-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie minęło wiele czasu, a Montague szczerze zatęskniła za mężczyzną, który do tej pory pełnił funkcję jej kierowcy. Nie łączyła ich zbyt duża zażyłość, ale mimo to w jego towarzystwie czuła się swobodnie, ponieważ sama odpowiadała za jego zatrudnienie. To ona go znalazła i to ona wyznaczała wyraźne granice, których on przestrzegał.
W przypadku Baileya nie mogła na to liczyć, a przynajmniej tak jej się wydawało. Niezależnie od tego, czego by nie powiedział, Mindy nie miała uwierzyć w to, że nie będzie raportował bezpośrednio do jej ojca wszystkiego, co się tu wydarzy. To właśnie myśl o tym tak bardzo doprowadzała ją do szału. Przez to też nie myślała racjonalnie i zachowywała się tak głupio, jak teraz. Zamiast spać smacznie we własnym łóżku, planowała ciągać go po podejrzanych zakamarkach miasta, aby dać mu się we znaki.
Przy okazji zaburzała także własny komfort.
Z jakiegoś powodu poczuła się dziwnie, kiedy tak po prostu spełnił jej prośbę. Może nawet z pewną nawiązką, bo to przecież nie tak, iż oczekiwała od niego, że całkowicie zamilknie. Z myślą o tym poczuła się nieswojo, jednak zapomniała o tym, kiedy w głośnikach zahuczała ta uciążliwa muzyka. W pierwszym odruchu przymknęła powieki i obiecała sobie, że jakoś to zniesie, ale długo nie wytrzymała. Co więcej, znów miała zachować się po prostu g ł u p i o.
Zamierzała wykorzystać przeciwko niemu jego własną broń. Odpięła pas bezpieczeństwa i wychyliła się pomiędzy przednimi siedzeniami, aby dosięgnąć radia, którego ustawienia zamierzała zmienić. Przede wszystkim chciała zmniejszyć głośność, a także włączyć coś, co aż tak bardzo nie działałoby jej na nerwy. Nie miałaby jednak nic przeciwko temu, gdyby przy okazji trochę rozzłościło jego.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bailey udowodnił już, że nie zamierzał pozwolić na to, żeby weszła mu na głowę i w miarę swoich możliwości zamierzał odwdzięczać się jej pięknym za nadobne. Dziś miała to być uciążliwa muzyka w aucie, która była szczególnie wkurzająca w momencie niewyspania, a coś mu podpowiadało, że ono męczyło ją tak samo jak jego. Podziwiał jednak jej upór i to, że zamierzała poświęcić własny komfort, byleby nadepnąć mu na odcisk, co wychodziło jej nieźle, choć starał się za mocno nie dać tego po sobie poznać, aby nie dać jej tej satysfakcji.
Usłyszał charakterystyczny dźwięk, gdy Mindy odpięła pas, ale prawdę powiedziawszy pomyślał, że tylko coś poprawiała. Nie spodziewał się jej późniejszego wybryku, który momentalnie go rozproszył, co, swoją drogą, było niebezpieczne.
– Ej! – warknął, gdy już zorientował się, co kombinowała po obejrzeniu się przez ramię. Chwilę później zrobił to drugi raz, aby położyć dłoń na jej ramieniu i nie dotknąć jej na oślep w niewłaściwe miejsce, ponieważ chciał ją pokierować z powrotem do tyłu. – Chcesz się zabić? Wracaj na swoje miejsce – polecił jej z tonem głosu, sugerującym, że nie przyjmował sprzeciwu. Kwestie bezpieczeństwa miały być w tym aucie kluczowe, szczególnie, gdy chodziło o nią, dlatego nie mógł pozwolić jej na wyprawianie takich rzeczy. Nie chodziło o to, że mu przeszkadzała czy robiła na złość, Bailey nie chciał, żeby coś jej się stało. Wiedział, że jeśli by na to pozwolił, to skończyłoby się marnie również dla niego.
