-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Pożar zaskoczył wszystkich, a przynajmniej sporą część personelu. Alarm rozległ się nagle, przenikliwym, metalicznym dźwiękiem, który w pierwszej chwili wielu osobom wydał się zwykłym testem systemu. Dopiero zapach dymu unoszący się w powietrzu i krzyki z korytarza uświadomiły ludziom, że to nie jest ćwiczenie.
Dla Connora wszystko w jednej chwili zamieniło się w czyste szaleństwo. Telefony dzwoniły bez przerwy, ktoś krzyczał przez radio o płomieniach na jednym z pięter, a inni próbowali ustalić, które wyjścia ewakuacyjne są jeszcze dostępne. Decyzje trzeba było podejmować natychmiast, często bez pełnej wiedzy o sytuacji. Każda sekunda miała znaczenie.
Na korytarzach zaczynał narastać chaos. Ludzie wychodzili z pomieszczeń, jedni zdezorientowani, inni wyraźnie spanikowani. Ktoś próbował uspokajać tłum, ktoś inny nawoływał do zachowania porządku i kierował wszystkich w stronę schodów ewakuacyjnych. W powietrzu w jednej części szpitala, było można poczuć coraz silniejszy zapach spalenizny - jasne, walka straży trwała już jakiś czas, lecz chyba mieli z ogniem większy problem, niż przypuszczano.
Connor przeszedł szybkim krokiem przez jedno z biur, sprawdzając, czy nikt nie został w środku. W kilku miejscach musiał zatrzymać się na moment, by pomóc ludziom zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Nie było czasu na dyskusje ani zastanawianie się.
Był w trakcie prowadzenia kolejnej grupy do wyjścia ewakuacyjnego, gdy dostał wiadomość od Camellii. Cholera. pomyślał, bo naprawdę nie chciał by tu przyjeżdżała. Nie chciał by widziała co się dzieje i nie chciał by widziała jak wyglądał po ostatniej bójce znaczy po tym, jak pobił kogoś, by chronić rezydenta. Odchrząknął, starając się opanować napięcie. Kilka osób wciąż spoglądało na niego z niepewnością, czekając na instrukcje. Odpisał Camellii czym prędzej i schował telefon z powrotem do kieszeni i wznowił prowadzenie grupy w stronę wyjścia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie okazało się, że z jakiegoś powodu wyjście okazało się… zamknięte.
- No chyba żart… - rozejrzał się dookoła i spróbował z całych sił naprzeć na drzwi całym ciężarem ciała, lecz te ani drgnęły. Należało szybko znaleźć inną drogę. Cofnął się razem z grupą aby zacząć przeszukiwać pobliski korytarz. Dym zaczynał coraz bardziej wdzierać się do środka, piekąc oczy i utrudniając widoczność. Rozejrzał się nerwowo po korytarzu, a nagle ktoś krzyknął:
- Musimy znaleźć wyjście! - ale Walker nic nie powiedział, bo doskonale wiedział, co trzeba zrobić. W pewnym momencie, wzrok Walkera padł na okno prowadzące na zewnętrzną klatkę schodową. Connor od razu podbiegł do niego, sprawdził czy nie będzie zbyt wysoko, a następnie spojrzał na grupę.
- To będzie nasza szansa! Pomogę wam przejść. Bez obaw. - zapewnił, uderzając w szybę krzesłem, które zgarnął z pobliskiego pomieszczenia. Pierwsze uderzenie odbiło się od szyby, ale kolejne przyniosło efekt: szkło pękło, w kilku miejscach rozsypały się ostre odłamki.
Oczywiście każdej osobie pomagał, trzymając ją za ręce i opuszczając w dół. On sam przeszedł na samym końcu - gdy miał pewność, że nikogo nie zostawił w tyle. Na zewnątrz klatki schodowej powoli unoszący się dym mieszał się z chłodnym wieczornym powietrzem. Idąc zauważył Camellię i automatycznie stanął jak wryty.
- Cama… mówiłem. - kaszlnął. - Mówiłem Ci żebyś nie przyjeżdżała. - powiedział, próbując utrzymać twardy ton, choć w duchu cieszył się, że ją widział, ponieważ odebrał to jako znak, iż naprawdę jej na nim zależało. Tylko że tu jest niebezpiecznie. przypomniał sobie w myślach. Poza tym, poczuł ukłócie na ręce. Uniósł ją i zauważył krew - odłamek szkła musiał się w niego wbić, gdy wybijał okno. Fantastycznie.
