-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Im bliżej godziny zero była, tym wyraźniej zaczynała się stresować. Była to uroczystość na której jej zależało. Jak wcześniej nie przykładała wagi do ślubu, bo nie wiązała z nim większych emocji, tak teraz zwyczajnie jej zależało. Wiedziała z jednej strony, że miała to być czysto techniczna formalność, działanie praktyczne, które tak lubił jej narzeczony, a jednak ona nie umiała tego nie łączyć z czymś poważniejszym. Chcąc nie chcąc przywiązała się do Giovanniego. Zależało jej na nim i zaczął znaczyć o wiele więcej zdecydowanie szybciej, niż powinien.
W końcu brała ślub z kimś, z kim faktycznie chciała być. Z kim mogłaby spędzić resztę swojego życia. Właśnie dlatego zależało jej na tym, aby to wydarzenie było zorganizowane dokładnie tak, jak to sobie wymarzyła. I chociaż większość spraw była już dopięta na ostatni guzik, sukienki zostały kupione, a potrawy na stół wybrane, to wciąż należało załatwić ostatnie formalności.
Jak wrócili z Malediwów, ponownie rzuciła się w wir obowiązków, które dawały jej pewne poczucie spełnienia. Jej wcześniejsze życie kury domowej było nudne i monotonne, nie dawało żadnej satysfakcji, ani poczucia realizowania samej siebie. Teraz jednak było zupełnie inaczej i nawet jeśli często kładła się spać o późnych godzinach, aby rano wstać zbyt wcześnie, to zwyczajnie to uwielbiała.
Zwłaszcza gdy o jej restauracji zaczęto mówić coraz częściej.
Zauważyła jednak, że w pewnym momencie zaczęło ją to przytłaczać. A może po prostu stała się przemęczona. Gorzej się czuła i częściej kręciło jej się w głowie. Wiele jednak zwalała na poły stresu nie tylko biznesem, ale także wydarzeniem. Nie podjęciem decyzji i włożeniem, po raz kolejny, obrączki na palec, ale spotkaniem z całą familią po raz pierwszy.
Czasami było lepiej, czasem gorzej.
Ale gorsze samopoczucie nie znikało. Nawet mimo leków i większej ilości snu.
Dlatego mimo pewnego sceptycyzmu, powzięła kolejne kroki, aby lepiej zbadać i otrzymać odpowiednią diagnozę. Diagnozę, która na kilka długich sekund zatrzymała jej serce w pewnym przestrachu i czymś jeszcze, czego nie umiała dokładnie określić.
Nie podzieliła się jednak nią z Giovannim od razu, przynajmniej dopóki nie miała pewności co do swojego stanu zdrowia. Ale gdy stało się jasne, że się nie myliła… musiała odbyć rozmowę z narzeczonym, który za zaledwie miesiąc miał się oficjalnie stać jej mężem.
Z jakiegoś powodu się stresowała. I nawet nie wiedziała dlaczego.
Cały dzień myślała o tym wieczorze. Giovanni jak zawsze był zapracowany. Miał swoje spotkania, a nieznani jej ludzie pojawiali się w ich domu, aby zamknąć się z mężczyzną w jego gabinecie, gdzie prowadzili rozmowy.
Dopiero gdy miała pewność, że ostatnie osoby opuszczają dom, a Salvatore nie będzie miał już więcej gości, zapukała grzecznie do drzwi jego biura, a następnie otworzyła drzwi, aby stanąć w progu z łagodnym uśmiechem na twarzy.
— Koniec na dzisiaj? — spytała, opierając się bokiem o framugę. — Czy masz czas na przyjęcie jeszcze jednej osoby?
Giovanni Salvatore
-
They call me a demon, they call me a monster, but i can't be the strongest forever
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Giovanni miał ogromną potrzebę kontroli i wpływu. Nad wszystkim i na wszystko, co go otaczało, co tylko mogło być kontrolowane w jakiś sposób. Nie chodziło o pogodę czy porę dnia; ale przede wszystkim o ludzi. Wpływ na ich zachowania, na ich myśli, a nawet na ich wygląd. Chciał, aby wszystko to, co tyczyło się niego samego, przebiegało wedle jego definicji porządku.
Nie pozwalał na odchyły, bo te oznaczały utratę kontroli, a tego nienawidził. Wszelkie zmienne monitorował i dbał o to, by nie było niespodzianek.
Dlatego fakt, że nie sprawdzał i nie angażował się w organizację wydarzenia paradoksalnie, w jego języku, oznaczał głębokie zaufanie i oddanie. Że traktował Navi i podejmowane przez nią decyzje jako coś, co było zintegrowane z jego systemem. Jak gdyby należało to do jego porządku. Jakby tak miało być, bo on tak chciał.
Naturalnie udzielał się, gdy go o coś pytała, ale wtedy i tylko wtedy, samemu nie sprawdzając jej.
Więc w jego przypadku istotna była perspektywa. Nieprosta, mocno różna od standardowej, emocjonalnej, ale dążąca do tego samego. Podkreślająca bliskość przez jego dystans.
Samo małżeństwo nie było dla niego niczym wielkim – widział to bardziej jako ruch strategiczny, niż romantyczny, ale ta strategia z kolei wywołana była rolą Navi w jego życiu. Świadomością, że weszła w jego układ i codzienność, a on z tym nie walczył, a zaakceptował.
