30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zatrzymał się.
Nie obejrzał się przez ramię.
Nie zawahał się choćby na ułamek sekundy, nie dał jej nawet tej jednej, kruchej chwili, w której mogłaby uwierzyć, że to wszystko miało jeszcze s e n s. Minął ją tak, jakby była jedynie fragmentem przestrzeni, przeszkodą, którą należało ominąć, a nie kimś, kto jeszcze chwilę wcześniej trzymał jego twarz w dłoniach i obiecywał mu świat. Dźwięk zamykających się drzwi przeciął powietrze brutalnie, ostatecznie, pozostawiając po sobie ciszę, która nie była spokojem, a pustką.
Stała w niej przez chwilę nieruchomo, jakby jej ciało nie nadążało za tym, co właśnie się wydarzyło. Myśli rozbijały się o siebie chaotycznie, nie tworząc żadnej spójnej całości, a jedynie pogłębiając uczucie, które zaciskało się wokół jej klatki piersiowej coraz mocniej. Panika nie przyszła nagle, rozlewała się powoli, podstępnie, jak trucizna, która najpierw otępia, a dopiero później odbiera oddech.
Wraz z nią pojawiło się coś jeszcze, coś, czego nienawidziła najbardziej - wstyd.
Sięgnęła po telefon niemal odruchowo, wciskając jego numer raz, potem drugi, potem kolejny, jakby uporczywość mogła coś zmienić, jakby mogła zmusić go do odebrania. Cisza po drugiej stronie była jednak nieugięta, chłodna i absolutna. Nie odpowiedział ani razu. Każdy sygnał urwany w pustce wbijał się w nią głębiej, podważając wszystko, co jeszcze próbowała w sobie utrzymać w całości.
Nie wiedziała ile czasu spędziła w tym stanie. Minuty rozciągały się w coś nienaturalnego, godziny przestawały mieć znaczenie. W którymś momencie w jej dłoniach pojawił się kubek kawy, potem kolejny, a każda była równie gorzka i równie nieskuteczna. Nie przynosiły ukojenia, nie porządkowały myśli, jedynie podtrzymywały ją w tej dziwnej, napiętej przytomności, która nie pozwalała się załamać. Jeszcze nie teraz.
W końcu wstała, a ten ruch był gwałtowny, pozbawiony planu, jakby ciało przejęło kontrolę nad wszystkim, czego umysł nie potrafił już udźwignąć. Narzuciła na siebie pierwsze rzeczy, które znalazły się w zasięgu dłoni, nie dbając o to, jak wyglądała, jak się prezentowała, czy pasowała do miejsca, do którego jechała. Dżinsy, których nigdy nie zakładała do pracy, luźna bluza, włosy związane niedbale, nic nie miało znaczenia.
Komisariat przywitał ją znajomym hałasem, który tego dnia wydawał się obcy, jakby dochodził zza grubej warstwy szkła. Nie było go tam, a świadomość uderzyła szybciej, niż zdążyła zapytać kogokolwiek, szybciej, niż zdążyła się przygotować na tę odpowiedź.
Właśnie wtedy wróciło w s z y s t k o.
Każda jedna wątpliwość, każdy moment zawahania, każda rysa, którą wcześniej ignorowała, tłumaczyła, spychała gdzieś na bok, by nie burzyć tego, co między nimi było. Teraz nie były już cichym szeptem na granicy świadomości. Stały naprzeciw niej, oślepiające, brutalne, nie do zignorowania.
Sięgnęła do jego biurka bez wahania. Dokumenty, które wcześniej wydawały się nieistotne, teraz nabrały ciężaru. Przejrzała je szybko, mechanicznie i zabierając je ze sobą, nie oglądała się za siebie. Wiadomość, którą do niego wysłała, była krótka, pozbawiona emocji, niemal urzędowa, informowała w niej, że jedzie do niego, i na tę również nie odpowiedział.
Drzwi jego mieszkania przyjęły jej pięści głuchym dźwiękiem; cisza po drugiej stronie była nie do zniesienia. Klucz w jej dłoni ciążył bardziej, niż powinien, a jednak przekręciła go w zamku. Weszła do środka, czując, jak chłód tego miejsca wślizguje się pod jej skórę natychmiast, jakby nigdy nie należała tu naprawdę.
Rzuciła teczkę na stolik, rozglądając się po wnętrzu z rosnącym napięciem. Naiwność kazała jej jeszcze zajrzeć do sypialni, jakby mogła go tam znaleźć, jakby wszystko mogło okazać się pomyłką.
Podając się kolejnemu impulsowi w pełni, bez walki i bez oporu, otworzyła szufladę, tę najniżej, tę, którą p a m i ę t a ł a. Papier za papierem, zdjęcie za zdjęciem, notatki, których nie powinna widzieć, nazwiska, które nie powinny się tam znaleźć. Było tam wszystko, Moretti, Ventresca, zapisy zeznań, które nie były dostępne dla nich.
Była też broń, był telefon. Ten sam typ, który dawała świadkom, ten którego nie dało się namierzyć.
Z każdą kolejną rzeczą jej oddech stawał się płytszy, nierówny. Drżenie zaczęło się w dłoniach, potem przeszło na całe ciało. Żołądek ścisnął się boleśnie, a chłód rozlał się po kręgosłupie, choć policzki płonęły.
Tym razem świadomość nie była jej sprzymierzeńcem; wpełzła pod skórę i zaczęła ją rozrywać od środka. Nie rozumiała jeszcze wszystkiego, nie potrafiła połączyć wszystkich punktów, ale wiedziała wystarczająco.
O s z u k a ł ją.
W chwili, gdy dotarła do tego punktu, drzwi przed nią się otworzyły, ale ona nie drgnęła. Siedziała pochylona nad stolikiem, jej broda drżała, a ciało walczyło z mdłościami. Patrzyła na rozrzucone dokumenty, jakby widziała w nich coś więcej niż tylko litery i zdjęcia. - Masz jedną szansę, żeby to wytłumaczyć - jej głos przeciął ciszę nisko, chłodno, bez śladu wcześniejszej miękkości. - Co to, kurwa, jest? - dopiero wtedy uniosła głowę, ale nie spojrzała na niego, patrzyła prosto na ścianę, bojąc się, że tego nie udźwignie; bała się że pęknie wraz z usłyszanym oddechem, z pierwszym dźwiękiem, który wypowie, z pierwszym spojrzeniem, które jej pośle.
Nie ufała sobie, własnej naiwności, która targała nią w imię tej fałszywej miłości.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

a trail of blood
that leads to all your secrets
Pierwszy adres był wyłącznie zabezpieczeniem.
Stojąc przed drzwiami prowadzącymi do któregoś z licznych biznesów prowadzonych przez Carbone'a, spodziewał się zastać go w środku - zamiast tego otrzymał kolejne instrukcje. Podążając od punktu do punkt, marnował czas przecinając miasto, wabiony w tej grze w kotka i myszkę, w której stojący na czele Ventresci mafiozo bawił się doskonale. Niemal co równe piętnaście minut na telefonie Maddena pojawiało się nowe zdjęcie znajomej twarzy. Margo wyciągnięta z policyjnych akt, młodsza, pozująca w mundurze do oficjalnego zdjęcia. Margo na przyjęciu rodzinnym, zdjęcie pobrane z mediów społecznościowych, na którym ojciec trzymał ją w swoich ramionach jakby nie różniła ich przepaść poglądów.
Margo idąca do jego samochodu, z kubkiem kawy w dłoni - zdjęcie zrobione po tym, gdy odwiedzili Rinaldi'ego, przez kogoś, kto już wtedy ich śledził.
Nie był naiwny - nie zakładał, że Carbone dawał mu zupełnie wolą rękę, ale przez ostatnie lata ich współpracy rzadko kiedy Sergio czuł potrzebę sprawdzania jego ruchów. Działali w pewnym niechętnym porozumieniu, w którym Madden zaciskał zęby i wykonywał to, co mu zlecono, okazyjnie wypluwając z siebie nienawistne słowa komentarzy.
