-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Dzięki temu zakłopotanie nie było aż tak widoczne, a chociaż na ogół liczył się z tym, że większość przychylnych komentarzy jakie kierowano w jego stronę wynikała z czystej kurtuazji albo interesowności, tym razem czuł, że chodziło o coś innego. I dlatego nie miał pojęcia jak zareagować, ani jak sobie tę uwagę ułożyć, żeby nie wydawała się aż tak obca.
Na krótko przed dramatycznym potknięciem Lian zdążył jeszcze zauważyć, że Daniel uśmiechał się tego dnia również nieco inaczej, częściej i bez nerwowego chowania się za swetrem albo kołnierzem.
一 I właśnie to mnie martwi 一 przemruknął pod nosem, tak samo świadomy, że gdyby nie udało mu się w porę złapać równowagi, prawdopodobnie obydwaj zakończyliby ten dzień z porcją nowych siniaków. 一 Wolałbym nie połamać cię na pierwszej randce bo mam już kilka nowych pomysłów na następne, a SOR nie jest na liście.
Bo to, że po oceanarium Lian zdążył zaplanować inne opcje oraz kolejne okazje do spotkań było faktem, którym dopiero teraz przyszło mu do głowy podzielić się z Danielem. Kiedy rozważał swoje możliwości jeszcze przed spotkaniem zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie odwiedził wielu miejsc choć wizytował na każdym kontynencie poza Afryką. Po mozolnym procesie dojrzewania tego mankamentu ze stadium problemu do fazy nowego potencjału Lian zaczął tworzyć listę możliwych kierunków i na wyczucie dostawiał do nich Moore'a jakby tworzył zaimprowizowany kolaż.
Ze wszystkich na jakie wpadł, Daniel widocznie najlepiej prezentował mu się na tle błękitów, z rybami oraz rafą koralową przypiętą po bokach dla poruszenia zastanej wyobraźni.
Przy pstrokatym akwarium z krewetkami w każdym kolorze tęczy nie poświęcił zbyt wiele czasu kolonii skorupiaków, zamiast tego wolał obserwować jak głowa Moore'a zbliża się niebezpiecznie do przedniej szyby zbiornika.
一 Z pewnością nie jestem rybą 一 skomentował sucho, pijąc do dość oczywistego upodobania do monokoloru. 一 Czyli jak to właściwie jest? Widzą jakby... więcej?
Łagodnie zaciekawionym spojrzeniem smagnął drepczące po dnie krewetki i to był błąd, bo Daniel wymknął mu się spod kurateli gwarantowanej pozostawaniem w zasięgu wzroku. Ledwo zdążył zlokalizować błękitno-zielone stworzonko robiące podkop w drobnym żwirze, a usłyszał głuche, znajome stuknięcie z prawej strony.
一 Widzę jak obijasz się o wszystko jak ćma o klosz lampy 一 odparł z westchnieniem pod koniec, a wypuszczane ciężko powietrze poruszyło skrzydełkami jego nosa. 一 Nic ci nie jest?
Wykręcił się nieelegancko bokiem do ferajny krewetek by móc odrobinę zrekonstruować układ niektórych nieposłusznie plączących się loków, z których kilka zdawało się czekać na okazję by wpaść mu do oczu. Opuszką palca wskazującego w skupieniu zagarnął wszystkie za uszy, przy czym ani razu nie przerwał bezpośredniego kontaktu, jakby skupiał się nie na włosach, a na wyrysowywaniu mu jakiegoś zawiłego wzroku na czole i skroniach. A potem delikatnie aczkolwiek w znaczącym akcencie stuknął go bardzo delikatnie w sam środek, pomiędzy brwiami, ni to nawiązując do tendencji Daniela do zderzania się z otoczeniem głową, ni w celu zaskarbienia sobie jego ponownej uwagi.
一 Ta różowa 一 wypalił bez zastanowienia, z pełną powagą na jaką było go stać, co więcej, całkiem szczerze. 一 Zaraz obok twojej.
Ale zamiast pozwolić mu od razu zabawić się w nową wersję gry Where is Waldo Lian jeszcze przez parę sekund uparcie utrzymywał z nim kontakt wzrokowy, mimo że jego dłoń dała wreszcie spokój kapryśnym loczkom.
Nieco dłuższa obserwacja zbiornika - gdy już odpuścił sobie dręczenie Daniela walką na spojrzenia - pozwoliła mu odnaleźć rawki, mniej więcej w tym samym momencie w którym usłyszał entuzjastyczne „O właśnie“.
Nie pierwszy raz tego dnia Moore ciągnął go gdzieś za sobą, zmuszając do podążania w wybranym przez niego kierunku jak zjawę, która przyczepiła się złośliwie bogu ducha winnej duszy, ale ani razu nie zaprotestował. Właściwie, gdy dał temu jedną czy dwie swobodne myśli, Lian zauważył, że trzymanie się każdego jego kroku jak wierny cień zaczynało mu się podobać.
Na chwilę rozsupłał ich dłonie, a zanim Moore zdążyłby zeźlić się i zacząć narzekać, Mei stanął sobie spokojnie za jego plecami, oburącz chwycił go za ramiona i oparł brodę na czubku jego głowy, chłonąc to niezwykle uzależniające ciepło oraz w oczywisty sposób ograniczając jego ruchliwość. Mimo to wciąż był w stanie wyczuć każde drgnięcie i każdy przechył, bo ewidentnie ciało Daniela nie było zdolne do wystania w kompletnym bezruchu.
Pamiętał jak raz w życiu pozwolono mu potrzymać przez chwilę królika i z jakiegoś powodu uderzyło to w niego teraz, po wielu latach, w cichym oceanarium w Toronto.
Wówczas odrobinę niepokoiła go kruchość zwierzęcia, jego zastanawiający upór w pozostawaniu w jednej pozycji, pomimo że przy złożeniu rąk Lian czuł w nich to płoche, ciepłe drżenie i napięcie - nie wiedział tylko czy swoje czy królicze. Stan niepewności przybrudził to pozytywne doświadczenie, bo nie będąc w stanie przewidzieć czy i kiedy nadejdzie skok ani nie znając sposobów obchodzenia się z czymś tak filigranowym i podatnym na uszkodzenia, mógł jedynie próbować nacieszyć się tą kulką miękkości na zapas i zawczasu żałować, że w końcu miała od niego uciec.
To był tylko przystanek w Dijon, w drodze do Paryża na koncert bożonarodzeniowy, a on miał wówczas czternaście lat.
一 Nie jestem zbyt ciężki? 一 zapytał bardzo ogólnikowo, dla jasności jednak ścisnął go porozumiewawczo palcami w ramionach. Jego oddech mieszał się z lokami łaskoczącymi go w szczękę i nos, bo nie potrafił odmówić sobie przyjemności spędzenia wśród nich tych kilku wykradzionych momentów.
Moore pachniał ciepłem, czymś czego nie określała żadna znana mu nuta obecna w nawet najdroższych perfumach i dla Liana (dla którego to abstrakcyjne skojarzenie również było tak nieprecyzyjne, że aż wywołało konsternację) po prostu pachniał jak dom.
Lub, do czego zdążył dotrzeć kiedy znów na chwilę się zawiesił, przypominało mu to powrót do rozgrzanego, zalanego światłem i zapachem kolacji mieszkania, gdy zbyt długo przebywało się zimą na zewnątrz.