Dlatego nie akceptował takiej lekkomyślności i od razu próbował blondynkę zawrócić, zanim cokolwiek mogłoby się stać. Radio było tu nieistotne.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mindy nie dałaby się przekonać do tego, że nie chciał przy tym dowiedzieć się pewnych rzeczy na jej temat.
Może więc oceniała bruneta zbyt pochopnie, a jednak jej rodzinne położenie zmuszało ją do tego, aby podchodzić do tej sytuacji nieco bardziej zachowawczo. Chciała czuć, że miała wszystko pod kontrolą, a jednak sama obecność Baileya sprawiała, że dotychczasowe poczucie kontroli było przeogromnie zachwiane. Sama śwadomość tego, że jej ojciec próbował wkraść się do decyzji, które samodzielnie podejmowała, niesamowicie ją frustrował.
Pechowo dla niego, to właśnie Bailey był tym, który znajdował się teraz najbliżej, i na którym mogła się wyładować.
Nic nie stało również na przeszkodzie temu, aby uniemożliwiła mu ignorowanie samej siebie, czym zirytował ją prawdopodobnie bardziej, niż wszystkimi dotychczasowymi wtrąceniami. Mindy nie znosiła być lekceważoną, a kiedy zamilkł, właśnie tak odebrała jego zachowanie. Jej policzki poczerwieniały ze złości, a ona sama zdecydowała się zrobić jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Niekoniecznie rozsądną, ponieważ wychylając się tak gwałtownie do przodu mogła nawet spowodować wypadek. Miała tego świadomość, a mimo to, kiedy Bailey zwrócił na to jej uwagę, Montague zdecydowała się nieco tę kwestię zlekceważyć.
— To byłoby o wiele lepsze niż konieczność słuchania tego jazgotu. Na muzyce też się w ogóle nie znasz? — zapytała, nie mając problemu z tym, aby wykorzystać pierwszą okazję ku temu, by wbić mu szpilę. Może nie do końca skuteczną, bo przecież ostatecznie nie wiedziała zbyt wiele na jego temat, ale tego wcale nie miała ochoty zmieniać.
Najbardziej zależało jej na tym, aby czym prędzej się go stąd pozbyć.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jeszcze nie wiedział jak to zrobi, ale nie sądził, żeby wymyślenie czegoś miało go przerosnąć, kiedy już dowie się więcej o swoim p r z e c i w n i k u, bo tak w tej chwili postrzegał Mindy, którą wierzył, że musi pokonać, żeby dostosowała się do swojej nowej sytuacji i nie robiła mu pod górkę. To jedna oznaczało, że na razie musiał znosić jej wybryki, aby móc obserwować i dowiedzieć się czegoś więcej. No i nie chciał wchodzić z nią w otwarty konflikt, bo nadal była córką jego szefa i pewnych granic musiał się trzymać.
Nie ignorował jej. Jedynie milczał, dokładnie tak, jak sobie tego życzyła. Powinna bardziej zastanawiać się nad tym, co mówiła, jeśli nie podobały się jej konsekwencje tego. I może to Bailey próbował jej teraz pokazać? A może wcale nie był aż tak przebiegły i po prostu próbował ją zirytować, w czym odniósł sukces. I dostrzegł to w lusterku, a potem uśmiechnął się do siebie zadowolony.
Nie spodziewał się tylko tego, że przy okazji sprowokuje ją do takiej bezmyślności, czym dla odmiany zdenerwowała go ona, bo nie chciał, żeby coś jej się stało. Miał dbać o jej bezpieczeństwo, nie wiedział tylko, że będzie musiał chronić ją przed nią samą.