Nigdy nie planował też zakładać rodziny, jak większość jego krewnych – bliższych i dalszych – bo nie miał na to czasu, nie czuł potrzeby, a później okazało się, że nie miał też nawet możliwości. Swojej własnej bezpłodności nie planował leczyć, choć mógł, bo taka decyzja odbijała się od pierwotnego postanowienia – nie planował zakładać rodziny.
Ale ślubu też nigdy nie planował.
Gdy gabinet opuścił mężczyzna, z którym rozmawiał przez ostatnie dwie godziny, on nie poruszył się. Wciąż trwał w swoim fotelu, układając w głowie całość rozmowy. Obrócił w dłoni długopis, którym ledwie chwilę temu składał swój podpis na kontrakcie, a następnie odłożył przedmiot na miejsce, w które zawsze go kładł.
Nawet nie drgnął, kiedy rozległo się pukanie. Przewidział, a raczej – chłodno skalkulował – że mogła to być tylko i wyłącznie Navi. Nie miał na ten dzień zaplanowanych żadnych innych spotkań, a gdyby ktoś niezapowiedziany wziął jego dom szturmem, to z pewnością nie zatrzymałby się pod samymi drzwiami, aby uderzyć knykciami w drewno i poczekać na pozwolenie.
Podniósł spojrzenie dopiero, kiedy jej sylwetka wsunęła się do pomieszczenia.
— Koniec — potwierdził. Żadnych nieprzewidzialnych i nieplanowanych spotkań. Tak, jak miało być. Navi była jego codziennością, więc jej pojawienie się w gabinecie nie podegało żadnej z definicji nieplanowanego czy spotkania.
Druga część jej wypowiedzi przykuła jego uwagę. Jego umysł pobudził się, aby zacząć obrabiać to jedno zdanie i rozpatrywać jego ewentualności. Jak gdyby chciał przewidzieć, o co ma chodzić, jeszcze zanim ona to nazwie. Tak jak zawsze – musiał być o co najmniej krok do przodu przed rozmówcą.
Nawet, jeśli chodziło o nią.
Cała gratka tkwiła w tym, że możliwości było naprawdę dużo.
— Dla ciebie zawsze mam czas — odpowiedział, pozwalając sobie na kontrolowany uśmiech.
Takie gesty nie przychodziły mu naturalnie i nawet jeśli można było je nazwać sztucznymi, to na pewno były intencjonalne i z jego perspektywy: szczere. W końcu szły za jego postanowieniem.
— W zasadzie to też chciałem z tobą porozmawiać — podjął, jeszcze zanim ona miała możliwość zabrać głos. — Ostatnio wyglądasz na mocno przemęczoną. Rozumiem, że restauracja to ambitny projekt, Navi, szanuję twój upór i determinację, ale jeśli sama sobie nie postawisz granicy, to będę musiał zrobić to ja.
To było mocne. Dość kontrolujące, choć tak naprawdę podszyte troską. Taką, której nie potrafił wyrazić w inny sposób, niż dążeniem do oczywistego – w tym wypadku: odpoczynku i obniżenia poziomu jej zmęczenia – przez środki niekoniecznie niebezpośrednie.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie uważała, że była przemęczona. A jednak jej samopoczucie zaczynało się psuć z niewyjaśnionych wcześniej powodów. Teraz chociaż wiedziała z jaką przypadłością się mierzyła.
Nie do końca wiedziała też jak ma zacząć temat, chociaż wydawałoby się, że nie ma się czego obawiać. A jednak sytuacja była na tyle… niezaplanowana, że nie umiała przewidzieć reakcji Giovanniego. Sama była zaskoczona, i to porządnie, a w jej głowie panował mętlik.
Kąciki ust jej się delikatnie uniosły na jego odpowiedź. Trochę czasu musiało minąć, aby mogła się czuć w pełni swobodnie przy jego osobie. Chociaż te oświadczyny były mocno strategiczne, to jednak wciąż rozchodziło się o nią. Początkowo nie umiała się odnaleźć po „powrocie”, ale wraz z biegiem kolejnych dni, znalazła spokój oraz wolność, których nie miała nigdzie indziej.
A także dziwne, paradoksalne bezpieczeństwo.
Weszła do środka, nie zamykając za sobą drzwi. Po wyjściu ostatniego wizytatora, w domu nikogo już nie było, a raczej też nie mieli niezapowiedzianych gości, dlatego nie musiała się martwić o prywatność. Gdzie jak gdzie, ale tutaj była jej absolutnie pewna.
Brew jej delikatnie drgnęła wyżej, kiedy usłyszała, że też chciał z nią rozmawiać. Zanim jednak zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, Giovanni rozwinął swoją wypowiedź. Domyślała się, że akurat on na pewno także zauważył różnicę w jej samopoczuciu. Ze wszystkich osób jakie znała, to właśnie Salvatore był najbardziej spostrzegawczym człowiekiem, który widział więcej, niż czasem sami zainteresowani. Tak więc nie było to zaskoczeniem, że stopniowe zmiany w jej zachowaniu zaczęły zwracać także jego uwagę.
Żeby to jeszcze faktycznie chodziło o samo przepracowanie.
— Przywiążesz mnie do łóżka? — spytała zaczepnie, podchodząc powoli kolejnych kilka kroków w stronę wielkiego, drewnianego biurka.