Camellia Stones
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Także nawet gdyby role się odwróciły i to ona by napisała “Jest okej, nie musisz przyjeżdżać” to mimo wszystko by pojechał.
Pragnął ją przytulić lecz ta się w ostatniej chwili zatrzymała. Connor myślał, że zaraz dostanie torebką lub ręką w ramię, ale nic takiego nie miało miejsca, bo chodziło o jego krwawiącą dłoń.
- Co? Ach… to… - powiedział, patrząc na swoją rękę, gdy Cama ją podniosła i wiedząc, że tego nie zakryje pod bluzką ani pod niczym, westchnął cicho.
- Mhm, dokładnie. Tu jest istny sajgon. Jedni krzyczą, drudzy biegają szukając wyjścia, jeszcze inni chowają się gdzie popadnie… ale skoro już tu jesteś to po prostu… nie podchodź zbyt blisko budynku, okej? Najlepiej stań za którymś strażakiem. - zasugerował, bo naprawdę chciał, by była bezpieczna. Jej bezpieczeństwo był w stanie przełożyć nawet nad swoje…
- Spokojnie, to tylko mała… - nie dokończył i nie, ranka wcale nie była taka mała wbrew pozorom. Ale przy towarzyszącej mu adrenalinie, w ogóle nie czuł, żeby cokolwiek mu się stało.
No ale grzecznie poszedł do karetki i widząc swoich znajomych, którzy widzieli, kto go przyprowadził, spojrzeli na siebie porozumiewawczo, a potem jeden z tych, który akurat nikogo nie opatrywał, uśmiechnął się do Connora, na co Walker tylko chrząknął.
- No co? Musiałem rozwalić szybę w oknie. - choć doskonale wiedział, że nie o to kumplowi i kumpeli chodziło.
- A poza tym, poznajcie moją dziewczynę. Camilla to Jake i Fiona. - przedstawił ich sobie, żeby nie było, że nikogo nie poznaje ze swoją dziewczyną. Dwójka ratowników podała dłonie Camie, a potem Jake zabrał się za wyciąganie szkła z dłoni Walkera. Connor mimo, że nie pierwszy miał coś opatrywane, zasyczał i rzucił siarczystym przekleństwem. Potem rana została odkażona i założono bandaż. Zabawne, bo znał doskonale tę procedurę i w sumie zastanawiał się, czy sam siebie nie mógł opatrzeć.
- Dzięki. - podziękował kumplowi i wziął Camę za rękę, by następnie oddalić się od ambulansu. Ręka go jeszcze bolała ale no musiał wracać do budynku. Ludzie na niego czekali.
- Zostań tu. Ja niedługo wrócę. - a przynajmniej tak zamierzał. Zostały mu do eskorty co najmniej trzy grupy z trzeciego piętra.
- Obiecuję. - rzucił nagle, podnosząc zdrową dłoń, by pogładzić policzek Camy, a następnie oparł swoje czoło o czoło swojej dziewczyny.
Camellia Stones
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Pokiwała głową ze zrozumieniem. Nie miała zamiaru podchodzić do budynku i też nie chciała, aby on z powrotem się do niego zbliżał. Póki co przejmowała się tym, że krwawił i to dość porządnie. Nie przyglądała się tej ranie, bo od samego patrzenia zrobiło się jej niedobrze.
— Mała?! — uniosła się, z niedowierzaniem kiwając głową na boki. Małą raną było to, kiedy skaleczyła się zbierając odłamki szkła z podłogi; w porównaniu do tego, Camellia byłaby w stanie wysłać go na blok operacyjny. Całe szczęście nie była lekarzem.
Nie skupiła się na porozumiewawczym spojrzeniu ratowników, natomiast nie oszczędziła sobie dramatycznego westchnienia, kiedy wspomniał o wybijaniu okien. Czy była zdziwiona? Nie była. Wiedziała, żę Connor miał wielkie i dobre serce, wiedziała, że chciał pomóc innym, kosztem swoich ewentualnych ran. Podziwiała to tak samo bardzo, jak ją to irytowało. Póki co jednak nie musiała podejmować bardziej radykalnych środków zatrzymywania go przed dalszym ryzykowaniem swojego życia.
