ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wpatrywał się tępym wzrokiem w wejście do muzeum sztuki nowocześniej i myślał tylko o jednym – o tym jak bardzo nie chciał tu być. Odwlekał wejście jak mógł, paląc już drugiego papierosa, lecz wiedział, że jeżeli ma otrzymać wypłatę za ostatnie zlecenie, to będzie musiał stawić czoło swojej napastliwej klientce.
Znał ten typ kobiety, nieco znudzonej śmietanką towarzyską i blichtrem, który ją otaczał; spragnionej sensacji, lecz skazanej wyłącznie na rolę obserwatorki. Gdy przyszła do jego biura po raz pierwszy, poznał całą masę historii z czasów jej świetlności, a także cienie dawnych decyzji, które wciąż kładły się na teraźniejszość. Wiedział do jakiego świata należała, bo przez lata był jego bierną częścią. Przyjął pierwsze zlecenie z niechęcią, lecz brak klientów i zaległości w zapłatach za inne zadania sprawiały, że był zdesperowany. Na drugie i trzecie zgodził się z tych samych pobudek. W końcu musiał przyznać sam przed sobą, że nie może dłużej tego ciągnąć, bo pani Poirier była gotowa zlecić mu nawet szukanie zagubionego kota sąsiadki, byle tylko móc zostać wysłuchaną. Znalazła więc inny sposób na to, aby zaskarbić sobie jego czas, zaprosiła go na imprezę charytatywną, którą organizowała obiecując, że będzie zachwycony jej przyjęciem. Nie chciał się zgodzić, lecz kategorycznie obstawiała na swoim powtarzając, że koniecznie musi go przedstawić swojemu przyjacielowi w potrzebie, który szuka kogoś, kto rozwiązałby jego problem, a Wolfgang nadawał się do tego idealnie. Uległ. Dla świętego spokoju i pieniędzy, których mu brakowało.
Zgasił papierosa i wszedł do środka. Wnętrze było surowcowe, urządzone w industrialny sposób z punktowym oświetleniem padającym na eksponaty, których zamysłu nie rozumiał. Elegancko ubrani kelnerzy kręcili się wokół wystrojonych ludzi, pogrążonych w dywagacjach i śmiejących się w ten charakterystyczny sposób dla osób z wyższych sfer. Poczuł się jakby cofnął się w czasie o jakieś dwadzieścia lat, gdy zdarzało mu się uczestniczyć w takich wydarzeniach zorganizowanych przez pana Morina, na których jego syn zwykle pełnił rolę chluby i odgrywał na skrzypcach skomplikowane kompozycje.
– Wolfgang – znajomy głos przywrócił go do rzeczywistości. Poczuł ciężkie, słodkie perfumy i dłoń zaciskającą się na jego ramieniu. – Mój drogi, naprawdę potrafisz wyglądać dobrze, jeżeli tylko chcesz – zachichotała pani Poirier, a jej francuski akcent zabrzmiał w każdej sylabie. Wiedział, że pochodziła z Quebecu, lecz przeprowadziła się do Toronto dla swojego drugiego męża, którego poznała sześć lat temu. Drugi mąż miał okazać się niebawem byłym mężem, lecz o tym wiedział na razie tylko on i sama zainteresowana.
– Chodź, oprowadzę Cię i przedstawię, poznasz kilku naprawdę interesujących ludzi… – pociągnęła go za ramię, a on posłusznie ruszył za nią.
Napotkani ludzie nie wydawali mu się wcale interesujący, lecz będąc szczerym, on sam musiał wydawać się kompletnie nieatrakcyjny. Na ogół nie miał problemu z dostosowaniem się do towarzystwa, potrafił znaleźć się wśród wron i krakać jak one, lecz tego wieczoru czuł się zmęczony i zniechęcony. Z jego ust nie spływały komplementy, jego język nie owijał się wokół wysublimowanych porównań, a twarz pozostawała nieprzeniknioną maską, na której próżno było szukać aprobaty czy oznak szacunku. Miał dość gwaru, który go otaczał, rozmów, w które próbowano go wciągnąć, zapachu alkoholu mieszającego się z drogimi wodami kolońskimi, swojego garnituru obejmujący jego ciało niczym macki.
Garnituru, który miał ubrany na własnym ślubie i który miał ochotę z siebie zerwać tu i teraz, były odpędzić się od myśli o Adamie i przysiędze, którą złożył mu w dniu ślubu

W zdrowiu i chorobie…


– Wybacz mi na chwilę – szepnął w końcu w ucho klientki i oderwał się od małego grona, by móc choć na chwilę pobyć sam i wziąć się w garść.
Skierował się w stronę schodów, które prowadziły na balkon z widokiem na galerię, po drodze zgarniając szklankę z bursztynową zawartością. Whisky przyjemnie paliło jego gardło i przełyk, choć nienawidził jego posmaku. Nie zamierzał jednak wybrzydzać, bo pomogło mu pozbyć się odrętwienia, które czuł od momentu opuszczenia taksówki i pozwoliło mu zakotwiczyć się we własnym ciele.
Przebiegł wzrokiem po nielicznych ludziach, którzy również znajdywali się na górze. Wszyscy wydawali się pogrążeni we własnych myślach, szukając odpoczynku od panującego na dole zgiełku. Oparł się o barierkę przyglądając się towarzystwu, aż w końcu jego spojrzenie potknęło się o jedną osobę.
Poczuł, jak zasycha mu w ustach. W jednej chwili jego mięśnie zalała gorąca ulga wymieszana z szczęściem i tęsknotą oraz lodowaty lęk ścinający krew w żyłach.
Wymężniał, choć jego twarz wciąż miała ujmująco chłopięcy wyraz, naznaczony bladymi piegami, które podkreślało ciepłe światło sączące się z małych lampek porozstawianych w kątach tarasu. Ubranie leżało na nim jakby było skrojone na miarę, podkreślając jego ton skóry; zaznaczając linię ramion i smukłą sylwetkę. Gdyby nie obezwładniający lęk, Wolfgang wyrwałby się do przodu, aby zamknąć go w uścisku. Chciał znów poczuć w nozdrzach zapach jego skóry i włosów, miękką fakturę skóry pod palcami, ciepło pełnych warg na swoich ustach. Montgomery wyglądał jakby ktoś utkał go z marzeń i fantazji Wolfganga.
I stał tuż przed nim, nieświadomy jego obecności.
Powinien wycofać się zanim zostanie zauważony. Wrócić do Poirier, wziąć kopertę i wyjść. Lecz to nie był jego najlepszy dzień.
– Monty? – zapytał miękkim głosem, zanim racjonalna część jego umysłu zdążyła go powstrzymać.

montgomery morin
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

I think I've seen this film before
And I didn't like the ending
You're not my homeland anymore
So what am I defending now?


