-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że nie będzie im dane zjeść tego obiadu przyniesionego przez chłopaka. Najpierw sama z niego zrezygnowała, aby wymasować mu głowę, potem można by rzec, że mieli dużo ciekawsze rzeczy do zrobienia, a może raczej do nadrobienia. A kiedy wydawało się, że już nic nie może im przeszkodzić w napełnieniu żołądków, o to pojawiła się Elsa, cała na biała, i udowodniła, że niemożliwe w jej przypadku było do zrobienia w niecałe dwie minuty.
Na szczęście kubek tylko pękł, a nie dosłownie wybuchł. Dzięki temu jego szczątki nie wbiły się w dłoń Norweżki, kalecząc ją do krwi. Gdyby jednak miało to miejsce, wówczas Dante na pewno przybyłby na zaplecze zwabiony potężnymi krzykami paniki i histerii, a nie tylko tą norweską kurwą.
Buziak w skroń i zapewnienie, oczywiście ubrane w żart, bo jakżeby inaczej, że nigdzie się nie wybierał, zdawały się naprawdę działać przeciwbólowo. Uspokoiła się i wtulona w jego bok, pozwalała chłodnemu strumieniowi wody otulać jej poparzoną łapkę.
Słuchała się grzecznie i nawet gdy wspomniał o odwoływaniu klientów to nie wchodziła z nim w dyskusję, bo dobrze wiedziała, że miał rację. Może umyłaby włosy jedną ręką, ale ścinania czy farbowania już by się nie podjęła. Na szczęście nie miała zaplanowanych na najbliższe dni żadnych fryzur okolicznościowych ani pokazów, więc miała nadzieję, że klientki okażą zrozumienie i nie wysmarują jej negatywnych opinii na Google.
W samochodzie poinstruowała go jak zapiąć psa w pasy, które kupiła specjalnie dla Olive, aby nie musiała siedzieć zamknięta w transporterze, a żeby nadal była bezpieczna. Murphy na szczęście był niewiele większy od jej suczki, więc wystarczyło je tylko lekko wyregulować.
I gdy byli już pod jej domem, najwyraźniej oboje zaczęli bić się z własnymi myślami. Co dalej?
Stała na podjeździe, wpatrując się w swoją opatrzoną dłoń. Nie chciała go do niczego zmuszać. Być może nie planował spędzić z nią całego wieczoru w salonie, więc czy miała prawo chcieć, aby został jeszcze dłużej? I to nie tyle na Netflix and chill co żeby po prostu był i faktycznie pilnował. Jej, jej głupich pomysłów… znowu jej… i znowu jej głupich pomysłów, bo tych miała naprawdę wiele, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy nie powinna czegoś robić i to pod żadnym pozorem.
Dlatego kiedy zadał jej to dosyć istotne pytanie, chciała powiedzieć, żeby się nie przejmował, że przecież była dużą dziewczynką. Ale inny głosik z tyłu głowy podszeptywał, że przecież się nim nie nacieszyła i że pewnie kiedy wreszcie uda jej się ogarnąć i położyć spać, on zniknie, a cały dzień okaże się być jedynie pięknym snem.
— Nie — odparła w końcu. Zbliżyła się do niego i bez żadnych ceregieli złapała zdrową dłonią za rękę i pociągnęła w stronę domu , pozwalając, aby Murphy skakał między nimi. Na szczęście żadne z nich nie zabiło się podczas drogi o smycz. Klucze miała w kieszeni od płaszcza, więc przynajmniej nie musiała ich szukać w czarnej dziurze zwanej damską torebką. Popchnęła drzwi, nie przejmując się tym, że puchaty stworek wbiegł jak błyskawica do nowego miejsca. Sama jednak nie wchodziła jeszcze do środka. Oparła się ścianę i przejechała palcami zabandażowanej łapki po klatce piersiowej chłopaka.
