało go całego, boleśnie odbierając kolejne narządy. Był zły, tak bardzo zły, głównie na siebie, bo nawet jeśli byłby na innych, to i tak nie miałoby znaczenia. W pewnym momencie gniew ustępuje zmęczeniu. Wtedy odczuwa wszystko dwa razy mocniej, ale już nie ma siły miotać przedmiotami, choćby we własnej głowie. Nadal jest niewzruszony i pewny, ale tylko na zewnątrz, bo w sobie ma małą wojnę – i nie ma nikogo, kto mógłby obronić go przed pociskiem, nawet Cassandra, jego Cassie, nie potrafi. Jeśli kula nie trafi w pierś, to trafi w plecy. Wie to, bo sam ją wystrzelił.
Zachowywał nikłą świadomość. Nie dla siebie, ale właśnie dla niej. I choć nie miał siły odpowiedzieć, że przecież wiedział o jej wszystkich małych grzeszkach, które myślała, że tak dobrze ukrywała, po prostu milczał. Wilgotne oczy miał wlepione w twarz Cassandry, obserwował jak porusza ustami, jak nerwowo zaciska szczękę. Patrzył na nią, ale chwilę później patrzył przez nią – na światła migoczące za szybą, strugi deszczu uderzające o szkło, gęstą ciemność nocy – zupełnie jakby nie potrafił skupić uwagi. I wtedy zaczęła mówić o tamtym dniu, o tym, że śmierć Martina była jej winą. Czuł, że kryła się za tym wielka krzywda i kolejne diabły w ludzkiej skórze, które powinien upolować, by ją chronić. Nie rozumiał – minie jeszcze wiele czasu zanim zrozumie – ale będzie pamiętał. Nawet w momencie, gdy jego umysł zachodził mgłą, pozostawał czujny; chodziło o rodzinę, coś znacznie większego i ważniejszego niż on sam.
A jeśli Martin Layton przyszedł po niego tej nocy, musiał odpuścić. Chodziło w końcu o jego córkę, prawda? Mieli jeszcze tak wiele do zrobienia.
Nie pamiętał reszty podróży, jego zmysły nie rejestrowały bodźców. Nie widział jak Cassie rzuca się na szyję Joe, szukając komfortu. Nie słyszał rozmów, ustał nawet miarowy dźwięk silnika. Tylko ta przejmująca cisza i słabe bicie serca nieśmiało zaburzające spokój. Wciąż pompowało krew, wielkie i uparte. Zadrżało mocniej dopiero gdy skóra poczuła dotyk – najpierw znajomy i kojący, a później obcy, choć wydawało się, że równie troskliwy. Chciał coś odpowiedzieć, ale tylko rozchylił usta, wypuszczając oddech. Zamrugał kilkukrotnie, by odgonić mgłę, ale wydawała się zbyt gęsta i ciężka. Pozwolił więc, by wytargano go z samochodu. Starał się ułatwić cały proces, jednak ciało zdecydowanie nie chciało go słuchać. Nie powinien się tak czuć, to przecież tylko postrzał – nie pierwszy i zapewne nie ostatni. Może to jakiś szok? Może był już zbyt stary na to, by przyjmować kolejne kulki? Czyżby jednak stracił więcej krwi, niż przypuszczał? Czuł się absolutnie bezużyteczny, a to sprawiało, że znów wracał do niego gniew. Dobrze, Carlos, bądź gniewny. To iskra, która mogła sprawić, że choć na chwilę powrócą do niego siły. Nie ona powinna się tobą opiekować, ty stary głupcze. Musiał się obudzić.
Obraz wyostrzył się, gdy posadziły go na ziemi. Właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że Cassandra zabrała go do Joe, która przyglądała mu się zakłopotana, jakby chciała ocenić jak wielki problem mieli. Znał ją głównie z opowieści, ale wiedział, że była godna zaufania – Cassie w nią wierzyła, więc i on musiał to zrobić. Jego ręka powędrowała do miejsca, w którym miał założony prowizoryczny opatrunek. Drążące palce naparły na przesiąknięty krwią materiał, a on zacisnął zęby, tłumiąc jęk. Oprócz gniewu, jeszcze jedna rzecz mogła przywrócić trzeźwość i był to właśnie ból.
Kula… — wycharczał, pomiędzy kolejnymi ciężko łapanymi haustami powietrza — powinna zostać. — Posłał w stronę Joe już nieco bardziej przytomne spojrzenie, choć wciąż wydawało się, że balansował na cienkiej granicy przytomności. Pulsowanie w ramieniu nasiliło się, rozchodząc się palącym mrowieniem po prawej stronie ciała. Dobrze, musiał to czuć. — Jeśli nie stanowi zagrożenia. — Wiedział, że ma do czynienia z dziewczyną, która studiowała medycynę. On sam również miał pewne doświadczenie w takich operacjach; przecież łatano go niejednokrotnie, w znacznie gorszych warunkach niż te, które zaoferowała mu Joe. — Spokojnie, nie bierze diabeł złego… bo wie, że i tak jest już jego.
Przeniósł wzrok na Cassandrę, która znów pojawiła się w polu widzenia. Wydawała się mniej roztrzęsiona niż wcześniej, ale i tak musiał ją zapewnić – j e zapewnić – że wszystko będzie w porządku. Uśmiechnął się więc, słabo i chorobliwie, ale to musiało wystarczyć. Skinął głową, jakby chciał potwierdzić, że jest gotowy na wszystko, co miało się wydarzyć.