Przejechała palcami po ciemnym blacie, zastanawiając się nad własnymi słowami. Czuła przy tym jak serce bije jej szybciej pod wpływem wielu, skrajnie różnych emocji.
— Masz rację, ostatnio gorzej się czuję — zaczęła, niespiesznie podnosząc na niego swoje ciemne tęczówki. — Ale to nie przez restaurację. — Chociaż praca mocno ją angażowała i nie raz siedziała do późnych godzin, to nie było to dla niej przytłaczające. Ani psychicznie, ani też fizycznie. Wyjazdy do lokalu, rozmowy z pracownikami, a także cała papierologia były w końcu spełnieniem jednego z jej marzeń.
Nie raz i nie dwa była bardziej zmęczona praniem brudnych skarpet Subina, niż prowadzeniem dobrze prosperującej, sporej restauracji.
— Znaczy, częściowo na pewno — dodała. W końcu wszystko się aktualnie na siebie nakładało. Teraz, możliwe, że wiele rzeczy będzie ją męczyć bardziej, niż powinny.
Wzięła głębszy oddech. Na pewno już widział, że z jakiegoś powodu się stresowała. Wciąż mieliła w głowie myśli, układała słowa. Robiła to niezmiennie odkąd doszło do niej w jakim była stanie, ale cokolwiek wymyśliła, było dla niej niewystarczająco dobre.
Ale wiedziała, że musiała w końcu to z siebie wyrzucić.
— Byłam u lekarza. I wiem już dlaczego jestem ostatnio zmęczona i trochę inaczej ostatnio funkcjonuję. — Wydawałoby się, że po prostu rozkłada ją jakieś przeziębienie i wystarczy to wyleżeć…
Zamilkła, w dziwnym zakłopotaniu i mętliku, ostatni raz mieląc informację, którą miała przekazać.
— Jestem w ciąży.
Giovanni Salvatore
-
They call me a demon, they call me a monster, but i can't be the strongest forever
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To z pewnością była reakcja organizmu na sprzeczność danych. Bo tylko to zrozumiał z całej jej wypowiedzi. Nie ‘wielką nowinę’, a coś, co było sprzeczne z wszelką logiką, w której operował.
Ufał jej, więc nie podejrzewał o zdradę. Tę opcję niemal z automatu odsunął, na daleki plan, choć nie odrzucił kompletnie. Pomijając też kwestię samego zaufania, to jednak pilnował jej, analizował i obserwował, a nic nie składało się na to, by miała możliwość jakkolwiek dopuścić się aktu niewierności wobec niego. Miał obsesję na punkcie kontroli, tak też i kontrolował ją – robił to jednak w tak subtelny sposób, że większość tych działań mogła umykać jej uwadze. Ale monitorował jej zachowanie. I dlatego mógł być niemalże pewien, że to nie wynik zdrady.
Choć zawsze należało zostawić margines błędu.
Nie był zazdrosnym idiotą. Był analitykiem z obsesją na punkcie prawdy.
Dlatego skoro wykluczył scenariusz zdrady jako skrajnie mało prawdopodobny, jego myśli natychmiast przesunęły się w stronę źródła informacji, do jego wiarygodności, dokładności i potencjalnych błędów. Test mógł zwrócić wynik fałszywie dodatni. Mogło dojść do błędu diagnostycznego. Mogła zostać wprowadzona w błąd. Tyle że Navi nie była osobą naiwną, ani tym bardziej nie rzucała słów bez uprzedniego upewnienia się, że stoją za nimi konkretne dane.
A to oznaczało, że przynajmniej jedno z jego dotychczasowych założeń musiało być błędne.
Problem polegał na tym, że zgodnie z jego wiedzą, zarówno medyczną, jak i opartą na wcześniejszych diagnozach, taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Bo była, z biologicznego punktu widzenia, niemożliwa.
Utkwił spojrzenie w jej twarzy; nie w samych oczach, ale w całości jej lica, tak jak zwykle to robił, kiedy próbował wychwycić jakikolwiek detal, który zdradziłby rozmówcę. Coś, co mogłoby wykazać niespójność, zawahanie czy fałsz w przekazie, ale… niczego takiego nie znalazł.
Jego uporządkowany, analityczny świat, w którym wszystko kontrolował, zaczynał wyślizgiwać mu się spod jego własnych rąk, które go porządkowały. A tego przecież nie lubił. Na zmienne zawsze był gotowy, zawsze potrafił się przeprogramować, ale to?
Wstał ze swojego miejsca powoli i bez gwałtowności; dalej z tą swoją charakterystyczną, kontrolowaną płynnością w każdym ruchu i zbliżył się do niej niespiesznie, nie spuszczając z niej swojego spojrzenia.
— Navi, kto to potwierdził? — zadał, ze spokojem, pierwsze pytanie, które wydawało się być w tej chwili najsensowniejsze. Skoro występował błąd logiczny, to musiał sprawdzić, czy przypadkiem nie wystąpił u źródła. O ile nie podważał jej rozsądku, to mógł podważyć kompetencje. Ale mógł też podważyć jej układ – w końcu operowała w emocjach, więc może taki test ciążowy wywołał jakieś i wytrącił jej konsekwencję na moment. — Wiesz, że ja nie mogę być ojcem. — Nie dlatego, że nie chciał – choć nigdy o tym nie myślał. Dlatego, że było to uwarunkowane przez biologię. Przez szereg badań, które spójnie, wszystkie razem, dawały jeden, niezmienny wynik.
