Poranek zapowiadał się wyjątkowo dobrze, ba jak na jej dotychczasowe zajścia emocjonalne nawet zbyt dobrze. Harper obudziła się jeszcze przed dźwiękiem budzika, a pierwsze promienie słońca wpadające przez okno otuliły jej twarz. Przez krótką chwilę leżała nieruchomo, wsłuchując się w ciszę mieszkania, ptaki ćwierkające za oknem i wdychała świeże powietrze, wpadające przez uchylone okno. Nie było nic lepszego… no prawie, gdyby mogła jeszcze mieć przy sobie kogoś z kim czułaby się bezpieczniej, to może ten poranek rzeczywiście należałby do idealnych. Jej myśli pozostawały spokojne, nie fiksowała się pod naporem niepokoju, nie pędziły w chaotycznym tempie sprawiając, że ledwo łapała oddech. To był jeden z tych rzadkich dni, kiedy czuła się stabilnie.
Pozwoliła sobie na drobną przyjemność. W drodze do pracy wstąpiła do niewielkiej piekarni przy przystanku, skąd wyszła z ciepłym rogalem i kubkiem ulubionej kawy. Jechała komunikacją miejską, obserwując budzące się do życia miasto. Kochała, gdy na zewnątrz robiło się cieplej. Toronto sprawiało wrażenie, że znów odżyło po męczącej zimie, a ludzie wydawali się bardziej życzliwi. Oparła czoło o chłodną szybę i przez moment pomyślała, że jeśli ten dzień będzie wyglądał właśnie tak to być może wszystko zacznie się układać.
Na lotnisku również panował porządek. Odprawa przebiegła sprawnie, a rutynowe obowiązki działały na nią prawdziwie kojąco. Kontrolowanie listy pasażerów, sprawdzanie wyposażenia pokładu i uprzejme witanie podróżnych należały do codzienności, w której odnajdywała swoje specjalne poczucie bezpieczeństwa. Uśmiechała się szczerze, a jej ruchy były pewne i spokojne.
Do czasu.
Niepokój pojawił się niemal niezauważalnie… jak pająk sunący po ścianie. Jeden z pasażerów siedzących w klasie biznes od samego początku wzbudzał jej dyskomfort. Był zbyt spięty, zbyt czujny. Unikał kontaktu wzrokowego, a jego spojrzenie nerwowo przeskakiwało z miejsca na miejsce, swoje dłonie zaciskał na podłokietnikach z taką siłą, że pobielały mu knykcie.
Harper podeszła do niego z uprzejmym uśmiechem, pytając czy wszystko w porządku. Odpowiedział zdawkowo z wymuszonym spokojem. Nic, co można by uznać za bezpośrednie zagrożenie. A jednak coś było nie tak. Czuła się źle, jakby ktoś uderzył ją obuchem w tył głowy. Cholera jasna. Niedobrze, bardzo niedobrze.
Kilka minut później napięcie eksplodowało. Mężczyzna zerwał się z miejsca i ruszył w stronę kokpitu, ignorując totalnie polecenia załogi. Na pokładzie wybuchła panika – krzyki pasażerów, płacz dzieci siedzących na kolanach rodziców… dosłowny chaos, którego nie była w stanie opanować. Harper poczuła jak serce przyspiesza, sprawiając że coraz ciężej się oddychało.
—
Proszę wrócić na swoje miejsce! — zawołała stanowczo próbując zachować profesjonalizm. Mężczyzna nie reagował tylko mamrotał coś pod nosem, jakby znajdował się w zupełnie innym świecie. Może był na jakichś proszkach? Ciężko stwierdzić… Dopiero interwencja ochrony i wspólne działania załogi pozwoliły go obezwładnić. Harper cofnęła się o krok czując jak drżą jej dłonie. Przez moment wydawało jej się, że grunt usuwa się spod stóp. Wszystko potem działo się jak przez mgłę… wstrzymane loty, spanikowani pasażerowie, migające światła i podniesione głosy funkcjonariuszy. Gwar odbijał się echem w jej głowie, nasilając narastający niepokój.
Nici z wyjątkowo przyjemnego poranku i miłego dnia.
Starała się oddychać miarowo. Wiedziała, że musi zachować spokój, nie mogła pozwolić sobie na utratę kontroli. Zbyt dobrze znała cenę tego całego
szurum burum.
Bladość nie schodziła z jej twarzy, a dłonie wciąż drżały. Uporczywe napięcie pulsowało pod skronią, przypominając o kruchości równowagi, którą tak starannie budowała każdego dnia. Walczyła z własnym umysłem starając się utrzymać go w ryzach. To nie był odpowiedni moment na słabość.
Gdy poczuła na sobie czyjeś spojrzenie, uniosła nieznacznie głowę i spojrzała na… mężczyznę, który zatrzymał ją w półkroku. Wyglądał na takiego, który emanował spokojem i pewnością siebie. Jego obecność była stanowcza, lecz nie nachalna. Powiedział do niej po imieniu. Skąd znał jej imię?! Tysiące myśli leciały w jej głowie aż miała ochotę po chwili uderzyć się z całej siły w czoło.
Plakietka. No tak, brawo idiotko.
—
Huh? — brakowało jej najwidoczniej dzisiaj piątej klepki —
Tak. Wszystko w porządku. To był po prostu… trudny lot. — kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Wcale nie czuła się w porządku, a jej ciągły urywany oddech dawał o tym znać. Nie mogło być lekko, nie mogło być przecież łatwo. Wyprostowała się odruchowo, przybierając profesjonalną postawę. Przynajmniej udawała…
—
Może pan zadawać pytania. — jej głos był spokojny, ale wyraz jej twarzy, oddech i zimny pot, który spływał jej po karku wskazywał, że daleko jej do stanu harmonii. —
Wszystko działo się szybko, nie wiem czy coś przewoził czy był naćpany, ale zachowywał się dziwnie. W pewnym momencie miałam wrażenie, jakby samym wzrokiem mógł nas spalić i potem… potem… — gestykulowała rękoma i mówiła tak szybko, że dosłownie zabrakło jej tchu. —
Chwilka… — mruknęła i odsunęła się o krok, aby oprzeć się o najbliższą twardą powierzchnię.
Świetnie, teraz randomowy przystojny facet pomyśli, że jestem jakimś Muppetem, któremu ręka operatora się wyślizgnęła…
Enzo Lawrence