Ból Montgomery'ego Morina miał prawdziwie kalejdoskopiczną naturę. Zupełnie tak, jak ta cylindryczna w kształcie, dziecięca zabawka, potrafił - czasem jakby za sprawą pojedynczego uderzenia serca - nagle zupełnie zmienić swój kształt, kolor i układ. W jednej chwili był niewyraźny i tępy, jak niegroźne, łagodne echo cierpienia. W następnej lubił rozpanoszyć się spontanicznie w ramionach i dłoniach mężczyzny, ostry i zimny niczym brzeszczot wżynający się brutalnie między tkanki ciała. Czasami w jednej, konkretnej formie towarzyszył skrzypkowi przez wiele dni bez przerwy. Ale czasem transformował się w zakamarkach jego ciała w takim tempie, że nawet sam Morin nie potrafił ani za nim nadążyć, ani też przewidzieć jego następnego wydania.
Wczorajszego wieczora, w drodze z prób do pustego, choć było już przecież dobrze po zmroku, domu, Monty zauważył zaczątek bólu tam, gdzie jego pierwsze zwiastuny lubiły się zwyczajowo pojawiać: pulsując w centralnym punkcie obydwu dłoni, między linią serca i linią losu, jak stygmat. Bezskutecznie, i w zasadzie bez większej nadziei na poprawę, starał się ten dyskomfort rozmasować, ale ironicznie wydawało się, że każdym posuwistym ruchem kciuka tylko rozprowadzał go po pozostałych częściach dłoni. W chwili, w której wsuwał klucz w zamek drzwi wejściowych, reumatyczne katusze, które jego organizm ewidentnie lubił czasem zadać samemu sobie, zdążyły rozpełznąć się już wzdłuż jego przegubów, aż do łokci, i próbowały wspiąć się dalej, ku barkom i szyi. Monty wiedział, jak potoczy się to dalej, i że żadna ilość naproksenu, olejku lawendowego i soli angielskiej nie wywabi go z objęć nadchodzącej męki.
Dlatego też zwyczajnie się upił. Smutno, choć nadal ładnie - rozciągnięty w półleżącej pozycji godnej greckiej rzeźby w Luwrze, albo podchmielonego beatnika parę przecznic dalej, w Quartier Latin, z szerokim golfem gołębio-szarego swetra pieszczącym napięte ścięgna szyi, w fotelu przy oknie, z widokiem na ogród niemogący jakoś dobudzić się do życia po długiej, beznadziejnej zimie. Monty czuł się podobnie - jak pęki magnolii skatowane chłodem, jak pierwsze, zieloniutkie liście narcyzów wychłostane wiatrem. Gdy Romy wróciła do domu, jej narzeczony nadal czuwał, choć wyglądał, jakby spał, z ręką sennie muskającą krawędź opróżnionej, odstawionej na podłogę szklanki. Pozwolił Romy się nabrać, i zostawić go samego. Kiedy przyszedł do łóżka parę godzin później, był już niemal całkiem trzeźwy, a wydawał się trzeźwy zupełnie, zważywszy na ilość płynu do płukania ust, którym wywabił z języka i spomiędzy warg ostatnie pozostałości alkoholu. Nie, żeby Romy mogła go o to zapytać - odwrócona na bok, i zatopiona głęboko w objęciach samego Morfeusza.
Dziś ból Monty'ego był inny. Nie uciążliwy nieprzerwanym trwaniem, ale zwyczajnie wkurwiający nieregularną przewidywalnością. Pojawiał się i znikał, jak pierwsze promienie słońca w marcu, jak iskra to buchająca płomieniem, to kompletnie niknąca w ognisku. Jak melodia - urywająca się i zaczynająca znowu, gdy słuchać zaczynał myśleć, że to już koniec kompozycji.
Tej formy cierpienia Monty nie lubił najbardziej, ponieważ kompletnie nie potrafił ani jej przewidzieć, ani skontrolować. Przed wyjściem na bankiet - tym razem nie z jego własnej winy, ale za sprawą jakiegoś zobowiązania Romy, która od imprezy w muzeum sztuki naprawdę nie mogła się wykręcić, a dostawszy zaproszenie dla siebie i osoby towarzyszącej, naturalną drogą pomyślała o Montgomery'm - wsunął w wewnętrzną kieszeń marynarki dwa blistry tramadolu, tylko w ostatniej chwili powstrzymując się, by nie dołożyć do nich małej, płaskiej piersiówki. Jego garnitur nie tylko wydawał się być szyty na miarę, ale taki właśnie był - zrobiony dla Morina na wymiar, na zamówienie - więc jego sylwetkę osaczał podkreślał zbyt starannie, by nie dało się rozpoznać kształtu małej flaszki pod klapą marynarki. Ostatecznie szatyn zostawił więc butelkę w domu. Nie w końcu, żeby obawiał się, że nie uświadczy tutaj odpowiedniej ilości procentów serwowanych przez młodziutkich, stremowanych obecnością wielkich nazwisk kelnerów.
Romy błyszczała dziś wyjątkowo żywo, z kaskadą włosów przerzuconych przez szczupłe ramię i perfekcyjną linią warg podkreśloną dodatkowo wyrazistą barwą pomadki, i Monty nie mógł zaprzeczyć, że schlebiało mu to, w jaki sposób na nich patrzono gdy przekroczyli próg galerii - z podziwem i z zazdrością, z zainteresowaniem i z jakąś dozą niechęci biorącej się tylko i wyłącznie z czystego onieśmielenia. Gdyby nie musiał przejmować się bólem, pewnie całkiem dobrze by się tutaj bawił. Ilekroć jednak próbował skupić się na płytkich, choć przyjemnych konwersacjach, które zwyczajnie wypadało mu prowadzić z przedstawianymi mu przez narzeczoną artystami, krytykami i studentami, znanymi przez nią jeszcze z czasów sprzed doktoratu, tylekroć zawsze okazywało się, że utrata czujności jest pierwszym krokiem do piekła. Gdy się pojawiał, ból był jak kopnięcie prądem - to biegnąc linią jego goleni, to rykoszetując łukiem jego lędźwi, to, wreszcie, strzelając jak bicz od koniuszka serdecznego palca, aż do kostki jego łokcia. Monty'emu chciało się płakać krzyczeć, ale zamiast tego kiwał głową, potakiwał, i zadawał rozmówcom bezpieczne, uprzejme pytania o ulubione dzieło na dzisiejszej wystawie, o ich własne, artystyczne plany na najbliższe miesiące, o to, skąd znali Romy, i czy nie uważali, że miała przed sobą naprawdę wspaniałą przyszłość?
Na jakimś etapie niemal zgubił ją w tłumie - otoczoną wianuszkiem znajomych, roześmianą w pół czyjegoś żartu, rozpromienioną towarzystwem, w którym czuła się swobodnie jak przysłowiowe ryby w wodzie. Monty nigdy nie był w stanie stwierdzić, czy naprawdę tak było, czy Romy była wyłącznie bardzo dobrą aktorką. Zawsze chciał ją o to spytać, ale jednocześnie jakąś częścią siebie chyba nie chciał nigdy poznać prawdziwej odpowiedzi.
Jeśli Romy grała, czy oznaczało to, że całe ich wspólne życie również było kłamstwem, na które nabrał się tak naiwnie jak dziecko?
Korzystając z chwili samotności, skierował się ku szerokim, bocznym schodom, zakrzywioną nieco linią balustrady prowadzącym na spowite przyjemnym półmrokiem pięterko. Tutaj było o wiele ciszej, spokojniej - inne sylwetki poruszały się w tej nowej przestrzeni jak cienie. Jak duchy. Jakby nie obowiązywał ich czas, ani konwenanse narzucone tym, którzy w żywe konwersacje wdawali się chętnie jedno piętro niżej.
Montgomery schwycił kieliszek szampana ze srebrnej tacy niesionej przez mijającego go kelnera, i objąwszy chudą szyjkę palcami - źle dla reumatyzmu, ale dobrze dla duszy - znalazł sobie miejsce nieco na uboczu, oparłszy się o balustradę balkonu w lekkim przychyleniu. Przymknął oczy, nawykowo starając się wychwycić z przyjemnego, przytłumionego nieco zgiełku nuty, które mógłby ukraść światu i wykorzystać w jakiejś autorskiej muzycznej kompozycji. Zamiast melodycznych tonów i półtonów, usłyszał jednak -
usłyszał własne imię.
Wypowiedziane głosem, który rozpoznałby na drugim końcu świata -
Ba, rozpoznałby go, kurwa, nawet na ostatnim kręgu piekła, nawet po śmierci, na innej planecie, po apokalipsie, po sądzie ostatecznym.
Uniósł wzrok nieco zbyt gwałtownie, porywczością tą zdradziwszy się natychmiast z brakiem obojętności, ale przecież musiał, m u s i a ł sprawdzić, czy była to prawda, czy tylko halucynacja zaprawionego alkoholem, zdesperowanego umysłu.
Wolfgang stał przed nim -
Nie.. To nie mogła być prawda.
Wolfgang stał przed nim, jego Wolfie Wolfgang Welsh z krwi i kości, starszy i chyba jeszcze wyższy niż wówczas, gdy widzieli się po raz ostatni. Ile to lat minęło? Boże...
Dwadzieścia? Nie. Mniej. Ale nie dużo.
Nie postarzał się - mężczyźni w ich wieku nie starzeli się jeszcze, zazwyczaj, lecz nadal tylko dorośleli, do czasu - ale niewątpliwie się zmienił, choć wystarczyło jedno spojrzenie by Monty zrozumiał, że niektóre części topografii jego twarzy nadal były dokładnie takie same. Barwa tęczówek, pół odcienia ciemniejsze obwódki dokoła jasnego błękitu, który - gdy Wolfgang płakał, i kiedy dochodził - niemalże wpadał jakimś cudem w turkus i morską zieleń. Łuki jego brwi, które Morin godzinami mógł śledzić opuszką palca, nigdy się tą czynnością nie nudząc. Dołeczek ponad górną wargą, z zaczątkiem w jego łuku Kupidyna, idealne miejsce do składania pocałunków.
Jego obecność tutaj, ze wszystkich okazji, podczas których mogli na siebie wpaść w ostatnich latach była tak idiotyczna, że Montgomery prawie się roześmiał.
Wyprostował się, nieludzkim wysiłkiem zmusiwszy się by spojrzeć blondynowi prosto w oczy, z dziwną, niedookreśloną emocją orientując się, że nadal był od niego odrobinę niższy, choć nie na tyle, by musiał zadzierać głowę jak rozmawiające z dorosłym dziecko. Chryste, całe szczęście.
Mógł powiedzieć wszystko i cokolwiek jednocześnie. Kopę lat!, z wykrzyknikiem dostawionym fałszywie radosnym, przyjacielskim tonem. Wolfgang! To ty!? Nie do wiary! Objąć dawnego przyjaciela ramieniem, klepnąć po plecach tak, jak robiło się to na zjazdach absolwentów i jubileuszach. Dobrze cię widzieć! Co słychać?! Nic się nie zmieniłeś!
- Nie - powiedział zamiast tego. Krótko, dobitnie. Jakby zaprzeczał - nie, to wcale nie on, tylko jakiś impostor podszywający się pod niego dla draki. Głos Wolfganga brzmiał miękko - o wiele bardziej łagodnie, niż Monty na to zasługiwał. I już sam ten fakt wywołał w nim kolejną falę bólu, choć Morin sam nie mógł stwierdzić, czy to reumatyzm, czy tylko trauma - Nikt mnie już tak nie nazywa. Wytłumaczył, i nie było to kłamstwem. Monty'ego, Wolfgang zabrał ze sobą, pozostawiając po sobie wyłącznie pełne, pompatyczne imię. Ten jeden raz, gdy Romy spróbowała pieszczotliwie zdrobnić jego imię, szatyn skarcił ją tak ostro, że do dziś miał wyrzuty sumienia za surowość własnej reakcji - Montgomery. Nie jestem już dzieckiem.

Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przez dwadzieścia lat nosił go w swojej pamięci. Wspomnienia ich wspólnego życia przybierały różne formy i zatruwały jego umysł niczym choroba, towarzysząc Wolfgangowi przez resztę czasu, który był zmuszony wieść bez niego.
A długo zajęło mu nauczenie się tego, czym jest życie bez Montgomerego.
Nie mógł przywyknąć do ciszy. Ulubione piosenki lub puszczane z płyt kompozycje smyczkowe nie były w stanie zrekompensować braku symfonii wychodzących spod palców Morina. Gdy ten grał, nie liczyło się nic poza nim i smyczkiem sunącym po napiętych strunach. Jego świat zdawał się zawężać do nut i przenikliwych dźwięków – tylko on i muzyka. Wydawał się niedostępny i majestatyczny w swoim opanowaniu, jakby każde drgniecie dłoni było częścią czegoś większego, dostępnego tylko dla niego. Wolfgang niejednokrotnie przyglądał mu się znad brzegu książki, nie mogąc znaleźć w literackich słowach nic równie fascynującego jak scena rozgrywająca się pośrodku ich wspólnego pokoju w akademiku.
Brakowało mu także cichej obecności Morina, która towarzyszyła mu podczas nauki lub czytania. Czasem jego wzrok przerywał śledzenie linijek w książce, tylko po to, by móc odnaleźć sylwetkę przyjaciela pogrążoną we własnej lekturze. Montgomery siedział zazwyczaj w wysłużonym fotelu w ten irytujący, nonszalancki sposób, którego Wolfgang nie potrafił skopiować. Eleganckim gestem przewracał strony książki i wydawał się tak i n n y. Zupełnie różny od Welsha, a także od wszystkich innych znanych mu osób, roztaczając wokół siebie aurę osoby, którą chce się trzymać przy sobie. Blisko. Welsh czasem myślał, że tylko on potrzebuje tej relacji w ten desperacki sposób, który jednocześnie podszeptuje myśli o tym, że to przywiązanie jest jednostronne. Lecz gdy podnosił głowę, aby sprawdzić czy Morin jest wciąż na swoim miejscu, zaczytany i pochłonięty własnymi myślami, przyłapywał go na wpatrywaniu się w niego. I było w tym coś kojącego, dzięki czemu Wolfgang odnajdywał cichą pewność, że nie tylko on potrzebował tej obecności.
Tęsknił za jego dotykiem, tym niewymuszonym i nieskrępowanym, okazywanym wielokrotnie za zamkniętymi drzwiami pokoju w postaci poklepywań czy krótkich uścisków ramion lub kolan. Za zetknięciem łokci i głów, gdy ślęczeli nad jednym podręcznikiem zakuwając do późnych godzin. A także za tym nowym rodzajem bliskości, który Monty odkrył w Wolfgangu i który wywoływał w blondynie gwałtowny uścisk w dole brzucha i dreszcze przebiegające po kręgosłupie.
Latami szukał kogoś, kto mógłby sprawić, że jego skóra ponownie załaskocze tak jak wtedy, gdy dotykał ją Montgomery.
Nie mógł znaleźć równie dobrego kompana do rozmów prowadzonych do rana na tematy błahe i poważne, ani nikogo z równie wysublimowanym poczuciem humoru. Szukał go we wszystkich napotkanych ludziach, lecz odnajdywał tylko cień, ledwo zarys czegoś znajomego, który rozpadał się przy bliższym spojrzeniu, pozostawiając jedynie rozczarowanie i uporczywą tęsknotę.
Więc gdy Monty podniósł gwałtownie głowę, jakby od razu rozpoznając głos Wolfganga, coś w jego wnętrzu drgnęło nagle. Nadzieja? Że może ten impulsywny, odsłonięty ruch był zwiastunem jakieś tęsknoty, którą on również podzielał przez te wszystkie lata? Lecz spojrzenie szatyna było ostre niczym brzytwa i sprawiło, że Welsh musiał chwycić się barierki, bo nagle jego nogi ogarnęło dziwne drżenie. Dwie dekady temu był w stanie czytać z przyjaciela jak z otwartej księgi, nawet wtedy, gdy ten próbował ukryć się za maską obojętności lub żartem. Jednak ta umiejętność zniknęła za sprawą lat rozłąki, osobnych doświadczeń, traumy, żalu i żałoby. Zmusił się do tego, aby za wszelką cenę zachować spokój na twarzy, lecz jego oczy zdradzały ciekawość i zniecierpliwienie, gdy gorączkowo błądziły po obliczu mężczyzny z naprzeciwka.
– Szkoda – odpowiedział krótko, wciąż tym samym miękkim tonem, jakby zupełnie nic złego się nie stało, jakby uwaga Morina wcale go nie zabolała. Lecz dobry Boże… tak bardzo go to ubodło. Może dlatego, że Morin od zawsze był dla niego Montym? Nieważne czy w złości, smutku, rozbawieniu czy pocieszeniu, Wolfgang zawsze zwracał się do niego zdrobniale. Wiedział jak to słowo smakuje w jego ustach, jak należy je obrócić, by podkreślić emocję, którą chciał przekazać. Nazywał go tak zawsze. Nawet wtedy, w kajucie, gdy pomiędzy krótkimi i rwanymi oddechami szeptał jak jest mu rozkosznie, a także wtedy, gdy kilka minut później przerażony powtarzał jak mantrę Monty, co jak, kurwa, najlepszego zrobiłem. Monty…
Zagryzł wnętrze policzka, by nieco otrzeźwieć i sprowadzić się na ziemię. Na chwilę zerknął na ludzi błądzących po parterze, głównie dlatego, by sprawdzić czy przypadkiem jego klientka nie zaczęła go poszukiwać. Na szczęście stała wciąż w tłumie, w którym ją zostawił.
– Muszę przyznać, że zawsze liczyłem na ponowne spotkanie, choć okoliczności tego pozostawiają wiele do życzenia – wyznał, a następnie upił łyk alkoholu chcąc od razu przegonić odrętwienie, które zalało jego ciało, gdy tylko słowa opuściły jego usta.
Zawsze zarówno bał się jak i wyczekiwał tego momentu, w którym ich ścieżki ponownie się skrzyżują. Przez pierwsze kilka lat nie mógł nawet pomyśleć o perspektywie kolejnego spotkania, zbyt przerażony swoim czynem, a także chłodem i dystansem narzuconym przez przyjaciela. Permanentny strach rozgościł się w trzewiach Wolfganga, paraliżując go wizjami tego, co może jeszcze złego się przytrafić. Ich sekret mógł się przecież wydać, a to oznaczałoby, że oboje będą mieć spore kłopoty. Zwłaszcza Welsh, który był odpowiedzialny za śmierć pana Morina. Koszmary o tym, że policja zapuka do domu jego rodziców i oznajmi, że pojawiły się nowe tropy w śledztwie, a następnie zabierze go na kolejne, długie przesłuchanie, na którym dokopią się do prawdy, prześladowały go na jawie i we śnie. Nie miał nikogo z kim mógłby porozmawiać o tym, co nie dawało mu spokoju, bo jedyna osoba, której mógłby to opowiedzieć była zajęta organizowaniem pogrzebu pustej trumny dla swojego ojca. I on był za to wszystko odpowiedzialny.
Rozumiał więc dlaczego Monty odsuwał się od niego, lecz to nie pomagało w zniesieniu bólu utraty przyjaciela. Ani nie łagodziło cierpienia złamanego serca.
– Rok temu widziałem Twój solowy koncert – wyznał cicho, jakby nieco zawstydzony i onieśmielony. – Lecz nie miałem na tyle odwagi, aby zagadnąć Cię po występie. – Pamiętał doskonale ten wieczór, który nastąpił niebawem po tym, gdy Wolfie odkrył, ze Montgomery się zaręczył. Nie powinien się tym przejmować, prawda? W końcu jemu samemu również udało się poukładać życie z tych drobnych kawałków, które zostały po rozbiciu, lecz Boże… nie był w stanie się powstrzymać, gdy zobaczył plakat ze zdjęciem Morina. Musiał go zobaczyć. Musiał go znów posłuchać.
– Czy Ty mnie nienawidzisz? – zapytał małym głosem, który zupełnie nie pasował do jego postury ani aparycji i nie przypominał spokojnego, pewnego siebie mężczyzny, którym był na co dzień.

montgomery morin
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

Montgomery nauczył się czytać o wiele wcześniej - i natychmiast również o wiele sprawniej - niż wszyscy otaczający go rówieśnicy, głównie dzieci znajomych jego rodziców, zbiorowy obiekt, do którego ojciec porównywał go nieustannie, czasem w mniej, a czasem w bardziej otwarty sposób, oraz inne szkraby z prywatnego przedszkola, do którego go posyłano. Jego umiejętność łączenia słów w całe zdania, zdań w strony, a stron w historie, które pochłaniał z zażartością narkomana, obsesyjnie goniącego za ulubioną używką, rozwijała się mniej więcej w tym samym czasie, co jego zdolność do trzymania w dłoniach skrzypiec, i raz głaskania, a raz szarpania smyczkiem ich napiętych strun. Różnica była jednak taka, że muzyka pozwalała Monty'emu zajrzeć w głąb siebie, podczas gdy literatura przynosiła mu rzadką, niedostępną dlań w żaden inny sposób, ulgę. Wytchnienie od towarzystwa własnych myśli i uczuć, szansę, by choć na parę minut stracić kontakt z całym światem, w którym przyszło mu żyć, i który ciągle czegoś od niego wymagał.
Bliska relacja Monty'ego Morina z książkami w pierwszych latach jego życia przynosiła mu ojcowskie pochwały - dobrze w końcu było mieć syna, który z czytaniem radził sobie tak sprawnie, podczas gdy inne jego dzieci wciąż raz po raz potykały się o przecinki i co trudniejsze słowa. Z czasem to jednak, za co ojciec go wynagradzał, stało się kolejnym powodem do ostrej krytyki, a nawet kary.
- Nic by nie robił... - burczał pod nosem mężczyzna, zwłaszcza w tych dniach, w których jego nastrój okazywał się wyjątkowo kiepski, a obecność najstarszego potomka, którego często po prostu kompletnie ignorować, nagle okazywała się działać na niego niczym płachta na byka. Nie raz pozwalał sobie wówczas zatopionego w lekturze Monty'ego zdzielić przez tył pleców uderzeniem otwartej dłoni, czasem tak silnym, że trzymana w palcach albo na podołku książka zdarzała mu się wymknąć, opadając żałośnie na podłogę, obwolutą do góry, stronicami do dołu. Każdy z tych ciosów był niczym najgorsza obelga, nie tylko dlatego, że bolał, ale przede wszystkim, ponieważ brutalnie wytrącał chłopca z literackiego rytmu, z historii, w których był tak zakochany, i które choć na ułamek chwili pozwalały mu odzyskać jakiś fragment szczęścia - ...tylko czytał. - Warczał Morin Senior. - Rozpieszczony gnój... Darmozjad...

Sposób, w jaki Monty potrafił zatracić się w książkach - z czasem coraz ambitniejszych, oznaczonych nazwiskami autorów, o jakich nie słyszała większość jego szkolnych kolegów, ale których natychmiast rozpoznawali profesorowie literatury i historii w prywatnej szkole, do której uczęszczał - nie budził też szczególnej sympatii u innych chłopców z internatu. Podśmiewali się z niego, czasem tylko półgębkiem, a czasem na głos, patrząc mu prosto w oczy; co odważniejszemu zdarzyło się nawet, w ramach kiepskiego żartu, raz czy drugi wyrwać Monty'emu książkę z rąk, wrzucić w krzew dzikich róż albo odrzeć z ochronnej okładki, zwłaszcza do czasu gdy okazało się, że z Morinem opłaca się przyjaźnić, zwłaszcza wówczas, gdy nie ma się od kogo ściągnąć na egzaminie z angielskiego, francuskiego lub łaciny.
Choć wmawiał sobie, że naprawdę nic sobie z tego nie robi - bo przetrwał przecież prześladowania nawet ze strony własnego ojca, czym więc były w porównaniu do nich jakieś rówieśnicze zaczepki? - Monty był z m ę c z o n y tą nieustanną czujnością, którą musiał wykazywać się na szkolnych korytarzach i na każdej z długich przerw.
Tracił ją wyłącznie wówczas, gdy znajdował się przy Wolfgangu. Najlepiej sam na sam. Czuł się wówczas jak żołnierz schodzący z długiej warty, mogący odetchnąć wreszcie, oddając się krótkiej, ale wspaniałej uldze. I to ulgę odczuwał właśnie w owych chwilach, w których podwijał jedną nogę, opierając kant czytanego akurat tomu o własne, chude kolano, łokieć zaś o oparcie fotela, wzrokiem padającym spod ciężkiej powieki śledząc kolejne, równe ścieżki tekstu. Dopiero wówczas czuł się, jakby naprawdę oddychał, jakby naprawdę istniał, a nie tylko walczył o przetrwanie. Tak długo, jak Wolfgang był blisko - choćby bez słowa, zajęty własnymi czynnościami, jak nawijanie taśmy wysuniętej z kasety na ołówek i wciskanie jej w plastikowy otwór, albo pośpieszne odrabianie zaległej pracy domowej, gryząc końcówkę długopisu podczas głowienia się nad właściwą odpowiedzią na profesorskie pytania - Monty czuł się bezpiecznie.
I czasem tylko musiał się upewnić, przenosząc wzrok znad krawędzi obwolut na sylwetkę przyjaciela. Niejednokroć napotykając tam już jego własne spojrzenie. Pozwalając oczom spotkać się, wargom automatycznie rozciągnąć w lekkim, trochę zakłopotanym uśmiechu. Sercu zabić nieco mocniej, nim powróciło do swojego zwyczajnego rytmu.

Czy mu tego brakowało?
Chryste. Chryste Panie. Mógł wmawiać sobie co tylko chciał, a i tak wiedział, jaka była prawda.
Brakowało mu tego jak powietrza.