Musieli obserwować Rinaldiego. Musieli dowiedzieć się zawczasu, że odwiedzili mężczyznę w jego kryjówce w małym miasteczku. Świadomość tego, że od tamtej chwili miał na swoich plecach wzrok mafii sprawiał, że mocniej zaciskał dłonie na kierownicy. Carbone wiedział - ale pragnął poznać cel ich małego śledztwa, dlatego zaczekał aż do chwili, w której wtargnęli do Mimmo's.
Gdy wreszcie stanął naprzeciw niego, do Toronto nadchodził świt.
Zatęchłe wnętrze opuszczonego magazynu nie dzieliło nadmorskiego powietrza portu, w którym był ulokowany. Szarość poranka wdzierała się przez sporadyczne okna umieszczone w suficie, jednak większość światła generowały rozstawione wokół, budowlane lampy. W rogach pomieszczenia widział kontenery - z pewnością pełne nielegalnego uzbrojenia lub narkotyków, którymi obracał w mieście.
Poza nim, wewnątrz tkwiła wyłącznie garstka osób. Ich bronie nie były schowane, tkwiły dumnie wsunięte za paski, łatwo dostępne dla spoglądających na niego ponuro właścicieli. Wkraczając do środka zdawał sobie sprawę z tego, że w tym odosobnionym miejscu, równie dobrze mógł maszerować na własną egzekucję. Nikt nie wiedział o jego położeniu, ale czy było to w jakikolwiek sposób inne od tysięcy poprzednich razy?
Mimmo's było fasadą, wesołą, kolorową, oferującą darmowe drinki i pogawędki z barmanem. Brudny magazyn i uzbrojeni gangsterzy witający go w jego wnętrzu stanowili prawdziwe oblicze Ventresci, wcześniej pieczołowicie schowane dla spokoju ducha wszystkich zaangażowanych.
Wkraczając w krąg światła, dostrzegł ruch przy pobliskim kontenerze gdy jeden z prywatnych ochroniarzy Carbone'a ruszył w jego kierunku. Obca dłoń gwałtownie zacisnęła się na ramieniu detektywa, natychmiast pobudzając krążącą w żyłach adrenalinę. Widział ten ruch wielokrotnie wcześniej - widział mężczyzn przychodzących do Carbone'a, których ręce wykręcano w tył, których ciała padały zrzucone kopniakiem na kolana, uniżając się przed stojącym na szczycie mafiozem.
I nie zamierzał być jednym z n i c h.
Jego ręka wystrzeliła naprzód w odwecie, zwinięta w pięść dłoń uderzyła w szczękę stojącego obok ochroniarza, z którego ust wydobył się głośny warkot wypowiadający słowo, którego nie musiał rozumieć by pojąć jego znaczenie. Napastnik chwycił jego ramię w swoje palce, usiłując wykręcić mu bark, wyginając kończynę na samą krawędź odczuwalnego bólu gdy Madden okręcił się, wymykając z jego uścisku, gotowy do kontrataku.
- Dość - znużony głos Sergio przebił się przez ich szamotaninę, uświadamiając ochroniarzowi, że jego dłoń od jakiegoś czasu była uniesiona w górę. - Jesteśmy cywilizowani, Marco.
Ochroniarz odsunął się, z wyraźną niechęcią. W jego oczach błyszczała nienawiść, zbyt szczera i zbyt żywa, by jej paliwem była wyłącznie posiadana przez Rhysa odznaka. Musiał wiedzieć o tym, co zaszło w Mimmo's.
- Trzymaj swoje psy przy sobie - warknął, nie okazując wdzięczności, której w jego sercu nie znalazło się ani pół grama. Otrząsnął się, poprawiając swój płaszcz, jakby palce Marco zostawiły na nim fizyczny ślad, wgniecenie, którego pragnął się pozbyć.
Diabeł miał niepozorne oblicze w postaci Sergio Carbone'a. Szpakowate włosy i wyraźnie zarysowane zmarszczki na jego twarzy wskazywały na mężczyznę po pięćdziesiątce. Jego sylwetka była wyprostowana, pierś wypięta dumnie pomimo stosunkowo chudej budowy ciała. Jako jedyny ze wszystkich miał na sobie garnitur, skrojony wyłącznie na niego, wyprasowany i wyglądający świeżo pomimo tej piekielnej pory.
Jego twarz zdradzała jednak prawdziwą naturę.
Była w niej ostrość, pewien rodzaj bezwzględności, który zostawał w rysach, niczym inna forma zmarszczek. Jego oczy były zimne - nawet gdy usta rozciągały się w uśmiechu, ten nigdy ich nie sięgał. Widział go przez laty zarówno w furii, jak i szczęściu, ale te cholerne oczy zawsze wyglądały dokładnie tak samo.
- Chyba powinienem - zgodził się, bawiąc małym nożykiem, który Rhys dopiero teraz dostrzegł w jego dłoni. - Biorąc pod uwagę to, że część z nich dzisiaj zamknąłeś, Madden.
Jego ton brzmiał niemal formalnie, obojętnie - na pozór spokojnie, choć wiedział, że była to wyłącznie ułuda. W jego głębi chowała się złość, jeszcze podszyta pozorem cywilizowanej rozmowy w miejscu, które wydawało się przeznaczone do wszystkiego poza rozmową.
Milczał, patrząc jak Carbone krąży, wykonując kilka kroków w jedną stronę po to, by zaraz wrócić. Jego podwładni tkwili wokół nich, pieprzony krąg nieruchomych figur, których jedynie oczy reagowały na otoczenie - utkwione na przemian w przełożonym i stojącym przed nim policjancie.
- A może powinienem tę zasługę przypisać twojej partnerce? - kącik ust mężczyzny uniósł się w górę w złośliwym uśmiechu, od którego krew w żyłach detektywa zawrzała. - Aktywna z niej policjantka, jak na tak młody staż.
- Nie ma z tym nic wspólnego - warknął w odpowiedzi, słowa wyrwały się z jego ust nim zdołał je dokładnie przemyśleć. Jego nogi poniosły go o jeden krok w przód, w stronę mężczyzny i wyczuł, jak jego figury ożywiają się, ich dłonie sięgają do schowanych broni. - Przeliczyłeś się, Carbone - wycedził, ignorując ten ruch, ignorując pień mózgu podpowiadający mu, że znalazł się w sytuacji z a g r o ż e n i a. - Skończyłem z tym gównem. Skończyłem z tobą. - pistolet ciążył w jego kaburze gdy wyczuł za sobą ruch Marco, zbliżającego się, czekającego na jeden sygnał ze strony mafioza by ruszyć d ataku. Jeszcze jeden krok posłał go naprzód, bliżej - figury zareagowały, zacieśniając kręg wokół nich. - Upublicznij wszystko, jeśli chcesz - prowokował, wściekłość w jego sercu tworzyła doskonałe paliwo. - Zobaczymy, ilu z twoich ludzi zabiorę ze sobą. Ilu wspólników, ile spraw, które dla ciebie pogrzebałem, a które ujrzą światło dnia. - przez spokojną mimikę mafioza przebiegła pierwsza iskra wściekłości, czy też oburzenia na taką bezczelność. - Gdziekolwiek wyląduję, możesz być kurwa pewny tego, że zabiorę cię ze sobą.
Z bliska dostrzegał niuanse jego oszczędnej mimiki. Delikatnie drgającą powiekę prawego oka. Lewą brew zmarszczoną subtelnie, usta wygięte w uśmiechu lecz ich kąciki skierowane w dół. Sekundy płynęły w nieskończoność gdy mierzyli się spojrzeniem w ciszy, która oblepiała wnętrze magazynu jak smoła.
- Ostrożnie, Madden. - ciche słowa zabrzmiały jak uderzenie pioruna, w ich tonie rozpoznał posiadaną przez niego przewagę. - Nie jesteś już tym samym człowiekiem, który przypełzł do mnie w przeszłości nie mając nic do stracenia.
