-
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
A noc była ciężka.
Nie dla miasta.
Dla niej.
Biuro Nilsinger opustoszało już dawno po północy. Światła na piętrze gasły jedno po drugim, aż w końcu została tylko ona — pochylona nad stołem, otoczona rozłożonymi planami, kubkami po kawie i cieniem własnych decyzji. Godziny przestały mieć znaczenie gdzieś między kolejną iteracją osiemdziesiątego piętra a momentem, w którym zaczęła ingerować w kolejne pięć wyżej, jakby próbowała wyprzedzić każdy możliwy błąd, zanim ten zdąży zaistnieć.
To nie była już praca. To było gaszenie pożaru, którego nie powinna była nawet widzieć.
Pomarańczowe światło monitora rzucało jej wyzwanie, podkreślając poprawki nanoszone z niemal chirurgiczną precyzją na aktualny projekt w programie. Palce bolały od ciągłego nacisku, kark zesztywniał, a myśli — zamiast się porządkować — zaczęły nakładać się na siebie jak źle zaprojektowane kondygnacje. Nie spała ani minuty. Kiedy wychodziła z biura, miasto dopiero zaczynało się poruszać. Pierwsze tramwaje, pojedyncze światła w oknach, zimne powietrze, które uderzyło ją w twarz i na moment wyczyściło głowę. Na krótko.
Teraz stała przed domem Kilroy — dokładnie w tym samym ubraniu, co wieczorem. Płaszcz nosił ślady długiego siedzenia, włosy były przeczesane umownie, jakby zrobiła to mechanicznie gdzieś między jednym planem a drugim. Zmęczenie widoczne nie w samej twarzy, ale w sposobie, w jaki
stała — zbyt nieruchomo, zbyt oszczędnie, ady drzwi się otworzyły, nie próbowała niczego maskować. Weszła do środka, pozwalając, by zimne powietrze przecięło przedsionek, zanim drzwi zamknęły się za jej plecami. Zatrzymała się kilka kroków dalej. Postawiła aktówkę przy ścianie — ciężej, niż zamierzała.
— Wiem, która jest godzina — odpowiedziała cicho, bez zaczepności. Głos miała niższy, szorstki od niewyspania. — Dlatego jestem teraz. — Otworzyła aktówkę. Ruchy były precyzyjne, ale wyraźnie sztywne — jakby wykonywała je siłą przyzwyczajenia, nie energii. Wyciągnęła teczki i wcisnęła je pod ramię, dźwigając je po znajomej trasie — do kuchni. Było ich aż pięć, każda opatrzona dopiskiem „wersja 1, 2, 3…”. — Nowy Jork się obudził — rzuciła krótko. — I nie podoba im się, co zobaczyli. Greene przeszarżował. Albo cofają go z projektu razem z finansowaniem… albo domykamy to na miejscu. — Wzięła krótki oddech. — Wybrali drugą opcję. — Zerknęła na zegarek pod rękawem płaszcza i skrzywiła się wyraźnie. — Mam samolot za pięć godzin. — Dopiero wtedy spojrzała na nią uważniej. Na tę nienaturalną prostotę sylwetki. Na napięcie, które nie miało nic wspólnego z dumą. Na ortezę. Zatrzymała wzrok o sekundę za długo. — …czyli jednak. — Bez triumfu. Bez satysfakcji. Raczej jak ktoś, kto odhacza w myślach coś, co już wcześniej policzył. Odwróciła wzrok. — Przepraszam. — krótko — Za wczoraj. — Przecież, że nie za uratowanie życia! Palce zacisnęły się lekko na krawędzi Wersji 5. — To nie była moja rola. — Nie tłumaczyła się dalej. Zabrała ręce od papierów i cofnęła pół kroku. — Dokumentacja jest kompletna — skinęła głową w stronę teczek. — Osiemdziesiąte piętro i pięć wyżej. Z naniesionymi zmianami na światłowody. Trzymaj to u siebie. Nie w biurze. Na wypadek, gdyby Thomas uznał, że chce jeszcze coś poprawić. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem… wrócę jutro wieczorem. Może pojutrze. — Spojrzała na nią jeszcze raz. Krótko. Uważnie. Odpuściła. Bojowy duch musiał się oszczędzać na popołudnie w Nowym Jorku. — Dobranoc, Kilroy.
Jakby noc jeszcze się nie skończyła. Ruszyła po aktówkę w przedsionku.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słuchała raportu o Nowym Jorku z kamienną twarzą, podczas gdy jej umysł - mimo wycieńczenia -pracował na najwyższych obrotach. Greene, wstrzymane finansowanie, krytyczny termin - każda z tych informacji trafiała na odpowiednią półkę, natychmiast budując strategię obrony. Kiedy Inari wspomniała o swoim nagłym wyjeździe i rzuciła krótkie przeprosiny za wczoraj, Niamh jedynie zmrużyła oczy, przyjmując ten gest z chłodnym dystansem.
- Pięć wersji w jedną noc. Imponujące tempo, nawet jak na ciebie - rzuciła, a w jej głosie pojawił się pewnego rodzaju podziw, który szybko zatuszowała głośnym kaszlnięciem. Oderwała się od wysokiego blatu i podeszła bliżej teczek, kładąc dłoń na Wersji 5. - Dobrze, że Nowy Jork zareagował tak szybko. Na tym etapie przyniosłoby to im zbyt wielkie straty, dlatego wcale mnie nie dziwi, że chcą negocjować - przyznała, doskonale wiedząc, że gdyby wybór padł na pierwszą opcję, zarząd wykazałby się skrajną krótkowzrocznością, graniczącą z finansowym samobójstwem.
Gdy Nilsinger opuściła kuchnię, odprowadziła ją wzrokiem, dokładnie analizując wszystkie informacje, jakie przekazała jej kobieta. Nie wiedziała, na ile tak naprawdę może jej ufać, doskonale pamiętając, że ich wspólna przeszłość była usiana momentami, w których Inari z czystą, niemal artystyczną satysfakcją blokowała jej najbardziej dochodowe projekty. Kilroy nie zamierzała pozwolić, by tym razem stało się podobnie - musiała osobiście trzymać rękę na pulsie. Pospiesznym krokiem udała się wprost do drzwi wejściowych, gdzie w ostatniej chwili, zdrową dłonią chwyciła Inari za nadgarstek, fizycznie powstrzymując ją od wyjścia. Przez ułamek sekundy trzymała ją mocno, czując puls architektki pod palcami, ale niemal natychmiast zdała sobie sprawę z braku profesjonalizmu tego odruchu. Cofnęła dłoń gwałtownie, jakby sparzył ją dotyk, i wyprostowała się, maskując chwilowe zmieszanie lodowatym spojrzeniem.