— Zostaniecie na noc…? Rodziców nie ma… Larsa też nie… — wymruczała z niewinnym uśmiechem na ustach. Nie raz podobnymi słowami zapraszała go do swojego rodzinnego domu i jeśli ją pamięć nie myliła to nigdy chyba nie odmówił. Co najwyżej stawiał warunek, żeby nie robiła już tostów. A najlepiej, to żeby w ogóle nie wchodziła do kuchni.
— Jak chcesz to możesz pojechać do domu autem i wziąć jakieś rzeczy dla siebie i Murphy’ego. Chociaż myślę, że Olive się z nim podzieli kanapą. A ja się podzielę z tobą łóżkiem… — Przesunęła dłoń odrobinę wyżej po jego klatce piersiowej, czując pod palcami ciepło jego ciała przez materiał. To było takie… realne. Zbyt realne, żeby było tylko jednym z jej głupich, pięknych snów.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I chociaż jej ostateczna decyzja była zgodna z tym, co rzeczywiście wolał, wciąż w jakimś stopniu zaskakiwała. Nie na tyle jednak, by próbował jakkolwiek zaprotestować, kiedy chwyciła go za rękę prowadząc w stronę domu. I zdecydowanie nie na tyle, by nie móc pozwolić sobie na szczery uśmiech wywołany jej krótką odpowiedzią.
– I rano nie będziesz próbowała spalić domu? Ani nie okaże się, że twoi rodzice jednak wracają wcześniej niż myślałaś? – oczywiście, że tak samo jak w czasach licealnych, tak i teraz nie miał zamiaru odrzucać tego zaproszenia. Choć mimo wszystko trudno byłoby obejść się bez nawiązania do tych nieszczęsnych zwęglonych tostów. A także tego dość stresującego poranka, kiedy rzeczywiście okazało się, że jej rodzice mieli pojawić się w domu znacznie szybciej niż którekolwiek z nich zakładało. I kiedy konieczne okazało się pospieszne ulotnienie się z niego, zanim musiałby próbować tłumaczyć jej ojcu, co robił tam o tak wczesnej porze i liczyć na to, że jakimś cudem Eriksen miałby uwierzyć w zapewne niezbyt przekonujące wyjaśnienia…
– Zaraz wrócę – chociaż wcale nie spieszyło mu się do tego, by zostawiać ją nawet na tę chwilę. Zanim więc miałby wrócić do samochodu, przysunął się bliżej niej, dłońmi obejmując jej talię i nachylając się, żeby złączyć ich wargi w kolejnym już tego wieczora pocałunku. Niespiesznym, chyba całkiem jasno sugerującym, że wcale nie zamierzał ruszać się stamtąd przynajmniej jeszcze przez chwilę lub dwie. – Postaraj się przez ten czas nie dotykać niczego ostrego, czy gorącego… Może po prostu usiądź i nic nie rób.
Uśmiechnął się, odsuwając się tylko odrobinę. I tylko po to, by po chwili namysłu pocałować ją raz jeszcze, zanim rzeczywiście zdecydował się wreszcie wrócić do jej samochodu, żeby podjechać do swojego mieszkania i zabrać z niego tych parę niezbędnych rzeczy. Zebranych na tyle pospiesznie, by niedługo mógł ponownie zaparkować na jej podjeździe i… raz jeszcze pozwolić sobie na moment zawahania. Myśl o tym, czy aby na pewno powinien zostawać u niej na noc, pojawiła się jeszcze zanim miałby w ogóle wysiąść z samochodu. Teoretycznie… absolutnie nic nie powinno świadczyć o tym, że miałby to być jeden z tych nie najlepszych pomysłów. Ale z drugiej strony… gdyby zastanowić się nad tym dłużej, prawdopodobnie znalazłoby się przynajmniej kilka powodów – w tym co najmniej parę całkiem logicznych – dla których może lepiej byłoby wrócić na noc do siebie. A on spędził w tym zaparkowanym samochodzie dostatecznie wiele czasu, by móc pomyśleć przynajmniej o części z nich… Nie chciał, żeby była chwilową zabawą, czy pocieszeniem po zakończonym związku. Co do tego nadal nie miał żadnych wątpliwości. Tylko… wciąż nie był chyba w stanie jednoznacznie stwierdzić, czego wobec tego chciał. Powrotu do tego, co było między nimi tych parę lat temu…? O ile mogło wydawać się to całkiem realne i możliwe do osiągnięcia w momencie, kiedy znajdowała się dość blisko, by czuć ciepło jej ciała i oddech na własnej skórze, tak zdecydowanie traciło na realności, kiedy nie miał jej nawet w zasięgu wzroku. Tamto było przecież dawno temu. I prawdopodobnie zbyt wiele zdążyło się w tym czasie zmienić, by można było do tego tak po prostu wrócić…
A jednak wciąż musiał przecież wysiąść z samochodu, choćby po to, żeby oddać jej kluczyki i zabrać zamiast tego psa.
