34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Kiedy zapytała, czy nakrzyczał kiedyś na pacjenta, parsknął cicho pod nosem i odchylił się lekko na krześle, obracając szklankę między palcami.
Zdarzyło mi się kilka razy... – zaczął powoli, ale po chwili skrzywił się lekko. – Ale to było na początku mojej kariery. - ostatecznie uciął temat. Pokręcił głową, jakby tamta scena wróciła do niego na moment bardzo wyraźnie. To było bardzo na świeżo po utracie Jenny. Nie chciał do tego wracać... nie chciał wracać myślami do Niej. Jen należała do świata tylko kilka minut po przebudzeniu, nigdy nie pozwalał sobie na więcej.
Najgorsze jest to, że jak już krzyczysz, to wiesz, że to nic nie da. To jest tylko moja frustracja, a nie forma pomocy. I tym bardziej to dystansuje od pacjenta. Chociaż tak jak powiedziałem, czasem puszczają nerwy. Najtrudniej zaakceptować fakt, że nie każdemu można pomóc - jak się zaakceptuje ten fakt to potem jest z górki. - Patrzył, jak opiera podbródek na dłoni i nachyla się lekko w jego stronę, jakby naprawdę była ciekawa odpowiedzi, a nie tylko podtrzymywała rozmowę z grzeczności. I znowu pojawiło się w nim to dziwne uczucie, że ta rozmowa nie jest jedną z wielu, które prowadzi się i zapomina po pięciu minutach. To było zaskakująco odświeżające, jakby ktoś na chwilę zdjął mu z ramion ciężar, którego na co dzień już nawet nie zauważał, bo był do niego przyzwyczajony jak do własnego cienia.
Obserwował, jak przygotowuje drinka dla tamtego mężczyzny i niemal natychmiast zauważył zmianę w jej postawie. To nie było nic oczywistego dla kogoś, kto jej nie znał, ale Horacy już dawno musiał nauczyć się czytać ludzi po drobnych sygnałach. Nie musiał słyszeć rozmowy, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak.
Kiedy mężczyzna złapał ją za nadgarstek, Horacy poczuł znajome zimne skupienie, które pojawiało się u niego zawsze wtedy, kiedy sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. Na oddziale oznaczało to, że ktoś właśnie przestaje oddychać albo że za chwilę trzeba będzie podejmować decyzje szybciej, niż jest to komfortowe.
Tutaj sytuacja była inna, ale jego organizm zareagował podobnie. Najpierw obserwacja. Ocena. Dopiero potem działanie.
Zauważył, jak Lina próbuje spokojnie uwolnić rękę, jak jej głos się zmienia, jak w tym jednym krótkim zdaniu pojawia się twardość, której wcześniej nie było.
Nie wstał od razu. Nie wtrącił się. Jeszcze nie.
Zamiast tego sięgnął po telefon, jakby coś sprawdzał, jakby nagle przypomniał sobie o czymś zupełnie niezwiązanym z sytuacją przy barze. Przez kilka sekund patrzył w ekran, choć tak naprawdę niczego nie czytał.
Potem podniósł głowę i odezwał się spokojnie, normalnym tonem, jakby kontynuowali zupełnie zwyczajną rozmowę sprzed chwili.
Lina – powiedział, spoglądając na nią, a potem jakby z lekkim zaskoczeniem na ekran telefonu. – Maggie napisała, że mamy po drodze do niej odebrać jeszcze indyjskie jedzenie. Z tej knajpy co zawsze. - Powiedział to najbardziej naturalnie jak potrafił, dokładnie tak jakby naprawdę byli umówieni i zaraz mieli gdzieś jechać.
Nie patrzył na Larry’ego wyzywająco. Nie podniósł głosu. Nie było w jego postawie agresji. Był za to spokój człowieka, który jest absolutnie pewny swojej obecności w danej sytuacji i który nie widzi powodu, żeby się z tego tłumaczyć.
I właśnie ten spokój często działał lepiej niż podniesiony głos.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie każdemu można pomóc.
Czy gdyby ktoś pomógł jej bratu wcześniej, zanim doszło do tamtego strasznego zdarzenia, dziś świat – ich świat – wyglądałby zupełnie inaczej? Czyjeś życie może nie zostałoby brutalnie przerwane, a jej własne nie wywróciłoby się do góry nogami. Może jej mama nie przypominałaby teraz cienia kobiety, którą kiedyś była, a Lina zamiast stać za barem, właśnie zdobywałaby swój pierwszy awans.