- Zmień rezerwację. Lecimy razem - zadecydowała głosem nieznającym sprzeciwu. - To nasz wspólny projekt i wspólnie go domkniemy. Nie będę siedzieć w Toronto i czekać na raporty, podczas gdy w Nowym Jorku będzie decydować o losach mojego przedsięwzięcia i systemach światłowodowych - zerknęła na wiszący na jednej ze ścian zegar, po czym ponownie spojrzała na twarz kobiety. - Pięć godzin wystarczy ci na ogarnięcie własnej osoby i powrót tutaj? - upewniła się, bo w jej odczuciu podróżowanie dwoma samochodami nie miało najmniejszego sensu. Poza tym ona sama zmuszona byłaby do wynajęcia taksówki, bo prowadzenia z usztywnionym barkiem nawet nie brała pod uwagę. - Jeśli to nie jest wystarczający czas... - zaczęła, czując lekkie drętwienie na karku, jak zawsze, gdy musiała wyjść poza sferę czystego profesjonalizmu i własnego komfortu. - Możesz skorzystać z łazienki dla gości. I moich ubrań. Powinnyśmy mieć podobny rozmiar - odchrząknęła cicho, odwracając na moment wzrok w stronę kuchni. - W międzyczasie przygotuję śniadanie dla nas i dla Ronnie. Tym sposobem unikniemy niepotrzebnego stresu w drodze na lotnisko - rzuciła, uważnie przyglądając się kobiecie.
Propozycja wspólnego posiłku i pożyczenia ubrań wywołała u niej nagłe ukłucie dyskomfortu, drastycznie naruszając skrzętnie budowany mur profesjonalnej izolacji. Mimo to chłodna logika biznesowa szybko stłumiła ten opór - uznała, że maksymalizacja czasu na przygotowania jest jedynym rozsądnym wyjściem, jeśli za kilka godzin mają stanąć w Nowym Jorku w pełnej gotowości.
Inari Nilsinger
-
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Spojrzała najpierw na jej dłoń, potem wyżej — na twarz, na to spięcie, które wcale nie zniknęło od wczoraj, tylko zostało lepiej schowane. Nie cofnęła ręki od razu. Dopiero kiedy Kilroy sama ją puściła, Inari poprawiła ułożenie aktówki, jakby nic się nie wydarzyło.
Lecimy razem.
Uniosła brwi. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś skomentować — pewnie coś w stylu „to nie była propozycja, tylko rozkaz” — ale odpuściła. Nie miała na to energii. Dobrze, Inari też. Zamiast tego przesunęła spojrzeniem po niej od góry do dołu. Boso. Jedwab. Orteza pod materiałem, której nie dało się już „nie zauważyć”.
Westchnęła cicho.
— Pięć godzin wystarczy — rzuciła, już bez oporu. — Nawet z zapasem.
Propozycja łazienki i ubrań zawisła w powietrzu trochę za długo. Inari przekrzywiła lekko głowę, jakby próbowała dopasować ją do osoby, która właśnie ją wypowiedziała. Nie pasowało i chyba to było w tym najbardziej rozpraszające.
— Nie podejrzewałam cię o takie oferty o szóstej rano — mruknęła, bardziej zmęczona niż uszczypliwa. Kącik ust drgnął. Sięgnęła do kieszeni płaszcza, wyciągając telefon. — Mam Norę — dodała po chwili, odblokowując ekran. — Może przywieźć mi rzeczy. Albo nas podrzucić na lotnisko. Będzie szybciej i… mniej kombinowania. — Zawahała się na sekundę, jakby jednak rozważała drugą opcję. Łazienka. Ubrania. Kuchnia, w której Niamh robi śniadanie, jakby to był normalny poranek. Nie był. I obie o tym wiedziały. — Ale jeśli naprawdę chcesz się bawić w logistykę i śniadania… — dodała ciszej, chowając telefon z powrotem do kieszeni. — Nie będę cię zatrzymywać. — Spojrzała na nią jeszcze raz, już bez analizowania. — Jednak potrzebuję kawy bardziej niż ubrań. Białą. Z cukrem.
Ściągnęła płaszcz.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- To nie oferta, Inari. To optymalizacja zasobów - rzuciła sucho, po raz kolejny smakując imienia kobiety. Za nic by się do tego nie przyznała, ale byłaby w stanie się do niego przyzwyczaić. - Skontaktuj się z Norą, a ja zajmę się resztą - poleciła, próbując odgonić od siebie wszystkie te niepoprawne myśli, przypominające jej o braku profesjonalizmu.
Gdy Nilsinger ściągnęła płaszcz, odwróciła się gwałtownie, nie chcąc przyglądać się temu, jak kolejna bariera między nimi znika. Ruszyła w stronę sypialni, boso, starając się zachować resztki godności. Po kilku minutach wróciła, mając na sobie gruby, grafitowy szlafrok z ciężkiej bawełny, który szczelnie opinał jej sylwetkę i niemal całkowicie maskował ortezę. Związała pasek z taką siłą, jakby pancerz miał ją chronić przed niezręcznością tej sytuacji.
W kuchni ruchy Niamh były mechaniczne i precyzyjne, choć operowanie jedną ręką przy ciężkich naczyniach sprawiało jej widoczną trudność. Każde stuknięcie patelni o blat przypominało jej, jak bardzo absurdalna jest ta scena. To ona, wielka Niamh Kilroy, przygotowywała śniadanie dla kobiety, która jeszcze wczoraj była jej największym zawodowym utrapieniem. Czuła się ze sobą fatalnie. To domowe wydanie, zapach smażonego bekonu i wspólna kawa kłóciły się z każdym instynktem samozachowawczym, jaki posiadała. Ale skoro już rzuciła tę propozycję, nie zamierzała się wycofać. Nie była gotowa na kapitulację. Właśnie ściągała z patelni ostatnią partię rumianych naleśników, gdy w kuchni pojawiła się Ronnie. Nastolatka była jeszcze zaspana, a u jej stóp wiernie dreptał Clover – kocur o mądrym spojrzeniu, którego kilka lat wcześniej wyciągnęły wspólnie spod kół ciężarówki. Ronnie zatrzymała się przy lodówce i zmrużyła oczy, przerzucając wzrok z rozłożonych na kuchennej wyspie talerzy na matkę.
