ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
152 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I just hope you get agoraphobia some day and all your days are sunny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
alkohol, dziwne natrętne typy, choroba psychiczna
Harper naprawdę wierzyła, że tym razem będzie inaczej. Obiecała sobie to jeszcze zanim wyszła z domu, stojąc przed lustrem, poprawiając makijaż i próbując nie patrzeć zbyt długo w swoje własne odbicie.
Tylko na chwilę…
Ta myśl powtarzała się w jej myślach coraz dłużej i częściej aż musiała poprawić kreskę na oku, bo z zamyślenia wyszła nierówna. Pojawi się, złoży życzenia, może napije się czegoś bezalkoholowego i zniknie zanim wszystko zacznie ją przytłaczać.
Plan był prosty. Już przy wejściu poczuła znajome napięcie, które powoli zaczęło rozlewać się po jej ciele. Nie było dobrze… zbyt głośno, zbyt jasno, zbyt dużo ludzi na raz. Śmiechy odbijały się echem w jej głowie, a każda rozmowa mieszała się w niezrozumiały szum.
Powinna była wtedy wyjść, ale zamiast tego sięgnęła po pierwszy kieliszek. W końcu jej koleżanka ze starej pracy miała urodziny i namówiła ją, że musiała się z nią napić. Nie chciała i nie powinna, ale to było silniejsze. Ta chęć przynależności, aby nikt nie pomyślał, że coś jest z nią nie daj Boże nie tak.
Ale potem pojawił się kolejny kieliszek, a chwilę później następny aż przestała liczyć. Alkohol na początku działał jak wybawienie… wygładzał ostre krawędzie rzeczywistości, spowalniał myśli, ale przede wszystkim pozwalał jej oddychać. Przez krótką chwilę czuła się normalniei lżej. Jakby w końcu mogła istnieć bez ciągłego napięcia pod skórą.
Ale to nigdy nie trwało długo. Ta cholerna granica przyszła nagle. Zawsze przychodziła nagle i uderzała ją jak kowadło prosto w potylicę. Teraz siedziała już gdzieś daleko od głównej imprezy, oparta o zimną, brudną ścianę budynku, który wyglądał tak samo obco jak wszystko wokół niej. Nie pamiętała dokładnie, kiedy wyszła. Nie pamiętała nawet, kiedy tak właściwie wyszła na zewnątrz, ale zimne powietrze nieprzyjemnie chłostało ją w gołe kolana.
Oddychanie nagle stało się trudne. Zbyt płytkie, za szybkie, jakby powietrze nagle przestało być wystarczające. Cholera jasna… wiedziała, że z jej chorobą nie powinna zgadzać się nawet na najmniejszy łyk alkoholu a i tak to zrobiła.
Zacisnęła palce na materiale sukienki, próbując się czegoś uchwycić – czegokolwiek, co przypominałoby jej, że jest bezpieczna i wciąż znajduje się w swoim ciele. Ale w jej głowie było coraz gorzej. Myśli przyspieszały w sposób, którego nie była w stanie kontrolować. Jedna goniła drugą, a każda kolejna była głośniejsza od poprzedniej. Chaos, który wcześniej alkohol stłumił, teraz wracał ze zdwojoną siłą mieszając się z lękiem, który wbijał się w nią jak igły.
Nie teraz… proszę, nie teraz… — wyszeptała drżącym głosem, opuszczając głowę między kolana. Znała to uczucie aż za dobrze. To był ten moment, w którym wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli. W którym nie wie czy to jeszcze epizod czy już coś gorszego. Nienawidziła tego. Nienawidziła tego jak bardzo jej własny umysł potrafił być przeciwko niej.
Spróbowała wstać. Oparła się o ścianę, próbując zmusić nogi do posłuszeństwa, ale świat natychmiast przechylił się pod dziwnym kątem. Zachwiała się łapiąc powietrze zanim znów opadła na ziemię, tym razem mocniej, boleśnie uderzając kolanem o chodnik. Cichy jęk wyrwał się z jej ust.
Sięgnęła po telefon. Ekran rozświetlił się na moment, rażąc ją w oczy. Litery rozmywały się, a jej palce nie trafiały w odpowiednie miejsca. Lista kontaktów była pełna, a jednocześnie… pusta. Bo do kogo niby do cholery miała zadzwonić?
Nie chciała być ciężarem. Nigdy nie chciała, aby ktokolwiek widział ją w tym stanie i musiał poświęcać swój cenny czas na próbę ogarnięcia jej życia. Bo prawda była prosta – nie dało się tego ogarnąć. Wszystko było zbyt skomplikowane, zbyt popieprzone.