— Bardzo mi miło, choć okazja na poznanie jest średnia — stwierdziła, uśmiechając się do nich i kolejno podając im rękę. Fiona zagadała ją przez chwilę, jednak nie umknęło jej zasyczenie i przekleństwo po jej lewej stronie. Nie ojojała, nie przerwała rozmowy z dziewczyną, ale w międzyczasie chwyciła Walkera za zdrową dłoń, lekko gładząc ją kciukiem, byle tylko dodać mu otuchy i wsparcia w tym bólu. Nie mogło nie boleć, wyglądało zbyt poważnie na zwykłe odkażenie skaleczenia.
Odchodząc od ambulansu, usłyszała jego słowa przez które zatrzymała się w połowie drogi. Miała wrażenie, jakby mówił do niej w jakimś obcym języku.
— Gdzie ty się wybierasz? — zapytała, choć było to bardziej pytanie retoryczne; bo gdzie mógłby się wybierać, ze swoją dumą i pomocą wyciągniętą na ręce? — Nawdychałeś się za dużo dymu? Oszalałeś do reszty. — Spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami. Nie mogła do tego dopuścić, nie w momencie kiedy widziała, że ewidentnie bolała go ręka, a samo wrócenie do budynku wiązało się z ewentualnymi, gorszymi obrażeniami. — Nie musisz mi nic obiecać, bo nigdzie nie idziesz — zarządziła, bo skoro on stracił resztki zdrowego rozsądku, to ona musiała myśleć za ich dwójkę. Spojrzała mu z bliska w oczy, po czym objęła go w pasie, nie mając zamiaru go puścić. Przejechała krótko dłońmi po jego plecach, aby sprawdzić ich stan, czy i tam nie odniósł żadnych obrażeń. — Po pierwsze, nie jesteś strażakiem. Pomogłeś tyle, ile mogłeś, resztę pracy musisz zostawić osobom uprawnionym do tego. Po drugie, skoro nie jesteś strażakiem, to nie wpuszczą cię z powrotem do płonącego budynku — podała racjonalne argumenty, mając nadzieję, że nie będzie się jej wyrywał i nie zostawi jej tutaj z nadzieją, że będzie grzecznie stała, bo… no chyba zna ją wystarczająco i powinien mieć świadomość, że Stones potrafiła być nieco szalona. — Po trzecie, nie możesz aż tak ryzykować swojego życia. Chcesz mnie znowu zostawić? — wymamrotała w jego koszulkę. Broń ostateczna — wjazd na uczucia. Jednak to właśnie siedziało jej z tyłu głowy; ta obawa, aby znowu go nie stracić.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Ej Cama… pamiętasz, jak naprawiałem kran u Twojej mamy? - zapytał, choć faktycznie odłamek, jaki on wyciągał z dłoni Camy, był mniejszy i to sporo od tego, który utknął aktualnie w jego dłoni.
- No mała. Nie malutka, ale mała, tak. - stwierdził, podziewiając swoją ranę wraz ze spływającą krwią, która zostawiała po sobie czerwony ślad.
- Dobrze, że to tylko jeden odłamek, a nie na przykład trzy. - stwierdził, bo więcej odłamków mogłoby spowodować, że jego dłoń byłaby dziurawa niczym ser szwajcarski. W sumie to by ciekawie wyglądało. aż sobie wyobraził, choć bólu wolał sobie nie wyobrażać.
- Mi również miło poznać.- odpowiedzieli jednogłośnie, a zaraz parsknęli śmiechem, a Fiona udawała, że celuje do Jake’a z wyimaginowanej broni.
- Stawiasz mi colę. - na co Jake tylko przewrócił oczami - bo mieli taki zwyczaj, że gdy powiedziano coś w tym samym momencie, jedna osoba mogła żądać od drugiej lub pozostałych - w zależności od tego, ile osób powiedziało - napoju. Oczywiście zgodzili się co do warunków poznania, tj. że nie były to dość miłe okoliczności.
Walker był bardzo wdzięczny Camellii za ten drobny gest, jakim było gładzenie jego zdrowej dłoni kciukiem, dlatego posłał jej lekki uśmiech. W chwili, gdy go najbardziej zabolało, mocniej ścisnął ich dłonie.