joe grainier Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
179 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Życie Joan Grainier pełne było nieodwzajemnionych miłości - zupełnie tak, jakby w dniu jej narodzin przedwieczne Mojry narzuciły na nią jakiś rodzaj nieodwracalnej klątwy.
Pierwsza była jej matka - ta, która być może nie tyle nie chciała, co nie mogła jej kochać, jeszcze przed narodzinami drugiego, nieplanowanego zresztą dziecka, zaczynająca tracić kontakt z rzeczywistością w coraz to bardziej dostrzegalny, lawinowy w skutkach sposób.
Potem był jej ojciec - ten, który zwyczajnie nie potrafił odwzajemnić uczuć kilkuletniej dziewczynki, próbującej wspinać mu się na kolana w poszukiwaniu miłości za każdym razem, gdy wracał do domu - jak to sam mówił, urobiony po pachy - z ubraniem pachnącym tytoniem i potem, i zasobami cierpliwości wyczerpanymi do cna.
Następnie był, oczywiście, Johnny, który do siostry z pewnością żywił jakiś rodzaj braterskiej miłości, tak jednak zaplątanej w jego własną, częściowo odziedziczoną po matce, wersję szaleństwa, że Joe często zwyczajnie nie była w stanie sobie z nią poradzić. Johnny wiecznie czegoś potrzebował - uwagi, pomocy, wysłuchania, porady, chwili dla siebie, chwili wytchnienia, pożyczki, podwózki, ratunku. I tak długo, jak młodsza Grainier nigdy nie umiała chciała mu odmówić, tak z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że miłość jej brata nigdy nie będzie bezwarunkowa, niezmącona jego własnymi problemami, które niewiele miejsca zostawiały wszakże na jakiekolwiek potrzeby samej Joe.
Był też cały sznur szkolnych koleżanek i kolegów, na których mała Joe całe tygodnie potrafiła patrzeć tęsknie z odległego kąta klasy, tak, jak przez witrynową szybę patrzy się czasem na rzeczy, których się pragnie, a na które zwyczajnie nas nie stać. Nigdy nie będąc w stanie dopasować się do rówieśniczego światka, Joe oglądała go z bezpiecznej odległości, nie jak czynny uczestnik, ale jak widz, z tęsknotą w oczach fantazjując o tym, jakby to było, zostać wreszcie zaakceptowaną, przyjętą w ich kręgi. Tak po prostu: zaproszoną do zabawy przez te śliczne dziewczynki w czystych ubraniach i z atłasowymi kokardkami wplecionymi we włosy, te, które zawsze miały najfajniejsze komplety nowych, zupełnie niepołamanych kredek, i pachniały tak, jak Joe nie pachniała nigdy: czystością nowych ubrań, truskawkowym szamponem z nieco wyższej półki, brokatowym lakierem do paznokci i matczyną miłością. Często Joe zwyczajnie nie rozumiała, co jest z nią nie tak, że wszystkie jej próby nawiązania z nimi bliższej relacji, natychmiast paliły na panewce. Przecież we wszystkich książkach, które czytała, małe dziewczynki miały najlepszą przyjaciółkę, z którą mogły robić absolutnie w s z y s t k o, i na którą dało się liczyć we wszelkich okolicznościach, nieważne, czy kończył się świat, czy też tylko chodziło o organizację urodzinowego przyjęcia albo wiosennego pikniku.
Ostatecznie byli też i chłopcy. A potem - gdy Joe przekroczyła wreszcie próg adolescencji wkraczając w jakąś, nieco skrzywioną, wersję wczesnej dorosłości - także mężczyźni. Niewielu z nich faktycznie chciało ją kochać, bo przecież większość i tak patrzyła na Grainier tak, jak patrzy się na obiekty może nie tyle bezwartościowe, co po prostu nieprzydatne: pustym, niezainteresowanym wzrokiem. Zdarzali się jednak i tacy, którzy potrafili poświęcić Joe trochę więcej uwagi, trochę więcej czasu, prędzej czy później angażując się jakoś w prowadzoną z nią relację. Większość z nich i tak okazywała się jednak być zajęta - albo pracą, albo przez inne kobiety, albo też samymi sobą, tak bardzo, że na Joe mieli tylko bardzo ograniczoną ilość czasu, i to wyłącznie wówczas, gdy potrzebowali tego oni, nie ona. Trudno było zatem czuć się kochaną, gdy miłość była produktem limitowanym, dostępnym wyłącznie w nierównych interwałach, nigdy tak po prostu, na wyciągnięcie ręki.

I wreszcie, w całym tym konglomeracie jednostronnych miłości, była Cass. Światełko w tunelu, którego Joe trzymała się jak tonący brzytwy.
Grainier rozumiała i doceniała istotność tej przyjaźni, i nigdy nie próbowała brać jej za pewnik, którym można by gardzić tak, jak inni ludzie często gardzili jej własnymi uczuciami. Dlatego ostatecznie zawsze wybaczała Cass te jej spontaniczne, nietrzeźwe spowiedzi, choć każda z bełkotliwych ekspiacji Layton budziła w niej nowy lęk i niepokój. Dlatego nie komentowała dziewczęcych kłamstw, choć mogła się przecież domyślać, że pod ich gładką przykrywką kryły się prawdziwe niebezpieczeństwa, na które Cass raz po raz wystawiała się kompletnie bezkrytycznie, choć często nie z własnej winy (najczęściej, myślała Joe, winny był Martin, przez Cassie zwykle idealizowany, przez Joan od zawsze traktowany z dozą rozsądnej nieufności).
Dlatego, w końcu, nigdy nie potrafiła by jej odmówić - zwłaszcza nie w takiej chwili. I nie umiałaby pozostawić jej panicznych deklaracji bez odpowiedzi.
— Ja też cię kocham — powiedziała zatem, przełykając ciężko ślinę — A teraz rusz tyłek, i mi pomóż, do jasnej...

