Zerknęła na wyświetlacz telefonu. Przez myśl przemknęło jej, że może powinna jakkolwiek dać znać Montgomery’emu, ale ostatecznie nawet nie odblokowała ekranu. Powie mu później, już kiedy się spotkają. To nie była wiadomość, z jaką się dzwoniło, a już tym bardziej nie taka, o której informowało się przez smsa. Powie mu w domu. W swoim czasie. Dokładnie tak, jak mieli to w zwyczaju robić. Nie było w końcu rzeczy, która nie mogłaby poczekać. Tyle wystarczyło, aby odsunąć od siebie myśl o narzeczonym i skupić się na przyjemnościach, które na nią czekały.
Do mieszkania udało jej się dotrzeć jeszcze przed godzinami szczytu, omijając największe korki. Z Muzeum co prawda miałaby bliżej do domu, niż do mieszkania znajdującego się w Downtown, jednak nie przeszło jej nawet przez myśl, że mogłaby zmienić swoje plany i zamiast na Distillery District pojechać do York Mills, a zamiast z Rafaelem, spędzić popołudnie i wieczór z Montgomerym. Obładowana świeżo zrobionymi zakupami, zatrzasnęła drzwi łokciem, swoje kroki kierując do kuchni.
Romy Rilke miała wiele zalet i umiejętności. Kiedy patrzyło się na nią z boku, nie musiała się odzywać, aby zakwalifikować ją do tych zdolnych osób, urodzonych do tego, aby odnieść sukces. I rzeczywiście, Romy świetnie radziła sobie w towarzystwie, potrafiąc je kupić swoimi ciekawymi, błyskotliwymi anegdotami, była pracowita i skrupulatna, co zapewniało jej sukces na uczelni i przede wszystkim, była po prostu dobra w swoim fachu. Dobrze radziła sobie, prowadząc zajęcia, choć jej domeną było pisanie prac naukowych — artykułów, recenzji, czy nieco luźniejszych w formie esejów. Była wyszkolona w zdobywaniu uwagi, nie miała problemu z publicznymi wystąpieniami czy prywatnymi, zaciętymi dysputami. Świetnie jeździła konno i niczego sobie żeglowała, znała kroki podstawowych tańców towarzyskich i do dziś potrafiła zagrać na fortepianie kilka utworów, choć w narzeczeńskim tandemie tematyka muzyczna w całości była zarezerwowana wyłącznie dla jej narzeczonego. Potrafiła w każdym razie wiele, odbierając bogatą edukację, wykraczającą daleko poza akademickie mury. Nie potrafiła jednak jednego: nikt nigdy nie nauczył Romy prowadzić domu.
Dom, z którego wyrastała, był uporządkowany i zimny, prowadzony przez gosposię, mającą do pomocy jeszcze dwie dziewczyny. To im przypadało ścielenie łóżek, codzienne sprzątanie, prasowanie, gotowanie, robienie zakupów i wszystkie inne prace domowe, którymi Romy nigdy nie musiała się przejmować. Zrozumiała to, dopiero gdy przeprowadziła się do Toronto i po raz pierwszy zamieszkała sama. Plan, aby samodzielnie zająć się prowadzeniem jej nowego
Przełomem w kulinarnych katastrofach Romy — które szybko zresztą sobie odpuściła ani myśląc się w ten sposób kompromitować, choćby przed samą sobą — okazał się Rafael. Nie dokonał cudu i nie przeobraził jej z księżniczki w pracowitego i zaradnego kopciuszka, ale sprawił, że Romy nauczyła się robić w kuchni coś więcej, niż wyłącznie parzyć kawę.
— W samą porę! — rzuciła przez ramię wraz z chwilą, kiedy usłyszała otwierane drzwi. To mogła być tylko jedna osoba. Montgomery tu nie bywał. Nie od czasów, kiedy się z tego mieszkania wyprowadziła. Ostatnim razem, o ile dobrze pamiętała, był tutaj, gdy zabierała ostatnią turę z tych książek, które chciała mieć w nowym domu. Nie miał nawet swojej pary kluczy. Miał ją natomiast ktoś inny. Podobnie jak swoją szczoteczkę do zębów w łazience i ulubioną stronę łóżka. — Udało mi się jeszcze nie zepsuć naszego obiadu, ale nie wiem, co by było, gdybyś przyszedł dziesięć minut później.
Rafael Perez