-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale Salazara miał przy sobie, z nim mógł teraz porozmawiać. Naprawdę starał się nie wyskoczyć na niego z mordą, chociaż miał wielką ochotę. Tłumił jednak w sobie tę żądzę "mordu" i szukał odpowiednich słów, żeby zacząć rozmowę, zapytać go, o co właściwie mu poszło i dlaczego tak nakrzyczał na brata.
- Możesz mi powiedzieć, co tam się właściwie stało? - zapytał w końcu, kiedy już dotarli do pokoju i ogarnęli się po powrocie. Zabrzmiał ostrzej, niż zamierzał, więc natychmiast zbeształ się za to w myślach. Przymknął oczy i odetchnął - Przepraszam. Inaczej. Dlaczego powiedziałeś Santiago to wszystko, co mu powiedziałeś? Przecież chyba tak o nim nie myślisz? Czy rzeczywiście masz go za takiego sukinsyna? Ale do tej pory sądziłem, że jednak nie.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyprostował się, gdy usłyszał pytanie męża. Był już po prysznicu, siedział na łóżku z laptopem na kolanach i szklaneczką whisky z hotelowego barku, który w pokojach takich jak ten był normą w dłoni. Oderwał wzrok od ekranu i przeniósł spojrzenie na Sergio, przełykając ślinę. Szklanka w jego ręce zadrżała, więc odstawił ją na szafkę nocną.
- Nie myślę o nim w ten sposób - odpowiedział po chwili, cicho. - O Alvaro też nie myślę tego, co powiedziałem. Nie myślę, że Santiago wolał się zabić, niż go znosić. Nie uważam, że traktuje go tak, jak swoje żony i że chce, żeby wszystko szło po jego myśli, a każdy, z kim jest, żeby zachowywał się na jego modłę. Nie sądzę też, że źle traktował swoje żony; myślę że traktował je tak dobrze, na ile potrafił, pochodząc z domu, z którego pochodzi. - przyznał cicho, przeczesując dłonią wilgotne po kąpieli włosy. - Nie wiem dlaczego powiedziałem to wszystko. To znaczy... chyba chciałem go ukarać? - przełknął ślinę, zamykając laptopa i odkładając go na stolik przy łóżku. - Myślałem o tym w taksówce i nie doszedłem do lepszych wniosków, niż to, że chciałem sprawić mu ból. - odchylił głowę do tyłu i oparł ją o ścianę. - Ale nie wiem czemu chciałem to zrobić i czemu powiedziałem to wszystko.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie rozumiem tego - przyznał - Jeśli tego o nich nie myślisz, to skąd w ogóle przyszły ci do głowy takie rzeczy? Dlaczego im to wywrzeszczałeś? Mówisz, że chciałeś ukarać brata, ale za co? Za to, że udawał swoją śmierć?
Rozłożył ręce pytająco, nadal nie mogąc tego pojąć. Był zaskoczony zachowaniem Salazara, chociaż wiedział, że ten nieraz reaguje nieadekwatnie do sytuacji. Wiedział, że na różne sytuacje stresowe potrafi reagować atakiem - ale to, co powiedział Alvaro i Santiago, przewyższało jego dotychczasowe zachowania, a poza tym nawet jeśli atakował, żeby wyładować swój strach, to wciąż nie wyjaśniało akurat takiego doboru słów.
- Sal, i to, co powiedziałeś Alvaro, i to, co powiedziałeś Santiago, było straszne. Jednego i drugiego z pewnością mocno zraniłeś, zresztą obaj ci to powiedzieli i pokazali. Nie potrafię pojąć, co tobą kierowało, jeśli rzeczywiście nie myślisz tego, co im powiedziałeś. Chciałbym to zrozumieć. I chciałbym, żeby podobne rzeczy się w przyszłości nie zdarzały, bo możesz tym kogoś doprowadzić do załamania. Oni obaj mają ewidentnie cholernie trudną sytuację, skoro obaj są chorzy, a ty ich jeszcze dobijasz takimi rzeczami. Mówiłeś, że wystraszyłeś się tego, że się rozejdą, ale szczerze mówiąc, to właśnie ty mogłeś ich do tego doprowadzić. Prawda, że to by oznaczało, że ich związek nie jest przesadnie trwały, ale z drugiej strony ma prawo jeszcze taki nie być, skoro są razem dopiero tak naprawdę chwilę. Oni się dopiero docierają, bo to, że mieszkali ze sobą całe życie nie oznacza, że nie muszą teraz na nowo poukładać sobie życia: inaczej się funkcjonuje jako bracia czy przyjaciele, a inaczej w związku, więc to, co mają teraz, to co innego, niż mieli do tej pory.