一 Możemy tak chwilę zostać? Opowiedz mi o rawkach. 一 Sam nie przeczytał z tablicy informacyjnej nic poza tytułem i nazwą gatunkową, zdążył jednak poznać Daniela wystarczająco dobrze by wiedzieć, że on sobie tej przyjemności nie odmówił.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- W pewnym sensie, ale powiedziałbym bardziej, że inaczej..? Tak jak... na-na przykład psy, widzą świat z mniejszą ilością barw, bo mają mniej tych... jak one miały, no receptorów w oczach. Ryby mają więcej, czyli rozszerzone spektrum wcho-wchodzące w ultrafiolet - podzielił się tym, co wiedział w temacie, łagodnie marszcząc brwi, gdy próbował przywołać fakty znajdujące się gdzieś z tyłu jego głowy. - Fa-fale są fascynujące, wiedziałeś, że purpurowy tak właściwie nie istnieje? - zagadnął z kolejną, całkowicie zbędną do życia ciekawostką, tym razem w miarę świeżą. Do tego tematu dobił podczas nieudanych prób zaśnięcia na kilka nocy przed randką. I szczerze wątpił, by dał radę zasnąć także i tej nocy przez ilość wrażeń, zwłaszcza gdy Lian zaczął odgarniać mu z twarzy loki i przyglądać mu się jakby realnie przejął się tym małym, niegroźnym zderzeniem z szybą.
- Za czysta ta szyba - zadecydował, pomimo pogłębiającego się rumieńca utrzymując na twarzy uśmiech. Nie mógł zbyt wiele na to poradzić, tego typu niegroźne potknięcia bawiły go już od lat. Lepsze to niż płacz. - Och, nie, co-coś ty, to tylko... Nic mi nie jest - zapewnił, potykając się o słowa, gdy przedłużony kontakt wzrokowy stopniowo wyłączał mu kolejne procesy myślowe. I chociaż wewnętrznie, oraz trochę zewnętrznie, płonął, nie uciekł spojrzeniem od ciemnych tęczówek, dopóki nie został uwolniony spod chwilowej kontroli jaką nad nim sprawowały. Nie miał zielonego pojęcia kiedy ostatnio, jeśli w ogóle, tak często patrzył komuś w oczy, a posiadanie na sobie tak niezachwianej uwagi Liana było na równi przerażające i odurzające. Za każdym razem, gdy jego oczy znajdowały nowy obiekt zainteresowania, zalewała go zarówno ulga, jak i niedosyt.
Po znalezieniu wspomnianej różowej krewetki i zaciągnięciu Mei'a do tabliczek informacyjnych, dostał chwilowe rozproszenie od reszty bodźców i pędzących myśli. Przynajmniej dopóki chłodna ręka nie wyślizgnęła mu się z chwytu, na co zdążył zmarszczyć czoło i podnieść głowę, idealnie by dopasować się jej czubkiem pod brodę mężczyzny. Zamrugał i spuścił wzrok na palce trzymające go za ramiona, jakby potrzebował wizualnego potwierdzenia tego fenomenu.
- Nie... Ani trochę - wymamrotał, zerkając z powrotem na tabliczkę, chociaż pomimo dłuższego wpatrywania się w znajdujące się na niej słowa, nie przyswoił ani jednego od kiedy czuł przyklejonego do swoich pleców Liana. Chociaż rozpraszało go także coś poza samą jego obecnością.
- Hm? Ja-jasne, tylko... możesz też... - urwał i zamiast tłumaczyć co miał na myśli z użyciem słów, podniósł dłoń by odkleić palce od materiału swojego płaszcza i pociągnąć jego rękę w przód po skosie, w ramach zachęty by całkowicie się na nim uwiesił, albo go objął, to już zostawiał jego własnej interpretacji. - I daj mi moment, muszę tylko... Okay, więc są z Indo-pacyfiku, to drapieżne ustonogi, bo mają szczęko... szczękonóża jak modliszki, tylko zakończone zgrubieniami, którymi... się biją..? - zmrużył oczy i w pierwszej chwili chciał ponownie pochylić się bliżej tabliczki, jednak w ostatnim momencie przypomniał sobie, że miał na głowie Liana, więc ostatecznie tylko niespokojnie drgnął. Rzucił okiem w stronę akwarium, jakby spodziewał się zobaczyć w nim ring bokserski, zanim wrócił do czytania. - Mają... O, widzą pełne 360 stopni, ale ich oczy poruszają się niezależnie od siebie, co jest... okay, dziwne, chcę tak - mruknął, po czym podniósł dłoń i entuzjastycznie postukał palcem w fragment opisu. - Zakres widzenia obejmuje ultrafiolet i podczerwień. Czyli dobrze pamiętałem! O i... prędkość ciosów dochodzi do stu kilometrów na godzinę, co... jest rekordem w świecie zwierząt. Wiesz co... To na pewno nie jest krewetka - podsumował, wydając swój profesjonalny osąd, po dokładnym zapoznaniu się z tematem. Nie wiedział o krewetkach zbyt wiele, jednak dostatecznie dużo by stwierdzić, że poza wyglądem pod żadnym innym względem nie przypominały tego konkretnego stworzenia.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Gdyby to zależało wyłącznie od niego, w przyszłym tygodniu Moore leciałby z nim pierwszą klasą do Kyoto z okazji zbliżającego się Hanami.
一 Kłamstwo 一 odparł marszcząc brwi, a nawet kręcąc przecząco głową. 一 Oczywiście, że istnieje, mam co najmniej dwa zestawy do parzenia herbaty w tym kolorze.
Wiedział oczywiście, że Daniel wychodząc z argumentem miał w tym poparcie badaniami z których najpewniej wyciągnął tę ciekawostkę, ale Lian nie był człowiekiem nauki. Był zwykłym człowiekiem nie mającym w zwyczaju nadmiernego studiowania swojego czajniczka, wolał raczej zgłębiać każde maleńkie uszczerbienia na krawędziach w celu ustalenia ich przyczyny, kontemplować załamania świateł na lakierowanej ceramice i podlewać filiżankę herbatą.
一 Za to nie mam pojęcia jak ty to robisz, że na każdą okazję masz jakąś anegdotkę. Nie zrozum mnie źle, to nie przytyk 一 dodał od razu, zanim Daniel dorobiłby sobie do tego własną interpretację. 一 Po prostu sam ledwo ukończyłem kursy korespondencyjne i gdyby nie to, że coś-niecoś gram, wątpliwe by przyjęli mnie na studia. Jestem pod wrażeniem, że to wszystko pamiętasz, jak... chodząca encyklopedia.
Ton jego głosu wskazywał na podziw, nie było w nim nic z kpiny czy znużenia, zresztą Lian wątpił by po tym jak wypytywał go praktycznie o każdy element wystawy można było mieć jakiekolwiek wątpliwości.
Nigdy nie miał okazji wypróbować konwencjonalnej ścieżki edukacji więc nie wiedział do końca jaki zakres materiału przekazywali w szkołach, mimo to poznał wystarczająco wielu ludzi by wiedzieć, że Moore i tak mocno wystawał ponad średnią. A sposób w jaki opowiadał o każdej, nawet największej głupocie, z wypiekami na policzkach i drżącym od nadmiaru emocji głosem? Lian był zachwycony.