- Mówiłam jej, żeby wyciągnęła cię na jakąś randkę, a nie od razu tu z nami zamieszkała. Trochę desperackie, nie? - rzuciła z tym swoim bezczelnym, nastoletnim półuśmiechem, za sprawą którego Niamh niemal upuściła rozgrzaną patelnię.
- I dlatego właśnie nie mówię ci o wszystkim - ucięła, starając się, by jej głos brzmiał stabilnie, choć w środku wszystko w niej drżało. - Pani Nilsinger jest tutaj służbowo. Za kilka godzin mamy lot do Nowego Jorku, nie będzie mnie w domu dzień czy dwa - powiedziała, stawiając na samym środku kuchennej wyspy butelkę syropu klonowego i miskę z leśnymi owocami. - Po śniadaniu zadzwonię do pani Higgins żeby została z tobą do mojego powrotu - dodała, włączając ekspres do kawy.
- Żartujesz sobie? Mamo, mam siedemnaście lat! Nie potrzebuję niańki, żeby przeżyć dwa dni bez ciebie. Ale oczywiście, leć. Ratuj światłowody, budynki i co tam jeszcze chcesz. To zabawne, że zawsze to ja muszę cierpieć przez twoje nagłe decyzje i ambicje. Pani Higgins jest tak stara, że to ta będę musiała pilnować, żeby nie spadła ze schodów. Wielkie dzięki, mamo - wyrzuciła z siebie ze złością, ostatnimi czasy wiecznie niezadowolona z każdej podjętej przez matkę decyzji.
- Bez dyskusji, Ronnie, to już postanowione - głos Niamh był stanowczy, choć chyba tylko głuchy nie byłby w stanie doszukać się w nim troski. Nie był to odpowiedni czas na kłótnie z córką, z którą zdecydowanie zamierzała porozmawiać po powrocie z Nowego Jorku. - A teraz siadaj i jedz. Wysmażyłam porządnie bekon, tak jak lubisz - delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy, choć nie zagościł na niej zbyt długo, a wszystko za sprawą architektki, która pojawiła się w drzwiach kuchni. - O której Nora nas odbiera? - zapytała, stawiając na blacie dwa kubki z kawą - czarną dla siebie i białą z cukrem dla Nilsinger. Tak jak ta sobie zażyczyła. Córce podała szklankę, wypełnioną po brzegi sokiem pomarańczowym.
Inari Nilsinger
-
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Inari przyczaiła się jeszcze w przedsionku, zanim weszła dalej. Telefon przy uchu, głos niski, spokojny.
— Nora, zmiana planów. Dwa miejsca na ten sam lot. — Zaspana odpowiedź asystentki brzmiała jak bełkot, ale była potwierdzeniem automatycznym. — Jedno może być przy łazience w klasie eko. — Chwila milczenia. — Nie ma? Trudno, niech stracę. Dwa z przodu. Przy oknie na mnie. Spakuj mi dwa dni. Szyk. I coś zapasowego, bo nie mam dziś zaufania do rzeczywistości. — Przymknęła oczy na sekundę. — Weź taksówkę. Wyślę ci adres, skąd nas odbierzesz. Jedziemy moim samochodem na lotnisko. I nie zapomnij o tablecie. Tak, tym. Jeśli już i tak mam być zawieszona w powietrzu, równie dobrze mogę podbić ranking.
Rozłączyła się bez słowa. Jeszcze moment stała w ciszy, zanim ruszyła dalej. Zapach uderzył ją od razu. Bekon. Naleśniki. Kawa. Zatrzymała się w progu kuchni, opierając dłoń o framugę.
Obraz był niemal zbyt zwyczajny — Niamh przy blacie, a przy stole Ronnie. Dziewczyna siedziała krzywo na krześle, jedna noga podwinięta pod siebie, druga luźno oparta o podłogę. Plecy zgarbione, włosy w nieładzie, oczy jeszcze lekko przymknięte — wyglądała jak ktoś, kto zdecydowanie spał za krótko albo za źle. Przy niej kręcił się kot — trójkolorowy, o zielonych ślepiach, który co jakiś czas ocierał się o nogę krzesła albo zatrzymywał, żeby spojrzeć na Inari z tą charakterystyczną, spokojną oceną.
Zerknęła w dół, gdy zwierzak musnął jej nogę.
— Ty przynajmniej nie oceniasz — mruknęła cicho.
Kot tylko zamrugał powoli i wskoczył na wolne krzesło obok.
— Nora będzie za niecałe trzy godziny — odezwała się w końcu, wchodząc do środka. — Przywiezie wytyczne firmy. Lepiej być o jeden krok przed nimi. — Sięgnęła po kubek, który już na nią czekał. Upiła łyk. Słodka. Idealnie. — Smaczna. — Unosząc wzrok, zatrzymała go na Ronnie. Przez chwilę po prostu ją obserwowała — sposób, w jaki siedzi, jak opiera brodę o dłoń, jak wygląda na zmęczoną bardziej, niż powinna.
Dziewczyna musiała wyczuć sprawę, bo od razu bąknęła:
— Mówiłam, poczekaj chociaż do trzeciej randki z wprowadzeniem się tutaj. — Spojrzała podkrążonymi oczami na Nilsinger. — Żebym zdążyła uzbroić ściany w panele akustyczne. I wybielacz do płukania oczu..
— Spokojnie — rzuciła ochrypłym tonem. — Jeszcze nie zdążyłyśmy nawet sporządzić pre-intercyzy.
— Hmm... Trochę szkoda — odparła Ronnie bez zawahania, opierając się o blat i wytknęła Inari widelcem. — Już miałam nadzieję, że ktoś normalny w końcu tu zamieszka.
Inari uniosła brew.
— Rozumiem, że to twoja aplikacja?
— Nie. Ja planuję przejąć ten dom. Długoterminowo.
— Ambitnie. Uwzględniłaś w planie obecnego właściciela czy liczysz na cud?
Ronnie uśmiechnęła się półgębkiem.