Ale z drugiej strony – skoro należało wątpić w badania, to może należało wątpić w te, które przeprowadzono jemu? Faktem było, że jeśli chodziło o zdrowie, to zawsze wybierał bardzo dobrych specjalistów, ale to wciąż byli ludzie – więc istniało ryzyko pomyłki. Ale też dlatego swojego własnego przekonania nie opierał na jednym czy dwóch badaniach, bo zawsze sprawdzał. Wszystko i wszystkich.
Co się miało zmienić? Przecież błąd nie mógł być po jego stronie.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie musiała więc dłużej truć się tabletkami.
Co więc stało się po drodze? Jakim cudem zaszła w ciążę, skoro nie sypiała z nikim innym? Skoro jedyną osobą, którą miała między nogami, odkąd zostawiła męża, był Włoch?
Była pewna wyników lekarskich, bo wszystko się ze sobą składało. Jej gorsze samopoczucie, nudności, które wcześniej zwalała na chorobę czy niestrawność czy nawet obolałe części ciała, nie mówiąc już od spóźniającym się, już sporo czasu, okresie. Sama musiała się upewnić, gdy zrobił test ciążowy, a potem kolejny i kolejny, zestresowana obserwując pojawiające się kreski.
Nie powiedziałaby mu, gdyby nie była pewna.
Przez cały czas nie spuszczała z niego spojrzenia, niemalże słysząc własne, mocno bijące, zestresowane serce w piersi. Każda kolejna sekunda jego milczenia wydawała się trwać wiecznie. Wiedziała, że wiadomość nie była byle czym, nie tylko dla niej. Jeśli tylko by chciał, mógł przecież spokojnie sprawić, że ciąża przestanie być ewentualnym problemem.
O ile uznawał to za problem.
Nie uważała, że była gotowa na dziecko. Na pewno mentalnie się do niego nie przygotowywała, więc informacja mocno zaskoczyła i przestraszyła także ją. Właśnie jej wymarzona restauracja zaczęła prosperować i dopiero się rozkręcała, a teraz miała jeszcze nosić, przez kolejne osiem miesięcy, dziecko pod sercem?
Dziecko, które podobno nie miało prawa istnieć?
Nieświadomie przełknęła ślinę w niespokojnym odruchu, gdy podniósł się ze swojego siedzenia. Zadarła wyżej podbródek, gdy znalazł się bliżej, przez cały czas nie spuszczając spojrzenia z jego twarzy.
— Trzy testy ciążowe i lekarz, ginekolog, który wykonał badanie krwi oraz USG — odpowiedziała spokojnie. Otrzymała do domu wszystkie wypisy, które potwierdzały ciążę. Podniesione parametry krwi, a także widoczny na czarno-białym obrazie zarodek, którego nie dało się zignorować.
Gratulacje, jest pani w ciąży.
Chyba mocno odbiegała ze swoją reakcją od pozostałych kobiet, które otrzymywały taką wiadomość.
— A jednak - jesteś — powiedziała spokojnie, wciąż nie spuszczając z niego wzroku. — Nie ma innej opcji, Giovanni. — Doskonale pamiętała informację, którą jej przekazał. Na jej podstawie przecież opierała decyzję, aby się nie zabezpieczać dodatkowo tabletkami. I nie uważała, że jej kłamał, bo Giovanni nie był tym typem człowieka. Zapewne jeśli uważałby, że istniałoby jakiekolwiek ryzyko przypadkowej, nieplanowanej ciąży, to zapewniłby wszelkie środki ostrożności. Ona także.
Odetchnęła pod nosem, spuszczając spojrzenie oraz głowę, aby zebrać myśli. Z jakiegoś powodu czuła się tak, jakby zrobiła coś źle, chociaż przecież sama nie była w stanie tego przewidzieć.
Nie spodziewała się niewiadomo jakiego szczęścia, bo nawet nie planowali, ani nie starali się o potomstwo. Nie oczekiwała reakcji jak na filmach, bo sama też takiej nie miała. Domyślała się, że będzie tak samo zaskoczony co ona. Tylko pytanie - co dalej?
Przeczesała nerwowo włosy, wracając do niego wzrokiem.
— Według lekarza to szósty tydzień. — Czyli dokładnie tyle, ile minęło od ich walentynkowych wakacji na Malediwach, co według jej wyliczeń było kolejnym spójnym punktem. — Nie mówiłabym ci, gdybym nie była pewna — powiedziała łagodnie, ale stanowczo.
I na pewno by mu nie próbowała go wrobić w dziecko kogoś innego.
A Maryją nie była, aby doszło do cudownego zapłodnienia.
Giovanni Salvatore
-
They call me a demon, they call me a monster, but i can't be the strongest forever
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie przerwał jej, kiedy zaczęła wyliczać, bo sposób, w jaki to zrobiła, nie pozostawiał miejsca na prostą ignorancję. Wyjaśniła go tak, jak powinna to robić. Bo nie był to jeden test, jedno przypuszczenie, jeden impuls, tylko zamknięty ciąg dowodów, które wzajemnie się wzmacniały, tworząc spójny obraz. No i przez fakt, że Navi nie była osobą, która rzucała takie informacje bez przygotowania, nie działała pochopnie w sprawach, które wymagały konkretu, nie przychodziła z dramatem, który nie miał podstaw, i właśnie dlatego ten margines błędu, który zawsze zostawiał przy ludziach operujących emocjami, tym razem był mniejszy niż zwykle – ale wciąż istniał, bo musiał istnieć.