Spodziewał się prostej odpowiedzi, krótkiego tak lub nie z nadzieją na to pierwsze, jednak kiedy Daniel samodzielnie podjął inicjatywę i przełożył sobie jego ręce tam gdzie chciał je mieć, stojący mu za plecami Lian poczuł momentalnie kurczący mu się żołądek, jakby ktoś strzelił go właśnie łokciem.
Reakcja nie była nieprzyjemna - jedynie intensywna i być może tęsknił za tego typu jednoznacznym kontaktem tak mocno, że coś tak prostego było w stanie wytrącić go z równowagi.
Nie powiedział nic ani wtedy, gdy Moore ostatecznie ustawił się wygodnie w tej konfiguracji, ani wówczas, gdy w parafrazę informacji zapisanej na tabliczce wkradały się osobiste wstawki. Zamiast tego pomału zagarnął go do siebie bliżej, tak jakby chciał go wchłonąć, na spróbowanie oparł go sobie komfortowo o klatkę piersiową i kiedy po kolejnej małej flaucie Lian nie zauważył u Daniela oznak niewygody, sam wreszcie nieco się rozluźnił.
Podczas gdy Moore opowiadał o rawkach bijących rekordy, on słuchał jednym uchem i jednocześnie wwiercał się policzkiem w chmurkę kasztanowych loków.
一 Myślisz, że smakują inaczej? 一 zapytał po podsumowaniu, jakiego doczekał się po bogatym opisie krewetko-podobnego stworzenia zasuwającego przez akwarium. Z pewnością było interesujące, Lian nawet poświęcił mu pełne pół minuty swojej uwagi i ze dwa spojrzenia, ale nie było wątpliwości co tak naprawdę znajdowało się w centrum jego zainteresowania.
Małe odkrycie jakiego w tym czasie dokonał nie było może i przełomowe, tego domyślał się już od dawna, właściwie odkąd zaczął postrzegać Moore'a jako coś więcej niż tylko przypadkową znajomość, mimo to był nim tak zaintrygowany, że niepomny na kolejne obiecane atrakcje jeszcze przez jakiś czas sterczał uparcie w miejscu, unieruchamiając ich obu.
Konkluzja brzmiała następująco: Daniel doskonale układał się, cóż, właściwie sam, czy to w ramionach czy pod brodą, grzał jak mały piecyk emitując to niekończące się ciepło, jakby połknął słońce i był tak miękki w dotyku, że Lian musiał zaangażować całą swoją wolę by nie pójść za ciosem i nie sprawdzić tego samego pod warstwą jego swetra i koszuli.
一 Więc... płaszczki, tak? Pokaż mapę 一 zadyrygował z nagłym ożywieniem, choć nie kiwnął nawet palcem by pomóc. Zamiast tego czekał cierpliwie aż Moore rozwinie plan oceanarium i pozwoli mu zerknąć. 一 To nie jest tu obok? W pra...w lewo. Zdecydowanie w lewo, hmm? 一 mamrotał mu nad uchem, oblegając go jak wielki czarny nietoperz. 一 Sprawdzimy, czy twój przyjaciel ma ci coś nowego do opowiedzenia?
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- To mieszanka niebieskiego i czerwonego, które są na przeciwnych końcach widzialnego spektrum, czyli teoretycznie nie powinny być w stanie się zmieszać. Nie jak... jak fiolet, który ma swoją długość fali i istnieje w tęczy, purpura to w pewnym sensie... no, iluzja, zapełnienie luki w oparciu o sygnały tych dwóch kolorów, które znamy - podsumował pobieżnie, chociaż byłby w stanie opowiadać o temacie znacznie dłużej i zagłębić się w niego na tyle, że zapewne zanudziłby Liana na śmierć. - To... czekaj, to ile zestawów masz tak w sumie? - podłapał jeszcze, jako że co najmniej dwa w jednym kolorze sugerowały obecność innych. Dla Daniela, posiadającego okrągłe zero zestawów do herbaty, już dwa brzmiały jak pokaźna kolekcja.
Zagryzając policzek od środka, przyjął komentarz i garść szczegółów z życia Liana. Po raz pierwszy określenie chodząca encyklopedia było w jego stronę wymierzone w pozytywnym sensie, zwykle pojawiało się raczej w zestawie z kujonem czy nerdem i paroma innymi wesołymi wyzwiskami.
- Coś-niecoś? - powtórzył po nim z nutą niedowierzania w głosie. Nie miał jeszcze okazji usłyszeć go na żywo, z ciekawości zerknął tylko na jedno nagranie z jego występu i to starczyło by wbić go w fotel. Brak wyćwiczonego ucha i pojmowania muzyki na bardziej profesjonalnym poziomie nie były mu potrzebne by dodatkowo wydedukować, że byle kto nie był zapraszany na renomowane, międzynarodowe wydarzenia. - Ja po-po prostu... Hm... Świat jest niesamowity - wyjaśnił pokrótce na czym polegała jego fascynacja każdym możliwym tematem po trochu. Od dziesięciu lat regularnie zdarzało mu zastanawiać nad tym, co mógł odkryć w pierwszej połowie życia i całkowicie o tym zapomnieć, więc stale nadrabiał, zbierając i katalogując wszystko co w jakimś stopniu wydawało mu się interesujące. - I szczerze wątpię, aby większość z tego, co wiem, miała przydać mi się na studiach - dodał z lekkim rozbawieniem. Radził sobie w szkole, olimpiady nie pisały się same, a średnia otwierająca mu drzwi do większości uniwersytetów mówiła sama za siebie, jednak dotychczas faszerował Liana ciekawostkami z serii tych, które zbierało się wyłącznie dla własnej rozrywki, a ich posiadał najwięcej.
Z walącym w piersi sercem i uniesionymi w niekontrolowanym uśmiechu kącikami ust wpasował się w ciało Liana z wrażeniem, że znajdował się w tym momencie dokładnie tam, gdzie powinien. W jego ramionach czuł się bezpiecznie, dostosowywał własny oddech do wydechów przepływających między kosmykami włosów, a bliskość rozlewała się ciepłem po całym ciele, przechodząc mrowieniem przez zakończenia nerwowe budzące się do życia po tak długim czasie w samotności. Nigdy nie przyznawał tego na głos, zbywając żartami i wymuszoną nonszalancją brak powodzenia w bliższych relacjach międzyludzkich, a po cichu wzdychając z pudełkiem lodów do ekranu telewizora czy stron kolejnej powieści romantycznej - od niedawna także do sąsiada karmiącego karpie za płotem.
- Niż krewetki? Chyba... Raczej tak, chociaż trochę. Jak planujesz to sprawdzić to u-uważaj, żeby nie złamały ci ręki - poprosił, nagle uznając te nie-krewetki za aktywne zagrożenie dla reszty stworzeń, małych i dużych. Sam na pewno nie spróbowałby takich zbierać, najchętniej w ogóle by się do nich nie zbliżał, starczyło mu patrzenie na nie przez szybkę. Jak się okazuje - specjalnie wzmacnianą, jako że rawki potrafiły poważnie uszkodzić zwykłe szkło akwariowe.