— Jeszcze analizuję opcje.
— Dobrze. Lubię ludzi, którzy mają plan B. — Kącik ust Inari drgnął, ale zaraz na zmęczonej twarzy pojawiła się konsternacja. — Wyglądasz, jakbyś zaliczyła all-nightera.
Ronnie prychnęła i uśmiechnęła się wrednie.
— Giełda nie śpi.
Chwila ostentacyjnego siorbania soku pomarańczowego.
— Aha — odpowiedziała Inari bez większego przekonania. — Czyli projekt domowy na ekonomię.
— Mhm.
Inari uniosła brew, upijając kolejny łyk kawy.
— Ale ty też nie wyglądasz na taką w skowronkach.
— Głupota ludzka nie śpi.
Ronnie spojrzała na nią uważniej, po czym uśmiechnęła się krzywo.
— Nie mów o sobie tak brutalnie, Inari.
Sekunda ciszy, która zdawała się trwać wieczność. Przez twarz Kilroy Junior przebiegł cień obawy, że być może przesadziła i nawet zerknęła nieco przytomniej w stronę Niamh.
— Córka swojej matki — skwitowała Inari spokojnie, bez cienia urazy. Ronnie odetchnęła z nerwowym śmiechem. Sięgnęła po talerz i przyjrzała się naleśnikom z przesadną dokładnością. — Wygląda podejrzanie dobrze — mruknęła. — To moment, w którym powinnam się wycofać?
— Zdecydowanie — rzuciła Ronnie. — Ona tak gotuje tylko, jak coś jest nie tak.
— Czyli standardowy model współpracy. — Usiadła i wzięła pierwszy kęs. Przez moment skupiła się tylko na tym — smaku, cieple, czymś prostym i konkretnym po nocy, która była wszystkim, tylko nie tym. Kot na krześle obok obserwował ją uważnie. — Nie licz — mruknęła do niego cicho. — Nie dzielę się.
Ronnie parsknęła.
— On i tak spróbuje.
— Szanuję determinację.
Oparła łokieć o blat, wracając spojrzeniem do dziewczyny.
— Przetrwasz dwa dni bez nadzoru?
— Bez problemu. Gorzej z domem.
— To może być dla niego trudne doświadczenie.
— Zwłaszcza jeśli przyślą mi panią H i g g i n s. — Niezadowolone spojrzenie otaksowało Niamh. — Na tym etapie to mnie powinni płacić za opiekę.
Inari skrzywiła się lekko.
— Ciocia dobra rada? Taka od „za moich czasów”?
— Ta sama.
— Brzmi jak ktoś, kto pamięta budowę piramid.
— I pewnie ma do niej uwagi. Ona na pewno była świadkiem morderstwa Cezara i upadku Konstantynopola.
Krótki, cichy śmiech przeciął powietrze.
Inari sięgnęła po kubek i dopiła kawę. Na moment jej spojrzenie wróciło do kota — spokojnego, oswojonego, pewnego swojej przestrzeni.
Kiedyś miała zwierzę.
Boa tęczowego kolumbijskiego w odmianie leucystycznej — jasnego, niemal nierealnego w swojej barwie. Z czasem jednak przestał mieścić się w jakichkolwiek ramach jej życia. Za duży. Za bardzo wymagający przestrzeni, której nie była w stanie mu zapewnić bez kompromisów. Oddała go. Od tamtej pory nic. Przez chwilę myślała o modliszkach — zamkniętych światach w szkle, gdzie wszystko było pod kontrolą.
Spojrzała z powrotem na Ronnie.
— Jakbyś naprawdę potrzebowała ucieczki — rzuciła neutralnie — wybieraj miejsca z dobrym jedzeniem.
— To brzmi jak doświadczenie.
— To brzmi jak rozsądek.
— Aha, czyli doświadczenie.
— Nie potwierdzam, nie zaprzeczam — mruknęła Inari w kubek.
— W takim razie ja nie daję żadnej gwarancji. Mamo, bierzesz pełną odpowiedzialność za to, co się tutaj wydarzy.
Tym razem uśmiech Inari był wyraźniejszy. Krótki, ale prawdziwy. Nie powiedziała już nic więcej do Ronnie. Świadomie. Granice zostały wyznaczone — nie jej rola, nie jej przestrzeń. I tym razem ich nie przekraczała. Zamiast tego tylko skinęła jej lekko głową.
Kot przeciągnął się leniwie na krześle, zupełnie niewzruszony.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy Nilsinger wspomniała o intercyzie, a Ronnie o normalnym lokatorze, zacisnęła dłoń na uchu kubka tak mocno, że pobielały jej kłykcie.
- Zamiast planować przejmowanie nieruchomości, Ronnie, skup się na poprawie ocen z matematyki - rzuciła, odwracając się gwałtownie od blatu. Jej głos był suchy, pozbawiony tej lekkiej nuty humoru, którą przed chwilą zaprezentowała Inari.
- Oho, zaczyna się. Dwie minuty bez wykładu to widocznie twój limit.
- Pani Nilsinger jest tutaj służbowo. Ratujemy projekt, który pozwala ci na te wszystkie wygody - powiedziała, nie potrafiąc przypomnieć sobie, w którym momencie jej córka zaczęła negować każde słowo padające z jej ust. - Pani Higgins zostanie z tobą, czy ci się to podoba czy nie. Masz siedemnaście lat, zachowuj się adekwatnie do wieku - dodała. Palce wciąż mocno zaciskając na uchwycie kubka.
- Siedemnaście lat i niańka? Serio? - wypuściła widelec z dłoni, który z głośnym brzękiem uderzył o talerz. - Leć ratować ten swój projekt. Ja i tak zawsze jestem na szarym końcu twojej listy priorytetów. Mam nadzieję, że chociaż w Nowym Jorku poczujesz się naprawdę ważna.
Słowa Ronnie uderzyły precyzyjnie w jej najczulszy punkt. Budowała firmę od zera, wierząc, że każda dodatkowa godzina spędzona w biurze to inwestycja w przyszłość córki, a nie dług emocjonalny, którego nie spłaci jednym śniadaniem. Chciała coś odpowiedzieć, ale obecność Inari ją paraliżowała. Nie była przyzwyczajona do prania brudów przy świadkach, a fakt, że Nilsinger widziała jej rodzicielską porażkę, palił mocniej niż gorzka kawa.