Rumor na schodach, rumor w łazience, rumor w kuchni. Joe rozpoznałaby kroki Cass - a zwłaszcza kroki Cass pod wpływem, raz po raz zdradzanej przez chwiejność własnego ciała, poruszającej się jakby sennym slalomem, z koniecznością, by raz pochwycić się to blatu, to balustrady - na końcu świata. Tyle razy słyszała ją w podobnym stanie, po imprezach i o świcie po nieprzespanych nocach, kiedy Cass przychodziła do niej i wkradała się pod kołdrę, zbyt ciepła i przesiąknięta zapachem alkoholu. Było w tej świadomości coś dziwnie kojącego, i słysząc Cassandrę miotającą się po skromnych wnętrzach jej domu, Joe niemal mogła teraz sobie wmówić, że wcale nie próbują ratować ludzkiego życia, tylko wróciły właśnie z nieplanowanej, nadmiernie zakrapianej procentami imprezy, i próbują wyszykować się wreszcie do snu.
Do tego scenariusza pasowało niemal wszystko, z wyjątkiem obcego mężczyzny najpewniej wykrwawiającego się teraz przed Joe na podłodze. To nie była sala operacyjna, tylko jej własny salon. W nim: dwie osoby patrzące na nią tak, jakby wiedziała, co robi.

Ruch wyprzedzał myśl. Palce znów odnalazły męski puls, cichy głos odliczał w myślach Joe do piętnastu; mechanicznie, jak na studenckich ćwiczeniach.

Jeden, dwa, trzy—
cztery, pięć, sześć—
siedem, osiem, dziewięć—


Za szybko, ale przynajmniej w rytmie, który na ułamek sekundy rozpalił w Grainier nikłą iskrę nadziei.

— Cass, daj te ręczniki bliżej. I światło, potrzebuję dużo światła — rozkazała, wskazując na włącznik umieszczony na ścianie, i na zieloną, biblioteczną lampę, przy której lubił czasem pisać Johnny.
Sięgnęła do prowizorycznego opatrunku. Głupia myśl godna pensjonarki, nie lekarza: pragnienie, żeby mężczyzna tylko nie dostrzegł histerycznego drżenia jej palców, nie usłyszał łomotu serca rozszalałego w jej piersi, jakby biło teraz za dwoje, za nią, i - nagle - także i za niego, skoro jego własne nie dawało sobie rady.

— Carlos — pierwszy raz zaadresowała Salazara jego imieniem, bezpośrednio, wyraźnie, jakby rzucała kotwicę, której obydwoje mogli się teraz przytrzymać — Patrz na mnie, okay? Nie odwracaj wzroku.
Jednocześnie sięgnęła po spirytus, polała własne dłonie, ostrze przejętych od Cass nożyczek i skrawek czystego ręcznika. Gdy zaczęła ciąć, materiał ustępował łatwo, ale koszula przylegająca do ciała ciągnęła się i stawiała opór. Joe oderwała ją powoli, lecz zdecydowanie, jak plaster z obitego, dziecięcego kolana. Z tyłu głowy, jak zbyt jaskrawy neon, rozświetlało się najważniejsze pytanie: wstrząs hipowolemiczny? Joe wciągnęła powietrze przez nozdrza i spojrzała na ranę. Ciemna krew sączyła się równomiernie, ale nie pulsowała — Tak, kula zostaje — powiedziała stanowczo — Jeśli ją teraz ruszymy, narobimy więcej szkody niż pożytku.

Nakazała Cass unieść nogi Salazara, nie za wysoko, ale na tyle, przy przywrócić ciału jakiś rodzaj wątłego equilibrium. Potem kazała brunetce obmyć własne dłonie spirytusem i zmoczyć kolejny ręcznik; oczyściła prowizorycznie rranę, nie ważąc się zakroplić spirytusu do środka. Wiedziała, że byłoby to błędem. Złapała nadgarstek przyjaciółki, ustawiając jej dłoń z pośpiesznie uwiniętym z ręcznika kompresem w odpowiednim miejscu. — Uciskaj. Mocno. I nie puszczasz, rozumiesz? - Wydała z siebie coś na wzór czułego warknięcia — Jeśli przesiąknie, dokładamy kolejne warstwy. Ale co by się nie działo, nie puszczasz, Cass.

Jej palce tymczasem wróciły na jego szyję.

Jeden, dwa, trzy—
cztery, pięć, sześć—


Nadal szybko.
Ale odrobinę wolniej niż gdy ostatnio sprawdzała.

— A ty, cwaniaku — zwróciła się do niego. Dopiero jutro zastanowi się, skąd wzięła się w niej ta śmieszna obelga; jakaś pozostałość ironii i humoru, ostatkiem trzymające ją teraz przy zdrowych zmysłach — Nawet mi się nie waż się odpływać.
Przenosząc na niego wzrok, nagle jakby potknęła się o to, co zobaczyła. Nie ciężki przypadek, nie ciało do opatrzenia, tylko mężczyznę, który mimo bólu próbował się uśmiechnąć, jakby to wszystko było tylko niewygodą, nie zagrożeniem życia. Ból zdawał się utrzymywać go na powierzchni. Spojrzenie miał ciężkie, ale skupione. Linię szczęki napiętą, kości jarzma chłośnięte rumieńcem. Przez ułamek chwili coś w Joe zareagowało, zbyt szybko, nie na miejscu. Ale natychmiast zniknęło.

— Masz kogoś? — Zapytała, za chwilę rugając się w myślach za niejednoznaczność tego pytania. Głupia, głupia, mała dziewczynka. Lekarza, Carlos. Masz kogoś, kto cię kiedyś zszywał?