Czy gdyby tamtej kobiecie udało się pomóc, jej brat miałby jeszcze jakieś szanse na normalne życie? A może to nigdy nie było mu pisane.
Lina na co dzień próbowała się odcinać od tego typu rozważań. Może dlatego, że przez lata przerobiła już chyba wszystkie możliwe scenariusze. Zwłaszcza na początku potrafiła analizować każdą swoją rozmowę z nim, szukała jakichkolwiek wskazówek, że to się może wydarzyć. Zastanawiała się, co by było gdyby tata nie zachorował albo gdyby ona odebrała tamten telefon. Ostatecznie nie zmieniało to nic – nie mogła cofnąć czasu i jak bardzo marzyła, by było inaczej, wszystko sprowadzało się do tego, że była siostrą mordercy.
Przez chwilę wyglądało, jakby odpłynęła w swoich myślach, w końcu zamrugała oczami, próbując uśmiechnąć się z wyraźnym trudem.
Nie każdy też potrzebuje pomocy, nawet jeśli czasem z boku wygląda to trochę inaczej – dodała, lekko wzruszając ramionami, jednocześnie się prostując.
A ona?
Lina obrała sobie taką strategię w życiu, żeby jak najmniej musieć zawdzięczać innym. Nieważne jak bardzo by sobie nie radziła, tkwiła w niej jakaś blokada, która nie pozwalała poprosić o pomoc, chyba że byłaby doprowadzona do ostateczności. A naprawdę potrafiła zamknąć się w sobie i uprzeć, że poradzi ze wszystkim sama. Nie lubiła pokazywać swoich słabości, nie lubiła uczucia, które zazwyczaj pojawiało się potem – że jest komuś coś winna. Dlatego nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazła się teraz, nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby liczyć na to, że ktoś zareaguje, że pomoże pozbyć się natrętnego faceta, którym Larry był. Wręcz przeciwnie – cała jej napięta postawa świadczyła o tym, że była gotowa daleko się posunąć, żeby trzymający ją mężczyzna się odczepił.
A potem wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie.
Horacy rzucił w jej kierunku zdania, które w pierwszej chwili wydawały się pozbawione sensu, a zaraz po nich Larry poluzował uścisk, co pozwoliło Linie na wyswobodzenie nadgarstka.
Serio? – odezwała się, a jej głos był pewny, zupełnie nie wskazujący na to, jak zaskoczona była jego wtrąceniem się. – Czyli pewnie jak zwykle jej się przedłużyło w pracy. Napisz jej, że za piętnaście minut będziemy się zbierać – rzuciła, czując jak Larry świdruje ją wzrokiem, więc w końcu przeniosła na niego spojrzenie. – Podać coś jeszcze? – zapytała formalnie i odetchnęła, kiedy mężczyzna odmówił i zabierając swoją szklankę przeniósł się do stolika w głębi lokalu. Lina od razy starła reszki piwa, które rozlał na blacie, kiedy podnosił kufel. Dopiero po chwili zerknęła na Horacego, przesuwając się w jego kierunku.
Miałam wszystko pod kontrolą, Larry jest tu niestety częstym gościem – powiedziała, spoglądając w kierunku, gdzie teraz siedział. – Za każdym razem muszę go spławiać. – Choć musiała przyznać, że dziś wydawał się bardziej namolny niż ostatnio. A na pewno bardziej bezpośredni. Zawahała się, przenosząc wzrok na Horacego. – W każdym razie to nie było konieczne, ale dzięki. Może teraz się odczepi, skoro moje nie do tej pory mu nie wystarczało – dodała, co nie przyszło jej z łatwością. Dziękowanie. Jednocześnie z jakiegoś powodu czuła, że to było właściwe.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy obserwował jak Lina ściera blat, jakby to była najzwyklejsza czynność na świecie, choć jeszcze kilkadziesiąt sekund wcześniej jej ciało było napięte jak struna. Widział to już wiele razy, zarówno u pacjentów, jak i u ich rodzin - mówili że wszystko jest w porządku, podczas gdy ich dłonie drżały, a ramiona pozostawały nienaturalnie sztywne. Zastanawiał się jak często zdarzało się Linie być w takiej sytuacji. Oparł się wygodniej o bar, wziął do ręki szklankę z jej drinkiem i przez chwilę obracał ją w palcach, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Dostrzegł w spojrzeniu Liny coś, co nie miało nic wspólnego z chwilą obecną, coś, co należało do przeszłości, której nie dało się zmienić, choć umysł uparcie próbował do niej wracać i rozkładać ją na czynniki pierwsze. Szukać momentu, w którym wszystko mogło potoczyć się inaczej. Znał ten mechanizm aż za dobrze, choć nigdy nie przyznałby tego głośno.