Ale powoli zaczął się rozmywać.
Jego umysł przyjmował to, co mówiła, ale nie pozwalał, by te informacje się zakorzeniły, jakby blokował ich pełne przetworzenie, odruchowo szukając miejsca, w którym mogło dojść do błędu. W końcu testy mogły się mylić, lekarz również, diagnostyka nadal była tworzona przez ludzi, a ludzie popełniali błędy, i właśnie na tym opierał swoje pierwsze odruchy, bo łatwiej było podważyć źródło niż fundament, na którym budował własną pewność przez lata.
Te sześć tygodni rozliczył od razu. Padło na Malediwy, na wyjazd, który sam zaplanował. Do cudownego raju. Chyba nie spodziewał się, że to aż tak cudowny miał być.
I zatrzymał się dopiero na jej ostatnich słowach, bo nie były one emocjonalne, nie były próbą przekonania go ani obrony, tylko deklaracją, która była spójna z tym, co o niej wiedział. Miała rację w tym jednym i skontrowała go wyśmienicie. A to znaczyło, że uczyła się go całkiem dobrze. Jak również życia z nim.
— Nie powiedziałabyś — powtórzył cicho, bardziej porządkując własny tok myślenia niż odpowiadając jej bezpośrednio, zatrzymując się na tej jednej konkluzji, która wbrew wszystkiemu, stety-niestety, była dla niego najbardziej logiczna.
Jego umysł zaczął zgrzytać, kiedy w trybie nagłym próbował przebudować obecny porządek na taki, który uwzględniał coś, czego wcześniej miał absolutnie nie uwzględniać. Dość dobrze znał to uczucie, kiedy sam siebie rekonstruował, bo nie był w stanie obejść w żaden sposób napotkanej przeszkody.
Za pierwszym razem zapoznał się z nim, kiedy w jego układ codzienności weszła Navi. I kiedy uświadomił sobie, że nie można jej potraktować jak każdej innej przeszkody.
Jego spojrzenie przesunęło się jeszcze raz po jej twarzy, kiedy on na swojej własnej nie pozwalał się odbić żadnemu wyrazowi. Niczemu, co by go zdradziło i zdjęło starannie tkaną latami maskę pełni kontroli.
— Więc jeśli zakładam, że masz rację — zaczął, bez zawahania, choć z pewną ostrożnością, która zdradzała, że konstrukcję tego zdania musiał świadomie ułożyć — to znaczy, że błąd nie leży po twojej stronie.
Zawiesił głos, ale wcale nie dla dramatyzmu. Dla jednej chwili, w której raz jeszcze wykonał rachunek w głowie, na szybko i dla pewności. Ale wynik dalej był ten sam i wcale nie był prosty dla niego.
— Tylko po mojej.
Takie wyniki były dla niego najcięższe, bo brutalnie uświadamiały błąd w jego systemie, w schemacie i w tym jak funkcjonował. Niespójność, której nie wychwycił, a przecież jako ktoś, kto chciał kontrolować absolutnie wszystko powinien również absolutnie wszystko wkalkulowywać.
A przyznanie się do błędu u niego było ciężkim, choć ważnym momentem. Nie chodziło o przekonanie, że jest idealny – takiego nie miał. Bardziej o fakt, że było to dla niego bolesne samo w sobie. Odbierał to jako ciężką porażkę na własnym tle osobowościowym.
Problem był taki, że w tej sytuacji przeprogramowanie rzeczywistości i poprawienie błędu wcale nie było takie proste, bo ów błąd był żywy i namacalny.
Ten ciężar przyszedł i osiadł na jego barkach dopiero parę długich sekund po tym, jak przyznał się do swojej porażki. Ale tym samym określeniem nie mógłby nazwać pokłosia źle dokonanych wyborów. Nawet on, choć nie z powodu emocji, nie mógłby.
To był też pierwszy moment, w którym idealnie ułożone i niemal nienaruszone mięśnie na jego twarzy drgnęły i odsłoniły jakikolwiek wyraz. Nie był przejaskrawony, dla niewprawnego oka pewnie tez niewidoczny, ale znając go, można było prędko dojść do wniosku, że był skołowany i jak raz nie miał zaplanowanych ruchów i słów o te dwa czy trzy kroki wprzód.
Jego system miał glitch. A ów glitch zdawał się rozkruszyć idealnie kontrolowany obraz niego samego.
— Czy to w jakikolwiek sposób wpływa na twój stan? Jest w tym jakiekolwiek ryzyko dla ciebie?
Te pytania, choć padły bez kontroli, wymykając się z jego sparaliżowanego centrum dowodzenia, wciąż trzymały się pewnego trzonu, na którym budował relację. Navi była priorytetem. Najwyższym z najwyższych. Była jego żywą, zintegrowaną częścią, a przez to wszystko inne, w tym cała informacja o dziecku zeszła na odległy plan.
Zanim w ogóle mógłby z powrotem zresetować się i działać, musiał wiedzieć jedno, co było niemal jego trzonem. Musiał wiedzieć, czy była bezpieczna.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A teraz stała przed faktem dokonanym. I zwyczajnie się obawiała.