- Ja? Z powrotem do środka. - odpowiedział, wskazując palcem szpital, do którego musiał wrócić. Zmarszczył czoło, bo nie sądził, że Camellia tak na niego naskoczy, gdy on chciał po prostu dokończyć swoje zadanie. Ludzie na niego czekali. Może faktycznie sporo się dymu nawdychał, lecz nie czuł żadnych negatywnych skutków.
- Ale Camellia… tam... tam są ludzie. Ci ludzie muszą jakoś wyjść. - powiedział, mając wrażenie, jakby był dzieckiem, któremu rodzic właśnie zakazuje grania na komputerze. Spojrzał na Stones, a potem na ręce, którymi go oplotła. Możliwe, że w jednym miejscu miał podarty strój wraz z bluzką, bo podczas przechodzenia zahaczył o coś wystającego.
- Masz rację. Nie jestem strażakiem. Jestem ratownikiem, a ratownicy muszą ratować ludzi. - odparł ze spokojem, odbijając piłeczkę. Natomiast ostatni argument, jaki usłyszał, spowodował, że go… zwyczajnie zatkało. Nie spodziewał się, że Cama wytoczy TAKIE działo. Miał wrażenie, jakby właśnie byli u niego i grali w Uno, a to, co przed chwilą usłyszał, było właśnie odpowiednikiem karty Uno. Otworzył buzię, lecz zaraz ją zamknął, bo miał wrażenie, że to, co chciał powiedzieć, było niedokońca wystarczające. Serce mu zabiło szybciej, ale no nie, nie chciał zostawić Camy. Poprawka. Nie chciał ZNOWU jej zostawić. Patrzył swojej dziewczynie prosto w oczy, a następnie złączył ich usta w pocałunku - tak, jakby chciał, by wiedziała, co chciał jej tym przekazać. Wiedział, że mógłby ją zapewniać ze sto razy, ale ona i tak mu nie pozwoli. Co więc mu pozostało? Całował ją tak, jak nigdy wcześniej, wkładając uczucie, jakim darzył Camę, a dłonie ulokował na jej twarzy.
Camellia Stones
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Pamiętam, chociaż raczej tego nie można porównać… — wymamrotała, niepewnie patrząc na jego rękę. Szkło z szyby było większe niż ten mniejszy kawałek, prawie jak drzazga, który przeciął jej opuszek. Po tym Connor możliwe że nabawi się dodatkowej blizny. — Ciężko jednak zapomnieć tamten dzień — po chwili dodała z rozbawieniem, bo skutki tego miała do dzisiaj. Gdyby nie to, to z pewnością nie mieliby śmiałości, aby zagadywać do siebie w późniejszych sytuacjach.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Jak można było to podziwiać? Odwróciła wzrok z pewnym momencie, bo jej robiło się już słabo i nie wiedziała, jak długo to zniesie. Widać to było zresztą po jej minie; była skwaszona i z powątpiewaniem spoglądała na swojego chłopaka. Różnicę między nimi można było dostrzec gołym okiem.
— Jesteś szalony. Przy trzech kawałkach to już pewnie wieźliby cię na blok operacyjny — rzuciła, choć z pewnością nie takie były procedury pracy przy zranieniach szkłem. Dla niej to było coś poważnego, zresztą wszystko co jego dotyczyło, było poważne.
W tym wszystkim miło było poznać osoby, z którymi współpracował Walker, tym bardziej że najwidoczniej bardzo dobrze dogadywali się ze sobą. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, obserwując ich relację, prawie jak dzieciaki na placu zabaw. Ale czy to dziwne? Skoro lubi swoją pracę, to też poniekąd tak mogli się właśnie tutaj czuć. Z milionem misji, które mieli do wykonania, ale osadzonymi w rzeczywistości, gdzie dorosłe życie nakładało również presję czasu i stres. Ale przynajmniej mieli wzajemne wsparcie, prawda? Podziwiała ich zawód, wiedziała, że wiązał się z wysokim ryzykiem, dlatego też gdzieś w podświadomości obawiała się o Connora. I dzisiaj nastał dzień, w którym jej obawy się spełniły, ale w zupełnie innej formie niż by mogła podejrzewać.