Powiedziała, że to nie było konieczne. Że miała wszystko pod kontrolą. Skinął lekko głową, jakby przyjmował to do wiadomości, ale nie wyglądał, jakby do końca się z tym zgadzał.
Ale to, że ktoś sobie radzi, nie znaczy, że zawsze musi radzić sobie sam. -To zdanie zawisło między nimi na chwilę. Horacy chyba chciał jeszcze coś dodać, ale zdał sobie sprawę jak śmiesznie te słowa brzmiały w jego ustach. Przecież on był najpierwszy w tej samotności i samodzielności. – Rozumiem to lepiej, niż może się wydawać. -To było jedno z tych zdań, które można było zostawić bez wyjaśnienia, ale jednocześnie brzmiało tak, jakby coś za nim stało. Nie rozwijał tego jednak. Nie opowiadał o sobie. Zostawił to w pół kroku, jak wiele innych rzeczy tego wieczoru.
Przez chwilę oboje milczeli, a w barze było słychać tylko ciche rozmowy z dalszych stolików i dźwięk szkła odkładanego gdzieś dalej. Horacy spojrzał w stronę, gdzie siedział Larry, bardziej odruchowo niż z rzeczywistej potrzeby. Mężczyzna wyglądał na zajętego swoim piwem.
Wrócił spojrzeniem do Liny.
Zastanawiał się przez chwilę, jak to możliwe, że w ciągu jednego wieczoru rozmowa z obcą kobietą stała się jedną z bardziej normalnych rozmów, jakie odbył w ostatnich miesiącach. Normalnych w dziwnym sensie, bo nie rozmawiali o pogodzie ani o pracy w sposób powierzchowny, tylko o rzeczach, o których zazwyczaj rozmawia się albo bardzo późno w nocy, albo wcale.
I znowu pojawiło się w nim to uczucie zakotwiczenia, które wcześniej już próbował nazwać. Siedział przy barze, w hotelu, czekał na kobietę, z którą miał spędzić noc w sposób całkowicie pozbawiony emocji, bo tak było prościej, bo tak było bezpieczniej, bo tak nie trzeba było niczego tłumaczyć ani obiecywać. I nagle okazało się, że prowadzi rozmowę, w której jest bardziej obecny niż w wielu ważniejszych momentach swojego życia. To było niemal ironiczne. I trochę niewygodne, jeśli zaczął o tym myśleć zbyt długo.
Myślę, że Larry właśnie uwierzył, że naprawdę gdzieś ze mną jedziesz – powiedział w końcu trochę lżej, wracając do bardziej przyziemnego tonu. Czasem myślał, że jego praca polega głównie na kupowaniu ludziom czasu. Godzin, dni, lat. A to, co z tym czasem zrobią później, było już poza jego zasięgiem.
- Nie wiem czemu wybrałem akurat imię Maggie. - spojrzał na nią z cieniem rozbawienia. – Ale jedzenie indyjskie to akurat byłby dobry pomysł. Nie mówię tego tylko dlatego, żeby podtrzymać historię przed Larrym. - Nie patrzył na nią nachalnie, raczej uważnie, jakby dawał jej pełną możliwość wycofania się z tego pomysłu, zrzucenia wszystkiego na żart, na tę wymyśloną Maggie. Horacy przez chwilę jeszcze patrzył na nią po tych swoich słowach o indyjskim jedzeniu, ale równolegle, gdzieś z tyłu głowy, wróciła do niego myśl o spotkaniu, które miał zaplanowane na ten wieczór. O kobiecie, która miała przyjść do jego hotelowego pokoju o konkretnej godzinie, o prostej, jasnej umowie, która jeszcze kilka godzin temu wydawała mu się najlepszym możliwym planem na zakończenie tego tygodnia. Bez rozmów, bez tłumaczenia się, bez wchodzenia w czyjeś życie i wpuszczania kogoś do swojego. Czysta transakcja, w której wszystko było przewidywalne i zamknięte w określonych ramach.