Chwila przerwy po czytaniu o drobnych skorupiakach została przyjęta przez Daniela bez słowa sprzeciwu, w końcu zgodził się na pozostanie w bezruchu na jakiś czas i bynajmniej nie zamierzał mu teraz uciekać. Nie, kiedy sam miał wrażenie, że mógłby spędzić w ten sposób długie godziny. Jedynie narastający ucisk w żołądku, nie tyle z głodu, co z wyczuwalnego braku, sugerował mu chęć obrócenia się w chwycie mężczyzny, by być w stanie odwzajemnić jego uścisk i jeszcze bardziej zniknąć w jego ramionach. Nie odważył się, zostając w bezruchu jak zaklęty i doceniając to, co i tak już otrzymał.
- Płaszczki - zgodził się ze świeżym entuzjazmem, sięgając do kieszeni płaszcza i wyplątując program zwiedzania spomiędzy pęku kluczy zwieńczonego nowym breloczkiem, pobrzękującej puszki landrynek i walającego się na samym dnie inhalatora. Rozłożył mapę, obrócił ją w rękach, by nie trzymać jej do góry nogami, i mrużąc oczy rozejrzał się wkoło, by odczytać ich aktualne położenie. Nie miał najlepszej orientacji w terenie. - W... tak, w lewo. Chyba - podkreślił własną niepewność, by uniknąć potencjalnej odpowiedzialności za zaprowadzenie ich w złym kierunku. Najwyżej zrobiliby kółko. - Jakoś je znajdziemy, to duży zbiornik. Myślisz, że dalej tam jest? - podłapał kwestię swojego wcześniejszego kompana, składając mapkę po zdecydowaniu, że nic więcej już z niej nie wyciągnie. - I... uh, Lian? Raczej b-będziesz musiał mnie puścić. Jak mamy... wiesz, iść? - wytknął, rozdarty między chęcią zobaczenia płaszczek i pozostania w jego ramionach do zamknięcia oceanarium.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Pamiętał, że nauka matematyki, fizyki i chemii w najbardziej podstawowym zakresie, gdy lata temu robił to na własną rękę pomiędzy ćwiczeniami gry na pianinie i ściśle wytyczonym przez agencję grafikiem były prawdziwym utrapieniem. Głównie dlatego, że kiedy trafiała mu się blokada i jakiś temat opierał mu się szczególnie wytrwale, nie miał kogo zapytać, nie wspominając o tym, że w pewnym okresie dieta oparta o pięć migdałów dziennie i ssanie kostek lodu nie sprzyjała skupieniu.
Marny wynik, który wyciągnął w pierwszej fali egzaminów wstępnych do szkoły średniej nie wystarczył by placówka wyraziła entuzjazm na przyjęcie go w trybie korespondencyjnym, a na stałe uczestnictwo nie było mowy. Nie musiał pytać, po prostu wiedział, że ani matka ani Serena nie zaaprobowałyby tego pomysłu i dopiero po roku, gdy podszedł do powtórki uzyskując jedynie nieco lepszy wynik, udało mu się dostać na listę rezerwową.
Może właśnie dlatego nawet najbardziej ogólna wiedza jaką dzielił się z nim Daniel windowała wysoko w górę na liście cichych powodów do podziwu. To, że Moore posiadał wyjątkowo szeroką paletę reakcji rzutujących na ogólny obraz jego ekscytacji w trakcie poruszanych na głos ciekawostek dodatkowo korciło, by podpytywać go o każdą głupotę jaka nawinęła się po drodze.
一 Siedemnaście 一 odparł tonem wskazujących na przekonanie o absolutnej normalności posiadania niemal dwudziestu pełnych zestawów do parzenia herbaty. 一 Parę miesięcy temu zacząłem je chyba kolekcjonować, mam cały regał na... nie, osiemnaście jednak 一 zmienił zdanie w trakcie, z nosem zanurzonym głęboko w kępie ciemnych loków, jakby konwersował nie z Danielem, a jego włosami. 一 Zapomniałem, że ostatnio dostałem paczkę od znajomej z Tajwanu. Jest czajniczek i gaiwan malowany podszkliwnie. Dwa gaiwany 一 doprecyzował, widocznie tak dumny z nowego eksponatu, że nie chciał go w żaden sposób uszczuplać. Inaczej rzecz się miała z kwestiami związanymi z pianinem.
一 Coś-niecoś 一 zgodził się, ale nie pociągnął tego wątku w rozmowie. O wiele lepiej wychodziło mu tego dnia bredzenie o porcelanie niż muzyce, mimo że wielkimi krokami zbliżał się doroczny festiwal Sakura Oto Yoru w Kyoto i naturalnie nie planował sobie tej przyjemności odpuszczać. Z jakiegoś powodu w powszechnym przekonaniu pianiści żywili się wyłącznie papierem nutowym i rezonowali wyłącznie z dźwiękami pianina.
一 A musi? 一 zapytał całkiem poważnie, nie do końca przychylny podejściu, wedle którego wiedza musiała być albo wyłącznie praktyczna albo przydatna w kontekście studiów by posiadała wymierną wartość. Czując jak Moore sam zaczyna szukać sobie miejsca i przypasowywać się na próbę to bardziej pod lewe, to pod prawe ramię Lian jedynie odetchnął głębiej z zadowoleniem prosto w jego loki i na krótką chwilę zmrużył oczy.
Głęboko zakorzeniona luka, która od czasu do czasu odzywała się tępym, promieniującym ni to bólem ni mrowieniem zdawała się nagle mniej wyczuwalna i chociaż Mei nie miał wątpliwości, że jedna wizyta w oceanarium nie byłaby w stanie wypełnić jej na dobre, pozwolił sobie wstępnie uwierzyć, że być może istniało coś, co poza muzyką było w stanie zahamować jej rozrost.
Zanim Daniel zakończył studiowanie uproszczonej mapy Lian był już kontent z powodu wędrującego po jego ciele, zagrabionego ciepła, a lekki aperitif w postaci parominutowej bliskości jaka została mu zaoferowana zaspokoił pierwszą potrzebę. Skoro wiedział już, że na tym etapie Moore nie postawił jeszcze widocznej granicy pozwalał sobie na nieco większy optymizm względem reszty dnia, nawet bez słowa pretensji (choć krótkie przytrzymanie go w tej samej pozycji przez parę długich sekund tuż po tym, jak zgodził się go puścić i cierpiętnicze westchnienie rzucone mu jeszcze w plątaninę loków dopowiedziało wszystko za niego) dał się przekonać do podjęcia dalszego spaceru w celu odnalezienia tych upragnionych płaszczek.
Cichy szelest materiału i odjęcie ciężaru z danielowych ramion zaanonsowały zmianę, niechętną ale konieczną.
一 Myślę, że jak podpytasz to ci powiedzą. Właściwie to dlaczego akurat płaszczki? 一 zainteresował się, kiedy zgodnie pociągnęli w lewo, zostawiając w tyle krewetki i krwiożercze rawki, a jego ręka już w nowym odruchu i bez złudzeń co do zamiarów chwyciła dłoń Moore'a by razem ze swoją upchnąć ją w kieszeni płaszcza. Nie szukał już okazji - intencja była oczywista.