I chociaż domyślała się, że dla niego to także był szok, to gdzieś w środku miała cichą nadzieję, że nie będzie jej podejrzewał o zdradę. W końcu był przekonany, że dzieci mieć nie mógł, a ona przychodzi do niego z wieścią o ciąży. Tyle tylko, że Giovanni był jedyną opcją, która wchodziła w grę, bo od opuszczenia Korei, nie spała z nikim innym.
A jednak czuła się, jakby zrobiła coś złego. Jakby za chwilę miał się na nią wydrzeć, chociaż nigdy tego nie robił, a jednak lata spędzone przy Subinie, wciąż odbijały na niej swoje piętno. Nawet jak nie miała z nim styczności od tak długiego czasu, to nie mogła wyplenić pewnych nawyków, bo jej psychika podpowiadała, aby się kulić i przygotować na najgorsze.
Ale to najgorsze nie miało nadejść.
Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć, kiedy przyznawał, że błąd nie leżał po jej stronie, a po jego. Błąd. Błąd w kalkulacjach i ewentualnych zabezpieczeniach. Błąd, który zakończył się jej nieplanowaną ciążą.
Przez kolejne miesiące miała nosić pod sercem jego dziecko i nie do końca wiedziała czy ma się cieszyć, czy jednak obawiać. Wiele różnych emocji się w niej kotłowało, a obserwowanie jego oraz jego zachowania wcale nie pomagało. Z drugiej strony, przecież mogła się spodziewać, że będzie wciąż tak samo mało czytelny jak zawsze.
I wtedy coś mignęło. Coś, czego wcześniej nie widziała na jego twarzy.
Słysząc jego pytania, początkowo uniosła jedynie brew wyżej w zaskoczeniu, która dość prędko wróciła na miejsce, gdy tylko odetchnęła. Kąciki ust jej drgnęły w delikatnym uśmiechu.
— To dopiero początek, więc nie wszystko da się jeszcze ocenić. — To miał być za wczesny okres na pełną ocenę zdrowia dziecka czy przebiegu ciąży, ale zapamiętałaby, gdyby lekarz próbował coś ukryć. Pamiętałaby jeśli zbyt długo patrzyłby na obraz USG, albo wyraz jego twarzy się zmienił chociażby na ułamek sekundy, zanim powiedział co widzi. — Lekarz powiedział, że większość ewentualnych powikłań ocenia się dopiero w kolejnych tygodniach, ale na ten moment wszystko rozwija się prawidłowo i najpewniej tak już zostanie. — I jej hormony, i jej wyniki krwi były dobre, a także ułożenie pęcherzyka zarodka, nie mówiąc o słyszalnej już czynności serca. — Jedyne objawy jakie aktualnie mogę mieć to nudności, zmęczenie, wahania nastroju, zawroty głowy, brak apetytu albo zachcianki jedzeniowe — powiedziała, a kąciki ust niepewnie uniosły się wyżej w delikatnym uśmiechu. — Nic poważnego. — Nic ryzykownego. Objawy typowe dla jej stanu, które miała praktycznie każda kobieta. Mniej lub bardziej zauważalne. U Navi zaczęło się od zmęczenia oraz zawrotów głowy, ale usłyszała, że to kwestia czasu, aż inne symptomy się pojawią.
Mogły też nigdy nie nadejść.
— Przewidywane rozwiązanie wypada w pierwszej połowie listopada — poinformowała, przekazując mu to, co powiedział jej lekarz. To była wizyta gdzie informacja uderzyła ją jak obuchem, więc pamiętała absolutnie wszystko. Nawet kolor podłogi w gabinecie.
Giovanni Salvatore
-
They call me a demon, they call me a monster, but i can't be the strongest forever
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A fakty nie powinny się zmieniać.
A jednak jeden właśnie to zrobił.
Porażka. Porażka jego systemu.
I samo to, że coś nie okazało się prawdą, nie byłoby jeszcze problemem, bo adaptacja była dla niego procesem naturalnym, bo potrafił przyjmować błędy, potrafił je włączać do systemu i przebudowywać całość tak, by znów była spójna. Tyle tylko, że tutaj konsekwencja tego błędu nie była abstrakcyjna i tylko teoretyczna, nie była decyzją, którą można było cofnąć. Była fizyczna, namacalna i żywa.
To też niby nie było aż takim problemem, bo nie operował kategoriami moralnymi, które ograniczały innych ludzi, nie przypisywał życiu wartości samej w sobie, skoro wielokrotnie odbierał je bez zawahania, kiedy sytuacja i kalkulacje tego wymagały. Tak więc problemem nie była moralność i przypisywaniu praw do życia nienarodzonemu dziecku. Ciążę dało się usunąć, tak jak każdego innego, niewygodnego człowieka.
Ale to rozwiązanie rzutowało na nią. I tez mogło jej zagrażać.
Jej odpowiedź odnośnie jej stanu rozłożył przeanalizowal bardzo dokładnie, oddzielając fakty od interpretacji, informacje od sposobu ich przekazania, analizując nie tylko to, co powiedziała, ale też jak to powiedziała. Analizował czy w jej głosie była niepewność, czy próbowała coś ukryć, czy jej reakcje odbiegały od normy, którą zdążył już dla niej wyznaczyć. I nic z tego nie wskazywało na zagrożenie większe niż to, które wynikało z samej sytuacji.
Na ten moment była bezpieczna.
Najistotniejsze.
I ta jedna informacja wystarczyła, żeby jego umysł, choć jeszcze nie w pełni, zaczął wracać na właściwe tory, odzyskując kontrolę nad tym, co wcześniej na moment się rozproszyło.