Telefon powoli wysunął się z jej dłoni, uderzając cicho o beton obok niej. Harper oparła głowę o ścianę przymykając oczy, ale to tylko pogarszało sprawę – teraz czuła się jak w jakimś jebanym rollercoasterze. Oddech znów przyspieszył, urywany i płytki. Tym razem było gorzej niż zwykle. Dużo gorzej…
I gdzieś głęboko pod całym tym chaosem, pod lękiem i szumem myśli, pojawiła się ta jedna niepokojąco wyraźna świadomość… że naprawdę nie powinna być teraz sama. I miała uświadomić się w tej racji szybciej niż się spodziewała.
Czując mocne, męskie perfumy które dotarły do jej nozdrzy, skrzywiła się nieznacznie. Otworzyła delikatnie jedno oko aż przed sobą zobaczyła dwóch mężczyzn, którzy swoimi sylwetkami przysłaniali jej światło z ulicznej lampy.
— Hej maleńka, nie powinnaś siedzieć tutaj sama. Tym bardziej na ziemi. — odezwał się jeden z nich, krzyżując ręce na klatce piersiowej zaraz po tym jak włożył papierosa do ust. Drugi mężczyzna ukucnął, nieznacznie przybliżając się do niej i kładąc rękę na jej ramieniu.
— Dobrze mówi. Możemy zaprowadzić cię do domu. — nie brzmiało to zbyt zachęcająco i przede wszystkim bezpiecznie, ale Harper jedynie machnęła ręką, wydając z siebie dźwięki jak zbity kundel.
Nathaniel Mayfield
muge
nie zabijać i nie współżyć bez zgody
40 y/o
TORONTO RANGER
189 cm
Inspektor gadżet Toronto Police Service (TPS)
Awatar użytkownika
inspektor policji i drań w jednej postaci, rzuciła go narzeczona bo oglądał się za innymi i zbyt mocno skupił na robocie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji3os.
postać
autor

Wyprawy po wieczornych pustych ulicach autem albo kolejna eskapada po barach, które zamykały się jedno po drugim już dla niego z wiadomych przyczyn. Gdzieś tam wisiał nad nim ten niedobry duszek znajomej z komisariatu, która mocno próbowała resztkami sił utrzymać go w trybach, poprawić jego stan i nie dać zatracić w alkoholu. Nie było to jednak proste ale warte zachodu, Nathan wciąż był skutecznym gliną i potrzebną ten kanadyjskiej ziemi. To nie było od tak proste stwierdzenie na podstawie odznaki, którą nosił, tu chodziło o liczby i fakt, że jakoś doszedł na szczyt, stał się tym inspektorem i był inspiracją pewnie dla niektórych. Jaki więc dawał przykład włócząć się po barach, pijąc i paląc te cholerne śmierdzące fajki. Wciąż miał nosa i był dobry w tym co robił ale jeśli o człowieczeństwo chodziło, Mayfield zatrzymał się dawno temu, przeszła dwadzieścia lat temu. Czemu to sobie robił i dlaczego czuł ból i winę? Wszak nie miał kontroli nad tym kto i jak upatrzy sobie ofiarę, tą jedną konkretną dziewczynę, tą która miała być jego.
To nie był ból po stracie, który nosił w sobie, to było coś na wzór wyroku i celu życiowego w jednym. To po to został gliną i po to szukał tego co wydawało się być jak zloty Graal. Zmęczyło go to doszczętnie, zniszczyło jako człowieka w dodatku spowodowało problem za problemem. Zamiast pięknej narzeczonej u boku, zasypiał co raz częściej z butelką dobrej whisky bądź po prostu piwem. Stał się gburem i chamem, a jedyne co ratowało go każdego ranka to lodowaty wręcz prysznic na rozgrzane kacem ciało.
Dziś miało być podobnie gdy zostawiał auto pod komisariatem, gdy wiedział że nie będzie mu na ten wieczór potrzebne. Ostatnie o czym myślał to utrata prawa jazdy za jazdę po pijaku i wstyd przed kolegami w mundurach za taką brawurę.