一 Czy to czasem nie jest tak, że one mają te... kolce jadowe? Upatrzyłeś sobie dość niebezpieczne zwierzątko 一 zauważył po paru krokach, krzywiąc się nieprzyjemnie na widok grupki przedszkolaków stłoczonych przy akwarium z ławicą małych, srebrzystych rybek. Przedszkolaki w większości odpowiedziały mu ze swojej strony wgapiając się w plamę czerni jaką dla nich zapewne był w pierwszym skojarzeniu, dopiero później kilkoro z nich pokazało mu język, a Mei, jako odpowiedzialny, dorosły mężczyzna zmrużył oczy traktując to jako wyzwanie.
Więc przechodząc obok tych kilku odważnych, ze wzrokiem wbitym twardo przed siebie, tak jakby w ogóle nie zauważał ich obecności, przystanął ni z tego ni z owego i...
一 Słyszałeś, że z akwarium w piwnicy zwiał im ten zmiennokształtny rekin-ludojad? Podobno zajebiście głodny, ale na szczęście jest w stanie zmieścić tylko coś wielkości... hmm, przeciętnego siedmiolatka. Cóż za ulga, wygląda na to, że nie jesteśmy w menu.
Parę dzieciaków odwróciło wzrok od zbiornika z rybkami i w wyrazie bezkresnego przerażenia wbiło w niego szeroko otwarte oczy, a zbiorowy odruch stłoczył ich razem w zbitą, podobną do tej w akwarium, ławicę dziecięcej pstrokatości.
一 Kto wie, pewnie poluje na tych, co oddalili się od stada i... to znaczy, od grupy. Nikt by nawet nie zauważył, gdyby kilka takich płotek rozpłynęło się w powietrzu.
Zniesmaczona jego poczuciem humoru przedszkolanka wymamrotała coś na temat niedojrzałych emocjonalnie turystów robiących zamieszanie i w pośpiechu zaczęła zgarniać swoje spłoszone stadko zlęknionych smarkaczy na bok, na co Lian rzucił tylko w eter, że jest całkiem tutejszy i zadowolony, że dzięki tej interwencji sala z płaszczkami całkowicie się właśnie wyludniła, uśmiechnął się blado z wyraźną satysfakcją.
一 Masz teraz cały pierwszy rząd dla siebie, więc szukaj kolegi.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- To... brzmi jak pokaźna kolekcja. Mogę... Chcesz mi je pokazać? Następnym razem..? - dopytał, z tonem zjeżdżającym do nieco mniej pewnego siebie, kiedy zorientował się, że praktycznie rzecz biorąc wpraszał się do jego domu. Komfort, jaki czuł w jego otoczeniu, powoli spychał na bok jego naturalną nieśmiałość i bierność w kontaktach międzyludzkich, jednak wciąż był daleko od pełnego zwycięstwa. Jedynie momenty, w których się zapominał, pozwalały mu na te skrawki odwagi. - A co to gaiwan? Też do herbaty? I w jakim sensie... uh, co to znaczy podszkliwnie? - dopytał, zerkając na mężczyznę zaciekawiony nowym tematem, o którym nie wiedział absolutnie nic.
Następne pytanie zamknęło mu usta na dobre pół minuty, kiedy ze zmarszczonymi brwiami ważył jego sens. Większość jego życia kręciła się wkoło ocen i przygotowywania stabilnej podstawy na przyszłość, w tygodniu nie robił zbyt wiele poza odrabianiem lekcji i powtarzaniem materiału w razie niespodziewanej kartkówki, często dokładnie tak samo spędzał weekendy, dopiero po domknięciu szkolnych obowiązków pozwalając sobie na inne rozrywki i korzystanie z czasu wolnego. Rodzice nagradzali go za sukcesy, chwalili się nimi na spotkaniach rodzinnych, myśl o czymkolwiek niższym niż A- aktywnie go przerażała, a próby dzielenia się wiedzą bezużyteczną czasem kończyły się pytaniami czy na pewno już odrobił lekcje, skoro marnował czas na głupoty. Zwykle rzucane w konwencji żartu, jednak przez lata wyrobił sobie przekonanie, że wszystko co nie znajdowało się w programie nauczania nie miało szczególnej wartości dla reszty ludzi w jego otoczeniu. Sam jednak się z tym nie zgadzał i w końcu pozwolił sobie to przyznać, kręcąc przecząco głową w odpowiedzi na pytanie Liana, z nowym, ciepłym uczuciem rozchodzącym się w okolicach przepony.
Nie minęło ono nawet, kiedy Lian musiał odkleić się od jego pleców i włosów, co pomimo ekscytacji płaszczkami przyszło z lekkim zawodem na utratę kontaktu. Jednocześnie odzyskał zdolność brania głębszych oddechów, co nieświadomie zatracił gdy starał się za bardzo nie ruszać i nie przeszkadzać mężczyźnie robiącemu sobie z jego głowy podpórkę. Z dłonią wpakowaną z powrotem do kieszeni Liana, na co zagryzł wargę w próbie uspokojenia uśmiechu na twarzy i spuścił głowę by odrobinę schować się za lokami, zyskał sprężystość w kroku i raz nawet zapomniał się na tyle by zamiast normalnego marszu zacząć podskakiwać jak Czerwony Kapturek niosący koszyczek do domu babci, co jednak opanował po dwóch krokach z wymamrotanymi przeprosinami.
Przez poruszenie kwestii płaszczek, a zwłaszcza potencjalnego zagrożenia z ich strony, był gotowy wskoczyć prosto w następny wywód, jednak zanim zebrał do końca myśli, Lian przystanął w miejscu. Spojrzał na niego pytająco, z rozbawionym zdezorientowaniem przyjmując informację na temat rekina-ludojada, a dopiero po wspomnieniu o siedmiolatkach zerknął w stronę przerażonej grupy dzieciaków i mentalnie jęknął z zażenowaniem. Rzucił przepraszające spojrzenie urażonej przedszkolance i poczekał aż wycieczka zniknie za rogiem.
- Lian! - upomniał go na granicy rozbawienia i niedowierzania, chowając rumianą twarz w rękawie jego płaszcza w ramach alternatywy od zapadnięcia się pod ziemię. - To nie było konieczne, przecież widziałbym stąd. I pewnie za chwilę i tak by sobie poszły. I... zmiennokształtny rekin-ludojad, serio? - mruknął, wychodząc ze swojej kryjówki by spojrzeć na niego z uniesionymi brwiami, opierając brodę o bok jego ramienia i usilnie walcząc z uśmiechem. Absolutnie nie popierał straszenia dzieci i utrudniania pracy przedszkolankom, nie zamierzał nagradzać tego zagrania okazaniem otwarcie, że może odrobinę go to rozbawiło. - W co się zmienia, żeby w razie czego się go spodziewać? - dopytał jeszcze, kiedy już się nafukał i zaakceptował zwolnione miejsce przed akwarium z płaszczkami, nawet jeśli metoda była dość niekonwencjonalna.