Zdenerwowała go tym na tyle, że zignorował jej przytyk, nadal czując, jak jego serce biło szybciej. – Słuchaj, możesz mnie nie lubić, tak samo mojej muzyki i czegokolwiek sobie zechcesz, ale nie rób więcej czegoś takiego. Najpierw pomyśl zanim coś zrobisz – kiedy skończył mówić, obejrzał się na chwilę przez ramię i popatrzył na nią z poważną miną, aby dotarło do niej, że nie żartował sobie teraz, ani nie przekomarzał się z nią. Mógł wiele zaakceptować, ale nie to, że będzie narażała swoje i jego życie, w dodatku z tak błahego powodu.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jemu nie było tak prosto przemówić do rozsądku.
Mindy jednak zaciekle ignorowała myśl o tym, że nawet jeżeli zdołałaby pozbyć się stąd Baileya, jego miejsce najpewniej prędko zająłby ktoś inny. Stary Montague zadbałby o zastąpienie bruneta innym, być może nawet bardziej uciążliwym o c h r o n i a r z e m, z którym ona bynajmniej nie miałaby ochoty współpracować. To chciała bowiem robić wyłącznie na własnych zasadach, a tej możliwości całkiem niedawno została pozbawiona.
Nie uważała jednak wcale, że aż tak bardzo naraziła się, kiedy wychyliła się do przodu. Skoro bowiem jej ojciec zdecydował się go zatrudnić, musiało to oznaczać, że Bailey rzeczywiście potrafił poradzić sobie w kryzysowych sytuacjach, zatem niskie było prawdopodobieństwo, że nagle mógłby stracić panowanie nad kierownicą tylko dlatego, że przeszkodziła mu ona. Gdyby rzeczywiście nie radził sobie z tak prostymi zadaniami, nie miałby czego szukać w tej robocie.
Jedyną rzeczą, której nie sposób zarzucić jej ojcu była niedokładność w sprawdzaniu własnych pracowników.
Mindy zaś nie można było odmówić tego, że kiedy się postarała, była w stanie nadepnąć na odcisk mocniej, niż ktokolwiek inny. I prawdopodobnie byłaby z siebie dumna, gdyby nie to, że Bailey irytował ją nadal. Nawet przez chwilę nie przestał, dlatego Montague wzniosła spojrzenie ku niebu. — To ty posłuchaj, Bailey — odbiła piłeczkę, trochę go przy tym przedrzeźniając. — Nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale to, że płaci ci mój ojciec, wcale nie oznacza, że możesz mówić mi, co mam robić — dodała, przy czym oczywistym powinno być to, iż od tego momentu ze zdwojoną siłą będzie starała się robić mu na przekór. Nie lubiła go i nie miała polubić, a działanie mu na nerwy jako jedyne mogło jej to uprzyjemnić.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Błędnie zakładała również, że zdoła spławić Baileya, bo on nigdzie się nie wybierał. Dopóki musiał być g r z e c z n y i nie mógł wrócić do swojego poprzedniego zajęcia, zamierzał trzymać się tej posady, ponieważ była dla niego idealna. I na pewno nie miała popsuć mu tego r o z k a p r y s z o n a panna.
Nawet jeśli ta rozkapryszona panna niemożliwie go irytowała. Na przykład teraz, nie dość, że zdenerwował go jej wybryk, to jeszcze dodatkowo działała mu na nerwy jej postawa. Mogła z nim wojować, ale powinna zachować przy tym chociaż minimum rozsądku. Nie oczekiwał od niej zbyt wiele, prawda? Jej samej powinno zależeć na tym, żeby nie spotkała jej żadna krzywda.
A co z tego, że on sobie radził, jeśli nie był na tej drodze sam i musiał uważać również na to, co wyprawiali inni, a czasem nawet jego uważność mogła nie wystarczyć. Dlatego dobrze by było, gdyby Mindy ne prosiła się o to, żeby wylecieć przednią szybą auta, gdyby doszło do wypadku, tylko siedziała na dupie na kanapie z tyłu i grzecznie przypięła się pasami. Jeśli to było dla niej za trudne, to Bailey będzie musiał sięgnąć po rodzicielskie rozwiązania i uniemożliwić jej podobne lekkomyślne zachowania. – Czy ty masz pięć lat? Nie proszę cię, żebyś poszła w prawo zamiast w lewo, tylko żebyś nie stwarzała dla siebie zagrożenia – odparł poirytowany, bo to nie była rzecz, o którą chciał się z nią spierać.