Wiedziała, że powinna zadzwonić po karetkę. I wiedziała, że najprawdopodobniej nie mogła tego zrobić, jeśli nie chciała stracić Cass bezpowrotnie.
Stracić ich obydwojga.

Cassandra Layton Carlos Salazar
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Miłość. Tym, którzy jej nie doświadczyli, współczuła ze szczerego serca. Tym, którzy nie potrafili jej dać — współczuła jeszcze bardziej. Zawsze była gdzieś pomiędzy. Dokładnie w tym miejscu, w którym ani jedno, ani drugie nie było w pełni jej. Była kochana. Wiedziała o tym. I może właśnie dlatego nie rozumiała, dlaczego to nigdy nie wystarczało. Dlaczego coś, co miało być fundamentem, tak często okazywało się tylko początkiem pęknięcia. Miłość miała być czymś prostym. Miała wystarczyć. Miała trzymać ludzi przy sobie, zamiast ich rozdzielać. Miała łagodzić, nie ranić. A jednak zawsze coś szło nie tak. Zawsze pojawiał się moment, w którym coś pękało — nagle, bez ostrzeżenia, jakby od początku było skazane na koniec. Najwidoczniej w każdej historii istniał punkt, którego nie dało się ominąć, tylko do niego dojść. Myślałeś, że uciekasz, ale to tylko los prowadził cię w twoje miejsce.
Zbliżenie dwóch ludzi pragnących czułości zamykamy dziś w kategoriach: one night stand, friends with benefits, situationship. Łatwiej było to nazwać, spłaszczyć, zamknąć w czymś, co nie wymagało odpowiedzialności. W czymś, co można było zakończyć bez wyjaśnień, bez konsekwencji, bez winy. Ludzie nie przestali się do siebie zbliżać. Przestali tylko udawać, że to coś znaczy. A może po prostu przestali wierzyć, że może znaczyć więcej. Miłość była jedynym językiem, jaki rozumieli wszyscy — a i tak nikt nie chciał nim mówić. A może nie chodziło o to, że nie chcieli. Może po prostu nikt już nie wiedział, jak. Jak nie zrobić z niej czegoś kruchego. Jak nie zepsuć jej zanim zdąży się wydarzyć.
Chciała się cofnąć w czasie, na jeden dzień być jeszcze tą wersją siebie, która marzyła o wielkiej miłości. Tą, która wierzyła, że jeśli tylko wystarczająco mocno się czegoś chce, to to się wydarzy. Jako mała dziewczynka oglądała swoich rodziców, którzy ślubowali przed samym Bogiem miłość, uczciwość i wierność małżeńską, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Patrzyła na nich z przekonaniem, że tak właśnie wygląda przyszłość. Że tak będzie wyglądać jej życie. Marzyła o tym, by ktoś ją pokochał tak, jak oni kochali siebie. Bez wątpliwości, bez ucieczek, bez ciszy, która pojawia się wtedy, gdy nie ma już nic do powiedzenia.
To marzenie z czasem zamieniło się w utopijny sen. W coś, co brzmi dobrze tylko wtedy, gdy się o tym mówi, ale nie istnieje w rzeczywistości. Minęło tyle czasu, a ona wciąż pamiętała zapach jego perfum. Przytaczając jego słowa, słyszała w głowie barwę jego głosu, tę rosyjską manierę, z jaką mówił. Był obecny w szczegółach, w pamięci, w odruchach, których nie potrafiła się pozbyć. Bardzo pragnęła żywić do niego nienawiść, ale część niej zawsze będzie mu współczuć. Opowiedział jej o swojej historii, wysłuchała go i zrozumiała. Musiał być bardzo samotny. Być może zagubiony. Może nawet przekonany, że robi coś właściwego. Skoro był skłonny wykorzystać niewinną dziewczynę, by zaznać czegoś, co sam nazywał miłością. Więc nienawidziła siebie za to, że go rozumiała. Że potrafiła znaleźć dla niego usprawiedliwienie, nawet jeśli go nie chciała. Że złość, która należała do niego, kierowała na siebie. Nienawidziła tego, że z każdym rokiem coraz bardziej stawała się jak on.
Pytała o zgodę, ale nie mówiła nikomu, że o poranku nie obudzą się obok niej. Wymykała się nocą, chodząc na palcach, by nikt nie zapytał, dokąd idzie i czy jeszcze ją zobaczą. Zostawiała po sobie tylko ciszę i niedopowiedzenia. Ciało było już tylko narzędziem, które wykorzystywała, by zaspokoić potrzebę fizjologiczną. Nic więcej. Żadnych obietnic, żadnych zobowiązań. Nie pozwalała nikomu się zbliżyć, a jednocześnie tak desperacko pragnęła, by ktoś to zauważył. By ktoś ją zatrzymał. By ktoś powiedział „nie idź” i naprawdę miał na myśli „zostań”.