- Ale wracając, płaszczki wcale nie są niebezpieczne. To znaczy... mogą być, ale tylko w ramach samoobrony, nie są agresywne - poinformował mężczyznę, po jednym spojrzeniu na majestatyczne stworzenia sunące w toni jakby tak naprawdę latały na rozłożystych skrzydłach ,praktycznie zapominając o temacie morderczego rekina. Spojrzał w dół, na osobniki zakopane w piasku i poszukujące pokarmu na dnie. - Kolec jadowy to właściwie ostateczność, jak się na nie nadepnie albo za blisko podpłynie... no, jakoś się muszą bronić. Niektóre też rażą prądem - dorzucił w ramach ciekawostki. - A tak to żywią się raczej małymi skorupiakami i rybami, albo tym co znajdą na dnie. Na pewno nie ludźmi - rozjaśnił tę kwestię drobnym żartem, uśmiechając się od ucha do ucha, gdy śledził wzrokiem pływające leniwie płaszczki. - To jest manta, są największe z gatunku, tam w piasku jest... ogończa, widzisz ten ogon? Nim uderzają i mają właśnie kolec jadowy. A tam chyba karbogłowa - wskazał kolejno na wymieniane rodzaje, jednocześnie intensywnie poszukując charakterystycznych cętek. Znalazł je dopiero, kiedy podłoże akwarium zafalowało i warstwa piasku zsunęła się ze znajomo wyglądającego grzbietu. - O, tam! Orleń, w te paski - zwrócił uwagę Liana na tego konkretnego osobnika, stając na palcach zupełnie jakby w jakiś sposób miał dzięki temu zobaczyć go lepiej. - Wygląda... Nie wiem czy to ten sam, wygląda podobnie, ale... Och - urwał, wypuszczając ucieszony oddech, kiedy zaciekawiony obserwatorami orleń znalazł się bliżej szyby i zaczął pływać w tę i z powrotem. - Piękny, co nie?
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Otwarte zaciekawienie i chęć zobaczenia na własne oczy jego wychuchanego zbioru wywołało z jego strony łagodne zaskoczenie i rozeszło się paroma długimi sekundami ciszy.
一 Nigdy nikomu nie pokazywałem. Z drugiej strony nikt nie pytał, więc... naprawdę chcesz? 一 Nieufność w jego głosie przełamana tym samym ostrożnym zainteresowaniem, które pojawiało się dość często w obecności Daniela, była wyraźna, ale bez intencji wyperswadowania mu tego pomysłu. To, że oznaczało to również kolejną wizytę Moore'a, sądząc po braku wymówek, musiało stanowić wartość dodaną i w tym wypadku Lian był skory zgodzić się nawet na więcej niż sam początkowo zakładał. Pozwoliłby mu nawet wziąć w ręce tę filiżankę z najcieńszej porcelany kostnej, za którą dwa lata temu na aukcji wydał kwotę wielokrotnie przekraczającą średnią krajową w Kanadzie.
Jego charakterystycznie przygaszone spojrzenie zdawało się pojaśnieć gdy Daniel zapytał o gaiwan i technikę zdobienia, uśmiech też uciekł mu spod kontroli i choć nic jeszcze nie powiedział, wyglądał jakby sama myśl o ceramice zdejmowała mu z ramion jakiś ciężar.
一 Gaiwan to zazwyczaj dwuczęściowe naczynie składające się z czarki i pokrywki. Czasami trzecim elementem jest spodeczek, ale takie widywałem rzadziej. Dzięki wieczku można odsączyć herbatę od fusów, bardzo pożyteczne gdy człowiek nauczy się już jak nie poparzyć sobie palców.
Z doświadczenia wiedział już, że nie była to umiejętność uniwersalna i przy każdym nowym gaiwanie, zważywszy na oczywiste różnice w budowie i odchylenia wynikające z przypadku, należało liczyć się z przynajmniej kilkoma incydentami z początku ich użytkowania.
一 Ceramikę zazwyczaj wypala się etapami. To co wychodzi po pierwszym nazywane jest potocznie biskwitem i to wtedy nanosi się farbę. Wszystko zależy tak naprawdę od rodzaju gliny i tego jaki efekt chcesz osiągnąć, ale na ogół po wyschnięciu nakłada się jeszcze szkliwo i dopiero wtedy wszystko trafia z powrotem do pieca na kolejne wypalenie.
O tym, że aktualnie walczył z opanowaniem farby tak, by nie uciekała mu poza zamyślony kontur na kursie nie zająknął się słowem; jego przygodny romans z ceramiką na ten moment zmierzał ku finalnej decyzji o zakończeniu tego epizodu lub kontynuowaniu, z perspektywą głębi dla tej relacji w przyszłości.
Dopiero po chwili zauważył, że od jakiegoś czasu Moore zachowywał się niezwykle cicho, co z uwagi na jego gadatliwą osobowość i encyklopedyczną manierę komentowania wszystkiego w zasięgu wzroku było wręcz nienaturalne. Krok za krokiem - z czego Lian i tak starał się zrezygnować z nawyku ich wydłużania i dopasować do tempa Daniela - odrobinę zwalniał, w tym samym czasie bezmyślnie wędrując opuszką palca wskazującego bo brzegu dłoni Moore'a zakopanej w jego kieszeni.
Zrozumiał w czym rzecz kiedy ten pokręcił przecząco głową, choć sam nie spodziewał się, że pozornie błahe zagadnięcie o sens wartościowania wiedzy mogłoby stać się przyczynką do głębszej refleksji. Najwyraźniej Moore posiadał w tej materii inne doświadczenia i być może nie do końca świadomie pozornie prostym pytaniem trafił na ślepo w coś wrażliwszego. W efekcie, jak ocenił na oko, Daniel wydawał się być kontent z tego, do czego doszedł podczas swojego prywatnego studium, więc Lian nie musiał nic więcej na ten temat wiedzieć, ale tylko do momentu w którym grupka przedszkolaków zaczęła pierzchnąć przed nimi w popłochu.
一 Co? 一 mruknął i posłał mu z ukosa znaczące spojrzenie, a blade usta wykrzywiły mu się w uśmiechu. Oczywiście, że wiedział co Daniel miał na myśli, tak samo jak Daniel na pewno miał świadomość głębokiej satysfakcji jaką Lian czerpał z przeganiania wrzaskliwych dzieciaków oraz gorszenia przedszkolanek. 一 Nie lubię hałasu. A poza tym - płaszczki, tak?
Ukrywający się mu za rękawem Moore chyba nie zauważył nawet, że zaraz obok sali do której zmierzali znajdowała się inna, mniejsza i prawdopodobnie tymczasowo wyłączona z programu zwiedzania, bo poza akwarium w dużej mierze zajętym przez kolorowe algi, podświetlonym słabo od spodu nie znajdowało się nic więcej poza jedną ławką i taśmą sygnalizującą, że nic ciekawego nie pływało w tym miejscu za szybą.
Zrozumiałe przeoczenie, kiedy przechodziło się przez salę pełną płaszczek.
一 Zapewne w kogoś, kto nie przepada za dziećmi 一 wtrącił ogólnikowo, stając się przy tym doskonałym desygnatem.
Uśmiech zniknął z jego twarzy jak światło z przepalonej żarówki, gdy najpierw usłyszał o kolcu jadowym, a następnie o okazach zdolnych razić prądem. Miał szczęście, że Daniel trzymał się swojego chemicznego placu zabaw i nie marzył o karierze morskiego biologa.
一 Brzmią sympatycznie 一 stwierdził z rezerwą, mimo że falujące i ciągnące przez wodę płaszczki wydawały się być w tym momencie wzorcowym przykładem spokoju. Ich powolne tempo i płynność każdego ruchu miały w sobie coś niezwykle hipnotycznego i jeszcze zanim Daniel namierzył ulubiony okaz, Lian zagapił się i prawie potknął o ławkę.