Naprawdę miał wrażenie, że miał do czynienia z dzieckiem. W dodatku z nieznośnym dzieckiem, nad którym nie dało się zapanować. Szkoda, że nikt go wcześniej nie dostrzegł, iż będzie miał prowadzić przedszkole…
Trochę to zajęło, ale w końcu udało im się również dotrzeć do celu ich podróży. Bailey zatrzymał się pod samą pralnią i zanim wysiadł z auta, rozejrzał się. Było tu dokładnie tak nieciekawie, jak zapamiętał. Ale skoro Mindy zależało na przyjechaniu tu, Harrigan wysiadł z auta i znów okrążył je, aby otworzyć drzwi przed blondynką. – Jaki plan teraz? – zapytał, ponieważ chciał dowiedzieć się, w jakim celu tu przyjechali.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bailey miał tego pecha, że trafił dokładnie pomiędzy ich dwójkę. W miejsce, w którym ścierały się dwa trudne charaktery, z których każdy głęboko przekonany był o tym, że racja spoczywała po jego stronie. Mindy bowiem naprawdę przekonana była o tym, że ze wszystkim jest w stanie poradzić sobie s a m a. Nie uważała również, że cokolwiek mogło zagrażać jej bezpieczeństwu, bo wbrew temu, co pokazywała obecnie, nie była wcale aż tak nierozsądna.
Tego mógł jednak nie zauważyć, bo zbyt mocno zawzięła się na to, aby zadziałać mu na nerwy, a kluczem do sukcesu miało być podejmowanie się k r e t y ń s k i c h wręcz działań.
Najpierw parsknęła cicho, a później wzniosła spojrzenie ku niebu. Robiła to przy nim tak często, iż prawdopodobnie stwarzała ryzyko, że tak jej już zostanie. — Będę robić to, na co będę miała ochotę — odpowiedziała, tym samym dowodząc, że zbyt mocno nie pomylił się porównując ją do pięciolatki. Jeśli chodzi o upór, Mindy prawdopodobnie niejedną małą dziewczynkę biła teraz na głowę.
Zdecydowała się jednak urwać tę dyskusję, ponieważ szansa na znalezienie kompromisu była wręcz zerowa. Nie dzieliła ich też zresztą aż tak daleka droga od miejsca, które wyznaczyła im za cel, a które wcale nie nie było tym upragnionym, by spędzić w nim część nocy. Było jednocześnie najlepszym, a zarazem najbardziej absurdalnym miejscem, na które zdołała wpaść, kiedy zdecydowała się napsuć mi krwi.
Gdy otworzył przed nią drzwi, Mindy nie wysiadła od razu. Najpierw pozwoliła sobie omieść sylwetkę Baileya spojrzeniem - chłodnym i pełnym niechęci. Dopiero po tym wystawiła nogi na zewnątrz, a później wstała, zatrzymując się zaledwie centymetry od niego. — Zamierzam zrobić pranie. Przy tym też będziesz patrzył mi na ręce? — zapytała, a chwilę po tym, jak zaledwie na kilka sekund obdarzyła go sztucznym uśmiechem, wyminęła bruneta i ruszyła prosto w stronę niezbyt zachęcającego lokalu z wybrakowanym, neonowym szyldem, który głosić miał, że pralnia działała całodobowo.