Obserwowała ulicę, przejeżdżające auta, spodziewając się zagrożenia, jakby świat miał zaraz znowu coś jej odebrać. Ale to był tylko sąsiad Joe, który wrócił do domu z pracy. Czasem ktoś przeszedł, widziała jedynie kontury oświetlone przez latarnie. Świat toczył się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nic się nie kończyło.
Z chwilowej zadumy wyrwał ją głos Carlosa, pełen bólu. Słyszała, jak bardzo się starał nie dać po sobie poznać, jak źle było. Może oszukiwał samego siebie, a może naprawdę uważał to za nic takiego. Może ból był czymś, do czego już przywykł. Padła na kolana obok niego, złapała jego dłoń i przyłożyła ją do policzka, jakby mogła w ten sposób przejąć choć część tego, co czuł.
Estás en buenas manos. Tienes que confiar en mí. Y no pienses que vas a librarte de explicaciones. Quiero saber qué pasó, y no me mientas diciendo que todo está bien, como hace él. — Puściła jego dłoń, nieświadoma z jaką siłą ją ściskała. Ucałowała jej wierzch z szacunkiem, którego mu żałowała w swoich słowach. Wstała po lampkę, ustawiając ją tak, by Joe miała najlepszą widoczność, i zapaliła górne światło. Ręczniki rzuciła bliżej — jednym trafiła Carlosa prosto w twarz. Przeprosiła, ale nie zabrała go od razu; jeszcze by zapomniała, co Joe kazała jej zrobić. Wzięła kilka poduszek i ułożyła mu pod nogami. Starała się być delikatna, by nie dokładać bólu, choć jej ruchy były szybkie, nerwowe, nieskoordynowane. Energicznie kiwała głową, zgadzając się na wszystko, co kazała. Nie śmiałaby podważyć jej autorytetu. Nie teraz. — Przepraszam, Joe, ja naprawdę nie miałam do kogo innego zadzwonić. Tak bardzo cię przepraszam i dziękuję. Wynagrodzę ci to, obiecuję. Zrobię wszystko, co będziesz chciała. Carlos też się odwdzięczy, prawda? Jesteśmy twoimi dłużnikami.
Głos jej nawet nie zadrżał, gdy składała tę obietnicę. Jakby była to tylko kolejna rzecz do załatwienia. Kolejny warunek do spełnienia. Nie sądziła, że kiedykolwiek powie coś takiego do przyjaciółki. Nie sądziła też, że zrozumie wagę tych słów — ale w ich świecie znaczyły więcej niż pieniądze. Przysługa. Tak to nazywali. Coś, co zawsze wracało. Coś, czego nie dało się zapomnieć. Coś, co prędzej czy później trzeba było spłacić. Ucałowała ją szybko w policzek i wyszeptała do ucha „dasz radę”, chcąc dodać jej odwagi. Musiała wierzyć w siebie tak bardzo, jak Cassie wierzyła w nią. Och, Joe — gdybyś tylko mogła spojrzeć na siebie jej oczami, nigdy więcej byś w siebie nie zwątpiła.
Przemyła ręce, przyłożyła ręczniki tak, jak kazała, czując pod palcami ciepło i wilgoć, które nie powinny tam być. Rozumiejąc, że jeśli je puści, stanie się coś niedobrego. Zadzwonienie po karetkę byłoby najlepszym rozwiązaniem, ale nie mogli sobie na to pozwolić. Cassie wiedziała, że sprawę trzeba jak najbardziej ukryć — tylko oni mogli wiedzieć, co się dziś wydarzyło. Układała w głowie plan tego, co będzie musiała zrobić później. Pojechać po jego auto. Wyczyścić oba samochody. Zmyć krew, która była dowodem. Oglądać się za siebie, czy nikt jej nie śledzi. Nasłuchiwać syren. Zawsze krok przed tym, co mogłoby ich dogonić.
Wo, wo, wo, Joe… nie mówiłam o zapłacie w naturze. Znaczy, wiesz, ja z tobą bardzo chętnie, ale nie wiem, jak Carlos — powiedziała, usilnie starając się zachować powagę. Parsknęła śmiechem, odwracając wzrok, by tamten znowu jej nie zganił za zachowanie. Podłożyła jej się — grzech było nie skorzystać z okazji. Przez chwilę wszystko było proste. Konkretne. Do zrobienia tu i teraz. Zło na moment się wycofało, pozwalając im zaczerpnąć oddechu. Jeszcze wróci — nie dziś, może jutro albo pojutrze, gdy najmniej będą się tego spodziewać.