- Zjedz śniadanie, a ja zadzwonię do pani Higgins - powiedziała oschle, odstawiając pełny kubek z kawą na blat jednej z szafek. - Jeśli potrzebujesz prysznica - tym razem zwróciła się bezpośrednio do Inari, starając się opanować drżenie głosu. - Pierwsze drzwi na prawo na piętrze to pokój gościnny. Zostawię świeże ręczniki na brzegu łóżka - odwróciła się w stronę wyjścia, wykonując kilka kroków w przód, po czym zatrzymała się w miejscu. Chciała pożegnać się z córką, której miała nie widzieć przez najbliższe dni, ostatecznie uznając to za zły pomysł. Opuściła kuchnię w pośpiechu. Dopiero na schodach pozwoliła sobie na głębszy oddech, choć zapach bekonu i gorzkie słowa Ronnie zdawały się iść za nią aż do samej sypialni.
W pierwszej kolejności skontaktowała się z panią Higgins, która po krótkiej, rzeczowej wymianie zdań przyjęła polecenia bez zbędnych pytań, co było jedynym elementem tego poranka przebiegającym zgodnie z planem Niamh.
Poranna toaleta i pakowanie okazały się logistycznym koszmarem. Każdy ruch ręką uwięzioną w ortezie sprawiał jej fizyczny ból i budził narastającą furię. Z trudem uporała się z prysznicem, a wciąganie na siebie ubrań przypominało walkę z własnym ciałem. Do walizki wcisnęła niemal na siłę dwie marynarki i jedwabną koszulę, nie dbając o to, czy materiał się pogniecie. Zapakowała również laptopa i sudoku, by choć trochę umilić sobie podróż do Nowego Jorku. Gdy w końcu była gotowa, opuściła sypialnię i udała się korytarzem wprost pod drzwi pokoju gościnnego. Przez moment wahała się, zaciskając dłoń w pięść, po czym krótko i zdecydowanie zapukała.
To, że musiała pytać o pozwolenie na wejście we własnym domu, było dla niej absurdalnym dowodem na to, jak bardzo Nilsinger namieszała w jej poukładanym świecie. Nie odpowiadało jej to.
Inari Nilsinger
-
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
— Otwarte — rzuciła krótko, bez podnoszenia głosu.
Pokój gościnny był równie uporządkowany jak reszta domu, ale miał w sobie coś mniej oficjalnego — jakby nikt nigdy nie próbował tu na stałe zamieszkać. Łóżko zbyt równo pościelone, brak osobistych śladów, neutralne kolory, które nie narzucały żadnej historii. Mimo to powietrze, jego woń, tak adekwatna for reszty domu, scalała pomieszczenie z całością i nie pozwalała zapomnieć, gdzie się jest. Mydło dla gości, świeżość wpadająca z ogrodu przez uchylone okno... i tylko słodkie yuzu w perfumach dyskretnie próbowało przebić się nutą kwaśności do statusu quo.
Inari stała przy oknie, tyłem do drzwi, z założonymi rękami. Na oparciu krzesła wisiał jej płaszcz, obok — zapomniana torba sportowa z samochodu, jeszcze częściowo rozpięta. W białej koszulce polo wpuszczonej w jasne spodnie wyglądała już bardziej „zebrana”, choć zmęczenie nadal było widoczne w napięciu karku i nieco wolniejszych ruchach. Przypominała golfistkę po wyjątkowo trudnym turnieju z wymiernym wynikiem. Przynajmniej zachowała twarz.
Nie odwróciła się od razu.
— Jeśli przyszłaś sprawdzić, czy uciekłam przez okno, to jeszcze nie — dodała sucho. — Daj mi dziesięć minut.
Dopiero wtedy spojrzała przez ramię, rejestrując Niamh w progu. Przez ułamek sekundy jej spojrzenie było czysto analityczne — szybka ocena: napięcie w ramionach, sposób, w jaki trzyma rękę, ślady pośpiechu, niedokończonego oddechu. Zbyt dużo naraz. Odwróciła się przodem, opierając biodro o parapet.
— Nora ogarnia wszystko — rzuciła rzeczowo. — Będzie na czas. Nie musimy się spieszyć bardziej, niż to konieczne. — W powietrzu nadal wisiało coś z tamtej sceny w kuchni. Nie słowa — te już opadły. Raczej ich ciężar. Inari przesunęła dłonią po karku, jakby próbowała go zrzucić z siebie. — Twoja córka ma niezły timing — dodała, tonem pozbawionym oceny. — I celność. — Nie było w tym ani kpiny, ani współczucia. Raczej stwierdzenie faktu. Przez moment wyglądała, jakby miała powiedzieć coś więcej — coś, co nie do końca pasowało do ich układu. Ostatecznie jednak tylko sięgnęła do zegarka i nadgarstka, poprawiając go mechanicznie. — Nie wtrącam się — dopowiedziała spokojnie. — Nie moja rola. — I tym razem rzeczywiście tego się trzymała. Zsunęła spojrzenie na torbę, jakby przypominała sobie o czymś bardziej konkretnym, bezpieczniejszym. — Ręczniki są — dodała po chwili, lżej. — Skorzystałam. Nie zniszczyłam instalacji wodnej, jeśli to cię martwiło. — Kącik ust drgnął minimalnie. Potem spojrzała z powrotem na Niamh, już uważniej. Namiastka uśmiechu zmieniła się w coś dziwnego... ludzkiego. — Jak się czujesz? — zapytała. — Bo możemy wyjść wcześniej… albo poczekać, aż to wszystko trochę opadnie.
Nie doprecyzowała, co dokładnie miało „opaść”. Nie musiała. Choć pewnie zostanie oskarżona o interesowność — zgodnie z przewidywaniami — jej ciekawość była szczera. Podyktowana biznesem oraz analizą konieczności wejścia za Niamh na osiemdziesiąte piętro biznesu, ale też czymś jeszcze. Inari nie nazwała tego. Nie musiała.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Moja córka rzadko marnuje okazję, by trafić w czuły punkt - powiedziała, a jej głos, choć wciąż brzmiał sucho, stracił tę lodowatą, niemal nienawistną ostrość, którą zaprezentowała wcześniej w kuchni. - Odziedziczyła to po mnie - dodała, pozwalając sobie na skrytykowanie własnej osoby. To nie tak, że Kilroy nie znała własnych wad. Przez lata uważała je wręcz za swoje najskuteczniejsze narzędzia pracy. Cynizm i bezlitosna szczerość pozwoliły jej przetrwać w świecie zdominowanym przez mężczyzn, ale widok tych samych cech u Ronnie był dla niej wyjątkowo bolesny.