— Jeśli się coś zmieni, cokolwiek — zaznaczył spokojnie, ale tnąc i akcentując to jedno zdanie, by nadać mu odpowiedni ciężar — chcę o tym wiedzieć.
Musiał
Musiał o tym wiedzieć.
Potrzebował kontroli. Nie zdawała sobie sprawy, ale dla niego była tak istotnym zasobem, że w tym momencie zamierzał owinąć się wokół jej świata jeszcze ciaśniej, monitorując wszelkie zmiany i zmienne w jej otoczeniu, aby zapewnić jej jak najlepszą ochronę.
Jej współpraca by to ułatwiła, ale nawet w jej przypadku nie mógł brać niczego za pewnik. Nie chodziło o zaufanie, a o przekonanie, że każdy popełnia błędy.
— Listopad — powtórzył ciszej, zawieszając się tylko na krótko na wskazanym terminie.
Cóż za zbieg okoliczności – w końcu to jego urodziny przypadały na początek tego miesiąca. Ale w obecnej sytuacji raczej ciężko potraktować informację jako prezent. W zasadzie to jeszcze nie wiedział jak ma to traktować.
I to właśnie brak przypisanej kategorii był w tym wszystkim najbardziej problematyczny, bo nie miał dla tego miejsca w żadnym ze swoich schematów, w żadnym algorytmie, którym się posługiwał. Nie wiedział, jaką wartość przypisać tej zmiennej, jak ją sklasyfikować, czy traktować ją jako błąd do usunięcia, czy jako element, który należało włączyć do systemu i nauczyć się nim zarządzać.
Sięgnął, dość wyuczonym gestem, który obrazował potrzebną jej emocjonalną i namacalną czułość do jej nadgarstka, ujmując go w subtelnie i z tą samą subtelnością pociągając ją o krok w swoją stronę. Przesunął kciukiem po jej skórze.
— A ty co o tym wszystkim sądzisz? — zapytał w końcu, przenosząc spojrzenie na nią, świadomie oddając jej głos w miejscu, bo choć decyzja ostatecznie i tak należała do niego, nie musiała tego wiedzieć, to jej odpowiedź miała określić kierunek, w którym tę decyzję podejmie.
Poza tym był zagubiony. I to w niej szukał właśnie tego kierunku. Nigdy nie przyznałby tego na głos, bo to byłoby równoznaczne z przyznaniem samemu sobie, że nie ze wszystkim sobie radzi, ale cóż.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I oczywiście, że była świadoma, że nie było to nic, czego nie dało się zwyczajnie… usunąć. Tylko jak o tym myślała, to nie była pewna czy chciałaby to zwyczajnie zakończyć. Może i nie była najlepszym materiałem na matkę, a przynajmniej tak jej się wydawało, ale miała w sobie pewną blokadę, gdy już była w tej sytuacji.
Kąciki ust jej się delikatnie uniosły, w nikłym rozczuleniu. Chociaż wiedziała, że to nie była doskonała sytuacja, bo żadne z nich nie miało kontroli nad tym, co się stało, to doceniała sposób w jaki przyjął tą informację. Nawet jeśli wiedziała, że się nigdy nie unosił, to w środku, po latach z przemocowcem, chcąc nie chcąc czuła obawę, że zacznie krzyczeć i ją obwiniać. Że zaraz teraz załatwi klinikę w której jeszcze tego samego dnia będzie musiała się pojawić na zabiegu, gdzie przywiąże ją pasami jeśli będzie się stawiać.
Ale wtedy przypomniał jej, że nie był tą samą osobą. Bo przede wszystkim pytał o nią.
— Oczywiście. Będziesz wiedzieć jako pierwszy. — Nawet nie zamierzała ukrywać przed nim czegokolwiek, bo i tak wiedziała, że to bez sensu. Prędzej czy później by się dowiedział, zważając na to, że miał dojścia wszędzie. Nie było sensu też nawet kłamać, o czym przekonała się już dawno temu, bo Giovanni i tak zawsze wiedział.
Ale nie zamierzała przed nim niczego ukrywać ze zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Bo był jej narzeczonym, a także ojcem nienarodzonego jeszcze dziecka.
Nie odzywała się, kiedy procesował wszystkie informacje, które mu przekazywała, czując w tym wszystkim, że jej własne serce wciąż bije nierównomiernie od tego wewnętrznego stresu. To był zaledwie początek, a wszystko miało przebiegać pomyślnie. Czuła się zaskakująco dobrze, a jej objawy były wyjątkowo znośne, ale z każdym kolejnym miesiącem mogło się wszystko pozmieniać.
Do listopada jeszcze kupa czasu.
A ty co o tym wszystkim sądzisz?
Dobre pytanie.
— Nie wiem — odpowiedziała szczerze, lekko zakłopotana. — Trochę się boję — przyznała, spuszczając wzrok na jego dłoń, która ujmowała jej nadgarstek. — Nigdy nie planowałam macierzyństwa. Nie myślałam o dzieciach i na ten moment nieco mnie to przeraża, bo nawet nie wiem jak się przygotować. — A jak wiadomo, nie miała zbyt dobrych wzorców rodzinnych. Jedyne czego była pewna to to, aby nie popełniać tych samych błędów, co jej rodzice. Można więc powiedzieć, że dokładnie pokazali jej czego nie robić, kiedy ma się dzieci.