— Nie — powiedziała krótko, już w tamtym momencie przylegając do niego i obejmując go w talii, żeby tylko nie uciekł. To było najskuteczniejsze, bo miałby problem, żeby się wymknąć z jej ramion, a przecież nie weźmie jej ze sobą. Camellia była na tyle uparta, że nie puściłaby go nawet gdyby podeszli pod sam budynek; miała też świadomość, że Walker nie zaryzykowałby jej bezpieczeństwa.
— I wyjdą, ale z pomocą straży pożarnej, a nie ratownika, który w krótkim rękawku narażony jest na dalsze skaleczenia albo poważne oparzenia — argumentowała dalej swoje stanowisko, przekonując dalej, że nie był to dobry pomysł. Nie chciała być jedynie zaborcza, mówić nie i tyle, bo przez jej pogląd przemawiało milion powodów, dlaczego nie może tego zrobić. Nie zniosłaby patrzenia na jego cierpienie, gdyby stało mu się coś bardziej poważnego.
— Ratować w przeznaczony do tego sposób. Jak ich wyprowadzą, to wtedy im pomożesz i ich uratujesz — rzuciła twardo, buńczucznie patrząc mu w oczy. Wyciągnęła ciężkie działo, bo wiedziała, że z nim nie dało się inaczej. Tu była walka charakterów, obydwoje próbowali przekonywać się swoimi racjami, ale wjazd na emocje należał do niej; i widziała, że wygrała. Nie miał co jej odpowiedzieć, ale ona twardo czekała na odwet, w myślach przygotowując jeszcze bardziej solidne argumenty, ale jedno wiedziała — że gdy emocje opadną, a oni spotkają się na bardziej neutralnym gruncie, to będzie musiała z nim o tym porozmawiać. Była osobą, która wykładała karty na stół, żeby nie było niedopowiedzeń. Zamiast odpowiedzi słownej dostała inną, bardziej emocjonalną, którą była w stanie odczytać bez problemu. Wiedziała, że nie chciał jej zostawiać i narażać jej na stratę, ale również ważna była dla niego pomoc ludziom. Tylko to nie było jego zadanie, jego zadanie było poza murami palącego się budynku. Zarzuciła swoje ręce za jego szyję, aby dalej nie pozwolić mu uciec, ale nieco tracąc kontrolę, dając się ponieść jego uczuciom i intensywności pocałunku. Najchętniej już nigdy by go nie puszczała, jednak ciężko było zatrzymać go w miejscu. — Obiecaj mi, że nie wejdziesz dziś z powrotem do budynku — odsunęła się jedynie na kilka milimetrów, aby móc wyszeptać mu to prosto w usta.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- To prawda... ale wiesz co? Cieszę się, że potoczyło się wszystko w taki sposób. Cieszy mnie, że Twoja mama pomyślała wtedy o mnie, znaczy, że przez moją mamę zapytała, czy rzucę okiem na kran, bo coś z nim było nie tak. - odparł, wracając pamięcią do tamtego dnia, szczególnie że Pani Stones mogła poprosić swoich synów, lecz z tego, co kojarzył, Eric był akurat w pracy i deklarował, że zbyt szybko nie da rady wyjść, a młodszy syn był poza miastem, dlatego cała nadzieja spoczywała na Connorze. I jak widać, ta cała nadzieja przyniosła efekty. Całkiem miłe efekty. Efekty, z których sam Walker był zadowolony. Odkąd był z Camellią, żyło mu się lepiej i milej. Wiedział, że miał kogoś, kto go wysłucha oraz po prostu będzie, gdy wróci z ciężkiej akcji ratunkowej, trwającej kilka dobrych godzin. Kochał ją i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak ważna dla niego była.
Uważał ją też za bardzo uroczą, co pokazywała - zdaniem Connora - także i teraz.
- Żebym trafił na blok, musiałbym mieć jeszcze nadgarstek w dodatkach. - odparł, a mówiąc o dodatkach, miał na myśli głównie szkło - biorąc pod uwagę, iż to właśnie ono zdobiło jego dłoń - choć równie dobrze mogło chodzić o coś zupełnie innego, bo nie tylko szkłem szło się zranić. Jasne, miał strój ratownika na sobie, lecz rękawy nie były z jakiegoś niesamowitego materiału, a poza tym, ponieważ on przy ewakuacji dość sporo się ruszał, zostawił kurtkę w swoim radiowozie. Aktualnie miał tylko t-shirt - na plecach widniał napis ratownik medyczny tak jakby ktoś nie wiedział - wraz ze spodniami, jeśli chodziło o jego strój firmowy, który zakładał każdego dnia. Oczywiście T-shirty były prane regularnie i kombinezony też.