Przez dłuższą chwilę obserwowała Inari opartą o parapet. Pytanie o samopoczucie zawisło między nimi w gęstej ciszy, której Niamh nie potrafiła ani przeciąć sarkazmem, ani po prostu zbyć milczeniem. Zamiast jednak uciekać w kolejną złośliwość, zrobiła coś, co wprawiło ją w głęboką konsternację.
- Wyszła już do szkoły? - zapytała cicho, niemal niepewnie. Zaledwie sekundę później dotarł do niej cały absurd tej sytuacji. Stała we własnym domu i pytała niemal obcą kobietę o to, co dzieje się piętro niżej w jej własnym życiu. Fakt, że Inari stała się w tej minucie jej jedynym łącznikiem z rzeczywistością córki, był dla niej jednocześnie upokarzający i dziwnie uspokajający. Szybko jednak ucięła ten wątek, nie dając architektce dojść do słowa. - Nieważne, nie odpowiadaj. Wcale nie musimy niczego przyspieszać. Masz te dziesięć minut, o które prosiłaś. Poczekam na dole - rzuciła robiąc krok w tył. Jej spojrzenie na ułamek sekundy straciło swoją zwykłą, urzędową twardość. - Ronnie cię lubi, a wcale nie tak łatwo ją do siebie przekonać - coś na podobieństwo uśmiechu przemknęło przez jej twarz. Nie trwało to jednak długo, nie chciała pozwalać sobie na podobne zachowania w obecności architektki. Wycofała się na korytarz, zostawiając za sobą zapach yuzu i napięcie, które powoli zaczynało zmieniać swój ciężar.
Zeszła na dół, co przy obecnej sprawności okazało się zadaniem upokarzającym. Ciężar walizki manewrowanej zdrową ręką i jednoczesne trzymanie torebki sprawiały, że każdy krok na schodach był walką o równowagę. Musiała przystawać, zaciskając zęby z wściekłości na własną bezradność i ortezę, która teraz wydawała się jedynie krępującym ruchy balastem. Zanim Inari do niej dołączyła, skierowała się do kuchni. Na blacie, obok nietkniętej kawy, zostawiła wiadomość dla córki. W kilku oschłych zdaniach poprosiła Ronnie o adekwatne zachowanie i obiecała, że po powrocie szczerze porozmawiają. Była to obietnica, której się bała, ale wiedziała, że nie może jej dłużej odsuwać. Obok listu położyła gotówkę - kwotę zdecydowanie zbyt wysoką jak na jeden posiłek - z dopiskiem, by razem z panią Higgins zamówiły sobie jakiś takeaway. Był to jej sposób na kupienie spokoju sumienia i jedyna forma troski, którą w tym momencie potrafiła wyrazić bez ryzyka kolejnej awantury.
Inari Nilsinger
-
When I think about you I touch my head with a gun, due to the constant headaches you give me, sweetheart.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkitoster/wannatyp narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentnyczas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszypostaćautor
Na podjeździe panował kontrolowany ruch.
Kang Nora stała przy otwartym bagażniku, lekko pochylona, kiedy pomagała Niamh manewrować walizką, i już z daleka przyciągała uwagę — nie przez przesadę, tylko przez wyczucie. jej sylwetka była smukła, ruchy pewne i płynne, jakby robiła to setki razy — co zresztą nie było dalekie od prawdy. Miała na sobie długi, jasnobeżowy trencz przewiązany w talii, pod którym widać było minimalistyczny, dobrze skrojony komplet — ciemne spodnie o prostej nogawce i cienki golf w kolorze złamanej bieli. Całość była świeża, uporządkowana, jakby dopiero co wyszła z katalogu, ale bez tej sztucznej sztywności. Rękawy miała lekko podwinięte, odsłaniając nadgarstki, na których błysnęła cienka, srebrna bransoleta. Jej włosy — ciemne, gładkie — opadały miękko na ramiona, a rysy twarzy, o wyraźnie koreańskim charakterze, łagodniały jeszcze bardziej przez skupienie… i coś, co pojawiło się natychmiast, gdy tylko zauważyła Inari.
Rozjaśniła się. To nie był szeroki, przesadzony uśmiech — raczej szybkie, naturalne ożywienie całej twarzy. Brwi uniosły się odrobinę, spojrzenie złapało kontakt, jakby ktoś właśnie przywrócił właściwy rytm tej porannej scenie.
— Pani Nilsinger — powiedziała, i choć ton był profesjonalny, ciepło było wyraźne a drobny ukłon raczej pełen uroku niż sztywnego szacunku.
Inari zeszła z niskiej werandy bez słowa. Nie skomentowała widoku. Nie zatrzymała się. Po prostu podeszła, wrzucając swoją torbę sportową na miejsce, które najwyraźniej już na nią czekało — jakby cały ten układ został ustalony wcześniej, bez potrzeby wypowiadania czegokolwiek na głos.
— Wszystko masz? — rzuciła krótko, zerkając na Norę.
— Tak — odpowiedziała natychmiast, niemal odruchowo prostując się bardziej. — Wszystko przygotowane.
Krótki uścisk — szybki, ale ciepły. Nora ścisnęła jej dłoń odrobinę mocniej, niż wymagała etykieta, jakby w tym krótkim geście chciała zamknąć coś więcej niż tylko powitanie. Szacunek, przywiązanie… może odrobinę dumy, że to właśnie z nią pracuje.
Inari skinęła głową i obeszła samochód, otwierając tylne drzwi. Wsunęła się do środka obok Niamh, nie naruszając tej cienkiej granicy przestrzeni, którą obie zdawały się instynktownie respektować. Wnętrze auta pachniało czystością i czymś subtelnie cytrusowym. Drzwi zamknęły się miękko. Nora zajęła miejsce kierowcy, ale zanim uruchomiła silnik, sięgnęła po plik dokumentów z przedniego siedzenia i odwróciła się lekko.
— Pani Nilsinger — podała je przez ramię, uważając, żeby nie pognieść rogów. Inari odebrała teczkę bez słowa, już przeglądając pierwszą stronę.