Pazury zacisnęły się na jego sercu gdy wyczuł ruch - jedna z figur wyciągnęła trzymane w dłoni fotografie, podając je stojącemu obok mafiozowi. Nie musiał nawet patrzeć, by w i e d z i e ć. By jego serce uniosło się aż do gardła, dławiąc go słowami Carbone'a, które jeszcze nie zostały przez niego wypowiedziane.
- Znasz parę nazwisk, parę miejsc. Może zanim zgniłbyś za kratami udałoby ci się uszczknąć to czy owo z mojego przedsiębiorstwa - westchnął, odbierając plik i udając, że przygląda się temu, co musiał już wcześniej widzieć. Niespodziewanie wyjął jedno ze zdjęć i uniósł w górę, obracając je w stronę tkwiącego przed nim detektywa. - Powiedz, czy detektyw Mercer odwiedzałaby cię w więzieniu? Czy nie jesteście tak blisko?
Jego wzrok uparcie spoglądał ponad zdjęciem, wpatrywał się w pełne satysfakcji, zimne oczy, byle tylko nie widzieć tego, co było pod nimi. Rozświetlonej latarniami ulicy Toronto, w której rozpoznał jej dzielnicę. Swojego zaparkowanego samochodu, opartej o niego sylwetkę, w której dostrzegł własne plecy.
I jej ramion, zarzuconych na niego gdy przylgnęła do niego w pocałunku.
- Nie waż się jej tknąć - pełne wściekłości słowa wymsknęły się z jego ust, znów zbyt szybko, by był w stanie je powstrzymać. Jego noga przesunęła się do przodu, dłoń sięgnęła do kabury schowanej pod płaszczem, w tym wściekłym, gwałtownym i prymitywnym geście, za którym nie chowała się logika ani dalsze planowanie. - Jeśli coś jej się stanie...
- To co? - zadrwił, ale w jego oczach pojawił się ogień, pasja, podsycana wyłącznie przez posiadaną przez niego przewagę. - Z a b i j e s z mnie? - Krąg jego popleczników zacieśnił się - gdzieś między jednym krokiem a drugim, w rogu jego pola widzenia pojawił się charakterystyczny błysk broni. Gdy Carbone nachylił się do przodu, skracając dystans między nimi by zrównać się z nim jak z przeciwnikiem, Rhys wyczuł chłód pistoletu na swojej skroni. - Tęskniłem za tym Maddenem.
Mafiozo wyprostował się, cofając o pół kroku. Fotografie wyleciały z jego ręki, wyrzucone na ziemię z brakiem zainteresowania. Dziesiątki, jeśli nie setki ujęć z różnych miejsc, różnych godzin. Każde z nich wypalało się w jego podświadomości.
- Nie pasuje ci ta odznaka, Rhys - westchnął przeciągle, wracając do bawienia się małym nożykiem w jego dłoniach. - Znacznie lepszy z ciebie wściekły pies. Pomyśl tylko, co moglibyśmy osiągnąć gdybyśmy stali po tej samej stronie. Gdybyś nie marnował czasu, odgrywając nędznego glinę za te groszowe pieniądze, które wam płacą.
Zaciśnięta szczęka zaczynała go boleć, pięści sztywniały gdy spoglądał przed siebie - tym razem nie na mafioza, nie na tego, który ku niemu mówił, ani nawet nie na wycelowaną w jego stronę broń.
Patrzył na zdjęcia, na jej twarz, rozciągniętą w uśmiechu, piękną, ł a g o d n ą.
- Nasz układ obowiązuje. - władczy ton zasygnalizował ofertę nim ta została rzucona na stół. - Chcę Morettiego. Wyciągnij go z tego a porozmawiamy o zmianie warunków - rzucił, zatrzymując się parę kroków dalej, jakby stracił już zainteresowanie tą rozmową, ale był zmuszony dokończyć swoją myśl. - Jeśli zawiedziesz, uwolnię cię od ciężaru więziennego widzenia ze swoją partnerką - kącik jego ust znów się uniósł w górę, w ten podły sposób, który cementował każdą groźbę. - Pozbawię ją wszelkich zmartwień, jakie mógłbyś stworzyć.

Ta piękna, łagodna twarz była wykrzywiona w wyrazie, w którym nie widział jej nigdy wcześniej.
Stał wewnątrz własnego mieszkania, z drzwiami wciąż uchylonymi na klatkę schodową. Tkwił w miejscu, jak jedna z figur otaczająca Carbone'a, jakby znów czuł na swojej skroni chłód przyłożonego do niej metalu.
Deszcz ustał, a jednak burza wreszcie dotarła do jego progu.
Powiódł spojrzeniem po tym wszystkim, co wyciągnęła - po aktach rozłożonych na stole, po nierejestrowanej broni rzuconej na kredens, z którego ją wyjęła. Po p r a w d z i e, rozsypanej jak skomplikowane puzzle, które usiłowała poskładać.
Zmusił się do reakcji, ale jego ciało nie chciało go słuchać. Ramię - bolesne po sprzeczce z rana - z ociąganiem zamknęło za nim drzwi. Nogi niechętnie poniosły go w stronę salonu, w butach, w kurtce, jakby to on był tutaj intruzem, a nie kobieta, która wzięła jego klucze i weszła do środka.
W poszukiwaniu prawdy.
- Akta. - krótka odpowiedź, wypowiedziana wyzutym z emocji głosem była niczym uderzenie w policzek, nawet dla tego, który ją sformułował. Ale w tej nagłej chwili, wciąż zawieszony między jej zdjęciami rozrzuconymi na podłodze a aktami, nad którymi stała pochylona, zamarł, zmrożony dopadającymi go konsekwencjami.
Jakby jego umysł chciał wcisnąć przycisk pauzy, jakby ciało przestało się ruszać, napięło w oczekiwaniu na uderzenie sztormu, niosącego k o n i e c.
- Co tutaj robisz, Margo? - westchnął, ciężko, sięgając do swojej kurtki, jakby prowadzili n o r m a l n ą konwersację, jakby cokolwiek w tej scenie dało się wytłumaczyć za pomocą logiki. Materiał jego odzieży wciąż śmierdział zatęchłym powietrzem z magazynu, tym razem jednak nie czuł się mężczyzną tkwiącym jedną nogą w jednym świecie, drugą w drugim.
Tym razem odznaka nie ciążyła w jego kieszeni, ponieważ nie czuł jej w o g ó l e.
Być może Carbone miał rację. Może wściekły pies był obliczem, które pasowało mu bardziej niż glina, którym od dawna nie był z przekonania - wyłącznie z obowiązku. Ponieważ gdy patrzył na akta, które wyciągnęła, nie potrafił wyzbyć się widoku jej zdjęć, rzuconych na ziemię. Nie potrafił zapomnieć o tej wściekłości, gorącej, spalającej go od środka f u r i i, która wciąż wrzała w jego żyłach, w jego mięśniach i kościach na samą myśl o tym, że Carbone mógłby jej zagrozić.
Powiódł wzrokiem - niemal pozbawionym zainteresowania - po jej znaleziskach. Po notatkach, wydrukowanych dokumentach, pozyskanych legalnie lub nie - wszystkich dotyczących Morettiego. Tego, który powinien zostać w więzieniu gdzie jego miejsce. Tego, którego Carbone potrzebował - który był jego kartą przetargową.
Prawa ręka Ventresci w zamian za piękną twarz, której teraz daleko było do łagodnej.
- Czego szukasz w moich rzeczach? - kontynuował, odrzucając kurtkę na jedno z krzeseł, ignorując wszystko to, co rozrzuciła na jego stole. Odwrócił się, ruszając do szafki, która w jego mieszkaniu pełniła rolę barku. Uchylił jej drzwiczki, wydobywając ze środka napoczętą butelkę złej whisky. Patrząc po zawartości mebla, miał jej zdecydowanie więcej niż jakichkolwiek dobrych.
Odstawił butelkę na blat, wciąż zwrócony do niej tyłem. Tyłem do jej furii, która zaraz miała się na niego wylać. Tyłem do szoku, który błyszczał w jej szklistych oczach. Tyłem do z a w o d u, który niechybnie czekał w kolejce, schowany gdzieś w głębi piwnego spojrzenia, pogrzebany wszystkimi innymi emocjami unoszącymi się na powierzchni.