Wybrał siłę swoich nóg i to, że czy będzie źle czy troszkę lepiej to one i tak go poniosą do domu, do pustego i chłodem wiejącego mieszkania. Ewentualnie nic nie wykluczało tego aby skończył w cudzym łóżku, wszak tego w repertuarze miał od nadmiaru, zagrań które w teorii nie przystawały facetowi w związku. To go zgubiło - alkohol i piękne kobiety za którymi wodził wzrokiem. Nie umiał chyba już naprawdę podarować żadnej, dlaczego więc sam nie odszedł i ranił tą z którą żył pod jednym dachem? Jego rozumu nie dało się ogarnąć w prosty sposób, raz był świetnym gliną po to aby z drugiej strony być fatalnym wręcz w odbiorze człowiekiem. Tyle albo aż tyle.
Nie wypił dużo wychodząc z jednego lokalu do drugiego, po prostu klimat nie był dla niego, a to że był gliną zawsze biło na kilometr. Nie chciał robić zadymy czy szukać problemów, on robił swoje po prostu. Czy był akurat na zmianie czy też nie - policjantem się jest całe 24h, a jeśli nie masz do tego ręki i życia, pasuj i uciekaj. On miał pasję, miał też przy sobie odznakę, która biła swoim blaskiem po oczach. Gdy więc widział, że nie ma co szukać w tym jednym barze, postanowił wybrać się w drogę do kolejnego. Ciemne zaułki Toronto znał na pamięć, odpowiednie skróty i mapa barów i klubów - podobno najlepszych w tym mieście. Nogi wiodły go same, alkohol dopiero co rozlewał się po ciele, nawet jak na niego - wypił dosyć mało. Jego percepcja jednak pozostawała nienaruszona, obrazy odbijały się od głowy, czerwone czy zielone światło migotało na jednym z przejść. Gdzieś w oddali słychać było syrenę, może policji a może karetki rwiącej na ratunek życia.
Nie chciał być uczestnikiem burdy, nie chciał nikomu zrobić krzywdy a jedynie pomóc. Widząc scenkę gdy wychodził zza rogu - w głowie miał tylko, działanie. Nie lubił przelewu agresji w czynach, nadwyrężenia praktyk policyjnych i zastosowania czasami stosunkowo mocnej obrony koniecznej czy ataku na rywala. Taki już był i dzisiaj było nie inaczej.
- HEJ TY! Zostaw ją! - zawołał do jednego z facetów, którzy na jego oko, pochylali się nad kobietą, zmęczoną przez życie, może pijaną a może po prostu bezbronną. Rozpęd jakie nabrał sprawił, że ten jeden z automatu otrzymał cios w splot słoneczny, na tyle mocny aby zgiął się w pół, trzymając za niego. - Nie chcesz mnie dzisiaj wkurwiać.. - rzucił do drugiego, który chyba miał chęci odwdzięczyć mu się za atak na kumpla. No cóż, mógł śmiało próbować bo Nathan zdawał się być gotów na bójkę dwóch na jednego. Może to była adrenalina a może był po prostu... czubkiem?


Harper Crain
Marlen.
zagram wszystko w granicach przyzwoitości.
26 y/o
For good luck!
152 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I just hope you get agoraphobia some day and all your days are sunny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Harper nawet nie zarejestrowała od razu co właściwie się stało. Jeszcze sekundę temu czuła na ramieniu obcą dłoń, ciężką i lepką od samej świadomości, że ktoś naruszał jej przestrzeń a potem nagle powietrze przeciął podniesiony głos. Brzmiał na kogoś zdenerwowanego, ale o dziwo nie miał problemu do niej. Jak to się wydarzyło?
Jeden z facetów opadł na ziemię z hukiem, łapiąc się za krwiawiący od uderzenia nos. Crain zmarszczyła nieco brwi na ten widok, ale wciąż była pod tak silną dawką alkoholu zmieszanego z jej lekami, że na dobrą sprawę cała ta sytuacja mogłaby się dziać jedynie w jej głowie.
Drgnęła jednak gwałtownie aż z jej ust wyrwał się cichy, spanikowany oddech. Uniosła głowę od ściany i przez moment widziała tylko poruszające się sylwetki, światło lampy ulicznej rozlewało się przed jej oczami i dziwnie cienie przypominające ludzi, które łączyły się ze sobą w jeden nieczytelny obraz. Serce tłukło jej się w piersi tak mocno jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Ona sama pragnęła uciec z tego miejsca jak najszybciej.
Ja... — odezwała się ale głos uwiązł jej w gardle. Brzmiała żałośnie i słabo. Jak dziecko które zgubiło się w tłumie i nie wie w którą stronę powinno patrzeć, aby dostrzec swoich rodziców.