- Szkoda? - Parsknął teraz szybciej, niż zdążył pomyśleć. Nie był pewien, czego się spodziewał, i czego oczekiwał, ale z jakiejś przyczyny szatynowi naprawdę nie przyszło na myśl, że Wolfgang mógłby tak szczerze żałować zmiany, która bezdyskusyjnie ogarnęła go w ciągu dwóch ostatnich dekad. Tego, że nie był już chłopcem Monty'm, jakby życie wyssało z niego do cna wszystkie pozostałości dzieciństwa, całą resztkę naiwności, niewinności i marzeń, które nosił w sobie jeszcze w szkolnych latach. Do tej pory, Montgomery wmawiał sobie, że był dumny z tego, jak dojrzał w ostatnim czasie, i jak perfekcyjnie wypełniał oczekiwania środowiska, z niewidzialnej listy zadań skreślając rok po roku kolejne pozycje. Skończyć studia. Odnieść sukces. Znaleźć miłość. Zbudować jakąś namiastkę życiowej stabilności. Umeblować wielki, przytłaczający go swoim rozmiarem dom. Nie śmiać się już z żartów, które w przeszłości wyrywały z jego piersi zbyt wysoki w brzmieniu chichot...
Ale teraz, pod rozżalonym jakby spojrzeniem Welsha, dotarło do Morina, że może wcale nie miał z czego być aż tak bardzo dumny. Może zamiast osiągnięć, poniósł tak naprawdę największą możliwą stratę, bezpowrotnie pozbywszy się cech, które Wolfgang tak w nim kiedyś...
kochał?
...cenił.

- Może i szkoda - uniósł i opuścił barki. Musiał świadomie przypomnieć sobie, by nie zaciskać palców na nóżce kieliszka zbyt mocno. Jeszcze chwila, i skruszyłby szkło w dłoni niczym sopelek lodu. Zluzował uścisk ręki, w ostatniej chwili ratując własne kłykcie od kompletnego zbielenia. Westchnął płytko, pozwalając kolejnym słowom blondyna dotrzeć do jego świadomości. Rok temu? Nie musiał się zbytnio wysilać by przypomnieć sobie, z czym zbiegała się tamta data. Czy to możliwe, że Wolfgang znalazł się na jego recitalu kompletnym przypadkiem? A może... szukał go? Dlaczego zatem nie podszedł...!? - Ty nie miałeś odwagi? - Zapytał zaraz, unosząc brew. Brzmiał ostrzej niż by chciał, ale czuł się pewniej, nie dopuszczając do siebie miękkości tonu, którym przemawiał do niego Wolfgang - Nie jestem chyba aż tak przerażający?
Nie był pewien. W końcu przecież czasem przerażał samego siebie. Zwłaszcza wówczas, gdy w niektóre wczesne poranki stawał przed łazienkowym lustrem, i nim zamrugał, mógłby dać sobie odciąć rękę, że w jego tafli widział nie siebie, lecz ducha własnego ojca.

Następne pytanie Wolfganga zbiło go z tropu jeszcze bardziej, wybijając mu na moment z arsenału ironię, którą zwykle tak biegle się posługiwał. W jego kręgach nikt nie zadawał pytań z taką bezpośredniością - żadnych; ani tych o dochody, ani o plany na dzieci, a już zwłaszcza nie o to, czy ktoś kogoś nienawidził. Ale Wolfie nigdy przecież nie pasował w pełni do jego środowiska, prawda? Montgomery nie powinien zatem być aż tak bardzo zaskoczony.
- Czy cię... - pochylił lekko głowę, pozwalając, do jednej brwi, uniesionej przed chwilą, dołączyła także i druga. Ciężko patrzyło mu się na Wolfganga wprost - tym bardziej, że z każdym kolejnym momentem coraz bardziej pragnął go dotknąć - ...nienawidzę? - Powtórzył za blondynem. I zaraz, chłód tonu zapożyczywszy chyba od własnej matki: - Nie bądź głupi, Wolfgangu - żachnął się. - Za co miałbym cię niby nienawidzić?

Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Delikatny uśmiech przemknął po wargach blondyna; nieco nieśmiały, a zarazem rozbawiony, jakby sam niedowierzał, że jego odpowiedź mogła wydawać się w jakiś sposób dziwna. Na chwilę spuścił wzrok bijąc się z myślami czy odpowiedzieć Morinowi.
– Owszem, szkoda. Znałem Monty’iego bardzo dobrze przez wiele lat, wiesz? Teraz nie wiem przed kim stoję. – W jego głowie oczywiste było to, że Montgomery i Monty to dwie różne osoby.
Monty był chłopcem, którego Wolfgang znał i kochał, zaś Montgomery był dorosłym mężczyzną z bagażem doświadczeń i planami na przyszłość. Miał narzeczoną i karierę. Posiadał też zapewne piękny dom lub wielki apartament, w którym stało ich wielkie prawie małżeńskie łoże. Zdawało się, że Morin zdążył osiągnąć to co należało, a czego Wolfgangowi, mimo starań, nie udało się zdobyć. Choć jego kariera w wojsku wydawała się przejrzysta i w zasięgu jego możliwości, to nie zdecydował się na jej kontynuowanie zbyt pogrążony w żalu po stracie męża. Nie był w stanie ponownie stanąć w szeregach mundurowych w miejscu, które nieodparcie kojarzyło mu się z Adamem. Dlatego też odstąpił od służby, choć wielu jego braci odradzało mu ten pomysł i namawiali do pozostania. Mieli większe doświadczenie od niego, posiadali już emerytowanych znajomych, którzy gubili się w życiu pozbawionym musztry, rozkazów oraz ściśle określonych obowiązków i bali się, że Wolfie podzieli ten sam los. On jednak nie potrzebował rozkazu z zewnątrz, by zmusić się do działania, potrafił sam narzucać sobie rytm i dyscyplinę.
Za pieniądze z polisy po Adamie kupił mieszkanie w mieście, małe i wymagające odświeżenia. Powtarzał sobie, że przyjdzie pora na to, by poprawnie je urządzić jednocześnie ładując oszczędności w firmę. Niestety, biznes nie przynosił ani oczekiwanych pieniędzy, ani wyzwań, przez co frustracja Wolfganga stale rosła, choć uparcie nie dopuszczał jej do głosu. Wystarczające ciężkie było wysłuchiwanie rodziców, którzy nieustannie powtarzali mu, że jego kompetencje dalece wykraczają poza śledzenie niewiernych małżonków, stanowiących główny trzon jego zleceń. Znasz cztery języki, Wolfie. Naprawdę nie chcesz spróbować swoich sił w jakieś korporacji? Syn Rogera pracuje tylko z domu i zarabia tak świetne pieniądze, a przecież nigdy nie był nad wyraz bystry…
Lecz dla Wolfganga praca biurowa – lub nie daj Boże zdalna – stanowiła największą karę na świecie. Nigdy nie był typem człowieka, którego można było zamknąć na open space’ie i zmusić do uczestnictwa w dziesiątkach spotkań i wklepywania liczb w bezduszne arkusze. Potrzebował pracy, która dostarczy mu prawdziwych emocji, a nie napadu lęku uogólnionego na widok każdego nowego e-maila. Musiał wytężać zarówno swój umysł jak i ciało. Kochał pobudki o godzinach, które dla większości ludzi wydawały się nieludzkie; bieganie i czołganie się w błocie w środku marca; kilkugodzinne maszerowanie oraz zajęcia z taktyki oraz techniki przesłuchań. To było jego życie. Takiego znęcania się potrzebował. Dlatego też – by udowodnić sobie, że to on ma rację – coraz bardziej zadamawiał się w swojej kamienicy. Dokupywał książki i obrazy które powoli przykrywały szare ściany potrzebujące odświeżenia. Rodzicom powtarzał, że zleceń przybywa, a znajomym mówił, że profil jego agencji detektywistycznej zaczyna powoli się zmieniać. Wszystko mówił na tyle głośno, aby zamknąć ten cichy, uporczywy głosik w głowie, który wciąż powtarzał nieudacznik, nieudacznik…
Szorstki i ostry ton wypowiedzi Morina nie robił na nim większego wrażenia. Wewnętrznie przypuszczał, że były one wynikiem zdenerwowania i zakłopotania, które sam również odczuwał. Wielokrotnie rozgrywał w swojej głowie scenę, w której ponownie się spotykają, lecz żaden ze scenariuszy nie przewidywał okoliczności, które jednocześnie były kameralne jak i bardzo publiczne. Cała sceneria tworzyła złudzenie prywatności i anonimowości, które usypiały zdrowy rozsądek Welsha i wodziły go na pokuszenie.
Montgomery był na wyciągnięcie ręki i Wolfgang b a r d z o chciał po niego sięgnąć. Za każdym razem, gdy zmieniał pozycję, choćby przestępując z nogi na nogę, do jego nozdrzy napływał ten niski, seksowny zapach - mieszanka drogich, piżmowych perfum splecionych z nutami przypraw. Drażniła jego zmysły, sprawiając, że nabierał niebezpiecznej ochoty na to, by pochylić się bliżej, zaburzyć nos w zgłębieniu szyi szatyna. Krew powoli zaczynała wrzeć pod jego skórą, budząc dawno uśpioną namiętność i powoli gasząc strach, który czuł w przełyku. To było jak tortura; znów być tak blisko niego, jednocześnie nie mogąc go dotknąć.
Nie potrafił skupić myśli, ani oderwać oczu od sylwetki z naprzeciwka. Wiedział, że przyglądał mu się zbyt intensywnie, zbyt dokładnie. Z pewnością nie tak, jak przystało na przyjaciela, który mógł żywić do niego tylko platoniczne uczucia. Ale nie umiał powiedzieć sobie nie. Minęło w końcu tak wiele lat. Głównie ciężkich i samotnych. Czasem zastanawiał się czy jego pamięć nie płatała mu figli, nadmiernie idealizując wspomnienia związane z szatynem. Może jego kończyny wcale nie były tak długie i blade? Może miał o wiele mniej piegów? Może jego usta wcale nie były tak cudownie pełne? A zielone oczy nie posiadały złoto-brązowych plamek?

Lecz teraz był dosłownie krok od niego. I Montgomery wyglądał dokładnie tak jak go zapamiętał. Jego ręce o kremowym kolorze były szczupłe i długie, z pewnością zdołałyby objąć szerokie barki Wolfganga, by przyciągnąć go siebie jednym pewnym ruchem, zupełnie jakby robiły to setki razy wcześniej. A te smukłe nogi… Welsh miał ochotę wycałować je od małego palca aż po biodro, wiedząc, że przy ich długości zajęłoby to wiele rozkosznych minut. Chciał przekonać się, jak to jest, gdy owijają się wokół jego bioder, zaciskają i splatają w kostkach za jego plecami.
Wydawało się, że Montgomery nie posiadał skrawka skóry, który nie był pokryty piegami. Twarz, szyja, kark i dłonie były nimi gęsto usiane, a znamiona zdawały się tworzyć swoistą mapę, która stanowiła nawigację po ciele i wszystkich wrażliwych punktach Morina. Wolfgang wiedział o tym doskonale, bo ten jeden raz, gdy pozwolili sobie na namiętność słabość, odczytywał ją ustami, wydobywając z ust kochanka najcichsze i najbardziej zmysłowe westchnięcia.
Śledził jego profil, ruch warg zaciskających się na kieliszku, drżenie gardła przy przełykaniu. Boże, tak wiele oddałby za to, by…

K u r w a.