Sięgnął po szklankę. Smród magazynu unosił się wokół niego jak papierosowy dym, wsiąknął w jego włosy, w jego ubrania, które wcześniej pachniały n i ą. Jej mieszkaniem, jej bliskością.
Nim i jej stopy odnalazły krawędź, z której on runął już wcześniej.
I choć wiedział, że to wszystko się tak potoczy, wyobrażał to sobie tysiące razy, to nic nie było w stanie go na to przygotować. I w pierwszej reakcji, zmęczonego ciała i umysłu zaślepionego jej twarzą wydrukowaną w setkach egzemplarzy, wycofał się z powrotem za ten mur, który służył mu przez wszystkie lata. Ignorując wszystkie jego szczeliny i spękania, skupił się na nalaniu niezdrowej porcji bursztynowego alkoholu do szklanki.
I dopiero z nim w dłoni odwrócił się, plecami opierając o blat kuchenny i przenosząc na nią swoje spojrzenie.


margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cienkie jak włos rysy przekształciły się w pęknięcia, a te przestały być subtelne. Rozeszły się gwałtownie, rozdarły to, co budowała tak uparcie, odsłaniając wszystko, co znajdowało się pod spodem. Niepokój zamienił się w ciężar nie do udźwignięcia, gniew zapłonął pełnym ogniem, a wraz z nim pojawiło się coś jeszcze - coś ostrzejszego, bardziej bolesnego, czego nie potrafiła nazwać ani zagłuszyć.
Nie mogła tego zasypać, nie mogła tego zignorować. To już nie były drobne rysy na powierzchni. To było pęknięcie biegnące przez całość, przez fundament, przez wszystko, co miało być niewzruszone.
Dopiero jego głos wyrwał ją z bezruchu, w którym tkwiła od momentu, gdy przekroczył próg mieszkania. Do tej pory nie podniosła na niego wzroku ani razu, jakby jego obecność nie miała znaczenia, jakby nie istniał. Jej spojrzenie wbijało się w pustą ścianę przed sobą, w biel, która nagle wydawała się bezpieczniejsza niż on. Nie szukała go wzrokiem, nie reagowała na jego kroki, nie śledziła każdego ruchu tak, jak robiła to zawsze. W jej oczach nie zapaliło się to znajome światło, które pojawiało się przy nim odruchowo, bez kontroli.
Nie było ciepła, nie było miękkości, nie było tej cichej radości, która rozlewała się w jej tęczówkach na sam jego widok.
Była c i s z a. Pusta, chłodna i ciężka.
Z każdą kolejną sekundą czuła, jak napięcie rozlewało się po jej ciele, obejmując mięśnie, ściskając żołądek, utrudniając oddech. Wcześniej potrafiła tłumaczyć wszystko, co budziło wątpliwości. Znajdowała usprawiedliwienia, budowała wersje wydarzeń, które pozwalały jej dalej wierzyć. Zaciskała powieki i odpychała to, co niewygodne. Dawała mu przestrzeń, pozwalała milczeć, przyjmowała niedopowiedzenia jak coś naturalnego, jak część jego, której nie musiała rozumieć.
Tym razem nie potrafiła. Tym razem nie znalazła w sobie ani odrobiny tej cierpliwości, która wcześniej trzymała ich razem. Miała dość chodzenia wokół tematów, które omijał, dość ciszy, która zawsze należała do niego, a którą ona miała obowiązek szanować.
O g i e ń zapłonął w niej gwałtownie, gdy usłyszała jego odpowiedź. Uniosła głowę, a spojrzenie wystrzeliło w jego stronę jak ostrze. On odwracał wzrok, unikał jej, jakby nie był w stanie znieść ciężaru tego, co między nimi zawisło, a ona wwiercała się w jego twarz bez litości, bez zawahania, bez śladu tego, czym kiedyś było jej spojrzenie. - Masz mnie za idiotkę? - wyrzuciła z siebie ostro, a jej głos przeciął powietrze jak rozładowanie napięcia. - Myślałeś, że ile czasu zajmie mi połapanie się, że coś nie gra? - nie odpowiedziała na jego pytanie, nie zamierzała nawet udawać, że prowadzą rozmowę. Przeszła do ataku, bo tylko to jej zostało.
Pchnęła teczkę w jego stronę, papier uderzył o blat z głuchym dźwiękiem, rozsypując część zawartości. - Jeszcze raz pytam, co to jest? - jej dłoń zawisła nad dokumentami dotyczącymi Morettiego, a każde nazwisko, każdy zapis zdawał się teraz palić ją pod skórą. - Czego szukasz w tej sprawie? - w jej głosie nie było miejsca na wątpliwość, tylko na żądanie odpowiedzi.
Jego spokój działał na nią jak iskra rzucona na rozlaną benzynę. Każdy gest, każde milczenie, każdy ruch wykonywany tak, jakby n i c się nie działo, podsycał jej gniew. Widziała, jak sięga po alkohol, jak odwraca się od niej, jakby była tylko hałasem w tle. W tej jednej chwili coś w niej pękło całkowicie.
Wstała gwałtownie i w kilku krokach znalazła się przy nim. Złapała szklankę z jego dłoni i z impetem odstawiła ją na blat za jego plecami. Szkło uderzyło głośno, bursztynowa ciecz rozlała się na powierzchni, spływając na podłogę, ale nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. - Mówię do ciebie, kurwa - warknęła, a jej głos był niski, napięty, pełen furii.
Twarz nie przypominała tej, którą znał. Nie było w niej nic z kobiety, która przed kilkoma godzinami szeptała mu do ucha, która patrzyła na niego jak na cały swój świat. Została tylko twardość, zimno i gniew, który palił w jej oczach. - Po co ci niezarejestrowana broń? - wyrzuciła kolejne pytanie, czując, jak słowa drapią ją od środka. - Co cię łączy z Morettim? - to zdanie przeszło przez jej gardło ciężko, jakby musiała je z siebie wyrwać, jakby pragnęła, by prychnął i powiedział jej, że postradała zmysły.
Zrobiła jeszcze j e d e n krok do przodu, skracając dystans między nimi do minimum. Odebrała mu przestrzeń, odebrała możliwość wycofania się, zmusiła go do konfrontacji. - Widziałam cię w Mimmo’s - dodała ciszej, ale w tym tonie kryło się coś znacznie groźniejszego niż krzyk. - Widziałam, jak Bianchi na ciebie patrzył. Myślisz, że jestem ślepa? - jej dłoń zacisnęła się w pięść przy jego boku, a oddech przyspieszył, płytki i nierówny.
Stała tak blisko, że czuła jego ciepło; znała ten zapach, każdy szczegół, który był dla niej domem, bezpieczną przystanią, miejscem, w którym mogła schować się przed światem. Teraz wszystko to stało się obce, w jednej chwili, w jednym ułamku sekundy.
Patrzyła na niego, zmuszając go, by odwzajemnił spojrzenie, choć w głębi wiedziała, że to właśnie ono zaboli najbardziej; że to, co zobaczy w jego oczach, rozbije ją ostatecznie. Mimo to nie cofnęła się ani o krok. - Powiedz mi prawdę - wyszeptała już ciszej, a za tym kryła się groźba. Wiedział, że miała krótki lont, że była choleryczką, że wystarczył jeden impuls, aby wybuchła. Musiał zdawać sobie sprawę, że w złości była tak impulsywna, by spalić na swej drodze wszystko. W i e d z i a ł, że jeśli jej nie powie - wyjdzie stąd i zdobędzie te informacje sama, nie zważając na konsekwencje.
- Teraz.


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O g i e ń był tak blisko, że niemal czuł na swojej twarzy żar - tak, jak czuł jej zapach, infiltrujący powietrze, którym oddychał. Jej bliskość, która zwykle działała na niego jak magnes, sprawiając, że pragnął więcej, pragnął t e r a z, w tej chwili była jego przekleństwem.