— Pojebało cię kurwa?! — rzucił jeden z nich, gdy postanowił zamiast atakować pomóc kumplowi, któryh wyzywał pod nosem wszystko i wszystkich. Ah… trochę niefortunnie jednak. — Rzucać się dla jakiejś pizdy, chodź stary. — mruknęli do siebie, widocznie niezadowoleni, że jakiś goryl przerwał im możliwą dobrą zabawę i odeszli na bok. Harper nie była w stanie wszystkiego dobrze zarejestrować. Dopiero po chwili wypuściła z płuc urywany oddech, którego chyba nawet nie była świadoma że wstrzymywała.
Nie czuła ulgi. Oh jeszcze nie, było na to zdecydowanie za wcześnie. Tylko kolejną falę paniki, bo teraz obok niej był ktoś nowy. Ktoś obcy, ktoś wysoki i zdecydowanie zbyt wyraźny na tle całego tego zamieszania.
Przymrużyła oczy próbując złapać ostrość. Męska sylwetka, ciemne ubrania, mocne rysy, zapach alkoholu wymieszany z chłodnym nocnym powietrzem i czymś jeszcze – może perfumami? Przełknęła ślinę i odsunęła się odruchowo mocniej pod ścianę, choć tak naprawdę nie miała nawet gdzie uciec.
Nie... nie podchodź… — wymamrotała cicho zaciskając drżące palce na materiale sukienki. To nie było nawet ostrzeżenie. Bardziej błaganie i instynkt. Organizm, który nie odróżniał już zagrożenia od ratunku. Nauczyła się przecież, że facetom nie można ufać, prawda? Zrobiła płytki wdech, zaraz kolejny jeszcze bardziej rwany. Cholera, znowu to samo! Czuła, jak zaczyna brakować jej powietrza, jak klatka piersiowa robi się za ciasna, a myśli rozbiegają się na wszystkie strony.
Ja nie... — urwała i pokręciła lekko głową, jakby sama próbowała sobie zaprzeczyć. — Nie mam... nic. Nie chcę żadnych problemów.
Telefon leżał gdzieś obok, kilka centymetrów od jej dłoni. Spojrzała na niego tępo, potem znów na mężczyznę, który pojawił się znikąd i rozwalił ten obrzydliwy, duszny moment jednym krzykiem. Rozsądek podpowiadał jej, że gdyby chciał zrobić jej krzywdę nie ratowałby jej przed tamtymi. Ale rozsądek był właśnie czymś, czego Harper miała teraz jak na lekarstwo.
Oblizała spierzchnięte wargi i spróbowała usiąść prościej, choć skończyło się to tylko kolejnym zawrotem głowy. Skrzywiła się i syknęła pod nosem, kiedy bolące kolano dało o sobie znać. — Chyba... — zaczęła ale musiała przerwać żeby złapać oddech. — Chyba zaraz zemdleję. — to było chyba najbardziej szczere zdanie jakie padło z jej ust tego wieczoru. Bez udawania, bez głupiego wszystko okej i bez tego przeklętego uśmiechu przyklejanego na siłę. Podniosła na niego spojrzenie, w którym wstyd mieszał się z lękiem i totalnym rozbiciem.
Jeśli jesteś jednym z tych ludzi, którzy zaraz powiedzą mi, że wyglądam jak gówno to naprawdę... wiem. — wydusiła słabo z cieniem czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby być sarkazmem, ale teraz brzmiało raczej żałośnie niż zabawnie. Oddech znów jej zadrżał i opuściła wzrok, bo nagle poczuła pieczenie pod powiekami. Super. Jeszcze tylko tego brakowało.
Możesz po prostu... — urwała, próbując ubrać myśli w jakiekolwiek logiczne słowa. — Nie wiem. Nie zostawiać mnie samej przez minutę. Tylko minutę.
Nathaniel Mayfield
muge
nie zabijać i nie współżyć bez zgody
40 y/o
TORONTO RANGER
189 cm
Inspektor gadżet Toronto Police Service (TPS)
Awatar użytkownika
inspektor policji i drań w jednej postaci, rzuciła go narzeczona bo oglądał się za innymi i zbyt mocno skupił na robocie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji3os.