— Greene? — mruknęła bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
— Tak.
Nora miała się odwrócić, kiedy nagle coś sobie przypomniała. Zatrzymała drzwi, które zaczęły się domykać, wsuwając but między próg a karoserię — elegancki, skórzany loafer, który zupełnie nie pasował do tego małego aktu uporu.
— Ach! Jeszcze jedno.
Inari ledwie uniosła wzrok znad dokumentów.
— W podłokietniku — zaczęła Nora, wskazując ruchem głowy przestrzeń między nimi — jest mała paczuszka. — Spojrzenie Inari przesunęło się tam na moment, ale nic nie powiedziała. — Leki przeciwbólowe — dodała asystentka, już wyraźnie bardziej zaangażowana. — Naturalne. Od moich rodziców. Pomagają przy różnych bólach, napięciach mięśniowych… — Uśmiechnęła się łagodnie, niemal dumnie. — Pomyślałam, że… skoro wyjazd był taki nagły, to możecie o czymś zapomnieć. — Jej spojrzenie powędrowało na moment do Niamh, ale zaraz wróciło do Inari. — A kiedy pani Nilsinger wspomniała, że jest pani kontuzjowana, to… nie mogłam tego zignorować. Od waszego samopoczucia dużo zależy.
Cisza. Krótka.
Inari patrzyła na nią przez ułamek sekundy dłużej, niż wymagała tego sytuacja.
— Pani Kang, proszę zamknąć drzwi — powiedziała w końcu spokojnie. Nie było w tym ani nagany, ani aprobaty. Tylko koniec tematu.
Nora skinęła głową, ale uśmiech jeszcze przez chwilę nie znikał z jej twarzy — jakby samo to, że mogła coś dorzucić od siebie, było wystarczające. Cofnęła nogę. Drzwi domknęły się tym razem bez przeszkód. Silnik ruszył niemal bezszelestnie. Inari wróciła do dokumentów. Kartki przesuwały się pod jej palcami w równym tempie, spojrzenie biegło po linijkach z mechaniczną precyzją. Nazwiska, liczby, schematy zależności — wszystko układało się w znajomy porządek, który nie wymagał emocji. Droga była jeszcze pusta. Miasto zostawało za nimi. Kiedy wjechały na szerszą arterię prowadzącą w stronę lotniska, światło zaczęło się zmieniać — słońce przebiło się wyraźniej, wpadając do wnętrza auta przez boczne szyby. Ciepło rozlało się powoli, lecz zauważalnie, osiadając na skórze, na materiale ubrań, na papierze trzymanym w dłoniach.
Inari zwolniła tempo. Jedna strona. Druga. Zatrzymała się na moment dłużej przy jakimś fragmencie, ale nie przewróciła kartki. Powietrze było zbyt spokojne, zbyt miękkie. Ciepło zaczęło robić swoje. Na domiar wszystkiego — Kang Nora włączyła stację Złotych Lat Osiemdziesiątych, natrafiając na hipnotyzujący głos Stevie Nicks śpiewającej „Rhiannon”. Nie odłożyła dokumentów — po prostu jej dłoń przestała się poruszać. Głowa, ciężka po nieprzespanej nocy, opadła minimalnie w bok, aż oparła się o szybę. Chłód szkła był przyjemny, kontrastował ze słońcem. Oczy zamknęły się same. Nie całkiem — raczej półprzymknięte, jakby organizm próbował jeszcze udawać, że to tylko chwilowe rozluźnienie. Ale oddech się wyrównał. A kartki w jej dłoni przestały być czytelne.
W pewnym momencie Nora zerknęła w górne lusterko. Jej spojrzenie zatrzymało się tam na krótką chwilę. Zwolniła minimalnie, bardziej odruchowo niż świadomie.
— Zasnęła? — zapytała cicho, nie odrywając wzroku od drogi, ale kierując słowa do Niamh. Odpowiedź była ledwie zauważalna — krótkie potwierdzenie, może skinienie, może półszept. Wystarczyło. Nora odetchnęła. Naprawdę odetchnęła — napięcie, którego wcześniej nawet nie zdradzała, opadło z niej nagle, jakby ktoś poluzował niewidzialny zacisk. — To dobrze — mruknęła ciszej, już bardziej do siebie. Przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, czy powinna w ogóle mówić dalej. Ale to nie był typ, który długo trzyma rzeczy w sobie. — Szczerze… martwiłam się — przyznała po chwili, wciąż spokojnym, ściszonym tonem, żeby nie zakłócić tej krucho wywalczonej ciszy na tylnym siedzeniu. — Jak usłyszałam, że po kolejnej nocce chce od razu lecieć do Nowego Jorku i domknąć ten deal… — Pokręciła głową. — I jeszcze bez żadnego wsparcia. — Jej palce mocniej zacisnęły się na kierownicy, ale zaraz rozluźniły. — Dlatego… — zerknęła znowu w lusterko, upewniając się, że Inari naprawdę śpi — ...ulżyło mi, kiedy dowiedziałam się, że pani leci z nią. — To „pani” zabrzmiało bardziej miękko niż wcześniej. Mniej formalnie, bardziej… osobiście. — Wiem, że to nie moje miejsce — dodała szybko, jakby uprzedzając ewentualną reakcję — ale… czy mogę poprosić, żeby od czasu do czasu przypilnowała pani, żeby coś zjadła? Coś innego niż paczkę orzeszków w pośpiechu. Albo suszonych bananów.— Lekki, nieco zawstydzony uśmiech przemknął przez jej twarz. — Potrafi zapomnieć. Zwłaszcza jak wchodzi w tryb walki o projekt. — Krótki wdech. — I żeby pani też o sobie nie zapomniała. — To przyszło ciszej, jakby mniej pewnie. Nora zawahała się na moment, ale skoro już zaczęła, trudno było jej się powstrzymać. Taka okazja mogła się już nie powtórzyć. — Wczoraj… — zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. — Wczoraj widziałam scalony projekt ogrodu Bloor. — Szybkie spojrzenie w lusterko, potem z powrotem na drogę. — Ten pani autorstwa. — Jej głos nabrał delikatnej energii. — Mogłam się tylko domyślać, ile pracy pani w to włożyła. Ile godzin i cierpliwości musiała oddać. Jestem… naprawdę pod wrażeniem. — Uśmiechnęła się szerzej. — Właściwie to jestem pani fanką numer jeden — dodała z niewielkim zakłopotaniem, ale bez cofania słów. — Za to, że zawsze stawia się pani klientom i podwykonawcom. Nawet tym najbardziej kapryśnym. To nie jest takie oczywiste. I, oczywiście, za pomysłowość. Wpuszczenie tych światłowodów przez pięć pięter? Genialne. Normalnie klienci by poprzestali na wizji zielonych ścian przy barierkach. Daliby się naciągnąć na puste wnętrze i proste rozwiązania. — Zrobiła przerwę na złapanie oddechu lub odwagi, aby popchnąć myśl ku końcowi. — Ja… zaczęłam niedawno architekturę krajobrazu i od jakiegoś czasu chciałam panią poznać, ale… — Lekki wydech. — Cóż… pracuję dla pani Nilsinger, więc… to trochę mówi samo za siebie.
