-
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wychodząc z baru, Lina nie mogła nie zauważyć zaskoczonego spojrzenia koleżanki z pracy. Pracowały razem ponad pół roku i jeszcze dotąd nie zdarzyło się, by Sinclair wyszła w czyimkolwiek towarzystwie, a na pewno nie w towarzystwie żadnego klienta. Pomyślała, że jutro nie odpędzi się od pytań. Ale to nic, miała już wprawę w ucinaniu tematów, na które nie chciała rozmawiać.
W drodze do Malvern nie rozmawiali za dużo, co jakiś czas wymieniali uwagi, ale nie było to podobne do dyskusji, którą prowadzili w hotelowym barze. Jednak Lina nie czuła w związku z tym żadnej niezręczności; cisza, która czasem zapadała na kilka minut nie była ciężka do zniesienia, raczej tak naturalna jak oddychanie. Lina zresztą nigdy nie była typem zagadywacza, small talki nie były w jej stylu, kiedy nie miała nic do powiedzenia po prostu nie mówiła. Wiedziała, że wiele osób ma z tym problem. Że kiedy tylko na chwilę zapada milczenia, rodzi się potrzeba, by czymś je wypełnić. By wypowiadać słowa, nawet jeśli te niekiedy nie mają większego sensu. Jej cisza nie przeszkadzała – tym bardziej, że rzadko kiedy była rzeczywiście tym. Muzyka płynąca ze słuchawek, odgłosy poruszających się w korku samochodów, jakaś matka wołająca swojego nieposłusznego bąbelka, wszystko to żyło i często wydawało się znacznie ciekawsze niż kolejna rozmowa o pogodzie. Od czasu do czasu jednak jej spojrzenie mimowolnie uciekało w stronę Horacego, jakby chciała się przekonać, że jemu też to nie przeszkadza, bo – z jakiegoś niezrozumiałego powodu – było to dla niej ważne. Niewygodna myśl, którą prędko odsunęła gdzieś w głąb własnej głowy i nie wróciła już do niej do momentu, kiedy dotarli na miejsce.
Dopiero teraz do Liny dotarła jeszcze jedna rzecz. To nie była szczególnie wizytowa dzielnica. Nie było tutaj źle, ale mimo wszystko ludzie mieszkający w okolicy raczej należeli do klasy średniej bądź, nawet częściej, niższej. Jak ona. Nic przecież nie wiedziała o sytuacji Horacego, a co jeśli był trochę snobem? Z drugiej strony nic na to nie wskazywało. A z jakiegoś powodu przecież trafił do jej hotelu, który nawet nie znajdował się w żadnym rankingu tych najlepszych. Lina chwyciła za klamkę, ale zanim za nią pociągnęła, odwróciła się w stronę swojego towarzysza.
– Tylko uprzedzam, to nie jest miejsce z wnętrzem jak z instagrama, gdzie bogaci panowie i prywatne sekretarki prezesów wpadają na lunch. Jest smacznie i czysto, po prostu w porządku, trochę jak wszystko tutaj w Malvern – rzuciła z nieco zadziornym uśmiechem, którym prawdopodobnie chciała przykryć własną niepewność. Jednak nie dostrzegając, by miał w planach ucieczkę, w jej oczach pojawiło się wyraźne zadowolenie. – Jeśli to cię nie odstrasza to chodź. – Skinęła głową i dopiero teraz nacisnęła klamkę, popychając drzwi, by mogli wejść do środka. O tej porze w środku było trochę osób, wyraźnie różnych narodowości. Widząc, że jej ulubione miejsce, w rogu pod ścianą jest wolne, poprowadziła ich właśnie w tamtym kierunku.
Horacy Bell
-
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Lina - powiedział spokojnie, zatrzymując się na moment przy drzwiach, zanim weszli do środka - Ja przez większość życia jadłem w szpitalnej stołówce, niewiele miejsc jest w stanie mnie odstraszyć. - na moment zawiesił głos, po czym dodał już trochę ciszej, z lekkim uśmiechem:
-Poza tym najgorsze jedzenie jakie w życiu jadłem, było w drogich restauracjach na konferencjach medycznych. Tam wszystko smakuje jak karton. - Wszedł za nią do środka i od razu uderzył go zapach przypraw, ciepła, smażonego ciasta, ryżu, czegoś słodkiego i ostrego jednocześnie, i przez chwilę stał w progu trochę jak ktoś, kto wszedł do zupełnie innego świata niż ten, z którego przyjechał jeszcze chwilę temu.
Kiedy poprowadziła go do stolika w rogu, zdjął marynarkę i przewiesił ją przez oparcie krzesła, po czym usiadł naprzeciwko niej i przez chwilę po prostu się rozglądać. Tak, faktycznie to miejsce różniło się od miejsc, do których przywykł. Nie było tu ściszonych głosów, nienagannie wyprasowanego obrusu ani obsługi, która od przekroczenia progu nadskakiwała klientom. To w takich restauracjach bywał - przez pracę, przez ludzi, których znał i trochę też dlatego, że po prostu tak wyglądało jego życie od bardzo dawna.
Sięgnął po menu, ale zamiast od razu je otworzyć, oparł je o stół i spojrzał na nią uważniej. Nie wyglądał na kogoś, kto czuje się nie na miejscu. Horacy zauważył, że co jakiś czas Lina na niego zerka, jakby sprawdzała, czy wszystko w porządku, czy nie żałuje, czy nie czuje się tu źle, i wtedy za każdym razem odpowiadał jej krótkim, spokojnym spojrzeniem, które miało mówić, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno.
- Nigdy wcześniej nie byłem w Malvern. - Uniósł lekko brwi, jakby sam się sobie dziwił.
–Co jest o tyle absurdalne, że całe życie mieszkam w Toronto. - Horacy przez chwilę obracał w dłoniach kartę menu, jakby czytał ją bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby, a potem odłożył ją na stół i spojrzał na Linę z tym swoim spokojnym, zmęczonym uśmiechem, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, kiedy miał powiedzieć coś trochę bardziej osobistego, niż planował.
-Chociaż od dłuższego czasu nie wypuszczam się poza swoje rejony. Ale nie myśl sobie, nie jestem snobem, który zaraz ucieknie, bo krzesła nie są z aksamitu – powiedział już lżej. – A jeśli jestem, to bardzo dobrze się maskuję.
Liyana Sinclair