Ponieważ choć stała obok, chociaż była na wyciągnięcie jego ręki, ziemia już rozstąpiła się pod ich stopami, ujawniając dzielący ich dystans. Odległość, stworzona rzuconymi w jego stronę aktami, bronią, której nie powinno być, telefonem, którego używał jeszcze rok temu nim przestał o to dbać i zaczął przyjmować połączenia na osobistym.
Huk szklanki odstawianej na blat rozległ się w pomieszczeniu jak wystrzał z pistoletu. Jej wściekłość rozlewała się wokół, sączyła z niej jak atrament z rozbitego kałamarza i niemal widział jej ciemne wstęgi, sięgające ku niemu w powietrzu. Nigdy wcześniej nie widział jej w ten sposób.
A ona nigdy wcześniej nie widziała j e g o, w prawdziwej, najczystszej postaci, w której niektóre elementy nie wpadały na swoje miejsca układanki, innych zaś kompletnie brakowało.
Dla ochrony, cisnęło się na jego usta, kolejne, obłudne kłamstwo obleczone w prawdę. Nic mnie z nim nie łączy, następne niedopowiedzenie - bo poza paroma zdaniami i wymienionymi spojrzeniami, nie miał nigdy z nim bezpośrednio do czynienia, Moretti był zwyczajnie prawą ręką tego, który trzymał w dłoniach smycz. Ale te wszystkie słowa mogły do niej trafić gdyby wypowiedział je wcześniej, zanim instynkt zawiódł ją do jego mieszkania, zanim wyciągnął wszystkie te podejrzane rzeczy i doszukiwał się prawdy, sączącej przez szczeliny w jego mimice.
Widziałam cię w Mimmo's.
Odwrócił się, targany mieszanką złości i głęboko schowanej r o z p a c z y. Zawsze wierzył, że wyobrażając sobie dany scenariusz, uda mu się w jakikolwiek sposób na niego przygotować, jednak nic nie mogło przygotować go na t o.
Na wizję tego, że miał ją s t r a c i ć.
- Co sugerujesz, Margo? - odpowiedział chłodno, cicho, ponieważ w ten pragmatyczny sposób wiedział, że poza aktami, których nie powinien posiadać i bronią, która nie była zarejestrowana, nie miała żadnych dowodów.
Wściekłość rodząca się w jego sercu odnajdywała swoje ujście w kobiecie stojącej naprzeciw, choć przecież jej źródłem był on sam. Mimo tego odwrócił się, odrywając od kuchennego blatu, zwrócił w jej stronę i wykonał to pół kroku naprzód, skracając dystans między nimi, który już wcześniej był kompletnie nieistotny.
Z bliska widział zarys własnej sylwetki, odbitej w jej piwnych oczach. Obraz był zniekształcony świetlnymi refleksami i czymś innym, znacznie gorszym - z a w o d e m.
- Prawdę? - prychnął, pochylając się bliżej, zbliżając do tej twarzy, która pałała do niego nienawiścią, a która kilka godzin wcześniej emanowała dla niego miłością. - Wydaje mi się, że już sobie wszystko poukładałaś, włamując do mojego mieszkania i dochodząc do własnych wniosków.
Jego szorstki ton zdradzał buzującą w nim złość, lecz w głębi spojrzenia chował się smutek - gdzieś głęboko schowany pod wszystkimi innymi, szalejącymi w nim emocjami.
- Powiedz to głośno. - słowa będące niemal w y z w a n i e m przecięły ciszę między nimi gdy mierzył kobietę spojrzeniem, pragnąc usłyszeć wszystkie oskarżenia, które widział w jej oczach, wypowiedziane na głos.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego złość zapaliła ją jak iskra rzucona na suchą trawę.
Czuła, jak rozchodzi się po niej błyskawicznie, obejmuje klatkę piersiową, wdziera się pod skórę i zajmuje każdy fragment ciała, który jeszcze chwilę wcześniej próbował zachować resztki spokoju.
Być może przesadziła, świadomość tego wdarła się do niej chłodno; być może nie powinna była sięgać do jego rzeczy, nie powinna była przekraczać tej granicy, którą sam tak wyraźnie wokół siebie wyznaczał. Czuła to gdzieś głęboko, poczucie winy kiełkowało, nieśmiałe i niepewne, gotowe rozlać się szerzej, ale nie miało szans. Nie przy nim, nie przy jego reakcji.
Każde słowo, które wypowiadał, każdy gest, każdy przejaw chłodu tłumił w niej tę wątpliwość, zamieniając ją w gniew, który narastał, gęstniał i stawał się trudny do opanowania.
Patrzyła na niego i z desperacją próbowała odnaleźć tego człowieka sprzed kilku godzin. Szukała go w rysach twarzy, w spojrzeniu, w napięciu szczęki, w sposobie w jaki oddychał. Szukała go w pamięci - w sali przesłuchań, w domku pośrodku lasu, w tych wszystkich chwilach, w których był blisko, prawdziwy, odsłonięty na tyle, na ile pozwalał.
Człowieka, który mówił do niej cicho, który dotykał jej tak, jakby była czymś więcej niż tylko częścią jego życia, który patrzył na nią w sposób, od którego miękły jej kolana. Ale jego tam nie było. Zamknął tę część siebie gdzieś głęboko i postawił mur, za który nie miała już wstępu. Zostawił przed nią kogoś innego - twardego, zdystansowanego, chłodnego, dokładnie takiego, jakim był w pracy, gdy nic nie miało dla niego znaczenia.
- A mam co sugerować? - odbiła bez zawahania, a jej głos był nasiąknięty tą samą złością, którą widziała w nim. Nie pozwoliła mu się wycofać, nie pozwoliła mu zrobić tego, co robił zawsze. Przesunęła się o pół kroku, jakby nagle poczuła ciężar jego słów mocniej, niż chciała przyznać. - Przestań. Nie przekraczaj tej granicy, nie chcesz tego robić, Rhys - powiedziała ciszej, próbując zapanować nad nerwami, ugasić pożar, jakby zdawała sobie sprawę, że w ten sposób nic nie osiągnie.
Wzięła krótki oddech, a potem wyrzuciła z siebie kolejne słowa, już bez filtrowania. - Nigdy nie wpuściłeś mnie głębiej - zaczęła, patrząc mu prosto w oczy. - Dajesz mi tylko tyle, ile sam uznasz za wygodne. Resztę trzymasz dla siebie, jakby to było coś, do czego nie mam prawa. Ty nie chcesz się ze mną dzielić swoim życiem - jej głos zadrżał, lecz nie osłabł. - Harowałam na to, żebyś mi zaufał. Nie naciskałam, nie wymagałam, dawałam ci przestrzeń, a i tak to nie wystarczyło. Cokolwiek zrobię, cokolwiek powiem, ty i tak wybierzesz tajemnice.
Na ułamek sekundy zacisnęła powieki, a potem dodała coś, co zabolało bardziej niż cała reszta. - Wyszedłeś ode mnie w środku nocy. Zostawiłeś mnie samą po tym, jak dowiedzieliśmy się o Rinaldim. Ja nie mam tego gdzieś, potrzebowałam cię, a ty w y s z e d ł e ś – jej głos obniżył się, nabrał ciężaru. - I nie wyjaśnisz niczego, powiesz, że włamuję się do c i e b i e i wysnuwam wnioski. A co mam, kurwa, twoim zdaniem zrobić? - znów wtargnęła w jego przestrzeń, znów zrobiła krok naprzód. - Dalej udawać, że niczego nie widzę?
Poczuła, jak coś ściska jej gardło, jak emocje zaczynają wylewać się poza kontrolę, ale nie zatrzymała się. - Sugeruję ci więc, że to w s z y s t k o - wskazała dłonią na rozrzucone dokumenty, broń, telefon. - Nie jest przypadkiem. Grzebiesz w sprawie Morettiego z jakiegoś powodu i nie wierzę, że ten powód jest dobry - zadarła głowę, tonąc w zieleni jego oczu, a ich oddechy zaczęły się mieszać. Jej ciało drżało, napięte do granic możliwości. - Okłamiesz mnie, patrząc mi w oczy? - zapytała cicho. - Powiesz, że się mylę? Że coś sobie ubzdurałam? - jej szczęka zacisnęła się mocno, spojrzenie nie drgnęło ani na moment.