Carlos Salazar joe grainier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ach, a więc miłość?
Miłość była prosta – w formie jaką znał ją Carlos. Kochał głęboko i trwale, z psią lojalnością. Silnym uczuciem darzył rodziców, a później również Martina i Cassandrę. Sama koncepcja tych relacji była jasna, to ten rodzaj kochania, który nie wymaga zastanowienia – istniał, a więc Salazar oddawał tym ludziom całego siebie, niezależnie od tego jak bardzo się od siebie różnili. Swoimi czynami mogli wystawiać go na próbę, ale nie sprawiało to, że kiedykolwiek podważał swoje uczucia wobec nich. Nie było takiej siły na Ziemi i w Niebie, która mogłaby poruszyć silne fundamenty na jakich zbudował te relacje. A więc ta miłość była prosta, czysta, bezpieczna i pełna komfortu.
Kochał też Boga, w dziwny, nieco skomplikowany sposób. Zawodził go stale, swoim życiem potrafił zaprzeczać wszystkim przykazaniom. Uważał go za Ojca, tego surowego i zbyt milczącego, ale niezwykle sprawiedliwego. Kochał go, bo tak nauczyła go matka, a jej pamięć stanowiła świętość. Modlitwa stanowiła ucieczkę, pocieszenie dla strapionego serca, a każde wrażenie wysłuchania jedynie pogłębiało relację – przynajmniej tak było kiedyś. Ostatnio coraz mniej odnajdywał się w tej miłości, ale może nie dlatego, że przestał uważać Boga za kogoś bliskiego – chyba po prostu sądził, że nie zasługuje, by być przez niego kochanym. Grzeszył, bez postanowienia poprawy, a to umieszczało go w gronie zdrajców i wiarołomców. Dla nich przeznaczony był specjalny krąg w piekle.
Była jeszcze miłość, której Carlos nigdy nie doświadczył. Czasami znajdował się bardzo blisko, gdy gdzieś, między kolejnymi pocałunkami, chciał wyszeptać kocham, ale wtedy gardło zaczynało się zaciskać. Zamykał więc usta następnymi muśnięciami, gładził ciało i łechtał ego. Było mu dobrze w objęciach ludzi, tych obcych i całkiem znajomych. Niektórzy zatrzymywali się na dłużej, stawali się częścią codzienności. Łapali wspólny rytm, ale ostatecznie zawsze go gubili. Salazar był świetnym kochankiem – na chwilę, gdy emocje wciąż były świeże i płytkie, a poranki proste, pełne niezobowiązującej intymności i nieprzemyślanego zaufania. Kiedy ktoś chciał sięgnąć głębiej, by zrozumieć człowieka jakim naprawdę był, wszystko zaczynało się rozpadać. Ciężko zmyć krew, która zbiera się na rękach, a sumienie rzadko pozwala uzasadnić grzech przeciw drugiemu człowiekowi, nawet jeśli wydaje się, że w grę wchodzi jakiś rodzaj miłości. Carlos był pobliźniony i zagubiony, co przyciągało równie mocno jak odpychało. Był też mściwy i gniewny, a to już nie stanowiło pociągającej wizji. Ludzie nie rozumieli jego życia, a on nie starał się tłumaczyć go na siłę, po prostu pozwalał im odejść, uciec w bezpieczną strefę, zapomnieć o wspólnych chwilach. Może to był największy dowód jego miłości – tej, która nigdy tak naprawdę się nie rozpoczęła, pozostając jedynie odległym marzeniem, snem, którego od dawna już nie śnił. Mógłby szukać kogoś, kto był tak samo zepsuty jak on, ale wiedział, że dwoje ludzi z połamanym kręgosłupem moralnym nigdy nie uniesie ciężaru, jaki niosła ze sobą taka relacja.
Te entiendo. — Przymknął oczy, gdy Cassandra położyła szczupłe palce na jego rozgrzanym policzku. Ucałowała jego dłoń, a on poczuł ścisk w żołądku. Nie musiał mówić więcej, nie było sensu walczyć. Ufał jej i chciał jej zaufania – nie będzie mógł więc zawsze uciekać od prawdy. Musiał pozwolić jej działać, nie odtrącając jej pomocy, tak jak w tamtym momencie, gdy chaotycznie starała się wypełniać polecenia przyjaciółki. Światło lampy najpierw poraziło jego oczy, a później gwałtownie zniknęło, gdy ręcznik uderzył Carlosa w twarz. Zaśmiałby się, gdyby tylko miał na to więcej siły.
Materiał w końcu się zsunął, a on wlepił spojrzenie w twarz Joe, nie opuszczając go ani na moment, dokładnie tak jak mu kazała. Widział jej zdenerwowanie – nieświadomie zagryzała policzek, a jej oddech przyspieszał i zwalniał. Przyglądał się temu obrazkowi wyjątkowo skrupulatnie, jakby chciał odwrócić swoją uwagę od tego co się działo. Materiał odrywany ze skóry, chłód powietrza, lepka wilgoć. Nie obchodził go ból, zdążył się do niego przyzwyczaić, ba, nawet polubił jego obecność. To tylko odruch ciała, impuls wysłany przez mózg, który dało się zignorować, przynajmniej do pewnego stopnia. Ból zadany sobie samemu potrafił dodawać siły, uczył pokory, pozwalał zachować trzeźwość umysłu. Ból zadany innym umożliwiał kontrolę, wysyłał ostrzeżenie. Nie od niego Carlos chciał odwrócić uwagę. Czuł się zależny i bezbronny, a to stanowiło znacznie bardziej nieprzyjemny fakt. Cassandra i Joe starały się go ratować, a on leżał na podłodze jak szmaciana lalka, którą trzeba połatać. Mógł tylko patrzeć, poddawać się każdej operacji, każdemu poleceniu. Wiedział, że to dla jego dobra, ale jego umysł, przyzwyczajony do ciągłej walki, nie pozwalał zaakceptować takiego stanu rzeczy, nie mógł się rozluźnić i zatrzymać. Carlos miał być ostoją, nie ciężarem, a właśnie za takowy się w tamtym momencie uważał.
Sí, señora. — Uśmiechnął się ponownie, choć znacznie słabiej. Jakże mógłby odpłynąć? Nie zaśnie jeszcze długo po tym jak skończą szarpać się z losem o jego życie. Będzie zadręczał się kolejnymi scenariuszami, które mogą się wydarzyć. Zamęczy sumienie, pozwoli duchom zebrać się nad łóżkiem, położyć na piersi i przypomnieć o wszystkich przeszłych ofiarach. Popatrzy na Cassie, wykończoną po całym wieczorze intensywnych emocji i przeklnie w duchu własną nieroztropność. Będzie milczał, gdy Joe wstanie, by sprawdzić opatrunek i po raz kolejny przyłoży palce do szyi, sprawdzając puls, bo nie znajdzie odpowiednich słów; jak ma ją przeprosić za mieszanie w jej spokojnym życiu?
Dobrze, że mieli Cassandrę. Gdyby nie jej naturalna zdolność do rozładowywania napięcia, byłoby im znacznie trudniej poradzić sobie z całą sytuacją. Martin robił dokładnie to samo, co Carlos początkowo uważał za absolutnie niepoprawne, aż w końcu zaczął to rozumieć. I w tamtym momencie dziękował Bogu za to, że Layton bezceremonialnie próbowała nabrać dystansu. W innym wypadku zapewne jedynie uśmiechnąłby się pobłażliwie, ale tym razem sam postanowił się temu poddać. Był zbyt zmęczony, by z tym walczyć.
Nie mam nikogo. — Przeniósł spojrzenie z Cassandry z powrotem na twarz Joe. Mogłaby być jego córką. Była młoda i niedoświadczona, nawet jeśli bardzo starała się to ukryć. — Nie mam żadnego lekarza, nie w Kanadzie — dodał, całkowicie świadomie nawiązując do dwuznaczności jej wypowiedzi. Nie dlatego, że chciał, by była zakłopotana – zamierzał na chwilę odwrócić jej uwagę od ręczników przesiąkających krwią i wizji kolejnych długich minut, które wystawią na próbę jej umiejętności. — Ale mam ciebie i Cassandrę. To w zupełności wystarczy. — Brzmiał słabo, ale wydawał się przekonany co do słuszności własnych słów. — To nie jest takie trudne. Dobrze wam idzie. — Zamknął palce na dłoni Layton, która dociskała materiał do jego rany. — Odwdzięczę się z pewnością, zawsze oddaję przysługi, ale teraz… — urwał, uśmiech tańczący na ustach zniknął na moment, gdy pulsowanie w głowie nasiliło się, a obraz zafalował. Przełknął ciężko ślinę, ponownie złapał ostrość — biorę dług na kreskę. Doliczysz odsetki, nie będę się targował. — Wypuścił powietrze, które wstrzymywał w płucach i skinął głową, jakby podjął istotną decyzję za nich wszystkich. — Musisz mnie połatać, Joan. — I dopilnować, by przy okazji nie rozsypała się jeszcze Cassandra. Nic trudnego, prawda?