W środku, niestety, był równie odpychający, choć niekoniecznie dla bezdomnych, którzy najwyraźniej urządzili sobie tu nowe schronisko.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mindy jednak z jakiegoś powodu tej pomocy nie chciała przyjąć. A na dodatek zachowywała się jak dziecko, co Harrigana tylko utwierdzało w przekonaniu, że potrzebowała ciągłej opieki, bo z takim podejściem sama sobie nie poradzi. Mogła być dobra w biznesie czy czymkolwiek się zajmowała, ale nie była gotowa na to, żeby stanąć twarzą w twarz z ludźmi, z którymi interesy robił jej ojciec. A oni mogli kiedyś stanąć na jej drodze.
Dlatego był tutaj Bailey, żeby upewnić się, że włos jej z głowy nie spadnie. Gdyby jednak miała potknąć się o krawężnik, cóż… Na takie ryzyko mógłby przymknąć oko. Może to wbiłoby jej trochę rozsądku do głowy? I minimum kultury. – Nie, jeśli ja odpowiadam za twoje bezpieczeństwo – poprawił ją, aby była gotowa, że jeszcze nie raz będzie ją pouczał, jeśli będzie zachowywała się tak lekkomyślnie. Harrigan poważnie traktował swoją robotę, bo znał konsekwencje, z jakimi wiązałaby się jego niekompetencja i nie zamierzał narażać siebie, żeby kapryśna panienka była zadowolona.
Widząc jej spojrzenie, Bailey tylko popatrzył na nią z politowaniem, bardziej tego nie komentując. – I co takiego zamierzasz wyprać? – musiał zapytać, ponieważ nie widział, żeby miała ze sobą jakąkolwiek torbę. Już sam pomysł prania w nocy i tego, że zamierzała zrobić to sama, wydawał mu się nienormalny i poważnie irytujący, ale w tej chwili bardziej interesowało go, co takiego zamierzała wyprać, jeśli nic ze sobą nie miała.
Czyżby nie dopracowała swojego planu? Bo tak, był coraz bardziej przekonany o tym, że próbowała zadziałać mu na nerwy. Od początku to podejrzewał, ale z każdą chwilą to stawało się coraz pewniejsze. Nie miał jednak innego wyjścia, musiał jej przy tym asystować, skoro znaleźli się w tak paskudnej okolicy, więc zamknął auto i szedł kilka kroków za nią.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Cokolwiek to było, sprawiło, że Mindy czuła się tu bezpiecznie.
Nie rozumiała zatem, skąd nagła zmiana w zachowaniu jej ojca, skoro do tej pory dawał jej pod tym względem wolną rękę. Nie był tak przewrażliwiony nawet wtedy, kiedy jej bezpieczeństwo rzeczywiście było zagrożone, za co odpowiadał właśnie on. Wtedy zaproponował jej przeprowadzkę, a kiedy na to przystała, podrzucił jej kilkoro swoich ludzi, jednak żadnego z nich nie zmusił do tego, by nie odstępował jej na krok. Radziła sobie sama i nigdy pod tym względem nie zawiodła.
Teraz jednak zdecydował się jej to u t r u d n i ć. Zrzucił jej na kark Baileya, a chociaż za pretekst obrał sobie jej niedawną stłuczkę, coś podpowiadało jej, że sprawa wcale nie była tak prosta. Mogła więc złościć się nie dlatego, że nie chciała towarzystwa bruneta. Wściekała się chyba trochę przez to, iż wydawało jej się, że ojciec sam ściągał na nich niebezpieczeństwo, a ona na tym cierpiała.
Nie powiedziała już nic, choć nie odmówiła sobie tego, aby po raz kolejny strzelić oczami. Nie musiał robić wiele, a mimo to niesamowicie ją irytował, przez co Mindy jeszcze bardziej poprzysięgła sobie, że uprzykrzy mu tę wyprawę. I to nawet w obliczu tego, że rzeczywiście nie do końca się przygotowała. — Bieliznę. Potrzebujesz sprawdzić? — zapytała przekornie na krótko przed tym, jak zdecydowała się przekroczyć próg pralni. Powiedzieć, że nie czuła się tam komfortowo, to jak nie powiedzieć nic.