postać
autor

Nate nie chciał wyskakiwać z twardą gadką, że jest gliną i takie tam, to czasami bardziej szkodziło niż pomagało. Co drugi klient chciał aby dostać laurkę, że zlał policjanta albo myślał iż takie coś mu pomoże i dostarczy sił aby go pokonać. No cóż, niestety Mayfield takich on składał jak zapałki, a adrenalina i odrobina boksu z ulicy dodawała mu radochy, od tak. Był chory pojebem, który czasem lubił takie akcje tym bardziej gdy był po ciężkich akcjach, problemach lub gdy przestępca mu uciekł. Rozładowanie energii na jakiś debilach nie było najlepszym pomysłem, ale cóż i tak był po służbie i nie interweniował jako glina tylko jako obywatel. Jęk jednego a potem drugiego typka był jak motor napędowy a przecież on tylko się rozgrzał, nie użył zbyt wiele siły a jedynie wykonał dwa ciuchy, które zawsze działały i które odcinały wręcz chęci do oddychania. Mógłby im tu zaprezentować więcej finezji w ruchach czy nawet wspomóc się pracą nóg, którą wyćwiczył trenując K1, ale spękali.
To mu dało poczucie, że jest groźny i wciąż ma jeszcze to coś. Czasami wiek zaczyna odbierać argumenty, szybkość czy czas reakcji albo chociażby siłę ciosu. Tutaj trafili się słabi przeciwnicy i na szczęście bez "grubszego" sprzętu. To jednak nie było najważniejsze, gdy jego oddech się unormował po nagłym przypływie adrenaliny, przypomniał sobie o kobiecie. Biednej, bezbronnej, pijanej czy otumanionej czymś, nie wiedział co z nią, więc odwrócił się niezbyt zgrabnie.
Kuliła się i była przestraszona, wyglądała jakby chciała się osłonić przed nim, uciec i zapaść gdzieś pod ziemię. Nate nie rozumiał w jakim stanie była, trochę to go przeraziło ale przykucnął przy niej delikatnie i w miarę powoli. - Nie zrobię Ci krzywdy, ej.. - spróbował do niej dotrzeć ale miał poczucie, że sytuacja sprzed chwili wprowadziła ją w stan obronny przed kolejnym potencjalnym napastnikiem. Każdy facet, nieznajomy o tej porze dnia wydawał się być totalnym zagrożeniem.
- Mam wezwać pomoc.. chcesz karetkę? - spytał, próbując nawet zmniejszyć dystans ale dalej wydawało mu się dziwne to na co patrzy. Tylko było używek, różnych ludzkich chorób, ogólnie ciężko mu było ocenić co jej właściwie dolega, a przecież był niby policjantem i widział w swoim życiu wiele. Przyklęknął powoli przy niej, podnosząc wpierw telefon, którego trzymając w ręce podał jej pod nos, tak aby uznała go za przyjaciela a nie wroga. Gdy tak ledwo mówiła on sam miał ochotę chwycić za swój i po prostu zadzwonić pod numer alarmowy. Sam nie wiedział co jej dolega i co może dla niej zrobić oprócz trwania przy niej do momentu przybycia służb. - Wezwać karetkę? - powtórzył gdy wspomniała o możliwym zemdleniu tutaj, on na prawdę się bał i w sumie to jego palce z automatu wybierały już numer na klawiaturze, chociaż ostatecznie decyzja należała do niej. Jeśli nie chciała problemu albo po prostu potrzebowała chwili aby się ogarnąć, on to zaakceptuje i zostanie aby jej dać tą chwile i przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa.
- Nie. Dzisiaj trafiłaś bardzo dobrze, bo na glinę. Inspektor Nathaniel Mayfield. A Ty jak masz na imię? Co właściwie Ci się stało? Wypiłaś za dużo? Zaćpałaś coś? Nie będę oceniać ale... chciałbym Ci teraz pomóc i wybrać rozsądną opcje.. - sam wywiad nie był może idealny ale on też trochę wypił tego wieczoru, co prawda dopiero się rozkręcał i w miał w planach następne bary do obskoczenia ale jak widać nastąpiła realna zmiana planów. Tak czy inaczej jeśli uznała za niepotrzebne - odpuścił wzywanie karetki jeśli jednak chciała to finalnie to zrobił, podając przybliżoną lokalizację po budynkach, na które zwrócił uwagę.
- Nie zostawię Cię. Chociaż przydałaby Ci się może woda? Dasz radę wstać? - nie chciał jej dotykać i stwarzać dziwny wzdrygnięcie u niej, ale po części jako funkcjonariusz policji miał w swoim katalogu coś takiego jak po prostu odruch pomocy. Musiał jej udzielać choćby z własnej przysięgi, policjantem się było a nie bywało - robota na 24/7.

Harper Crain
Marlen.
zagram wszystko w granicach przyzwoitości.
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Fifth Social Club”