joe grainier Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
179 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

A czy ciało nie było narzędziem z a w s z e, także i dla Joe, choć to własne - w przeszłości obiekt bezustannych rodzinnych komentarzy, że powinna przytyć, że powinna więcej spać, i dbać o siebie tak samo, jak robiły to niektóre jej rówieśniczki, zamiast zajeżdżać swój organizm niczym pociągową kobyłę - wykorzystywała w zupełnie inny sposób, niż robiła to Cassandra?
Sto siedemdziesiąt dziewięć kościstych centymetrów wzrostu i mniej niż sześćdziesiąt kilo wagi rozciągniętych na tym rachitycznym rusztowaniu - oliwiona nadmiernymi porcjami kawy maszyna zapędzana do roboty codziennie od lat w ramach niemal bezdusznego, choć tłumaczonego ambicją i troską o innych reżimu. Czasami, w rzadkiej przerwie między jednymi, a drugimi zajęciami w szpitalu, Joe zdarzało się przewertować poczekalniane gazetki i zasiedzieć się na dłużej nad jakimś psychologizującym artykułem traktującym o tym, jak ważna była empatia względem samego siebie, troska o własny organizm, wdzięczność za wszystkie jego wysiłki i to, jak właścicielowi pozwalał przeżyć każdy kolejny dzień. Zanim porzucała je na szpitalnianym stoliku, Grainier udawało się doczytać w tym lub innym magazynie porady nawołujące do tego, by własnemu ciału dziękować co rano tak, jak niektórzy dziękują Bogu lub innej, mniej konkretnej sile wyższej. W jakimś sensie te złote myśli nawet z nią rezonowały...
Ale następnego ranka, zwlekając się z łóżka z ogromnym trudem, przekleństwami i jękiem na wargach, i powiekami nie chcącymi rozewrzeć się w pełni przed pierwszą, potrójną kawą, jakimś cudem zapominała o wszelkich tych mądrościach, zamiast czułości, okazując samej sobie niewybaczającą presję.

No dalej, Joe. Nie jesteś przecież słabeuszem!
Nie ociągaj się. Co pomyślałaby matka?
Nie chcesz chyba zmarnować tych marnych okruchów potencjału, które dostały Ci się w przydziale od losu?
Nie z własnej woli, lecz po prostu z braku innego wyboru, dwudziesto-sześciolatka z wirtuozerskim niemal zacięciem potrafiła motywować się w ten sposób mimo wycieńczenia graniczącego z wypaleniem, mimo pokusy, żeby sobie czasem po prostu darować - dodatkowe zadanie na studiach, nieobowiązkowe ćwiczenia albo dyżur w szpitalu - i jak do tej pory umiejętność ta, bez dwóch zdań, doprowadziła ją całkiem daleko. Przynajmniej na sam szczyt listy studentów i szpitalnych praktykantów, słynąc wśród nich z najlepszych ocen i niezachwianego rejestru obecności...
Teraz jednak okazywało się, że zamiast medycznych atrap i dobrowolnie oddających się w jej dłonie pacjentów wyrozumiałych względem jej studenckiej nerwowości, i w dodatku zmagających się z niezagrażającymi życiu przypadłościami, miała przed sobą człowieka naprawdę walczącego o życie, cała ta autoagresywna metoda, by dodawać sobie motywacji i animuszu, okazywała się zupełnie nieskuteczna.
Joe się trzęsła.
Próbowała to ukryć, ale drżenie palców szybko rozpełzło się wyżej, obejmując tak jej nadgarstki i przedramiona, jak w końcu i łokcie, a nawet jej szczupłe barki.
Nie chciała patrzeć na Cassandrę, przerażona, że w oczach brunetki mogłaby dostrzec zawiedzioną nadzieję, i złamane zaufanie. Przecież gdyby Cass nie wierzyła, że Joe będzie w stanie przyjść jej z pomocą, nie przywiozłaby tutaj najdroższego jej - zaraz po ojcu - człowieka. A jednak. Mimo wcześniejszych prób poradzenia sobie z sytuacją, nawet dla samej Grainier oczywistym zaczynało się robić, że Cassie popełniła błąd, który Carlos najpewniej opłaci najwyższą możliwą ceną...
Aż gdy, nagle -
- Joan.