- Będziesz kazał mi błagać o prawdę? - dodała jeszcze ciszej. - Czy mam iść do Morettiego i wyciągnąć ją z niego sama? - była gotowa zrobić dokładnie to, co mówiła. Była gotowa rzucić się w tę przepaść za nim.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego imię zawsze brzmiało tak l e k k o w jej ustach, jakby należało do zupełnie innego człowieka. Stało w kontraście z tym, w jaki sposób posługiwał się nim Carbone, usiłując zrównać ich ze sobą i tym samym przeciągnąć go bardziej w stronę Mimmo's, w którym się kręcił.
Z początku czuł się przez to niemal nieswojo.
W jej oczach odbijał się obraz, którego nie widział w lustrze - obraz człowieka skomplikowanego, trudnego ale d o b r e g o. Osoby, która być może nie stosowała się do wszystkich reguł, ale jej serce leżało po dobrej stronie. Która może wychodziła czasem bez słowa lub znikała na dłuższy czas, ale wynikało to z potrzeby dystansu, a nie czegoś podejrzanego.
Przy niej wierzył, że mógłby taką osobą być.
Och, jak naiwnie wierzył, że mógłby zostawić Mimmo's za sobą. Że jeśli wykona ostatnią przysługę dla pieprzonej m a f i i, ta, słynąca przecież ze swojego sprawiedliwego traktowania współpracowników, wypuści go ze swoich szponów. Nawet wtedy, skupiając się na tym wyjściu, wiedział jak głupie było to rozumowanie, a jednak z chęcią trzymał klapki na własnych oczach - być może z taką samą, z którą ona trzymała własne, nie zagłębiając się w to, co Madden robił po godzinach.
Teraz jednak jego głupota uderzyła go z impetem morskiej fali. Cios wyrwał powietrze z jego płuc, sprawił, że ugrzęzło, gdy jego usta rozchylały się bezproduktywnie usiłując zaczerpnąć oddechu. Każde słowa wypowiadane przez nią były jak kolejny cios - kolejne ostrzeżenie, kolejna g r o ź b a, czyniąca z niego zapędzone do rogu zwierzę.
Zwierzę, które potrafiło wyłącznie kąsać.
- Co zmieniłoby moje zostanie, Margo? - odrzucił, wściekle, niemal czując na sobie jej oddech, czując jej bliskość, tak zwodniczą w swych przyjemnych skojarzeniach, do których było jej daleko. - Tu właśnie leży twój pieprzony problem.
Pochylił się nad niższą od niego kobietą, patrząc, jak jego cień z wolna przysłania piwne tęczówki - zwykle intensywne w swojej barwie, teraz przykryte mrokiem.
- Czy chociaż na chwilę zatrzymałaś się żeby pomyśleć co z moim samopoczuciem? - syknął, czując blat za swoimi plecami tak, jak mentalnie wyczuwał róg, w który zapędził go dociekliwy wzrok kobiety i rzucone przez nią na stół akta. - Mówiłem ci, żebyś nie mieszała się w sprawy Ventresci. Mówiłem ci, że to się tak skończy. I spójrz na to, gdzie jesteśmy teraz.
Odepchnął się od blatu, siłą rzeczy zmuszając ją, by cofnęła się o krok - aż jej plecy oparły się o kuchenną wyspę po drugiej stronie.
- Zgarnęliśmy Bianchiego i parę płotek, które wylądują w więzieniu. I ile trupów będzie nas to kosztować, Margo? - z każdym słowem jego głos stawał się coraz chłodniejszy. - Wiem, że gówno obchodzi cię ryzyko i cel, który wymalowałaś sobie na plecach. Ale mnie n i e.
Wściekłość buzowała w jego żyłach, tańczyła w spiętych mięśniach gdy z trudem walczył z dłońmi, pragnącymi zwijać się w pięści. Czarna koszula na jego skórze była tą samą, którą kobieta jeszcze kilka godzin temu odpinała, guzik po guziku.
Teraz pachniała wyłącznie starym magazynem.
- Rinaldi był pierwszy. Będą następni - wycedził, patrząc na twarz, która wypisała się w jego podświadomości, wymalowana na fotografiach rozrzuconych po ziemi. - I w pewnym momencie będziesz t y.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego słowa uderzyły w nią z siłą, której się nie spodziewała.
Ogień, który jeszcze przed chwilą trawił ją od środka, zgasł niemal natychmiast, jakby ktoś z rozmachem wylał na niego lodowatą wodę. Nie został po nim ani żar, ani dym, został wyłącznie ból, który rozlał się powoli, bez pośpiechu, jak trucizna sącząca się w żyły.
Zaczął w samym środku klatki piersiowej, dokładnie tam, gdzie jeszcze chwilę temu biło serce pełne gniewu, i zacisnął się wokół niego z bezlitosną precyzją. Wspiął się wyżej, wpełzł na szyję, ścisnął gardło tak mocno, że każdy oddech stał się wysiłkiem. Spłynął w dół, wzdłuż kręgosłupa, wykręcając go w bolesnym napięciu, które zmuszało mięśnie do walki z czymś, czego nie dało się odepchnąć. Dotarł aż do nóg, odbierając im siłę, choć nadal stała.
W głowie pulsował ciężko, rytmicznie, jak tępy ból, który rozsadzał myśli od środka. Najgorsze jednak było serce. Zamieniło się w coś nieruchomego, jak kamień, który opadł na dno i nie zamierzał się poruszyć.
A mimo to p r ó b o w a ł o.
Głupie, uparte serce rwało się do niego, próbowało przebić się przez ten chłód, przez tę nową rzeczywistość, próbowało krzyczeć, że znajdą sposób, bo zawsze znajdowali. Zacisnęła powieki na krótką chwilę i zdusiła to w sobie bez litości. Zepchnęła głęboko, tam, gdzie nie mogło już dojść do głosu.
Gdy znów na niego spojrzała, w jej oczach nie było już ognia. Zieleń przygasła, przykryta czymś ciężkim, matowym, jak mgła osiadająca na tafli wody. Wycofała się, najpierw o krok, potem o kolejny. Oparcie o blat trwało tylko moment, jakby parzył ją pod skórą. Odsunęła się dalej, instynktownie, jak od czegoś, czego nie chciała już czuć zbyt blisko.
Nie chciała jego obecności, nie chciała tego samego powietrza, tej samej przestrzeni.
- Nie pomyślałam. Masz rację - powiedziała spokojnie, niemal bezbarwnie. Ten ton nie miał w sobie nic z wcześniejszej furii, nic z bólu, który w niej buzował. - Nigdy o tobie nie myślałam. Ani razu - jej spojrzenie było twarde, nieruchome. - Nie myślałam, kiedy pozwalałam, żeby twoja historia była tylko twoja. Kiedy nie pozwalałam nikomu innemu jej opowiedzieć. Nie myślałam, kiedy nie naciskałam, żebyś powiedział mi o Sophie, ani kiedy czekałam, aż sam zdecydujesz, że chcesz mnie tam wpuścić - zatrzymała się, przełykając ciężko, ale nie odwróciła wzroku. - Nie myślałam, kiedy zszywałam cię w środku nocy i nie zapytałam, skąd masz tę ranę. Nie myślałam, kiedy mówiłam, że będę cię kochać zawsze. Ani wczoraj, ani nigdy wcześniej.
Pokręciła głową powoli, jakby sama siebie korygowała. - Masz p i e r d o l o n ą rację. Nie myślałam o tobie nigdy - każde słowo było spokojne, wyważone, a właśnie przez to uderzało mocniej niż krzyk. Tylko napięcie w jej szczęce zdradzało, jak bardzo musiała się trzymać, żeby nie pozwolić sobie na coś więcej.