Samochód sunął dalej, równym tempem. A na tylnym siedzeniu Inari spała, nieświadoma, że właśnie została tematem rozmowy, w której ktoś z troską próbował poskładać ją z powrotem w coś mniej kruchego niż to, co skrywała pod fasadą tytana pracy i bezemocjonalnej mącicielki.
Niamh R. Kilroy
-
Don't look at me that way, I'm not the one who's gonna break
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Tak, zasnęła - odpowiedziała szeptem, niemal obawiając się, że dźwięk jej własnego głosu rozbije ten nagły spokój w aucie. Słuchała potoku słów Nory z rosnącym zdziwieniem. Kiedy asystentka przyznała, że jest jej fanką numer jeden, poczuła nagłe uderzenie gorąca, które nie miało nic wspólnego z wpadającym przez szybę słońcem. To było uznanie, którego nie kupiła premią ani kontraktem - czysty, zawodowy podziw. - Światłowody przez pięć pięter... - powtórzyła pod nosem, a na jej ustach pojawił się cień prawdziwego, dumnego uśmiechu. - Wiedziałam, że to rozwiązanie obroni się samo, mimo że dla wielu było zbyt ryzykowne. Cieszę się, że ktoś taki jak pani dostrzegł w tym wizję, a nie tylko skomplikowaną pozycję w kosztorysie - spojrzała na profil Nory w lusterku, czując, jak pancerz, który zaciskała na sobie przez cały poranek, odrobinę luźniej osiada na jej ramionach. - Pani Nilsinger ma szczęście, mając panią u boku. Postaram się dopilnować, żeby nie przeoczyła kolacji. Chociaż podejrzewam, że zmuszenie jej do zrobienia przerwy będzie trudniejsze niż domknięcie tego projektu - powiedziała spokojnie, na moment zatrzymując wzrok na śpiącej Inari. Wyglądała inaczej i Niamh mogłaby nawet powiedzieć, że bezbronnie. Choć oczywiście, nie zamierzała tego komentować. Świetnie radziła sobie z zachowywaniem podobnych spostrzeżeń dla siebie, głównie przez wzgląd na unikanie niepotrzebnych, krępujących sytuacji. - To, że pracuje pani dla kogoś o tak silnej osobowości jak Inari, a mimo to potrafi zachować własny, obiektywny osąd cudzych projektów, świadczy o pani klasie. Proszę się nie martwić. Przypilnuję jej w Nowym Jorku. I siebie też postaram się nie zgubić - zamilkła, pozwalając, by głos Stevie Nicks ponownie przejął kontrolę nad wnętrzem samochodu. Przez chwilę po prostu patrzyła na przesuwający się za oknem krajobraz, czując, jak napięcie z domu powoli odpływa, zastąpione przez dziwny, cichy sojusz z asystentką swojej rywalki.
Podróż na lotnisko dłużyła się bardziej niż zazwyczaj, co Kilroy przyjmowała z rzadką u siebie cierpliwością. Świadomość, że Inari może dzięki temu zyskać dodatkowe kilkanaście minut snu, przynosiła jej dziwny rodzaj satysfakcji, który jednocześnie budził w niej wewnętrzny opór. To nowe poczucie odpowiedzialności za dobrostan architektki uwierało ją niczym źle skrojony kostium, a jednak nie potrafiła go z siebie zrzucić. Gdy samochód w końcu zatrzymał się przed terminalem, odczekała chwilę, by nie budzić jej gwałtownie. Położyła dłoń na ramieniu Nilsinger, a jej dotyk był ostrożny, niemal kojący.
- Jesteśmy na miejscu, czas wracać do rzeczywistości - powiedziała niskim, pozbawionym szorstkości głosem, po czym cofnęła rękę. Nie czekając na odpowiedź architektki, opuściła samochód, uprzednio sięgając do podłokietnika po pakunek z lekami przeciwbólowymi. Stanęła na chodniku, mrużąc oczy przed ostrym, porannym słońcem, które odbijało się od szklanej elewacji terminala. Chłód kanadyjskiego powietrza uderzył w nią niemal natychmiast, orzeźwiając zmęczoną bezsennością twarz. Nora była już przy bagażniku, sprawnie wyjmując ich bagaże i ustawiając je na betonowym podłożu z mechaniczną niemal precyzją.
- Wysokich lotów i zatwierdzenia projektu, pani Nilsinger - padło z ust asystentki, a jej wzrok na ułamek sekundy skrzyżował się ze spojrzeniem Niamh. To była ta sama, niema prośba, którą odczytała już wcześniej - troska nie wymagająca zbędnych słów.
Niamh odpowiedziała ledwie zauważalnym skinieniem głowy, zaciskając zdrową dłoń na rączce swojej walizki. Ten krótki gest musiał wystarczyć za całą obietnicę.
- Proszę tylko dać mi znać, kiedy dokładnie mam po panie przyjechać. Będę czekać o każdej porze.
Niamh odwróciła się i udała w stronę wejścia do hali odlotów, pozostawiając za sobą padające z ust Nory słowa. Czuła ciężar torebki, w której spoczywały leki, i chłód metalowej rączki bagażu, ale przede wszystkim czuła narastające skupienie. Dom i jego skomplikowane cienie zostały za nimi, przynajmniej na kilka najbliższych dni. Teraz liczył się tylko Nowy Jork. Pomimo zmęczenia, była gotowa walczyć o zatwierdzenie projektu.
/zt
Inari Nilsinger