- Melcia... - zaczął, próbując się wyswobodzić, lecz musiał przyznać, że jego dziewczyna, jak się uparła, to była całkiem silna. Gdzie ona tę siłę składuje... bo była szczupła.
Westchnął, słysząc kolejne słowa Camellii.
- Ale mam już ogarniętą drogę ewakuacyjną. - rzucił, jakby to była jedna z kart, na podważenie argumentu oraz pozwolenie, by mógł wrócić do budynku. Zrobił nawet minę kota ze Shreka, lecz miał wrażenie, że wyrzuconej przez Stones karty uno, zwyczajnie nie da rady pobić. Miała naprawdę dobrą talię, a on... miał wrażenie, że poza uporem oraz powtarzaniem o swojej pracy oraz obowiązku, nie miał nic mocniejszego. Poza porównaniem tej potyczki słownej do kart, można było ją porównać do gry w szachy i Connor czuł się tak, jakby Camellia właśnie miała
- Ja... nie... ech... obiecuję. A Ty mi obiecaj, że wrócimy dzisiaj razem. Poczekasz na mnie, dobrze? - spytał, planując przypieczętować złożone obietnice kolejnym buziakiem. Chociaż w myślach miał ochotę zabrać ją do swojego ambulansu, by tam... chwilę lub kilka chwil posiedzieli. Razem.
Camellia Stones
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-osobowyczas narracjiczas przeszłypostaćautor
— Chryste — westchnęła, słysząc o dodatkach przy nadgarstku. — Może powinnam kupić ci jakieś ochraniacze? — zarzuciła tematem. Czy w ogóle takie coś było stosowane wśród ratowników? Może powinna rozpocząć jakiś trend i każda druga połówka innych pracowników służby zdrowia, podziękowałaby jej za ten pomysł? Miała świadomość, że z pewnością nie tylko ona miała takie zmartwienia, lecz jej słabością w tym wszystkim był fakt, że była w tym nowa. Nieprzyzwyczajona, nieobyta i lekko niepewna, choć starała się tego nie okazywać, a jedynie zaprezentować cały wachlarz swojej pewności siebie, byle jej argumenty wybrzmiały.
Miała w sobie naprawdę wiele samozaparcia. Z pewnością była to jedna z niewielu spraw, w których nie potrafił zmienić jej zdania.
— Z drogą ewakuacyjną coś zawsze może się wydarzyć. Zawalić sufit, ktoś mógł ją zastawić podczas własnej ucieczki. Nie oglądałeś nigdy żadnego serialu ze strażakami? — zapytała, przypominając sobie akcje ratunkowe w programach, z pełną napięcia muzyką i stres, czy w ogóle uda im się wydostać. Czasami nawet straż pożarna mogła mieć problem z ucieczką, a co dopiero on, bez odpowiedniego przeszkolenia. Miała szczerą nadzieję, że pocałunek nie był odwróceniem uwagi — jeśli tak, to genialnie mu się to udało, bo czuła się na tyle rozproszona, że gdyby nagle uciekł to dostrzegłaby to dopiero po pięciu sekundach. Rozpływała się pod dotykiem jego ust, ale i samą bliską obecnością. Chciała, aby trwało to już na zawsze, jednak jeśli będzie lekkomyślnie podchodzić do swojego życia, to raczej ich podróż zakończy się dość szybko. Mizianie po plecach działało niezwykle uspokajająco, jakby dawało jej gwarancję, że nie chciał jej niepotrzebnie denerwować.
— Obiecuję — odpowiedziała bez wahania. Taka obietnica to sama przyjemność, więc nawet nie potrzebowała zastanawiać się dłużej. Stając na palcach, krótko go pocałowała, zawierając tę umowę. — Jak będzie wyglądać sytuacja? Kończysz normalnie pracę czy z racji pożaru musisz zostać dłużej? — dopytała, nie wiedząc, na co powinna się szykować, ale jedno było pewne; zamierzała dotrzymać słowa i poczekać na niego, jednocześnie mając dzięki temu pewność, że nie zaryzykuje i nie zrobi czegoś głupiego.
Connor Walker
-
911 what's your emergency?