Coś w niej znów drgnęło, jakby ogień próbował wrócić spod warstwy lodu. - Nie waż się sugerować, że kieruje mną coś innego niż poczucie sprawiedliwości. Jeśli zapomniałeś, na czym polega twoja robota, to odłóż broń i odznakę i nie zakładaj ich więcej - odwróciła się od niego, podeszła do stolika i zaczęła zbierać wszystko, co leżało rozrzucone. Dokumenty znikały w jej dłoniach szybko, niemal mechanicznie, jakby skupienie na czymś fizycznym pozwalało jej utrzymać resztki kontroli.
- Kto mnie zabije? - zapytała nagle, unosząc głowę. - Moretti? Kiedy mu pomożesz wyjść? - w jej głosie pojawiła się prowokacja, świadoma, ostra. Zatrzymała się, odwracając się do niego w pełni. - Też potrafię tak grać. Też mogę uderzyć tam, gdzie boli najbardziej - jej usta wykrzywiły się w coś, co nie było uśmiechem. - Mogę złamać ci serce, dokładnie tak, jak ty robisz to ze mną teraz. Chcesz w to zagrać? - emocje szarpały nią w skrajnościach. Na moment wydawała się spokojna, niemal obojętna, by zaraz potem znów napiąć się jak struna.
- Jak myślisz, co poczujesz, kiedy go odwiedzę? - rzuciła ciszej, ale każde słowo było ostrzem. - Kiedy położy na mnie swoje łapy? Kiedy będzie próbował zrobić to, co wczoraj zrobił Bianchi? Myślisz, że zaboli cię tak, jak mnie teraz? - zrobiła krótką pauzę, obserwując go uważnie. - Może nie będę musiała się starać. Może wystarczy, że się wścieknie, może ktoś zrobi za niego resztę? - usiadła na oparciu kanapy, trzymając akta w dłoni, jakby to był jedyny punkt zaczepienia. - Myślisz, że wtedy to będzie mój pieprzony problem… czy twój? - zapytała spokojnie, niemal cicho.
Spojrzała na niego jeszcze raz, dłużej, uważniej, jakby próbowała zapamiętać coś, co właśnie bezpowrotnie traciła.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Każde jej słowo cięło go do głębi, ponieważ trafiało na podatny grunt.
W i e d z i a ł, że to, co łączyło go z Margo było skomplikowane, miejscami bolesne i trudne. Wiedział, że nie był najprostszym człowiekiem w obsłudze, że wielokrotnie na jej twarzy pojawiał się wyraz zawodu i złości, ze ten dystans, którym odgradzał się od niej sprawiał jej ból. I wiedział, że miała rację.
Poczucie winy błysnęło w jego wnętrzu już wewnątrz wynajętego na czas przyjęcia baru, w trakcie pożegnania jego byłego partnera. Pojawiło się ponownie, późną porą na komisariacie, gdy jej dłoń sięgnęła do sinego śladu na jego skroni, gdy ucałował wnętrze jej dłoni i odstawił ją na bok, dystansując się.
Nie traktował jej sprawiedliwie od samego początku.
Ich związek był zbudowany na fundamentach fałszu i jego własnego egoizmu. Miał świadomość, że jego brak ogłady, brak wstrzemięźliwości doprowadzi ich oboje do zguby. Zniszczy ich od środka, nie tylko to, co próbowali razem zbudować, ale i ich samych.
Wszystko przez to, że nie potrafił się jej o p r z e ć.
Nie w tym wymiarze fizyczności, prymitywnej potrzeby znalezienia się blisko pięknej kobiety. W czymś znacznie większym, sięgającym głębiej, zostawiającym na jego duszy znamię, którego nic nie mogło już zmazać - ani jej wściekłe słowa, ani Ventresca, ani czas.
A jednak nie potrafił tego przyznać.
W tej desperackiej sytuacji, w której zaczęła się wycofywać, oczami wyobraźni widział jej zdjęcia. Słyszał jej imię, wypowiadane tym oślizgłym głosem mężczyzny, który był zdolny do wszystkiego. Był zdolny do tego, by mu ją odebrać. I choć wiedział, że kobieta nigdy nie zaakceptowałaby tego, że stała się w rękach mafiozy narzędziem i wiedział, że była czymś znacznie więcej, była kompetentną policjantką zdolną sobie poradzić w życiu, n i e m ó g ł.
Nie mógł przechodzić przez to ponownie. Nie z n i ą.
- Nie masz pojęcia o czym mówisz - Jej pełne prowokacji i drwiny propozycje uderzały w jego ciało, które zadrżało od wypełniającej go furii. Jego dłoń zacisnęła się na szklance ze złą whisky, wyłącznie po to, by czymś ją zająć - ale w tej chwili, w której przysiadła na kanapie, w której snuła hipotetyczne scenariusze, miał większą ochotę cisnąć nią w ścianę. - Nie masz pojęcia do czego zdolni są ci ludzie.
Jego głos drżał z furii, z wściekłości napędzanej czymś znacznie bardziej prymitywnym niż jego potrzeba bliskości - s t r a c h e m, migoczącym w głębi zielonego spojrzenia.
- Wydaje ci się, że wiesz. Wydaje ci się, że będzie jak z Rinaldim, że wkurwi cię to i zasmuci, i następnego dnia wrócisz z większą determinacją do komisariatu by jego śmierć mogła cię napędzać - jego słowa padały coraz szybciej, coraz ostrzej. Szklanka z hukiem wylądowała na blacie kuchennej wyspy. - Nie masz pojęcia jak to jest, wejść do swojego mieszkania i zastać krwawy ślad prowadzący cię do łazienki. - jego oddech stawał się coraz płytszy, coraz bardziej urywany gdy wymijał wyspę, ruszając w stronę kanapy. - Nie masz pojęcia, jakie to uczucie, gdy osoba, którą kochasz, leży w twoim mieszkaniu, bezwładna i pozbawiona życia.
Strach zastąpił jej bliskość, tworzył zupełnie inny zestaw klapek, które przysłaniały mu oczy. Dzikie, pierwotne przerażenie zagnieździło się w jego sercu, kierowało jego ruchami gdy stawał nad nią, ignorując trzymane przez nią akta.
- Nie spotkasz się z Morettim - wychrypiał, pochylając się, chwytając za akta, które trzymała w dłoniach i wyciągając je z nich nawet, gdyby musiał to zrobić siłą. - Nie spotkasz się z żadnym z tych ludzi.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świadomość uderzyła w nią z brutalną jasnością, jak zimna fala, która nie zostawia miejsca na oddech ani na złudzenia.
Zrozumiała to nagle, boleśnie precyzyjnie; nie tylko to, co zrobił, ale to, kim był w całej tej historii. Nie człowiekiem, którego próbowała zrozumieć, nie mężczyzną zagubionym między dwoma światami, lecz kimś, kto od samego początku wiedział więcej, kto prowadził ją przez tę relację jak przez starannie wyreżyserowaną scenę. Każdy gest, każde niedopowiedzenie, każdy moment, w którym odsuwał się lub przyciągał ją bliżej, układał się teraz w jeden, spójny obraz.
Obraz, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Pozwolił jej uwierzyć w coś, co nigdy nie istniało w formie w jakiej to widziała. Fundament, na którym budowali związek nie pękł, on nigdy nie był solidny, od początku był iluzją.
Uniósł się w niej gniew, ale nie był już chaotyczny ani niekontrolowany. Przybrał formę czegoś ostrzejszego, bardziej precyzyjnego i chłodniejszego. Patrzyła na niego inaczej, bez tej miękkości, która jeszcze niedawno rozjaśniała jej spojrzenie. Teraz jej oczy były twarde, skupione i niemal bezlitosne. - Ty masz pojęcie, prawda? - odezwała się spokojniej, lecz to opanowanie nie miało w sobie nic kojącego. Każde słowo było wyważone, jakby celowo wybierała je tak, by trafiały dokładnie tam, gdzie powinny. - Wiesz, do czego są zdolni - zrobiła krótką pauzę, a jej spojrzenie nie drgnęło nawet na moment. - Poznałeś to na własnej skórze, Madden? - nie potrzebowała odpowiedzi. Widziała ją w nim. W napięciu mięśni, w sposobie w jaki reagował, w tym, czego nie mówił. Sam dawał jej wszystko, czego potrzebowała, nawet jeśli próbował to ukryć.