Wypowiedziane słabym, ale tak zdecydowanym głosem, że w reakcji na jego brzmienie wszystko w szatynce najpierw zamarło, a potem zdawało się przeorganizować, jakby jednym, krótkim słowem leżący przed nią mężczyzna kompletnie przemodelował topografię jej myśli.
Joan było bowiem imieniem dla dorosłej kobiety.
Dla kogoś, kto wie co robi, kto nie boi się mieć opinii, kto - na bazie własnego doświadczenia - ufa we własną zdolność poradzenia sobie ze wszelkimi przeciwnościami, które los, niczym kłody, podrzuci mu pod nogi. Dla kogoś, kto potrafi zabrać głos w nawet najbardziej onieśmielającym środowisku, kto wypowiada swoje myśli na głos, i nie wstydzi się ich treści; kto siada w pierwszym rzędzie, nie obawiając się, że może komuś zasłaniać. Zamiast Joan, szatynka najczęściej widziała w lustrze Joe bardzo zmęczone dziecko, tylko przebrane za dorosłego tak, jak dzieci przebierają się czasem za własnych rodziców, naciągając na swoje drobne ciała ich karykaturalnie przyduże, poważne ubrania.
Ale sposób, w który zwrócił się do niej Salazar, zadziałał teraz nie tylko jak siarczysty policzek albo kubeł zimnej wody wytrącający ją z upartego, histerycznego stuporu. Wystarczyło jedno J o a n, żeby serce dziewczyny spowolniło nagle własny tętent, a dłonie ustały nagle w swoim drżeniu. Bo w całym swoim życiu w taki właśnie sposób zwracała się do Joe jeszcze tylko jedna, inna osoba.
Jej matka.

Decyzja przyszła nie jak świadoma myśl, tylko jak odruch — jakby ciało Joe wiedziało wcześniej niż ona sama. Przełknęła ślinę, i zamiast w zamglone bólem oczy Carlosa, odsunąwszy nieco jeden z ręczników, znów spojrzała na ranę wlotową; tym razem dłużej, uważniej, szukając w niej czegoś więcej niż tylko wejścia po kuli. Pulsowania. Blasku kości. Tego rodzaju brunatnej głębi, której pod żadnym pozorem nie powinno się dotykać.
To nie znaczyło, że ich tam nie było.

Możliwe.
Nie-bezpieczne.
Możliwe.

— Dobrze — powiedziała w końcu, na sekundę przed tym, jak z jej warg popłynęła cała litania wydawanych Cassie instrukcji. Potrzebowała igły z szafki na piętrze, zapalniczki, i własnych nici - tych, które trzymała w swojej sypialni. Poza tym kolejnych ręczników; poszewek, gdyby te się skończyły. I tak dużo światła, jak tylko było to możliwe. I -
- Wódki. Nie... Nie do sterylizacji - wyjaśniła wymownie, gdyby którekolwiek z jej towarzyszy miało jakieś pytania. - Johnny trzyma butelkę w głębi lodówki.

Po chwili jej mała, prowizoryczna sala operacyjna pachniała spirytusem, którym dziewczyna obficie polewała wszystko - własne dłonie, przyniesioną jej przez Cassie igłę, nożyczki, których użyć miała do przecięcia nici; zupełnie, jakby próbowała zmyć z nich nie tylko bakterie, ale i własne wątpliwości. Przez chwilę zawahała się, a potem sięgnęła po zapalniczkę, przytrzymując igłę nad płomieniem, aż metal zmatowiał, a zapach stał się ostry i gryzący.
Musiało b o l e ć jeszcze bardziej, gdy zaczęła przemywać ranę — ostrożnie, ale bez czułości—odsłaniając więcej, niż Joe chciała zobaczyć, ale jednocześnie dokładnie tyle, ile musiała widzieć, żeby nie spierdolić sprawy.
— To dalej jest „nie takie trudne”? — zapytała cicho, tak Carlosa, jak i Cassandrę, z cieniem czegoś na kształt ironii, która miała przykryć jej strach. Ale nie czekała na odpowiedź. Już jej nie potrzebowała. Gdy świat na moment zwolnił, dopiero teraz zobaczyła wyraźnie swoje dłonie. Igłę między palcami. I męską skórę — napiętą, ciepłą, (jeszcze) żywą.

Ustawiła igłę.
Joe nie pragnęła wdzięczności. Zamiast niej, wolałaby pełne osiem godzin snu, długich wakacji, i żeby ktoś obiecał jej, że wszystko będzie dobrze .
Przyłożyła ją do skóry.
— Cass? - Zwróciła się do przyjaciółki. — Jak on to przeżyje, kupisz mi kawę. Nie taką z automatu, tylko prawdziwą — mruknęła, nie podnosząc wzroku. — I potem znowu, następnego dnia. I kolejnego. Codziennie, przez rok. Bez gadania.
Kącik jej ust drgnął, gdzieś między cieniem uśmiechu, a znakiem, że zaraz się rozpłacze.
— Albo nie. Po prostu nie pakuj się więcej w rzeczy, które kończą się krwią na mojej podłodze, dobra? — Po raz ostatni łypnęła na Salazara: kropelkę zimnego potu na jego czole, ciężkie pulsowanie żyły biegnącej szyją od żuchwy gdzieś niemalże do obojczyka.
I nacisnęła.

— To byłby dobry początek.


Cassandra Layton Carlos Salazar
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”