Jak to się szybko potrafiło odwrócić.
W jednej chwili było dobrze. Spokojnie, ciepło i komfortowo – pomimo tego, że sytuacja była dla niej nowa. Przyzwyczajała się do niej i wsiąkała w nią. Adaptowała się całkiem sprawnie.
A w drugiej?
W drugiej Damon szamocze się z jakimś psychopatą, który dosłownie ułamek sekundy wcześniej próbował najzwyczajniej w świecie ich zabić. Bo co innego mógł chcieć zrobić z tym nożem? Raczej nie przyszedł tu zapytać, czy ukroić im pajdę chleba, bo akurat upiekł i jest świeży.
Obserwowała to wszystko, ale miała wrażenie, że nie nadążała za tempem ich akcji. Była osłabiona i przez to spowolniona. Jak gdyby została w tyle, kiedy oni, w swojej walce, byli już daleko, daleko na przodzie.
Rejestrowała tylko pojedyncze momenty, kiedy role się odwracały i to nie Damon okładał ich napastnika, tylko on zdołał sięgnąć jego. A robił to w taki sposób, że jej rozlany umysł i tak potrafił stwierdzić, że będzie
ślad. Lekko mówiąc.
Serce zabiło jej mocniej, kiedy obcy mężczyzna gruchnął na ziemię i jeszcze tam był w chwycie Damona. Nie zrobiło tego ze stresu, ale tak jakby sobie przypomniało, że pora zacząć pompować adrenalinę, bo jej ciału stała się krzywda.
Lata w wojsku przygotowały ją jednak na widok martwego ciała, więc kiedy psychopata w końcu stracił życie, nie wstrząsnęło to nią. Może nie była martwa, jak niektórzy tutaj, w środku, jak niektórzy tutaj, ale nie czuła nic w związku ze śmiercią faceta, który ledwie chwilę temu chciał pozabijać ich we śnie.
Albo to oni mieli szczególnego pecha, albo to z Rosją było coś nie tak.
Jej umysł zarejestrował przytłumiony głos Damona.
—
Możesz — odpowiedziała, dość automatycznie ale ze słyszalnym zmęczeniem. —
Jak wrócimy do domu. — Jak wrócą do domu to go tak ulula, że będzie spał przez tydzień.
Tyle tylko, że po pierwsze – musieliby do tego domu wrócić. A Kanada była daleko i na razie nie zapowiadało się, żeby poszło to lekko – biorąc pod uwagę, że nikt raczej nie chce im pomóc, a szybciej: zabić.
A po drugie – może lepiej, żeby lulała go w bunkrze, żeby przypadkiem znowu świat się na nich, a może właśnie: na niego, nie uwziął.
Ale, mimo słabości w głosie, powiedziała to tak, jakby to było już postanowione.
Potrzebowała na czymś zaczepić myśli.
Nawet jeśli teraz miała zupełnie co innego do roboty.
Zsunęła się z łóżka, choć nawet to wydawało się ciężkie. Oparła grzbietem o łóżko i sięgnęła zdrową ręką, na moment odrywając ją od rany, po survival kit, ale bezskutecznie. Musiał jej pomóc, musiał go otworzyć. W tym czasie ona wróciła do uciskania palcami zdrowej rany, chociaż to była kropla w morzu jej potrzeb.
—
Gazę mi daj. — A w zasadzie nie jedną. —
Odpakuj wszystkie. — A jak już to zrobił, to przejęła pierwszy arkusz i drżącą, ale zdrową ręką obłożyła ranę. Oczywista oczywistość, że biała gaza zaraz przesiąknęła. Dołożyła jeszcze kilka, a potem wyciągnęła rękę w jego stronę. —
Uciskaj. Mocno. — Nie jak jakiś delikates. Konkretnie. Tak ,aby sama nie musiała po nim poprawiać i dociskać kolanem. —
I trzymaj ją tutaj. — Podniosła swoją rękę znacznie wyżej, niż znajdowała się jej klatka piersiowa a nawet ramię.
I jak już trzymał, to sama sięgnęła do kita, by przekopać jego zawartość w poszukiwaniu tego, co potrzebowała. Wyciągnęła bandaż, w tym czasie zerkając kontrolnie na ranę. Bardzo szybko biel zajmowała się czerwienią. Krwawienie było paskudne. Ale tak miało być. A raczej – no tak będzie. Nie mogła zmieniać opatrunku. Dołożyła jeszcze gazę, zgrywając się jakoś z Damonem, a potem poprosiła go, by dalej uciskał, ale jednocześnie
zatańczyła z nim a raczej jego dłonią, zakładając ciasny opatrunek wokół własnej ręki.
—
Trzymaj dalej. — Nie prowadziła większego dialogu, bo nawet jeśli pierwszy kryzys opanowała, to jeszcze nic się nie rozwiązało. A poza tym, na jego ciele doszukała się co najmniej jednego kryzysu. I jednego dramatu.
A jej została tylko lewa ręka.
Wyjęła nożyczki i dość nieporadnie, ale całkiem sprawnie rozharatała mu rękaw tak, aby materiał nie znajdował się już przy ranie. Obejrzała ją na szybko i wiedziała, że jest brzydka na tyle, że aż problematyczna. Ale i tak nie widziała jej pod tą górą krwi. Wydłubała z kita ampułkę soli fizjologicznej i odkorkowała ją w najbardziej sterylny z możliwych sposobów – zębami.
Przemyła ją, na tyle na ile mogła. Ale wystarczyła jej chwila, żeby zobaczyć, że rana jest poszarpana. Nieregularna. Chwila, zanim znowu nie zalała się krwią. Obłożyła ją jałowymi gazami, które jej zostały. Sterylność tego wszystkiego była godna pożałowania, więc jak któreś z nich miało HIV to już są w tym wszystkim razem.
Jak Dzikie Koty.
Niezgrabnie i z pewną frustracją – wynikłą z braku drugiej ręki – owinęła go ciasno. Ale jak to dalej będzie wyglądało to pokaże czas. Jak rana nie przestanie krwawić w godzinę, to będą mieli jeszcze większy problem. A znając ich, to będą mieli.
Sepsę to oboje dostaną.
—
Ale jeśli chcesz mi powiedzieć, że już nigdy nie dasz się uśpić, to lepiej uważaj. Nie mówiąc już o tym, że spróbujesz zasugerować, że nie oddasz mi już żadnej warty. Masz tę ranę blisko oka. Jeszcze się tym tak przejmę i mi się ręka omsknie. — I palec do oka mu wsadzi. Nie to, żeby jakoś szczególnie zależało jej, na lulaniu go. Albo pilnowaniu jak śpi. Ale to był tylko brzydki zbieg okoliczności, kiedy ona próbowała coś na nim sprawdzić.
I sprawdziła.
I zadziałało.
—
Przysuń się. — Tak, aby mogła mu ten palec w oko włożyć.
Damon Tae