Zanurzył usta w szklance, chwytając się tej czynności jak kotwicy, by nie zrobić czegoś skrajnie nierozsądnego — nie zmiażdżyć jego usta z desperacją, której nie potrafił już ukryć. W końcu gdzieś na dole, pośród tego tłumu znajdowała się jego narzeczona.
– Czemu tak się dziwisz, Monty… to znaczy Montgomery? – Poprawił się od razu, gdy z przyzwyczajenia nazwał go na swój sposób. Chciał zapytać, czy gdyby role się odwróciły — gdyby to Montgomery zobaczył go przypadkiem na ulicy — odważyłby się podejść. Ale chyba nie chciał znać odpowiedzi. Nie zniósłby zawahania w jego głosie lub odmowy, nie teraz, gdy byli obrócenie do siebie twarzą w twarz. – Byłeś na pieprzonym solowym koncercie, wyglądałeś jak gwiazda i pewnie było tam sto innych osób, które chciały również uścisnąć Ci rękę. Poza tym… nie miałem ze sobą kwiatów. – Dodał szybko nie chcąc usłyszeć odpowiedzi na własne pytanie. Po chwili krótki śmiech wyrwał się z jego ust, gdy dotarło do niego, co właśnie powiedział. W przeszłości za każdy rozegrany koncert przed większą publicznością Wolfgang wręczał mu kwiaty. Nie zaraz po występie przy tych wszystkich ludziach – był zbyt nieśmiały na taki gest – lecz w ich pokoju, gdy zostawali w końcu sami. Czasem była to pojedyncza róża lub skromny bukiet stworzony ze stokrotek, jeżeli okoliczności nie pozwalały na zdobycie niczego bardziej odpowiedniego.
Zawahał się w pół zdania, wytrącony z rytmu własnych myśli.
Bo zabiłem Ci ojca.
Słowa cisnęły mu się na usta, lecz nie potrafił ich wypowiedzieć. Nie tutaj, nie teraz, nie przy tylu świadkach i nie z ciałem wciąż drżącym od napięcia.
– Myślę, że znalazłoby się kilka powodów – rzekł w końcu, po długiej chwili ciszy. Drażniło go to obejście tematu. Naprawdę potrzebował tej rozmowy. M u s i a ł wiedzieć, co Montgomery o tym myślał. Co myślał o nim. Chciał znać odpowiedzi na wszystkie dręczące go od lat pytania lub dostać coś innego w ramach rekompensaty. Nim jednak zdążył zrobić coś, czego mógłby pożałować, na dole rozległ się hałas, a w tłumie wybuchło zamieszanie. Niebieskie spojrzenie oczu Wolfganga przeniosło się w tamtą stronę czujnie badając sytuację.
Najwidoczniej jakiś osiłek wytrącił z rąk kelnera tackę z kieliszkami, gdy ten zbliżył się za bardzo do mężczyzny ubranego w trzyczęściowy garnitur. Rudzielec wydawał się szychą, bo gdy tylko zamieszanie nieco umilkło obok niego pojawił się wcześniej zauważony przez Wolfganga kark, a także jego druh, który wyglądał jak jego kopia. Do tego dziwnego obrazka dołączyła Poirier świergocząc jakieś przeproszenia. Było zbyt daleko, by mógł odczytać słowa z ruchu jej ust, lecz cała jej mowa ciała wyrażała skruchę i szacunek. Welsh niemal natychmiast nabrał pewności, że dziwnie wyglądający jegomość jest jego nowym klientem, którego obiecała mu kobieta.
– Morin, znasz tego rudego faceta? –

montgomery morin
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

Montgomery parsknął -
czymś na granicy krótkiego chichotu, umarłego na jego wargach nim mógłby przerodzić się w pełnoprawną salwę śmiechu, i rozżalonego westchnienia, z żalem skierowanym może, niesprawiedliwie, w stronę Wolfganga, a może w stronę tego samego, zobojętniałego uniwersum, do którego jako młody chłopak raz po raz, na daremno, wznosił desperackie modły. Proszę. Zabierz mnie nas stąd. Daleko, daleko, daleko...
- I myślisz - jego głos uniósł się na fali emocji o pół tonu za wysoko, zanim szatyn zdołał świadomie już, intencjonalnie, ściągnąć jego brzmienie w dół, jakby kiełznał dzikiego psa trzymanego na krótkim postronku. Gdy odezwał się po raz kolejny, brzmiał już spokojniej, poważniej, bardziej - otóż to - jak Montgomery, a nie Monty, którego rodzice notorycznie strofować musieli za porywczość nakazującą mu odzywać się bez przemyślenia - Że właśnie tego bym ci nie wybaczył? Braku kwiatów?
Chciało mu się płakać płakać płakać śmiać z absurdalnej natury prowadzonej przez nich teraz rozmowy, na jego własne życzenie zresztą wymykającej się z objęć jakiejkolwiek powagi. Nie mógł pozwolić sobie, by zaspokoić wolfgangowe próby wyciągnięcia z niego szczerej odpowiedzi, zbyt świadom, że raz jej udzieliwszy, bezpowrotnie rozpadłby się na milion małych kawałków, których nikt - nawet Welsh, a może zwłaszcza Welsh - nie byłby w stanie pozbierać. Dorosłe życie Montgomery'ego, zbudowane przecież na podwalinach z tragedii, kłamstwa i zbrodni, było chwiejną konstrukcją, kolosem na drewnianych nogach. Czasem wystarczył jakiś metaforyczny podmuch wiatru - wspomnienie nachodzące go nad ranem, gdy wisiał niepewnie na granicy jawy i snu; stare zdjęcie, znalezione przypadkiem w szufladzie komody w rodzicielskim domu; jakiś fałszywy trop, wraz z wiosennym zefirem niosący z sobą zapach łudząco podobny do tego, który nosiły kiedyś ubrania Wolfganga - a cała ta jego, tak skrupulatnie kompilowana przez Monty'ego egzystencja, zdawała się chwiać w posadach jak domek z kart zbudowany przez nieuważne dziecko. Wolfgang zasługiwał na szczerość - oczywiście, że tak! Na chwilę bezbronności, w której Morin powiedziałby mu, jak czuł się naprawdę.


Czy Cię nienawidzę?
Boże. Nigdy nie potrafiłbym Cię z n i e n a w i d z i ć, Wolfie.
Chodź tu. Chodź -
do mnie.


Ale stawka była dla Morina zbyt wysoka. Tym bardziej, że teraz nie byłby przecież jedyną osobą, jaka poniosłaby cenę za jedną chwilę jego pożądania.

- Może - powiedział, w sposób prawie przekonujący, własne fałszerstwo zdradziwszy tylko drżeniem dolnej wargi, którą musiał zaraz przygryźć, zanim ustąpiłaby kolejnym słowom. Podejrzewał, o czym... O kim myślał teraz blondyn. Czy oznaką szaleństwa było, że patrząc na Wolfganga, Monty widział wszystko z wyjątkiem mordercy własnego ojca? W przeciwieństwie do Welsha, nie znał się na wielu zbrodniach - w zasadzie tylko na jednej. Ale tyle wystarczyło, by smagając blondyna wzrokiem natychmiast mógł dojść do wniosku, że zabójcy przecież tak nie wyglądają. Zabójcy nie mieli tęczówek zabarwionych chłodnym kobaltem, i jasnych włosów, od dzieciństwa uparcie noszonych poza przepisową długością. Zabójcy nie mieli dłoni smukłych, ale mocnych, zdolnych, żeby przytrzymać drugie ciało w histerycznym rozedrganiu i jednym dotykiem napełnić je nową dozą niezachwianego spokoju. Zabójcy nie mieli ust, które tak łatwo rozciągały się w zawadiackim, trochę szelmowskim uśmiechu, który Monty gotów byłby spijać z ich wąskich warg z łapczywością, z którą robił to lata temu, przed końcem (ich wspólnego) świata.
Nie, Wolfgang Welsh nie był mordercą, a co najwyżej ofiarą niesprawiedliwych okoliczności.


Prawdziwy winny nosił na swoim ciele liczne konstelacje piegów, a w dowodzie to samo nazwisko, co zamordowany.
Z trudem - ale wprawnie, najróżniejsze rodzaje bólu nauczony znosić od dzieciństwa, i w sztuce tej jeszcze bardziej wprawiony przecież ostatnimi laty - zignorował ścisk w sercu gdy Wolfgang odruchowo nazwał go czulszym zdrobnieniem. Zmrużył oczy, jak człowiek cudem uchylający się przed niespodziewanym ciosem.
- Dlaczego? - Uznał zuchwale, że teraz była jego kolej, żeby zadawać niewygodne, ale uzasadnione wszak pytania - Dlaczego w ogóle znalazłeś się na moim koncercie?

Dlaczego
dopiero
teraz?
Nim jednak Welsh zdołałby mu odpowiedzieć, nagły rumor zmienił tok ich rozmowy, nakazując Monty'emu wychylić się w przód, palce wolnej dłoni zaciskając na balustradzie niepokojąco blisko miejsca, w której rękę opierał o nią sam Wolfgang. Wyciągnął szyję, wypatrując w tłumie Romy, z całym ciałem gotowym, by rzucić się jej na ratunek gdyby okazało się, że na dole wybuchło jakieś niebezpieczne zamieszanie. To nie był instynkt, nie, ale raczej odruch warunkowy, wytrenowany powtórzeniami liczonymi już nie w miesiącach, ale w latach. W przeciwieństwie do tego, co kiedyś Monty czuł do stojącego obok mężczyzny, miłości do własnej narzeczonej musiał się nauczyć, wszelkie akty przywiązania praktykując w pocie czoła, dzień w dzień. Gdyby przyrównać je do muzycznych utworów, uczucie, które żywił teraz do Rilke nie było wynikiem spontanicznej improwizacji, ale raczej mistrzowską symfonią, w której nie pozostało ani trochę miejsca na błędy, czy potknięcia. Raz wypracowaną, Monty mógłby odtwarzać ją niemal automatycznie, i w taki właśnie sposób rozejrzał się teraz w poszukiwaniu brunetki, jej smukłą sylwetkę starając się odnaleźć w poruszonym zgiełkiem tłumie. Odnalazł jednak póki co wyłącznie mężczyznę, o którego pytał go Wolfgang.
- Tamtego? - Zapytał, starając się stłumić nieprzyjemne wzdrygnięcie ogarniające jego ciało gdy rozmówca zaadresował go po nazwisku. W przeszłości robili to w żartach: Welsh, zabieraj tyłek z mojego łóżka! Morin, znów zeżarłeś pół bombonierki?!, ale teraz zabrzmiało to zbyt chłodno, kompletnie apersonalnie. Cóż, może tak było bezpieczniej - To Victor Kessler - Oznajmił, śledząc spojrzeniem ryżego impresario, o którym w środowisku krążyły najróżniejsze, często nieszczególnie przychylne pogłoski. Wiadomo było, że Kessler potrafił zarówno zrobić, jak i zniszczyć młodym twórcom artystyczne kariery. I, podobno, że nader chętnie przywłaszczał sobie ich ciała i dusze. - Z Lumière Initiative - o ile Monty dobrze pamiętał, taką nazwę nosiła otworzona kiedyś przez potentata fundacja z siedzibami w Paryżu, Wiedniu i Toronto. Nie wiedział, dlaczego to właśnie rudzielec wzbudził zainteresowanie Wolfganga, ale sam ten fakt napełnił Morina jakąś dozą niepokoju. - Nie wiem nic więcej. Ale moja... - zapędził się w kolejnej wypowiedzi, odruchowo, i teraz orientował się nagle, że słowo narzeczona nie chce przecisnąć mu się przez gardło. Odchrząknął - Romy powinna mieć więcej informacji.
Jakby to, kim była Romy - choć Wolfgang musiał imię to słyszeć teraz przecież po raz pierwszy w życiu - powinno dla nich obydwu być kompletnie oczywiste.

Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Panująca cisza i stagnacja na półpiętrze wydawały się gęste i niezachwiane. Każdy był zanurzony we własnej rzeczywistości, bez wzajemnego przecinania się. Poza ich dwójką. Choć Wolfgang czuł jakby sztorm przechodził przez jego ciało, raz zabierając, raz oddając spienione i kipiące emocje, których nie potrafił w sobie należycie poukładać, wiedział, że byli dyskretni. Zawsze tacy byli. Montgomery wydawał się wyssać to opanowanie i ogładę wraz z mlekiem matki; Wolfgang z kolei szybko podpatrzył i zrozumiał, jak należało się zachowywać, by utrzymać niski profil. Fakt, że byli tak bardzo subtelni i wyważeni w swojej rozmowie – tonie głosu, intonacji i gestach – był dla Welsha nieco kłopotliwy. Cenzurował ich, odbierał autentyczność ich reakcji, sprawiał, że wszystko przechodziło przez filtr powściągliwość, zanim mogło wybrzmieć naprawdę. O wiele bardziej wolałby znaleźć się w sytuacji, w której mogliby być sami, lecz wiedział też, że ich spotkanie zakrawało o cud. Musiało zdarzyć się przypadkiem, inaczej nie miałoby prawa się zadziać.
Pomimo tego, że przecież regularnie zaglądał na jego media społecznościowe, by prześledzić te kilka, pozbawionych emocji i personalnego stylu wpisów, informujących o nadchodzącym koncercie lub kolejnej zdobytej nagrodzie. Każde dodane zdjęcie Morina wydawało się nierealne; uchwycony w profesjonalnym obiektywie aparatu wydawał się niedostępny i nieznany, jakby jego emocje i osobowość zostały gdzieś poza kadrem. Brakowało mu nawet tego zacięcia i skupienia, które wielokrotnie dostrzegał w jego oczach, gdy tylko jego stopy uderzały o deski sceny. Nie znał tej starannie wykreowanej wersji, którą przybierał na tych fotografiach – Boże, miał nadzieję, że to tylko kreacja – i chyba to go powstrzymało przed zakradnięciem się za kulisy po skończonym występie Montgomery’ego.
To i lata wypełnione poczuciem winy, żalu i miłości, których nie było już komu wyznać.

A może to byłoby właśnie dla niego wskazane? Aby Monty okazał się kimś obcym. Aby był Montgomerym, który nie posiadał perlistego śmiechu; którego miękka skóra na rękach stwardniała i zrogowaciała; który miał narzeczoną i był pewien tego kim jest.

Śmiech Monty’ego – nawet urwany w chwili zanim zdążył wybrzmieć szczerze i naprawdę – poruszył go. Sprawił, że przymknął na chwilę oczy, dosłownie na sekundę lub dwie, by móc rozpłynąć się w tym znajomym, niesłyszanym od lat dźwięku, który zawsze wywoływał szybsze kołatanie serca.
– Nie wiem… – mruknął nieco speszony. Nie potrafił – choć przecież był bardzo dobry w mówieniu wprost o rzeczach, które nie były łatwe – wytłumaczyć mu, dlaczego spanikował. Wydawało się to wręcz głupie, że musiał się z tego tłumaczyć. Czy to nie było oczywiste? Czy Montgomery naprawdę tego nie rozumiał? – Zasługujesz na to by obsypać się Cię kwiatami, pamiętasz? – Odpowiedź wypłynęła z jego ust zanim zdążył ją do końca przemyśleć. Była kalką jego słów sprzed lat, gdy wypowiedział je, by dodać otuchy przyjacielowi przed jego pierwszym poważnym konkursem. Ojciec Wolfganga wręczał kwiaty swojej żonie regularnie – z powodu byle nadarzającej się okazji, by poprawić jej humor, by uhonorować jej każdy sukces – i pewnego dnia Wolfie zapytał go, dlaczego to robił. Pan Welsh, spokojnym i wyrozumiałym tonem odpowiedział mu, że to wyraz pamięci; że chce, aby jego matka zawsze czuła się widziana.
Po raz drugi tego wieczoru serce Wolfganga przebiła nadzieja. Boleśnie i szybko, jak za sprawą sprawnie wbitego i wyjętego sztyletu. Tak jak wtedy, gdy Monty podniósł szybko głowę na dźwięk jego głosu, tak, teraz gdy zapytał o powód jego obecności na koncercie Morina. Jego piękne oczy, te które jeszcze przed chwilę czujnie taksowały twarz Wolfganga w ten melancholijny sposób, były zmrużone i zranione. Blondyn poczuł nieopartą chęć położenia swojej dłoni na policzku przyjaciela, by czułym gestem przepędzić tę zawziętość i napięcie, a kciukiem rozmasować drobne zmarszczki tworzące się w kącikach oczu.
Milczał nie mogąc zdobyć się na odpowiedź.
Z tęsknoty.
Z ciekawości.
Z tych wszystkich powodów, dla których myślę o Tobie od dwudziestu lat. Bo byłeś moją pierwszą miłością, która złamała mi serce. Bo byłeś pierwszym mężczyzną, którego posmakowałem. Bo zabiłem Twojego ojca, a Ty odsunąłeś się ode mnie, co jest dla mnie zrozumiałe i wiem, że najpewniej nienawidzisz, lecz ja wciąż cię kocham i choćbym nie wiem, ile lat jeszcze mógłby przeżyć bez Twojej obecności, to nigdy nie wyzbędę się tego uczucia. I byłbym gotów błagać cię na kolanach, skomląc o wybaczenie i przyjęcie z powrotem, tylko po to, by móc znów zanurzyć się w twoim wszechświecie – zasnąć przy tobie, wręczyć kwiaty, posłuchać Mozarta, bo nie potrafię go rozpoznać, gdy nie grasz go Ty.

Na szczęście nie musiał odpowiadać.

– Hmm… – mruknął w zamyśleniu, bo zarówno nazwisko jak i nazwa instytucji nic mu nie mówiły. Nie był obeznany z hermetycznym środowiskiem artystycznym Kanady, lecz odnotował przekazane informacje, by móc w domowym zaciszu uzupełnić braki wiedzy.
Choć Montgomery go nie uderzył, Wolfgang poczuł jak jego żołądek skręca się z bólu.
– Czy mógłbyś więc zapytać swoją Romy o szanownego jegomościa? – Zapytał uprzejmym tonem, nienaturalnie wypranym z emocji głosem. Auć.
– Jak mniemam, to Twoja… narzeczona? – Dodał niewinnie, zupełnie jakby nie wiedział. Zupełnie jakby wiadomość o jego zaręczynach nie pojawiła się na ekranie laptopa, gdy przeszukiwał internet w celu znalezienia ochłapów na jego temat, by móc czym podsycać swoją niezdrową obsesję. Zupełnie jakby nie upił się brzydko na mieście, nie sprowadził do domu trzech kobiet i nie zabawił się w ich towarzystwie w sposób wręcz obsceniczny.
Niekontrolowanie jego głowa odwróciła się od Victora, a wzrok pospieszył w miejsce, które w pierwszej kolejności zostało zlustrowane przez Montgomery’ego. Tam, gdzie odruchowo i w popłochu zwrócił swoje oczy, gdy wyczuł zagrożenie. Musiała być właśnie gdzieś tam. Widział ją raz na zdjęciu, lecz nie potrafił odnaleźć w skotłowanym tłumie - brunetki o niebieskich oczach, posągowej figurze i najpiękniejszych rysach twarzy, jakie Wolfgang kiedykolwiek widział u kobiety.
– Która to ona? –

montgomery morin
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

W środowisku w którym Montgomery urodził się i dorósł, o ironio, na wzór i podobieństwo własnego ojca, dyskrecja była podstawowym warunkiem przetrwania. To od niej zależało często utrzymanie się na powierzchni, podczas gdy jej brak zwykle ostatecznie kończył się nie tylko wielkim skandalem, ale także pójściem na społeczne dno. Chwile nieuwagi regularnie sprowadzały wszak na ludzi ze światka Morinów upadki całych karier, fortun, biznesów i nawet najbardziej szanowanych familii - czasem wystarczył przecież tylko moment rozproszenia, jedno słowo wypowiedziane zbyt głośno, jeden pocałunek skradziony nieuważnie, jedna ręka uściśnięta na oczach osób, które tego gestu absolutnie nie powinny były widzieć. Nie było chyba przy tym takiej rzeczy, o której w kręgach Monty'ego i jego rodziców nie słyszało - łącznie z najbardziej ryzykownymi z możliwych romansów, w tym nawet tymi kazirodczymi; zdradami dokonywanymi na przyjaciołach na podobieństwo ciosu, który sam Brutus zadał Juliuszowi Cezarowi; przekrętach, o których nie śniło się nawet większości agentów FBI i wielu innych kuriozach i ohydztwach. Najważniejszym jednak było, aby o wszystkich nich nie mówić na głos, tylko szeptać. Zawsze w kuluarach, z dłonią przysłaniającą ruch warg, zawsze czujnie, oglądając się przez ramię z teatralną ostrożnością. Nie było w końcu nic gorszego niż sekret wyjawiony otoczeniu przedwcześnie.
I być może to właśnie było jednym z najważniejszych czynników, które w przeszłości skutecznie odstraszyły Monty'ego od jakiejkolwiek wizji, by jego związek z Wolfgangiem wyjawić na jakimś etapie światu. Nie chodziło nawet o to, że ludzie nie wiedzieli - jasne, mogli nie wiedzieć wówczas, gdy on i Wolfie byli wszakże tylko dzieciakami, ale szatyn nie był na tyle głupi by ufać, że prędzej czy później jego socjeta nie zadrżałaby w posadach od plotek o relacji wiążącej go z przyjacielem. Przekonał się o tym zresztą lata później, podczas studiów na Sorbonie i po powrocie z Francji, z której głośna fama podążyła za nim jak natrętny, ale wierny przyjaciel. O tym, że Morin z paryskich bankietów nie raz wracał do wynajmowanego na Montmartrze mieszkania w towarzystwie mężczyzn, które jego progi opuszczali dopiero następnego ranka, i to w stanie wskazującym na ewidentne nieprzespanie całej nocy, mówili wszyscy, tylko nigdy otwarcie. Boże, raz kochankiem Morina stał się nawet słynny aktor, a przy innej okazji ledwie pełnoletni syn ambasadora - i o tym także wiedział każdy członek lokalnego establishmentu. Nie było jednak takiej rzeczywistości, w której Montgomery mógłby swoją tajemnicę poliszynela wreszcie ujawnić tak, jak inni ogłaszali swoje związki czy zaręczyny z osobnikami płci przeciwnej: bez wstydu, bez skrupułów, bez obaw o własne bezpieczeństwo, mniej i bardziej jawną dyskryminację, i nieotrzymane spadki albo pourywane bez wyjaśnienia kontrakty z pracodawcami. Ba, czasem nawet na stronicach lokalnych tygodników - zdjęcia nowych narzeczonych okalając fantazyjną czcionką. Luksus, o którym takim jak oni wolno było wyłącznie pomarzyć.
Gdyby nie chodziło o Wolfganga, Morinowi byłoby pewnie łatwiej zaakceptować konieczność prowadzenia podwójnego życia aż do śmierci, w kłamstwie i permanentnej, cichej obawie, że sekret przypadkiem się wyda. Nie byłby pierwszym, i nie byłby oczywiście ostatnim.
Ale - choć może było to tylko wymówką zapewniającą mu złudne poczucie bezpieczeństwa - Wolfgang Welsh zasługiwał przecież na coś znacznie lepszego. Na życie bez wstydu, bez podwójnych standardów i udawania, że był kimś innym, niż w rzeczywistości. Monty pamiętał przecież, jak dużo wysiłku kosztowało blondyna przystosowanie się do szkoły prywatnej, w której od reszty uczniów odróżniał się niemal wszystkim: nie tylko wzrostem i rosłą budową ciała, ale też brzmieniem akcentu, sposobem wysławiania się i poruszania na salonach, tym, jak spoglądał na otaczający go świat - szczerze i z nieskrywaną, a czasem nawet niedyskretną ciekawością, i autentycznością, którą dawno już wypleniono skutecznie z większości ich szkolnych kolegów.
Monty nie miał prawa wymagać od Wolfganga - od swojego Wolfiego, tego chłopca o zbyt błękitnych oczach i zbyt dobrym sercu - życia w stałym zakłamaniu.