Widząc stworzenie wynurzające się z piasku, dla którego Daniel przyrósł do szyby i z zachwytu omal nie wybuchnął, Lian podszedł bliżej ograniczając nieco własną ekspresyjność ruchu. Nie chciał odstraszyć orlenia, o którym słyszał przez cały dzień, a w jakiego Moore wpatrywał się jak w obrazek.
一 Powinieneś chyba przebadać wzrok 一 oświadczył z pełną powagą nad jego głową, kiedy już znacznie sprawniej owinął się wkoło niego jak kaftan bezpieczeństwa i oparł brodę na poduszeczce jego kręconych włosów. 一 To są cętki, a nie paski, ale jeżeli wolisz możemy udawać, że jest inaczej.
Nie wiedział czego spodziewać się za ten żart, jednak dla pewności ścisnął go mocniej na wypadek, gdyby Daniel rozważał użycie łokcia.
Sunący w ich stronę majestatyczny orleń z pewnością robił ogromne wrażenie - zwłaszcza, że wydawał się patrzeć prosto na nich - ale Lian oglądał go jedynie spod przymrużonych oczu, jakby mierzył się z olbrzymią płaszczką na spojrzenia sponad danielowej głowy.
一 I co teraz, doktorze Dolittle? Przyszedł się przywitać, czy zgłodniał?
Jego przyciszony głos prawie całkiem gubił się wśród ciemnych loków łaskoczących go w szczękę i policzki, a zapach szamponu drażnił w nos, tylko dlatego, że był obcy. Dopiero nieco zwietrzała nuta własnych perfum jakie wyczuł od niego z szalika rozluźniła uścisk w żołądku.
一 Albo być może próbuje przekazać ci, że zmiennokształtny rekin-ludojad jest bliżej niż myślisz.
Daniel Moore
-
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Naprawdę chcę. Bardzo. Mó-mógłbyś mi opowiedzieć skąd masz który, jeśli pamiętasz - zaoferował, podbijając wcześniejszą prośbę o wprowadzenie go w temat. Zwłaszcza, że ten zdawał się być dla niego istotny, jeśli miałby oceniać po reakcji jaką wyciągnęło z niego proste podpytanie o więcej szczegółów. Odważył się by na dłużej utkwić wzrok w twarzy rozkwitającej jak drobne kwiaty na drzewach wiśni w promieniach wczesnowiosennego słońca. Nieczęsto spotykany uśmiech, potwierdzający jego tezę o pięknie rzadkich zjawisk, błysk w oczach dodający mu więcej życia, niemalże rozjaśniający także i permanentne cienie pod oczami. Szybko nie miało to już zbyt wiele wspólnego z odwagą, Moore zwyczajnie nie mógł oderwać od niego wzroku, dopóki nie został przywrócony na ziemię potrzebą doprecyzowania nurtującej go kwestii.
- Czyli... nie ma uszka ani żadnej rączki? To jak się tym nie poparzyć? - upewnił się, uciekając wzrokiem na wysokość obojczyków mężczyzny, gdzie naturalnie lądował, gdy nie zadzierał głowy, a później z powrotem na akwarium.
- Och, nigdy nie sprawdzałem co się dzieje po tym... No, na kole. Bo to się wyrabia na kole, co nie? Jak w tym filmie... Jak on... Uh... Uwierz w ducha, o! Próbowałeś kiedyś? W sensie niekoniecznie z kołem... i duchem... ale robić w glinie? - dopytał i skubnął zębami dolną wargę przez wrażenie, że wskoczył w tryb katarynki i powinien się opanować, zwłaszcza, że szczerze liczył na odpowiedzi i musiał zaoferować mu przestrzeń do ich udzielenia.
Pomimo nieznajomej, odrobinę przerażającej łatki randki, ich spotkanie znacząco odbiegało od napiętych scenariuszy, jakie wytworzyły się w głowie Daniela w ciągu ostatnich dni. Miał wrażenie, że nie zdążył go jeszcze zanudzić, ani zawieźć, rozmowa kleiła im się na tyle, by był w stanie się rozluźnić, a ponownie okalające go ramiona spotkały się z instynktownym znalezieniem sobie komfortowego miejsca pod brodą mężczyzny. Odpuszczając sobie lgnięcie jak najbliżej szyby, i to bynajmniej nie ze względu na wcześniejszą kraksę, z następnym wydechem zagłębił się nieco bardziej w objęciach, które już od pierwszego spotkania uznawał za bezpieczne, i oparł się plecami o klatkę piersiową Liana. Pomimo pozornego spokoju, jego serce obijało mu się o żebra jak zamknięty w klatce koliber.
- Są bardzo sympatyczne - potwierdził z naciskiem, wyłapując niezbyt przekonany ton dochodzący znad swojej głowy. - I inteligentne i... Ej, przecież to ty... - urwał i fuknął przez nos na przekręcenie ich małego żartu wewnętrznego na swoją niekorzyść. Przy okazji ani mu się widziało wyswobadzać z ciaśniej przytrzymujących go ramion, co jedynie pociągnęło rumieniec po czubki jego uszu. - Z naszej dwójki tylko jedna osoba nie ma okularów i ni-nie jestem nią ja - przypomniał, poprawiając oprawki by wróciły na swoje miejsce z powolnej podróży na czubek nosa. Niegdyś ten temat był dla niego drażliwy, jak i wszystko inne, co akurat stało się powodem do drwin rówieśników, a aktualnie poza momentami słabości uznawał je za stały element swojej codzienności, jeśli nie swoistą tarczę oferującą dodatkową warstwę oddzielającą go od reszty świata.
Chłonął wzrokiem rozłożyste, falujące płetwy, wyobrażając sobie jakby to było znaleźć się w wodzie tuż przy płaszczce, obejrzeć ją z bliska i poczuć na własną rękę jak bezkostne ciało poruszało się w morskiej toni. Myśl była przyjemna, kręcący się blisko szyby orleń imponował rozmiarami i lekkością ruchów, jednak jeśli do jej spełnienia Daniel musiałby opuścić swoje nowe ulubione miejsce na ziemi, wybór był banalny.
- Dobrze, że nie jestem rozmiaru przeciętnego siedmiolatka - zauważył, a po chwili ciszy zmrużył oczy i skierował w górę spojrzenie utkwione w szybie, w razie jakby Mei był w stanie dopatrzyć się jego odbicia. - Ani słowa - ostrzegł, doskonale świadom, że sam wszedł na tę minę. Z rozbawieniem zagryzając policzek od środka, przystał na kierunek rozmowy podrzucony przez mężczyznę. - Jest... Hm, jestem prawie pewny, że to ten sam co kiedyś, więc na pewno przywitać. Jakby zgłodniał to szukałby na dole... A jeśli zmiennokształtny rekin-ludojad by zgłodniał to za rogiem powinna być kawiarnia - zaoferował, przypominając sobie rozkład przeglądanej wcześniej mapy. - Kazał przekazać - dodał pospiesznie, by nie wybić się ze swojej roli zaklinacza istot oceanicznych i rzecznych. Nieszczególnie widziało mu się ruszanie z miejsca, mógłby stać oparty o Liana i oglądać płaszczki przez następne kilka godzin, jednocześnie był jednak rozdarty przez chęć wykorzystania ich wspólnego czasu i wycieczki po oceanarium w pełni.