Tak to sobie układał w głowie. Logicznie, spokojnie, bez dorabiania do tego większej filozofii.
Tylko że teraz, siedząc przy barze i patrząc na Linę, miał wrażenie, że ten plan należy do kogoś innego - do Horacego sprzed kilku godzin, który wchodził do hotelu zmęczony, zamknięty w sobie i nastawiony na jeden scenariusz. Pomyślał, że powinien napisać wiadomość. Odwołać spotkanie. To byłoby najuczciwsze i najprostsze rozwiązanie. Ale jeszcze tego nie zrobił. I ze wszystkich rzeczy, których się po sobie spodziewał, wcale nie spodziewał się wahania. A jednak się wahał.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdanie, które wypowiedział Horacy, nie od razu do niej trafiło. Słyszała go, bardzo dobrze nawet, jak na to, że gdzieś w tle grała cicho muzyka, która sączyła się z głośników od otwarcia baru po jego zamknięcie, a i echem niosły się prowadzone w kątach rozmowy. Słyszała też już kilka razy w swoim życiu to stwierdzenie – od tamtego psychologa, który rozmawiał z nią po skazaniu jej brata i od sąsiadki, która ściszonym głosem perrorowała coś podobnego do drugiej, nie mając świadomości, że Lina, która akurat wracała z zakupami, słyszała nie tylko to, ale i całą resztę. Wtedy to jednak były puste frazesy, które nie niosły za sobą nic. Nie zmieniały niczego w jej życiu, bo Lina – wbrew wszystkiemu – właśnie musiała sobie poradzić sama. Nie mogła liczyć na mamę, która od wyroku nie była sobą; nie mogła liczyć na rodzinę, bo większość krewnych się od nich odcieła; nie mogła liczyć na sąsiadów, zachowujących się tak, jakby to Lina i jej matka własnoręcznie zamordowały tamtą dziewczynę.
Mogłaby też nie uwierzyć Horacemu. Założyć, że pewnie jako lekarz doskonale wiedział, co powiedzieć, operował słowem niemal tak dobrze jak igłą i nicią chirurgiczną. Ale mimo to, że przecież wcale go nie znała, nie pomyślała w ten sposób. Już wtedy, na oddziale miała wrażenie, że jest w nim coś, co odróżnia go od wielu osób, które mijała na co dzień. Na ulicy, w barze, w metro. Większość osób z czymś się musiała mierzyć, stawać do walk. Ale nie po każdym było to widać. Po nim było, a może to Lina była dobrą obserwatorką. Albo po prostu widziała w nim kogoś takiego jak ona. Dlatego uwierzyła mu, kiedy powiedział, że to rozumiał. Nie brzmiało to, jak u kogoś, kto mówi tak tylko dlatego, że tak należy, ale w istocie nie rozumie zupełnie. Nie odpowiedziała jednak na te słowa, bo właściwie nie było co. Nie chciała ciągnąć tego tematu – to nie były rzeczy, o których Lina rozmawiałaby z kimkolwiek. I tak czuła, że z jakiegoś powodu przy nim zachowuje się zgoła inaczej, ale teraz, kiedy to do niej dotarło, tym bardziej próbowała znów wejść w swoją skorupę. W miejsce, które było znajome, bezpieczne.
Na wzmiankę o Larrym, również Lina zerknęła w kierunku tamtego mężczyzny, ale nie trwało długo, nim jej spojrzenie wróciło do Horacego.
Założę się, że każdy zna jakąś Maggie – uśmiechnęła się, jakby samo to tłumaczyło, czemu właśnie tego imienia użył. Lina kiedyś z jedną grała w szkolnym teatrze, ale ona akurat nie przepadała za kuchnią indyjską. Wraz z jego propozycją, oczy Liny rozszerzyły się nieco ze zdziwienia. Ta propozycja ją zaskoczyła, a chyba jeszcze bardziej zaskoczyło ją to, że nie odmówiła od razu, co często w podobnych sytuacjach miała w zwyczaju. Jej rutyna rzadko była zakłócana. Liyana była typowym samotnikiem, większość czasu, jeśli nie w pracy, spędzała w wynajmowanym mieszkaniu albo włócząc się po Toronto. Mimo dwóch lat spędzonych tu, nie weszła z żadne bliższe relacje. Nie wychodziła ze znajomymi na jedzenie, nie spotykała się z nikim na stałe. Jeśli potrzebowała się rozerwać, szła do klubu, a potem lądowała w cudzym mieszkaniu, skąd wymykała się jeszcze przed świtem.