Tego jednak nie dała po sobie poznać.
Wybrała jedną z tych pralek, które znajdowały się w największej odległości od towarzystwa, które się tu zadomowiło. Obejrzała ją uważnie, a później wyprostowała się i omiotła spojrzeniem stojącego nieopodal Baileya. Jakby z zamiarem potwierdzenia swoich wcześniejszych słów, wsunęła obie dłonie w dekolt własnej marynarki, aby rozpiąć przednie zapięcie biustonosza, który później w dość teatralny sposób wyciągnęła spod ubrania. Pozwoliła, by na krótką chwilę zawisł na jej dłoni, podczas gdy ona posłała brunetowi sztuczny uśmiech. Udowadniała mu w ten sposób, że nie kłamała.
— Będziesz tak miły i zorganizujesz mi jakiś proszek? — zapytała, a głową nieznacznie skinęła w stronę automatu, w którym można było go zakupić. I całe szczęście, bo o ile rzeczy do prania była w stanie zorganizować sobie całkiem szybko, tego samego nie można byłoby powiedzieć o materiałach.
Bailey Harrigan
-
niedawno wyszedł z więzienia i przypadła mu rola "niańki" rozpieszczonej córki bogacza
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sam podchodził do tego z pewnym dystansem. Nie czuł potrzeby dowiedzenia się wszystkiego. Miał pewność, że wiedział dokładnie tyle, ile musiał i dopóki nie działo się nic alarmującego, nie sądził, aby wciskanie nosa w nieswoje sprawy do czegokolwiek mu się przysłużyło, dlatego tego nie robił. Jedyne, na czym musiał się teraz skupić to uporządkowanie spraw z Mindy i złapanie jakiegoś balansu w nowej pracy, w której wciąż musiał się odnaleźć, w końcu dopiero zaczynał.
Czy udało jej się go speszyć? T r o s z e c z k ę, dlatego Bailey zamrugał kilkakrotnie, po czym na chwilę odwrócił wzrok skrępowany, uświadamiając sobie, że wkraczał na teren zakazany, dlatego musiał się wycofać. – Obejdzie się – odpowiedział krótko, kończąc temat, w który nie chciał się zagłębiać.
W środku przystanął w pewnej, ale nie jakiejś dużej odległości od Mindy. I obserwował ją do czasu, aż nie zaczęła się rozbierać. Kiedy zorientował się, co wyprawiała, odwrócił głowę, żeby się na nią nie gapić. Nie dlatego, że to mu się nie podobało. Po prostu nie powinien i nie chciał dawać jej amunicji, dlatego wolał jak najszybciej przenieść uwagę na inny punkt dopóki blondynka nie skończyła. Bo właśnie, kątem oka nadal coś widział z tego, co się działo, dlatego wiedział, kiedy już wyciągnęła ten stanik, co uznał za sygnał, że może ponownie przenieść na nią spojrzenie.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jestem twoim służącym? – marudził, ale i tak poszedł posłusznie do automatu i wrzucił do niego kilka drobniaków, aby dostać porcję proszku potrzebną do zrobienia prania. Przy okazji rzucił kątem oka na znajdujące się nieopodal towarzystwo, upewniając się, że nie byli oni groźni. Jedynie nieciekawi, ale to nie jest coś, co byłoby powodem do zachowania przy nich większej czujności lub straszenia. W ocenie bruneta nie powinni zrobić nic głupiego, dlatego bez wchodzenia z nimi w interakcje wrócił do Mindy, aby wręczyć jej proszek.
I dalej z zainteresowaniem przyglądał się jej, ciekawy, czy w ogóle wiedziała, jak zrobić tu pranie. Nie wyglądała na osobę, która kalała się taką pracą.
Mindy Montague