Lian Mei
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Prawie każdy widział go w towarzystwie pianina, skojarzenia ciągnęły w kierunku muzyki, natomiast nikomu jak dotąd nie przyszło do głowy dociekać czy faktycznie był to cały jego świat.
一 Trzeba odpowiednio przytrzymać palcami. Gaiwan zwykle obsługuje się jedną ręką, pokażę ci 一 zaoferował zanim Moore uści
-
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Prawie każdy widział go w towarzystwie pianina, skojarzenia ciągnęły w kierunku muzyki, natomiast nikomu jak dotąd nie przyszło do głowy dociekać czy faktycznie był to cały jego świat.
一 Trzeba odpowiednio przytrzymać palcami. Gaiwan zwykle obsługuje się jedną ręką, pokażę ci 一 zaoferował zanim Moore uściślił czy chciałby wyłącznie uczestniczyć w domowym pokazie amatorskiej kolekcji w roli bezczynnego obserwatora czy dać się zaktywizować. 一 Tylko może spróbujemy na samej wodzie.
Kilka roztrzęsionych refleksów światła odbijającego się od powierzchni fal w akwariach rozmigotało się wesoło na twarzy Daniela, a Lian zauważył wlepiony w siebie wzrok, który zamiast go speszyć zaskarbił sobie kontrę w postaci podłapania kontaktu i dłuższego spojrzenia.
Chaotyczny ciąg nieprecyzyjnie zadanego pytania na krótki moment zmusił go do myślenia nad więcej niż jedną odpowiedzią, ale podobnie jak przy bardziej uporczywym epizodzie jąkania rozdzielającego słowa Moore'a na raty, zaczekał z nimi cierpliwie aż do momentu w którym cisza pozwoliła mu znaleźć miejsce dla siebie.
一 Tak. Nie i... tak. Dopiero wchodzę w podstawy, zapisałem się na kurs z miesiąc temu i na tę chwilę potrafię co najwyżej zrobić stożek.
Bardzo koślawy, zwykle wymykający mu się z rąk i nieintencjonalny stożek, ale takie szczegóły wolał zostawić dla siebie.
Po drugiej stronie danielowych spostrzeżeń i wrażeń dotyczących ich randki Lian powoli opracowywał swoje, dochodząc zresztą do bardzo podobnych wniosków. Moore okazał się być zaskakująco podatny na próby zagajenia rozmów i nie pozostawiał przy tym tego lepkiego odczucia angażowania się w temat na siłę, więc już po pierwszych próbach przestał skupiać się wyszukiwaniu oznak niewygody. Zamiast tego chwytał się każdej sposobności do wniknięcia głębiej, zajrzenia pomiędzy niektóre słowa i spojrzenie na tę sytuację z innej perspektywy, dla odmiany normalnej.
Przyzwyczajony do traktowania niemal każdego aspektu swojego życia jako niekończącego się występu zupełnie pominął naturalny etap tremy i pomimo że nie kłamał gdy mówił, że była to jego pierwsza prawdziwa randka, doświadczenie było uboższe w dodatkowy stres.
Przylepiony do jego pleców Lian obserwował orlenia znad poduszeczki loków w których ułożył sobie brodę, choć nie do końca potrafił skupić się w pełni na płaszczce. Oplecione wokół Daniela ręce zdawały się same wiedzieć dokąd zmierzają i w jakich miejscach powinny się zakotwiczyć. Ciepłe załamania fałdek swetra gościnnie pozwoliły mu się w nich zatrzymać, choć niestety nie dawały mu pełnego obrazu miękkości ukrywanej pod spodem.
一 Tak? No to pokaż. 一 Zaledwie moment po tym jak Daniel poprawił sobie oprawki nosie Lian uniósł nieco głowę i jedną ręką sięgnął po okulary by ostrożnie mu je zdjąć. Manewrowanie zajęło mu nieco więcej czasu, bo pomimo ciekawości Mei nie zrezygnował ze swojego miejsca za plecami Moore'a i nie chciał pozbawić go wzroku permanentnie, chociażby przez jedno nieostrożne pociągnięcie w niewłaściwym kierunku. 一 Nie może być aż tak... och. Nic dziwnego, że mylisz paski z cętkami.
Wraz z założeniem oprawek świat zamglił mu się do tego stopnia, że Lian przez naprawdę krótką chwilę nie wiedział na co aktualnie patrzył. Ogromna plama błękitu, brązów pozbawionych wyraźnego konturu i ruchomego cienia będącego zapewne orleniem dryfującym majestatycznie za szybą zafascynowały go do tego stopnia, że poczuł się jak dziecko zgłębiające jakąś nieznaną dotąd niezwykłość.
Jego obserwacja zakończyła się gdy jego spojrzenie dosięgnęło profilu Daniela, a brak dokładności zaczął go wreszcie drażnić.
一 No dobrze, nie wierć się to... 一 zawiesił głos; musiał obrócić go tym razem w swoją stronę, bo o ile zdjęcie oprawek nie było aż takim wyzwaniem tak założenie ich z powrotem wymagało większej precyzji. Nieoczekiwanie odkrył również plusy tej pozycji, bo wsparty plecami o akwarium Daniel - na dodatek połowicznie ślepy i może trochę zdezorientowany - był widokiem dla którego Lian zamarudził jeszcze chwilę zanim postanowił faktycznie zwrócić mu okulary.
Nie było to zupełnie konieczne, ale tuż przed tym jak wspaniałomyślnie przywrócił mu zdolność widzenia odwiesił mu wszystkie kapryśne loczki za uszy koniuszkiem palca wskazującego.
Zauważył również, co w jakiś przedziwny i nie do końca zrozumiały dla niego sposób zdzieliło go w żołądek, że Moore miał wielkie oczy krótkowidza nawet i bez okularów, w najpiękniejszym odcieniu brązu jaki Lian kiedykolwiek miał okazję oglądać i do tego, jakby jeszcze było mu tych konkluzji mało, Daniel posiadał to sarnie, umykające na boki spojrzenie wobec którego nie potrafił myśleć klarownie.
Stąd też - niewiele myśląc, o ile cokolwiek - Lian zapędzony głęboką potrzebą objął jego policzki dłońmi i wykreślił półkola opuszkami palców w miejscu, w którym skupiało się najwięcej piegów. Jego uśmiech zdradzał bezsilność, ot, zwyczajnie skapitulował i zachwycał się nie tłumacząc ani czym ani dlaczego akurat teraz.
一 Nic przecież nie powiedziałem.
Ale z pewnością wzrost Daniela został oceniony z chwilą w której sam podjął ten temat, bo uwalniając go z małej pułapki swoich dłoni i obracając z powrotem w stronę akwarium, Lian krzywił usta w uśmiechu z jakim nie starał się nawet szczególnie walczyć.
一 To bardzo miło z jego strony, że udziela przy okazji informacji turystycznej. Rekin-ludojad z pewnością doceni wizytę w kawiarni, ale zanim... widzisz tę część? Tam... nie, z lewej, w akwarium sama woda. Chciałbyś może zajrzeć ze mną do środka zanim pójdziemy dalej? 一 zapytał pozornie błahym, niefrasobliwym tonem każde słowo przeciągając nieznośnie tuż nad uchem uwalnianego powoli z uścisku Daniela. 一 Tylko na chwilę.
Daniel Moore