Prawda?

Pamiętam, chciał powiedzieć, mimo ścisku w klatce piersiowej, tak silnego, że niemal odebrał mu dech. Jak mógłbym zapomnieć? Boże, Wolfgang...
- Następnym razem nie musisz się krępować - powiedział ostrzej niż planował, na krótkim i płytkim wydechu. Brakowało mu powietrza, i nie dało się tego wytłumaczyć wyłącznie panującą na tutejszych salonach duchotą - Dostaję sporo kwiatów. Nikt się nie zorientuje...
Sam nie wiedział, po co to mówi. Czy było to próbą odstraszenia Welsha od podejmowania podobnych działań? Przekazania mu, że nie był nikim szczególnym, i niczym też nie różnił się od innych wielbicieli Morina? A może wręcz przeciwnie - może w ten sposób Monty zapraszał go na nowo do swojego życia, zapewniając, że cokolwiek zamierzali z ich dawną relacją uczynić, da się to zrobić w sekrecie...?
Niemal przerysowana uprzejmość wolfgangowego tonu przyniosła mu natychmiast jakiś rodzaj ulgi. Dobrze. O wiele łatwiej było myśleć o tym wszystkim jak o farsie, w której obydwaj grali narzucone im przez los role. Upił łyk szampana, na kolejne pytanie zadane mu przez blondyna odpowiadając z równie bezosobową kurtuazją.
- Oczywiście, żaden problem - kiwnął głową - Czego nie robi się dla dawnych przyjaciół? - Werbalny sztylet wbity prosto w serce, ale przynajmniej z lekkim uśmiechem i w białych rękawiczkach - I tak. Romina Rilke-Roth - Objaśnił tonem, którym mówiło się o nazwach prowansalskich posiadłości i koni wyścigowych; jednym słowem - o rzeczach niezwykłej wartości i urody, obiektach godnych zazdrości i podziwu. Był tym wszystkim tak zaaferowany, iż niemal nie zauważył, że Welsh bez zawahania nazywa Romy jego narzeczoną - nie partnerką czy dziewczyną. Wbrew własnej woli, Morin poczuł ostre, gwałtowne ukłucie czegoś na granicy rozpaczy i... ekscytacji. Oznaczało to bowiem, że Wolfgang musiał wiedzieć o jego zaręczynach. A to z kolei wskazywało, że musiał interesować się życiem Monty'ego w międzyczasie, mimo braku bezpośredniego z nim kontaktu.
- Chyba wiesz - odpowiedział, bo oczywistym było, że Romy przyciągnęła wzrok Welsha tak, jak drogocenne kamienie w gablotach najdroższych salonów jubilerskich przyciągają wzrok przechodniów. Mimo, że dzisiejszy bankiet cieszył się powodzeniem wśród niejednej urodziwej artystki albo koneserki sztuki, to brunetka błyszczała najjaśniej, i to tym subtelnym, niewymuszonym sposobem, którego nie dało się nauczyć. Z tym trzeba było się urodzić - tak, jak urodził się chociażby sam Monty. Szatyn wiedział przecież, jaki zachwyt budzili w środowisku gdy pojawiali się w nim we dwoje - smukli, strzeliści, obdarzeni rodzajem egzaltacji, który graniczy z ignorancją, a jednak nigdy się do niej nie sprowadza. Dwa drogie eksponaty na targowisku próżności - Nasze narzeczeństwo to dość świeża sprawa - dodał, starając się brzmieć neutralnie, i tak, jakby w myślach wcale nie dodał: Spóźniłeś się, Wolfie. - Ale jesteśmy ze sobą od prawie pięciu lat. Wystarczająco długo, żeby... - Żeby co, Monty? Chyba nie, żeby z a p o m n i e ć ? Urwał. - A ty? - Celowo unikał wzrokiem wolfgangowych dłoni. Widok obrączki byłby teraz zbyt dużym szokiem - Udało się komuś cię... - oswoić - Schwytać?

Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wolfgang przygryzł wargę zastanawiając się nad odpowiedzią. Miał ochotę wypomnieć mu, że ponoć kwiaty od niego zawsze sprawiały mu największą przyjemność. Powstrzymał się, uświadomiwszy sobie nagle, że odpowiedź Morina niekoniecznie musiała być tym czym wziął ją na początku. Ostry ton wypowiedzi mężczyzny nieco go zmylił, odbierając jej ten dziwnie sugestywny wydźwięk.
Następnym razem.
Nikt się nie zorientuje.
Dobry Boże. Czy rozum płatał mu figle? Najprawdopodobniej. Bo przecież nie mogło mu chodzić o to, że chciał, aby Wolfgang pojawił się na jego koncercie oraz aby zagadnął go po jego zakończeniu, prawda? A nawet jeżeli, to nie chciał nic ponad to. Nie oczekiwał od niego kwiatów, choć stanowiły one wyrazy uznania dla jego kunsztu. Welsh był w stanie wyobrazić sobie inne sposoby na pokazanie, jak bardzo doceniał jego talent i ciężką pracę. Chciał mu pokazać, jak bardzo był z niego dumny; jak wiele emocji budzi w nim jego muzyka; jakie uczucia wirują w nim, gdy gra. Bezwiednie oblizał wargi.
– Kiedy grasz następny koncert? –
Nie mógł pozbyć się napięcia, które wezbrało w jego ciele. Tego, które podpowiadało mu, by przesunąć dłoń zaciskającą się na balustradzie nieco w prawo; by zahaczyć małym palcem o dłoń Morina; by nakryć swoją wielką dłonią tę drugą, smukłą o długich palcach. Lecz nie mógł tego zrobić. Ta rozmowa musiała skończyć tylko w jeden, słuszny sposób – powinni rozstać się w uprzejmym tonie, udać, że miło było zobaczyć się ponownie po tylu latach, rozejść się (każde w swoją stronę) bez żalu i snucia domysłów, co drugie faktycznie czuło myślało. Ta rozmowa powinna skończyć się właśnie tak.
Lecz Wolfgang nie był w stanie prowadzić jej po tych bezpiecznych torach. Nie chciał utrzymać jej w neutralnym tonie. Czuł, jakby Monty stosował wobec niego zasadę kija i marchewki – raz brzmiał miękko i słodko, wywołując dreszcze wzdłuż kręgosłupa; innym razem był ostro i sucho, niczym bat opadający na ofiarę. To było okropne i cudowne jednocześnie. Podniecające i zakazane. Nieznane. Niebezpieczne. Głupie. Miał ochotę sprawić, by Morin pożałował swoich własnych słów; by odbiły mu się czkawką, skoro tak łatwo było mu bawić się Wolfgangiem.
Spojrzenie blondyna w końcu znalazło tę, której tak zazdrościł. Romina stała otoczona tłumem, który zdawał się spijać każde wypowiedziane przez nią słowo. Ludzie czekali, by móc zadać jej pytanie, byli ciekawi jej zdania i nikt nie przerywał jej wypowiedzi. Nawet z tej odległości mógł dostrzec, że była piękna – ładniejsza niż na fotografii, którą znalazł w internecie. W dodatku Bóg najwyraźniej postanowił obdarzyć ją również cudownym intelektem. Wspaniale. Musiała być ideałem na długich nogach, lecz nie mógł spodziewać się innego wyboru ze strony Morina. Wydawała się skrojona na miarę jego potrzeb i ambicji. Nie mógł znieść tonu, którym Montgomery mówił. Brzmiał butnie i wyniośle. Zupełnie jak jego ojciec, gdy wypowiadał się o nim. Dlatego ucieszyło go, gdy z niewiadomych względów Monty zapędził się w swojej wypowiedzi, zawahał się i urwał ją w pół zdania. Lecz cisza nie trwała długo. Wypełniło ją pytanie, które było wręcz naturalne biorąc pod uwagę charakter ich rozmowy, lecz mimo to i tak nieco zaskoczyło blondyna. W głębi serca nie sądził, że szatyn byłby w stanie zebrać się w sobie, by móc je zadać.
– Jestem wdowcem – wyznał prosto i prawie bez bólu. Złota obrączka zawieszona na cienkim łańcuszku schowanym pod koszulą nagle przypomniała swoim ciężarem o swojej obecności. Zawsze miał ją przy sobie, swoją złożywszy do trumny Adama. – Mój mąż zmarł trzy lata temu. –
Oderwał wzrok od tłumu, a następnie zmienił pozycję. Obrócił się w stronę ściany, która dotychczas znajdowała się za jego plecami, opierając się pośladkami o balustradę. Z lekkim zdumieniem odkrył, że podczas ich rozmowy taras zdążył opustoszeć, zostawiając tylko ich oraz zagubioną parę stojącą u szczytu schodów. Jego dłoń chciała pochwycić barierkę dla większej wygody, lecz zamiast tego natrafiła na rękę Montgomery’ego. Przez przypadek zagubione palce przejechały po jej cudownie gładki wierzch, by po chwili – przedłużonej tylko o pół sekundy – zacisnąć się ponownie na chłodnym metalu. Jednym haustem opróżnił swoją whisky, a następnie obrócił głowę w stronę Morina, by móc dokładnie mu się przyjrzeć.
– Twoja Romy wydaje się cudowna. – Odezwał się cichym, spokojnym głosem, zupełnie jakby świat właśnie nie trząsł się w posadach. – Choć muszę przyznać, że jestem nieco zaskoczony. Zawsze myślałem, że wolisz blond odcień. Ale może tylko mi się wydawało… – Nie kłamał, ani nie przesadzał. Sądził - być może naiwnie - że jego blond włosy robią na Morinie szczególne wrażenie. Przyłapywał go nieraz na tym jak przygląda się mu w zamyśleniu lub jak bezwiednie sięgał do niego, by przejechać palcami po zagubionych puklach pod byle pretekstem. Lubił myśleć, że fascynują one Montgomery'ego, który zawsze utrzymywał swoją gęstą fryzurę w standardowej formie charakterystycznej dla chłopca z dobrego domu. Jego uwaga była jednym powodem, dla którego wtedy ich nie ścinał, choć wielokrotnie nauczyciele go za to karcili, a zbyt długie kosmyki przeszkadzały wpadając do oczu podczas sparingów.