I… mimo wszystko nadal chciał upewnić się, że miała poradzić sobie z tą poparzoną ręką. Oraz że miałaby wreszcie coś zjeść, nie ryzykując przy tym, że znów miałaby się przy tym w jakiś sposób uszkodzić… Chciał znowu ją objąć, móc pocałować i… zdecydowanie chciał zostać na noc.
Odsuwając od siebie wszelkie te natrętne wątpliwości, wysiadł wreszcie z samochodu, zabierając z niego swoje rzeczy i w kilku szybkich krokach przeszedł przez podjazd do jej domu. Jakby bał się, że jeśli pozwoli sobie na jeszcze chwilę zwłoki, wątpliwości wrócą i tym razem nie dadzą się odegnać tak łatwo.
– Jeżeli Murphy zdążył ci już zeżreć ulubione buty, to mogę go jeszcze odwieźć do Stonesa… – rzucił od progu, po jej odpowiedzi chcąc przy okazji zorientować się, gdzie zamierzała siedzieć i nic nie robić i gdzie w związku z tym powinien się skierować. A także – czy faktycznie nie było konieczne odwiezienie psa gdzieś, gdzie mógłby siać trochę mniejsze zniszczenie niż na co dzień…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Wypuściła jednak powietrze z policzków, gdy wspomniał o jej rodzicach i poczuła jak buźka zalewa jej się rumieńcem. Oj tak, tamtego poranka Dante ewakuował się wyjątkowo szybko, bo nawet jeśli Casper kochał swoją córkę to raczej ciężko byłoby mu uwierzyć, że ten przyszedł z samego rana na korepetycje. W sobotę. Zwłaszcza, że Elsa podczas ich przyjazdu, nadal paradowała w jedwabnej koszuli nocnej.
— Uważaj na drodze. Nie musisz się aż tak spieszyć — wymruczała mu tuż przy ustach, nim ten zdecydował się na złożenie nimi pocałunku na jej wargach. Zdrową rękę zarzuciła mu na kark, jakby chciała go przyciągnąć jeszcze bliżej siebie. Bo nic innego już się nie liczyło. Ani psy, które zostały w domu i niewiadomo jak na siebie zareagowały, ani dłoń, która, łagodnie mówiąc, napierdzielała. Tylko on. Znowu przy niej.
Kiedy się odsunął, jęknęła żałośnie , tęskniąc na nowo za jego smakiem, co chyba skutecznie zadziałało, bo zaraz dostała nagrodę pocieszenia w postaci kolejnego buziaka.
—Zobaczę co da się zrobić — odparła z delikatnym uśmiechem i gdy tylko Dante wsiadł do auta, weszła do domu, zamykając za sobą drzwi. Zsunęła z siebie płaszczyk i od razu skierowała kroki do salonu, gdzie zastała leżącą na huśtawce kokonie Olive i stojącego na przeciwko niej Murphy’ego. Szczeniak wydawał się być wielce zaskoczony, że w nowym miejscu był jeszcze jeden pies i to jeszcze suczka.