Trudno było jej się z tym pogodzić, chyba jeszcze nie pozwalała temu do siebie dotrzeć, niektóre ze słów i faktów, odbijały się od niej głucho. - Nie obchodzi mnie to - ucięła nagle, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zanim spróbował znów przejąć kontrolę nad rozmową. - Nie teraz, nie w ten sposób. Miałeś czas, żeby mi to powiedzieć, a teraz minął. Twoja przeszłość jest twoja, tak jak chciałeś - jej głos był stanowczy, pozbawiony wahania. Wiedziała dokładnie, co robił. Widziała schemat, który powtarzał się raz za razem - odwracanie uwagi, przesuwanie ciężaru rozmowy, manipulowanie emocjami, które znał aż za dobrze.
Próbował ją zatrzymać, zmusić do cofnięcia się, do tego samego gestu, który zawsze działał. Do tej dłoni, która odnajdywała jego nadgarstek, do ciepła, które rozbrajało napięcie, do słów, które dawały ukojenie i gestów przynoszących zapomnienie.
Tym razem nic z tego nie nastąpiło.
Nie cofnęła się, gdy podszedł bliżej. Nie opuściła wzroku, gdy znalazł się tuż przy niej. Szarpnięcie dokumentów było krótkie, instynktowne, lecz zaraz je puściła, jakby straciły znaczenie. Jej uwaga była już gdzie indziej, na nim i na tym, co w końcu zobaczyła w y r a ź n i e.
Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, nie miał w sobie ciepła. Był ostry, chłodny i niemal obcy. Ten sam, który widzieli inni, nigdy on. - Nie masz na to wpływu - powiedziała cicho, pewnie, bez śladu wątpliwości. - A jeśli będę chciała, znajdę też Carbona. On na pewno ma więcej do powiedzenia niż ty - podniosła się, wspinając się lekko, aż dzieliły ich centymetry. Jej oddech zetknął się z jego ustami, ale nie było w tym nic z bliskości. To nie był gest czułości, to było wyzwanie.
- Zrobię, co uznam za słuszne - szepnęła, patrząc mu prosto w oczy. - A ty nie będziesz miał nad tym ż a d n e j kontroli - jej palce zacisnęły się lekko na brzegu jego koszuli, tylko na ułamek sekundy, jakby ciało na moment zapomniało o wszystkim, co wydarzyło się przed chwilą. Puściła go jednak natychmiast, jak coś, co parzyło.
- Odkryję wszystko - dodała ciszej, ale każde słowo niosło w sobie ciężar obietnicy. - Każdy jeden sekret, który przede mną ukryłeś - jej spojrzenie nie drgnęło, nie złagodniało ani na moment. - A potem rzucę ci tym w twarz i nigdy więcej na ciebie nie spojrzę - zakończyła, niemal bezgłośnie. - I zrobię to wszystko tylko dlatego, że jesteś zbyt wielkim tchórzem, żeby powiedzieć mi prawdę - nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma w tej pozie; jak długo będzie w stanie utrzymać ciało w napięciu, jak długo nie pozwoli, aby drżenie wzięło ją we władanie. Odcinała usilnie emocje, ale to było złudne, wiedziała, że pęknie, oby tylko, gdy znajdzie się jak najdalej stąd. - Tak wielkim tchórzem, że pozwolisz mi zaryzykować i dowiedzieć się samej.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W i e d z i a ł a.
Widział to w jej spojrzeniu, w tej mieszance frustracji skierowanej na niego i tej, która zwrócona była w jej stronę. Zalążki tego błyszczały na swoich miejscach już wtedy, gdy wszedł do pomieszczenia, jednak z każdą chwilą i wypowiedzianym przez niego słowem jedynie rosły w siłę.
Dostrzegła to. Jego prawdziwe oblicze.
Wyczuła smród ciągnący się za nim z opuszczonego magazynu, mieszankę morskiej soli i strzelniczego prochu. Dostrzegła sposób, w który układała się jego mina - tak, jak wtedy, w MImmo's, jak w domu Rinaldiego, jak zawsze gdy sięgał po przemoc, gdy dystansował się od tych wszystkich zwyczajów, które powinny czynić z niego wzorowego policjanta. I zauważyła, że ten sposób nie był wyjątkiem, nie był maską, którą przywdziewał gdy wymagała tego od niego sytuacja.
Że te rysy, które pojawiały się na niej wcześniej, idealnie dopełniały twarz, którą znała - bo również były jej częścią. Częścią c a ł o ś c i.
Po raz pierwszy stał naprzeciw niej p r a w d z i w y. Taki, jaki wtaczał się do swojego mieszkania późnymi nocami, trzymając w kieszeni szczegóły sprawy, którą wrzucał mu Carbone lub nazwiska osób, które miał dla niego odnaleźć.
Sam nie wiedział, jak w takich chwilach wyglądał. Unikał tafli lustra, unikał tego, co mogło zaburzyć mu swój własny wyraz - nawet, jeśli był zakłamany. Upychał prawdę głęboko do ostatniej szuflady, do której nawet on sam nie miał dostępu. Mercer sięgnęła do niej garściami, wywlokła wszystko na zewnątrz tak, jak wyciągnęła akta Morettiego, broń, telefon. Ślady jego zbrodni, jego pieprzonych g r z e c h ó w, które popełniał od ostatnich dwóch lat.
- Tak - wycedził, gdy coś wreszcie przeważyło szalę utrzymującą go w ryzach - o ile tak można było nazwać stan, w którym się znalazł. - Poznałem. - Nie wiedział, co uczyniło to jako pierwsze. Czy jej oddech, muskający jego usta, czy dłoń na moment zaciskająca się na jego koszuli, od której krew w jego żyłach wrzała na każdy możliwy sposób. - Czy nie to chciałaś ode mnie usłyszeć, Margo?
Widział siebie jej oczyma, widział swoje zakrzywione odbicie w jej piwnych tęczówkach - tchórza, skrajnego egoisty, przede wszystkim jednak człowieka, którego nie z n a ł a - nie tak naprawdę.
- Widziałaś mnie w Mimmo's - powtórzył za nią, podchodząc do przodu gdy ośmieliła się cofnąć w pół kroku, gdy nogi pragnęły się pod nią ugiąć, pod ciężarem tego wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. - Widziałaś, jak Bianchi na mnie patrzył.
Wszystkie elementy jej układanki zaczynały wpadać na swoje miejsce - wiedział to. Rejestrował wszystkie te chwile, w których jej wzrok stawał się zamyślony, w których uciekała nim w bok, by następnie otrząsnąć się z nieprzyjemnych myśli, do których pchała ją paranoja.
- Widziałaś jak wyszedłem z imprezy Stevensona, zostawiając cię w barze. - cedził każde słowo, pragnąc, by ich treść niosła ze sobą ciężar jej świadomości. - Jak uciekł mi zabójca Ventresci, gdy zauważyłem jego tatuaż. - jego spojrzenie wwiercało się w jej tęczówki, klatka piersiowa unosiła się w górę i w dół, zdradzając rozsadzające go od środka emocje. - Jak zgodziłem się oddać sprawę Collinsowi, nie mając nic przeciwko.
Jego ręka uniosła się w górę, w geście zatrzymanym gdzieś pomiędzy dawną łagodnością, przeznaczoną wyłącznie do niej, jak i potrzebą kontroli. Ujął jej podbródek, zdecydowanym gestem, którego celem nie była bliskość, której od niego nie chciała - była siłą wypadową zmuszenia jej, by na niego patrzyła, by d o s t r z e g ł a.
- Czy jestem brudnym szczurem, którego się spodziewałaś? - spytał cicho, ochryple, gdy na przekór temu, co działo się z jego ciałem, jego głos wybrzmiał z nieznośnym spokojem.
Pierwsza, wypowiedziana przez niego prawda niemal musnęła jej usta, tak bliskie przy trzymanym przez niego podbródku.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”