Pamiętał jak dłonie skrzypka zaciskały się na nich, tuż przy skórze, by odchylić jego głowę i utorować ustom łatwiejszy dostęp do jego szyi.
– albo minęło wiele lat, a Ty całkiem zdążyłeś się zmienić. – dokończył ze słabym uśmiechem.

montgomery morin
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

- Następnym razem...
Nikt się nie zorientuje...
Monty nie wiedział co mówi.
Przez szampana wypitego za szybko, a w dodatku na pusty żołądek. Przez tramadol panoszący się w ciele podwójną dawką. Przez sposób, w jaki półmrok i wytłumiony nieco na półpiętrze gwar zasnuwały wszystkie zmysły szatyna gęstą, oszałamiającą mgłą. To, co w rzeczywistości znajdowało się bardzo daleko, wydawało się być nagle ledwie na wyciągnięcie ręki. To, co powinien trzymać przy sercu, dzielił od niego nagle złudny dystans. Przez moment czuł się tak, jakby coś - ktoś? - rzucił na niego silny czar, i to jego działaniem, jakże oportunistycznie, dawało teraz wyjaśnić się łatwość, z którą kolejne słowa przechodziły mu przez gardło. Nie przypadkowa paplanina, a jawne - choć jednocześnie poufne - zaproszenie do wspólnej konspiracji dokładnie tak, jak robili to z Wolfgangiem w przeszłości. W sekrecie, między słowami, w ukryciu pod ochronnym pancerzem konwenansów.
O wiele łatwiej było uznać, że Monty stracił na moment rozum, niż przyznać się - przed sobą, przed rozmówcą, i przy okazji przed całą resztą świata - że cokolwiek teraz robił, robił to w pełni świadomie.
- W przyszły czwartek – usłyszał własny głos zanim zdążył podjąć jakkolwiek świadomą decyzję o tym, czym mogło (p o w i n n o ?) poskutkować zaproszenie Welsha na kolejny koncert, i jednocześnie rozważyć jej możliwe konsekwencje – O dziewiętnastej, w Roy Thomson Hall.
Jeśli Wolfgang naprawdę chciał sprowadzić Monty'ego na manowce, wytrącić go na moment z tej lodowatej równowagi i podpuścić na tyle, by skrzypek stracił panowanie nad sobą, teraz - prawie - mu się to udało. I być może Monty właśnie tego tak naprawdę pragnął. Kary wymierzonej mu ukochaną ręką. Pokuty za te lata milczenia, za własne tchórzostwo tylko przebrane za łaskę czy honor, za sposób, w jaki odsunął się od Wolfganga bez słowa wytłumaczenia, nawet gdy jedynym czego pragnął było żeby po niego –
Sięgnąć. Sięgnąć, sięgnąć, sięgnąć –
Jego mały palec drgnął – ot, ledwie dostrzegalne szarpnięcie ciała mimo prób rozumu by utrzymać je na uwięzi; ciała rwącego się instynktownie ku temu, za którym tak tęskniło. Jeszcze centymetr, i Montgomery naprawdę by go dotknął, poufale, czule, za plecami cudownie nieświadomego ich bliskości tłumu. I znowu wszystko byłoby dobrze dokładnie takie samo jak kiedyś: jak te ukradkowe spojrzenia posyłane sobie nawzajem znad książek w szkolnej czytelni, jak pocałunek zwędzony Wolfiemu niczym słodkie jabłko z sąsiedzkiego sadu, jak znaczące westchnienie podłapane z drugiego końca pokoju w akademiku, pod osłoną dusznej, późno-majowej nocy.

Ale gdy Monty uniósł wzrok, gotowy żeby jednym spojrzeniem poprosić blondyna o pozwolenie na podjęcie kolejnego kroku – tego, który obydwojgu przyniósłby teraz chwilową, upragnioną ulgę, i najprawdopodobniej zniszczył później życie – Welsh nie patrzył już na niego. O ironio – słodka, gorzka, okrutna ironio, w ich losy wkradająca się jak mityczne fatum – zamiast na niego, kierował swój bystry wzrok ponad ludzkimi głowami, ku samemu epicentrum tłumu, gdzie Romy działała na innych uczestników bankietu tak, jak płomienie świec zwykną działać na ćmy. Jego piękna, (nie)bezpieczna Romy.
Spodziewał się, że Wolfgang powie teraz coś o jej urodzie albo zada jakieś neutralne, uprzejme pytanie o tym, czym się zajmowała, tak jak zwykła robić to większość osób, którym ją przedstawiał. Zamiast tego, z warg blondyna padły słowa, których Monty nie mógł się spodziewać, choć o które przecież prosił, jawnie pytając go o jego własne życie sercowe. Nie przypuszczał tylko, że zamiast prostej informacji dostanie teraz metaforyczny cios prosto między oczy.
W reakcji na który prawie zadławił się powietrzem.
- Ja… - Gonitwa myśli wypełniła nawę jego czaszki. Kurwa! Co mówiło się w takich momentach? Pamięć zapulsowała, wybiegając ku najbliżej znanemu Morinowi przykładowi żałoby i straty. Pomyślał o własnej matce, wyniosłej i onieśmielającej w ostrej czerni skrojonej na miarę garsonki, przyjmującej kondolencje zza obszernych szkieł ciemnych okularów. Nie było zza nich widać nic – ani czy płakała, ani czy jej powieki wzdęła brzydko wymowna opuchlizna po wielu przecierpianych w żałobie nocach, ani też, czy wypełniała je jedynie ulga, lub nawet satysfakcja. Pomyślał o mężczyznach ściskającej jej chłodne dłonie z nieco niezręczną ostrożnością, bacznych by nie przedłużyć dotyku o choćby jedną zbędną sekundę, która mogłaby uczynić go choć trochę sugestywnym; o kobietach wspinających się na palce by dosięgnąć jej policzków z delikatnym, smutnym pocałunkiem. Boże, Wolfgang – Nie wiedział już, co zszokowało go bardziej – czy to, że w ostatnich latach Welsh zdążył się ożenić wyjść za mąż, czy, że dotknęła go tak dotkliwa strata, czy jeszcze coś innego – fakt choćby, że oznaczało to, iż blondyn zdobył się we własnym życiu na odwagę, na którą samego Morina nigdy nie było stać. Żyć, nikogo nie udając. Bez rozbicia na dwie różne wersje siebie, jedną prowadzaną po salonach i drugą, trzymaną w kagańcu i w sekrecie – Przyjmij moje kondolencje.
Co się stało? Setka interpretacji wypełniła umysł skrzypka. Wypadek. Morderstwo. Niespodziewana tragedia na romantycznych wakacjach, jedna z tych, o jakich piszą potem brukowce. Katastrofa lotnicza. Błąd medyczny podczas rutynowej procedury. A co, jeśli mąż Wolfganga był jednym z tych wiekowych potentatów, którzy umierali naturalną śmiercią, zostawiając małżonkom niewyobrażalny majątek? Albo, jeśli padł ofiarą przestępstwa, bezsensownego hate crime popełnionego na nim przez grupę wzajemnie nakręcających się nastolatków. Jakimś cudem, rzecz tak przyziemna jak nieuleczalna choroba nawet nie przyszła mu do głowy.

Nagły dotyk był jak porażenie prądem, ale zamiast się wzdrygnąć, Montgomery zadrżał, zwracając nie tylko wzrok, ale i całą górną połowę ciała - twarz, barki, pierś i talię, w stronę drugiego mężczyzny dokładnie w chwili, w której ten podniósł głowę by na niego spojrzeć. Mógłby utopić się w błękicie jego oczu tak jak głupcy topią się w oceanie.
– Tak – Powiedział, nie ostro, ale zdecydowanie, takim tonem, którym dorośli informują własne dzieci, że nie ma szans na pertraktacje, koniec dyskusji Romy jest cudowna.
I nie było to kłamstwem; ba, nie było nawet naciągnięciem rzeczywistości, tylko szczerą, złotą prawdą. Romy była spełnieniem marzeń – tych przynajmniej, które snuł gdy nie myślał o Wolfgangu.
Na jego kolejne słowa zareagował prędko, parsknięciem tak bliskim dźwiękowi rozbawienia, że prawie nie dało się posłyszeć w nim cienia goryczy. No chyba, że ktoś - jak Monty - miał słuch absolutny. Mógł udawać, ale nie mógł zaprzeczyć, jak gorzko zabrzmiał jego głupi chichot.
- Może - Powiedział, przełknąwszy ciężko. Spróbował wzruszyć ramionami tak, by wyszło to nonszalancko, ale wypadło tylko blado i smutno - A może tylko rozszerzyłem repertuar.
Wcale nie chodziło o to, kto był w jego typie – przecież Monty nie spędził ostatnich dwóch dekad szukając jakiegoś klona Wolfganga, którym mógłby zapełnić wyrwę powstałą w jego sercu po ich rozstaniu. Dobre sobie! Jeśli czegoś szukał, to właśnie absolutnego przeciwieństwa mężczyzny. Nie wyobrażał sobie by budzić się co rano i napotykać zaspanym wzrokiem na gęstwinę jasnych kosmyków, przez pierwszy ciężki moment poranka pozwalając oszołomionemu mózgowi łudzić się, że obok niego śpi właśnie Wolfgang, tylko po to, by potem brutalnie rozpędzić własne złudzenia za sprawą bolesnej prawdy. Nadmierne podobieństwo kochanek - i kochanków - łamałoby mu serce raz za razem na nowo. Pokręcił głową, odpychając się dłońmi od balustrady – Przyjdź na koncert – Powiedział, na granicy błagania z rozkazem – Podaj moje imię bileterom. Załatwię ci dobre miejsce – Jakby to była najważniejsza ze wszystkich kwestii – Będziesz mógł się przekonać, czy naprawdę zmieniłem się tak bardzo.
I jeśli Welsh wolał nie widzieć drugiego dna, mógł uznać, że Montgomery naprawdę mówi wyłącznie o grze na skrzypcach.

/ zt x 2

Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Museum of Contemporary Art”