Nie kłamałam, kiedy mówiłam, że zaraz kończę – odezwała się po dłuższej chwili, jakby z pewną dozą niepewności, którą starała się maskować. Wciąż biła się z myślami. I nie miała nawet pojęcia, że on też. – Zaraz powinna pojawić się druga barmanka, wtedy będę wolna. Nie wiem, jak tu w okolicy, ale w Malvern, gdzie mieszkam, jest naprawdę dobra knajpa z indyjskim jedzeniem, wiem, bo czasem stamtąd zamawiam. To kawałek stąd, ale jeśli chcesz... – nie dokończyła, zostawiając mu przestrzeń na to, by się zgodził, bądź odmówił, gdyby w międzyczasie się rozmyślił. Dziwnie było się złapać na myśli, że właściwie to chyba naprawdę chciała iść z nim na to indyjskie jedzenie.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Na chwilę ponownie wciągnął go potok myśli, które tego wieczoru wyjątkowo nie chciały ustawić się w równym szeregu. Zwykle wszystko miał poukładane, nawet jeśli tylko pozornie. Godziny, dyżury, wyjazdy, spotkania, nawet samotność miał w jakiś sposób ZAPLANOWANĄ i wpisaną między pracę a sen. Dzisiaj ten porządek rozsypał się w dość niepozornym momencie, przy szklance i rozmowie z kobietą, której jeszcze niedawno w ogóle nie było w jego życiu.
-Brzmi lepiej niż wszystko, co miałem w planach na dzisiaj– powiedział już wprost, wracając do Liny spojrzeniem. – I podejrzewam, że Maggie nie będzie zła, że do niej nie zajedziemy. - dodał ze śmiechem.
Więc tak – dodał, trochę prościej niż zwykle. – Chcę.
Oparł się o blat, obserwując, jak Lina kończy swoje rzeczy, jak rozmawia z drugą barmanką i jak na chwilę znika na zapleczu. Wyjął telefon z kieszeni i przez moment obracał go w dłoni, zanim odblokował ekran, wszedł w wiadomości i przez chwilę patrzył na ostatnią z konwersacji - krótką, rzeczową, pozbawioną emocji. Napisał kilka słów, skasował, napisał jeszcze raz, tym razem krócej.
„Przepraszam, coś mi wypadło. Muszę odwołać dzisiejsze spotkanie.” Później wszedł w aplikację banku i zrobił przelew, wpisując kwotę trochę wyższą, niż powinna być, jakby w ten sposób chciał zapłacić nie tylko za czyjś czas, ale też za własne niezdecydowanie.
Kiedy zatwierdził transakcję, podjął drugą decyzję, może nawet ważniejszą od tej pierwszej, że nie będzie dzisiaj niczego analizował, że nie będzie rozkładał tej rozmowy na części pierwsze, nie będzie się zastanawiał, dlaczego z nią rozmawia tak łatwo, dlaczego patrzy na nią dłużej niż powinien, dlaczego zgadza się jechać na drugi koniec miasta, choć rozsądniej byłoby poczekać na tamtą i zamknąć ten wieczór za godzinę lub dwie. Oparł dłonie o blat i odchylił lekko głowę do tyłu, przymykając na moment oczy, pozwalając, żeby barowy hałas zlał się w jednostajny szum.
Kiedy znów pojawiła się za barem, gotowa, żeby wyjść, spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko, ale tym razem bez ironii.
- Czas uratować Maggie.
A kiedy wstawał z krzesła i sięgał po marynarkę, uświadomił sobie, że jest odrobinę podekscytowany i to było chyba najbardziej zaskakujące ze wszystkiego, bo nie pamiętał, kiedy ostatni raz czuł coś takiego.
Pomyślał, że to dość absurdalne, że to wszystko sprowadza się do kolacji z barmanką, której prawie nie zna, w dzielnicy, w której prawdopodobnie nigdy wcześniej nie był, a jednak miał wrażenie, że ten wieczór już teraz zapamięta lepiej niż wiele innych.
„No dobrze, Horacy” mruknął cicho do siebie, prawie bezgłośnie. „Zobaczymy, co z tego będzie.”
I po raz pierwszy od dawna naprawdę był ciekaw.


/ koniec
Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
ODPOWIEDZ

Wróć do „Gladstone House”