Czy Elsa potrafiła posłuchać się chłopaka i faktycznie usiąść na tyłku w oczekiwaniu na jego powrót? Ha. Dobry żart. Podczas kiedy ich psie dzieci uskuteczniły zwierzęcy wrestling, ona znalazła dwie zapasowe miski i uzupełniła je wodą oraz karmą, podobnie czyniąc z tymi należącymi do jej shorkie. A potem? Potem wpadła na genialny pomysł i zabrała zwierzaki do ogrodu. Wzięła ze sobą szarpak z owczej wełny i postanowiła, że tak zmęczy Murphy’ego, że ten nie będzie miał siły broić. Domyślała się, że to zadanie nie będzie należało do najłatwiejszych. Zdecydowanie wygodniej byłoby to zrobić w parku, gdzie powierzchnia zdawała się być praktycznie nieograniczona, więc nawet zwykłe rzucanie piłki mogło sprawić, że pies po którymś z kolei aport wróci do niej z wywalonym na wierzch językiem. W ogrodzie owe zmęczenie wymagało od niej o wiele większego zaangażowania, nie wspominając o sile. Co prawda, nie przewidziała początkowo, że jedną ręką może mieć problem w operowaniu szarpakiem i siłowaniem się nim, przez co musiała być w pełni skoncentrowana, aby czasem nie zaliczyć gleby, ani jeszcze bardziej się uszkodzić.
Ale to dobrze. Dzięki temu nie miała czasu myśleć o tym, że Dante długo nie wracał, że mógł zostawić u niej psa na przechowanie, a samemu pójść na kolejną imprezę, tak jak to do tej pory robił, jednak za hotel wybierał mieszkanie Erica. A skoro o tym nie myślała to przez chwilę w jej głowie panowała totalna cisza. Wreszcie.
Murphy szarpał się z całych sił, warcząc zabawnie przez zaciśnięte na szarpaku zęby, a Olive - jak na prawdziwą królową dramatu przystało - najpierw obserwowała wszystko z dystansem i po chwili włączyła się do zabawy, jakby nagle przypomniała sobie, że też jest psem, a nie tylko ozdobą do noszenia na rękach. I w którymś momencie zwierzaki wygrały, wyrywając jej szarpak z ręki i robiąc honorową rundkę wokół ogrodu.
Nie próbowała ich gonić. Z uśmiechem przymknęła na moment oczy i wtedy niepokój wrócił. Bo się spóźniał. O tej godzinie nie powinien napotkać na swojej drodze korków, ale może nieco dłużej zajęło mu pakowanie niezbędnych rzeczy? Ale może jednak coś lub ktoś go zatrzymał? Może spotkał byłą i właśnie zamieniał z nią kilka zdań, a te zdania przerodziły się w prawdziwą i szczerą rozmowę, która doprowadzała ich do porozumienia i stwierdzenia, że…
Nie. Stop. Elsa… stop, ganiała się w myślach za wymyślanie głupiego scenariusza do jeszcze głupszego filmu. Ale gdyby nie Murphy to była gotowa uwierzyć, że to wszystko to sobie sama wyobraziła, że spała przez chwilę na jawie i to wszystko, co się wydarzyło w jej studio było tylko głupim snem. Ale nie mogło. Przecież właśnie Olive zdzieliła swojego nowego kolegę po łbie, a lewa dłoń nadal piekła, pamiętaj zarówno rozlewający się po skórze wrzątek jak i czuły dotyk palców, które owijały jej bandaż i zawiązywały uroczą kokardkę.
W takim razie…
Drgnęła gwałtownie, słysząc jego głos. Od razu odwróciła się w stronę drzwi balkonowych i pomachała mu, gdy tylko pojawił się w salonie.
— Jesteśmy tutaj! Świetnie się bawimy, a buty mam całe. Wiedziałam co robię, chowając wszystkie do szafki. — Uśmiechnęła się szeroko tak jakby po jej czarnych myślach nie pozostał nawet ślad. Maska z uśmiechem numer trzy została właśnie przywdziana i nie należało jej ściągać.
Dante Levasseur