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Chyba, że Ty mi będziesz chciała zapłacić specjalną walutą. - dodał, puszczając Camie oczko, bo rzecz jasna miał na myśli walutę miłości, a co za tym idzie, buziak dla niego byłby zupełnie wystarczający. Lub kilka buziaków. Aż się uśmiechnął na samą myśl o takiej zapłacie.
- A ja zawsze z wielką chęcią pomogę. - choć zaraz jakby zrozumiał, co Camellia przed chwilą powiedziała, bo faktycznie... przecież ich mamy jeszcze NIE wiedziały... Connor był w szoku, bo przecież zaczęli ze sobą chodzić jakoś przed świętami, a co za tym idzie, minęły co najmniej trzy miesiące, więc już wiedział, że jego mama albo się wścieknie, albo najpierw będzie przeszczęśliwa - gdy usłyszy dobrą nowinę - a potem, opierdzieli Connora za to, że nie raczył przekazać dosyć WAŻNEJ informacji wcześniej, tj. po dniu lub kilku dniach odkąd raczęli być parą Bo kilka dni to zawsze mniej, niż kilka miesięcy... pomyślał - a to naprawdę po pierwsze bardzo szybko zleciało, a po drugie... doskonale wiedział, że jego mama nie omieszka wystrzelić z pytaniami o to, czy myślą już o ślubie i dzieciach.... Byłby naprawdę BARDZO zaskoczony, gdyby jednak okazało się, że jego mama żadnego pytania nie zada.
Parsknął śmiechem, kiedy usłyszał oraz zobaczył reakcję Camellii o nadgarstku w dodatkach.
- A kup. Ciekaw jestem, czy jakieś znajdziesz. - odparł, naprawdę wyrażając zgodę na zakup ochroniaczy i po chwili zaczął się domyślać, gdzie takie coś mogła wkrótce znaleźć - na aliexpress, Temu lub innej chińskiej stronie, gdzie sprzedawano przeróżne rzeczy. Tak czy siak, nie widział żadnych powodów, by zabronić Camellii kupowania czegoś takiego, szczególnie, że chciała zadbać o jego bezpieczeństwo - i jak mógł jej nie kochać? Była i jest cudowna.
Z uwagą wysłuchał kolejnego argumentu i westchnął głośno.
- Oglądałem film. No ale to, że w serialach działy się takie rzeczy, nie znaczyło, że tu też któryś schemat się powielił. - odparł, choć widząc wzrok Camellii, nic więcej nie dodał. A przynajmniej nic, co by dotyczyło strażaków oraz ponownego wejścia do budynku. Poza tym, zaraz jego usta były zajęte całowaniem Camellii, a to było o wiele lepsze niż kłótnia.
Uśmiechnął się lekko, gdy powiedziała, że obiecuje dotrzymać słowa i wrócą razem. Razem. powtórzył w myślach i złapał Camellię za rękę. Uśmiechął się natomiast jeszcze szerzej, gdy jako pieczątki użyła swoich ust i złączyła je z ustami Walkera.
- Kończę raczej normalnie, chyba, że dostanę nagłe wezwanie na jakąś ryzykowną akcję. - wyjaśnił zgodnie z prawdą.
- Wracaj do auta. Wkrótce do Ciebie dołączę. Obiecuję. - i po tych słowach złożył kolejnego, soczystego buziaka na ustach Camellii, a potem zaczął iść w kierunku.. budynku tylko po to, by sprawdzić reakcję swojej dziewczyny. Oczywiście nie wszedł do środka, tylko zaczął wypatrywać rannych i im pomagać.
Po mniej więcej dwóch godzinach Connor wskoczył do autka Camellii, znaczy, wiadomo, otworzył drzwi, a potem zajął miejsce pasażera. Przytulił ją tak, jakby dawno się nie widzieli.
- Jestem. Jedziemy coś zjeść? - spytał, upewniając się, że miał w kieszeni coś, co wkrótce planował wręczyć panience Stones. Druga sprawa, że był naprawdę strasznie głodny. Kilka razy już mu nawet w brzuchu zaburczało, gdy opatrywał rannych. Zaraz pewnie też mu zaburczy, dlatego miał nadzieję, że czym prędzej ruszą spod szpitala i pojadą zjeść w jednej z knajp albo... zjedzą w domu.
my cutie