Właściwie nie był pewien, czy chce prawić mężowi kazanie, czy raczej tylko zrozumieć jego zachowanie i zostawić to w spokoju. Rozważał również nie wracanie do tego i nie podejmowanie próby rozmowy na ten temat, ale uznał, że ta opcja odpada - wtedy ten temat by między nimi wisiał nie rozwiązany i jeden by się zastanawiał, o co chodziło, a drugi... prawdopodobnie zastanawiałby się, dlaczego pierwszy o to nie pyta, bo to nie byłoby podobne do Sergio, żeby nie próbować o tym porozmawiać.
Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Zrobiło mu się cholernie głupio, gdy usłyszał, że mógł doprowadzić obu do załamania, bo obaj są chorzy, są w trudnej sytuacji, a on im jeszcze dokładał swoimi słowami. Przełknął ślinę, gdy Sergio uświadomił mu to, oraz to, że on sam mógł doprowadzić do ich rozstania swoim zachowaniem; nie chciał tego, naprawdę życzył im szczęścia, przede wszystkim chciał, żeby jego brat był szczęśliwy, bo według niego na to zasłużył po tylu nieudanych związkach. Jeśli chodziło o Alvaro - też życzył dobrze chłopakowi, bo był fajnym dzieciakiem i zawsze dbał o Santiago, tak samo jak Santiago dbał o niego. Zawsze był przy nim, gdy ten go potrzebował i obaj dawali temu drugiemu serce na dłoni, nawet jeśli to podarowanie serca miałoby jednocześnie oznaczać, że będą musieli wyrwać je sobie z piersi. Jak tak się nad tym zastanawiał, to dochodził do wniosku, że od początku byli sobie pisani, tylko poznali się w takich warunkach, w takich okolicznościach - i przede wszystkim w takim wieku Alvaro - że nie mieli możliwości być ze sobą od początku. Cieszył się, szczerze, z całego serca, że wreszcie obaj dali sobie szansę na szczęście.
- Nie chciałem doprowadzić ich do załamania i nie pomyślałem, że sam mogę doprowadzić ich do rozstania - wyznał wreszcie cicho, bawiąc się w dłoni szklanką z whisky, z której wreszcie upił parę łyków. Gardło zapiekło go charakterystycznie, a jego usta wykrzywiły się w grymasie mówiącym "ble, gorzkie!". Chwilę potem kontynuował. - Nie do końca panowałem nad tym, co mówię. Nie mówiłem tego... tak w zupełności, w stu procentach świadomie. - oparł szklankę o swój policzek, chłodząc się w ten sposób; potrzebował tego chłodu w tej chwili. - Ale tak, myślę, że chciałem ukarać Santiago za to, że udawał trupa, a Alvaro za to, że pomagał mu to ukryć, mimo że sam wiedział o tym od mniej więcej pół roku. Na obu jestem o to zły, chociaż... z drugiej strony rozumiem i jednego, i drugiego. - wpakował kciuk w usta, gryząc lekko skórki, trochę poza swoją kontrolą. - Ale mimo to, że chciałem ich ukarać, to jednocześnie nie chciałem zranić ich tak bardzo, jak zraniłem. Przecież obu kocham, wiesz o tym. Mam nadzieję, że oni też o tym wiedzą.
Sergio Martinez
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Myślę, że to jest kwestia do wyjaśnienia między wami - odezwał się w końcu cicho - nie wiem tylko, w którym momencie, o tym musicie sami zdecydować. Ale nie sądzę, że można obok tego przejść obojętnie i próbować żyć dalej, jakby nic się nie stało, bo sądząc po reakcji jednego i drugiego, to w nich pozostanie, jeśli nie porozmawiacie.
Popatrzył znów na męża z mieszaniną miłości, smutku i bólu w oczach. Miał do niego pretensje o te wybuchy na kolacji, ale nie zamierzał go objeżdżać. Skoro Sal nie wiedział do końca, z czego to wynikało, ale twierdził, że chyba ze złości o ukrywanie, że Santiago żyje, to było to wystarczające wytłumaczenie dla Sergio: było sensowne.
- Cieszę się, że się nad tym zastanawiałeś i sam doszedłeś do wniosku, z czego to mogło wynikać.
Po kolejnej chwili milczenia wpakował się pod kołdrę i ułożył na boku obok męża, podkładając rękę pod głowę. Drugą dłoń położył na jego przedramieniu, chcąc dodać mu otuchy i pokazać, że nie jest na niego zły i że będzie go wspierał we wszystkim.
- Chodźmy spać. To był ciężki dzień. Ciężki tydzień. Miałem ciężkich pacjentów przez ten czas, bo wszyscy muszą mnie dopiero poznać, więc z nikim nie było łatwo... Trzeba to wszystko odespać, przewietrzyć głowy i zagnieździć się w tym mieście. A niedługo jeszcze czeka nas cała ta przeprowadzka, ściąganie rzeczy z Luizjany...
Salazar Martinez
/zt.