Ale to raczej nie było dobre przygotowanie do roli matki. Chociaż oni byli innego zdania.
— Bałam się też twojej reakcji — powiedziała, podnosząc z powrotem na niego spojrzenie. Najbardziej się obawiała, że przekonany o swojej bezpłodności, zwyczajnie oskarży ją o zdradę, ale to także była dawna naleciałość po Subinie.
Odetchnęła i poruszyła dłonią, aby sięgnąć nią do jego, która wcześniej ujmowała jej nadgarstek. W tej chwili potrzebowała takich drobnych gestów bardziej niż wcześniej.
— Myślę, że po prostu potrzebuję czasu, aby to wszystko sobie poukładać. Ale raczej nie uważam tego za coś złego. W sensie, jestem tak samo wystraszona co podekscytowana, ale jednocześnie zmartwiona, że sobie nie poradzę — przyznała. To byłoby o wiele większe przedsięwzięcie niż restauracja. I na pewno o wiele bardziej zajmujące. — Ale jeśli będziesz w tym ze mną, to będzie łatwiej. — Bo to było najważniejsze. Czy nie zostawi jej z tym samej. I chociaż podświadomie wydawało jej się, że zna odpowiedź, to chciała też wiedzieć czy w ogóle przewiduje opcję rodzicielstwa.
Giovanni Salvatore
-
They call me a demon, they call me a monster, but i can't be the strongest forever
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W tym całym zamieszaniu, w tym jak sam zgubił rytm, choć tak bardzo starał się tego po sobie nie pokazać, świadomie dokonał pewnego wyboru. To ta kobieta miała mu wskazać kierunek i powiedzieć co zrobić. Sam decyzji nie podjął, bo wykraczało to tak bardzo poza ramy uniwersum, w którym dotychczas funkcjonował, że nie potrafił wystarczająco szybko, według samego siebie, przekalibrować się.
Czy chciał być ojcem? Nie wiedział. Czy chciał się pozbyć dziecka? Tego też nie wiedział.
To była decyzja, którą można było odroczyć w czasie; o kilka nawet miesięcy, jeśli miało się dobre kontakty.
Wysłuchał jej, ale początek jej wypowiedzi niewiele mu pomógł. Mógłby jej powiedzieć, że są w tym przekonaniu oboje; tak samo pogubieni, tak samo wyjęci spoza swoich planów, ale milczał. Milczał też, gdy przyznała, że bała się jego reakcji, choć chwycił się tych słów i obrócił we własnym umyśle.
Oczywiście, że tak.
Pozwolił jej zebrać swoje myśli i dokończyć to, co chciała powiedzieć. I dopiero w ostatniej części odnalazł coś, czego szukał. Pewien kierunek; subtelną podpowiedź dla decyzji, którą miałby podjąć.
— To znaczy, że chcesz tego? — spytał, zaciskając nieco mocniej, choć z wyczuciem, palce na jej dłoni. — Każda taka zmiana, Navi, jest także moją zmianą. Każda taka decyzja, jest moją decyzją. Więc jeśli chcesz tego, to oczywiste, że będę w tym z tobą.
Na dobrą sprawę w instytucji rodziny, choć dokładniej: la famiglia, każdy potomek był czymś wielkim. Był przedłużeniem rodu, nazwiska i dziedzictwem. Kimś, kto miał dalej poprowadzić wszystko to, co osiągnięto dotychczas. A jednak nie patrzył na to w ten sposób. Pewnie też przez to, że ta instytucja była tak popsuta, że niebezpieczna nawet dla jej członków.
Zwłaszcza dla niego. I jego rodziców.
— Wszystko dla ciebie, Navi. — Mówił jej, że jeśli będzie chciała całego świata, to dostanie cały świat. A chęć posiadania dziecka, które na dobrą sprawę już zostało poczęte, przy tym wszystkim miało być tak niewielkim promilem tego, co mógłby jej oferować.
Przyciągnął ją nieco bliżej siebie, drugą rękę osadzając na jej talii. Spojrzał na nią z góry, w ten sam sposób, kiedy doszukiwał się odpowiedzi w samym układzie mięśni na jej twarzy.
— Dlaczego bałaś się mojej reakcji? — zapytał, unosząc w charakterystyczny sposób brodę ku górze.
Miał parę typów odpowiedzi; jeden z nich najbardziej prawdopodobny – jej strach mógł być wywołany przede wszystkim tym, że ta informacja podważała przekonanie, w którym on żył. Podważała coś, co było faktem, a gdyby wziąć pod uwagę, że fakty się nie zmieniały to w prostym rozrachunku dawało to wynik oczywisty – to mogło nie być jego dziecko.
I oczywiście wciąż brał to pod uwagę – niczego nigdy nie można być pewnym; zwłaszcza że to, w czym on żył przez lata, nawet dekadę, albo i więcej, miało być nienaruszalną oczywistością. Zamierzał to zweryfikować później – w subtelny dla siebie sposób i dopiero potem znów dojść do konfrontacji.
Nie chodziło o to, że przepadł w Navi tak całkowicie, że nie posądzał jej o zdradę. Po prostu ufał jej na tyle, by nie traktować tego jako oczywistą odpowiedź na pytanie.
Niemniej chciał odpowiedź usłyszeć od niej – bardzo często tak robił; w jej przypadku nawet szczególnie.
Navi Yun