ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

/ ciąg dalszy barowego spotkania.

Wychodząc z baru, Lina nie mogła nie zauważyć zaskoczonego spojrzenia koleżanki z pracy. Pracowały razem ponad pół roku i jeszcze dotąd nie zdarzyło się, by Sinclair wyszła w czyimkolwiek towarzystwie, a na pewno nie w towarzystwie żadnego klienta. Pomyślała, że jutro nie odpędzi się od pytań. Ale to nic, miała już wprawę w ucinaniu tematów, na które nie chciała rozmawiać.
W drodze do Malvern nie rozmawiali za dużo, co jakiś czas wymieniali uwagi, ale nie było to podobne do dyskusji, którą prowadzili w hotelowym barze. Jednak Lina nie czuła w związku z tym żadnej niezręczności; cisza, która czasem zapadała na kilka minut nie była ciężka do zniesienia, raczej tak naturalna jak oddychanie. Lina zresztą nigdy nie była typem zagadywacza, small talki nie były w jej stylu, kiedy nie miała nic do powiedzenia po prostu nie mówiła. Wiedziała, że wiele osób ma z tym problem. Że kiedy tylko na chwilę zapada milczenia, rodzi się potrzeba, by czymś je wypełnić. By wypowiadać słowa, nawet jeśli te niekiedy nie mają większego sensu. Jej cisza nie przeszkadzała – tym bardziej, że rzadko kiedy była rzeczywiście tym. Muzyka płynąca ze słuchawek, odgłosy poruszających się w korku samochodów, jakaś matka wołająca swojego nieposłusznego bąbelka, wszystko to żyło i często wydawało się znacznie ciekawsze niż kolejna rozmowa o pogodzie. Od czasu do czasu jednak jej spojrzenie mimowolnie uciekało w stronę Horacego, jakby chciała się przekonać, że jemu też to nie przeszkadza, bo – z jakiegoś niezrozumiałego powodu – było to dla niej ważne. Niewygodna myśl, którą prędko odsunęła gdzieś w głąb własnej głowy i nie wróciła już do niej do momentu, kiedy dotarli na miejsce.
Dopiero teraz do Liny dotarła jeszcze jedna rzecz. To nie była szczególnie wizytowa dzielnica. Nie było tutaj źle, ale mimo wszystko ludzie mieszkający w okolicy raczej należeli do klasy średniej bądź, nawet częściej, niższej. Jak ona. Nic przecież nie wiedziała o sytuacji Horacego, a co jeśli był trochę snobem? Z drugiej strony nic na to nie wskazywało. A z jakiegoś powodu przecież trafił do jej hotelu, który nawet nie znajdował się w żadnym rankingu tych najlepszych. Lina chwyciła za klamkę, ale zanim za nią pociągnęła, odwróciła się w stronę swojego towarzysza.
Tylko uprzedzam, to nie jest miejsce z wnętrzem jak z instagrama, gdzie bogaci panowie i prywatne sekretarki prezesów wpadają na lunch. Jest smacznie i czysto, po prostu w porządku, trochę jak wszystko tutaj w Malvern – rzuciła z nieco zadziornym uśmiechem, którym prawdopodobnie chciała przykryć własną niepewność. Jednak nie dostrzegając, by miał w planach ucieczkę, w jej oczach pojawiło się wyraźne zadowolenie. – Jeśli to cię nie odstrasza to chodź. – Skinęła głową i dopiero teraz nacisnęła klamkę, popychając drzwi, by mogli wejść do środka. O tej porze w środku było trochę osób, wyraźnie różnych narodowości. Widząc, że jej ulubione miejsce, w rogu pod ścianą jest wolne, poprowadziła ich właśnie w tamtym kierunku.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Kiedy Lina powiedziała swoje ostrzeżenie, spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem, takim, które pojawia się, kiedy ktoś mówi coś bardzo serio, a dla drugiej osoby wcale nie jest to problemem. W tym jej uśmiechu było coś więcej niż tylko żart, była w nim jakaś ostrożność, jakby chciała uprzedzić ewentualne rozczarowanie, zanim ono w ogóle miałoby szansę się pojawić.
- Lina - powiedział spokojnie, zatrzymując się na moment przy drzwiach, zanim weszli do środka - Ja przez większość życia jadłem w szpitalnej stołówce, niewiele miejsc jest w stanie mnie odstraszyć. - na moment zawiesił głos, po czym dodał już trochę ciszej, z lekkim uśmiechem:
-Poza tym najgorsze jedzenie jakie w życiu jadłem, było w drogich restauracjach na konferencjach medycznych. Tam wszystko smakuje jak karton. - Wszedł za nią do środka i od razu uderzył go zapach przypraw, ciepła, smażonego ciasta, ryżu, czegoś słodkiego i ostrego jednocześnie, i przez chwilę stał w progu trochę jak ktoś, kto wszedł do zupełnie innego świata niż ten, z którego przyjechał jeszcze chwilę temu.
Kiedy poprowadziła go do stolika w rogu, zdjął marynarkę i przewiesił ją przez oparcie krzesła, po czym usiadł naprzeciwko niej i przez chwilę po prostu się rozglądać. Tak, faktycznie to miejsce różniło się od miejsc, do których przywykł. Nie było tu ściszonych głosów, nienagannie wyprasowanego obrusu ani obsługi, która od przekroczenia progu nadskakiwała klientom. To w takich restauracjach bywał - przez pracę, przez ludzi, których znał i trochę też dlatego, że po prostu tak wyglądało jego życie od bardzo dawna.
Sięgnął po menu, ale zamiast od razu je otworzyć, oparł je o stół i spojrzał na nią uważniej. Nie wyglądał na kogoś, kto czuje się nie na miejscu. Horacy zauważył, że co jakiś czas Lina na niego zerka, jakby sprawdzała, czy wszystko w porządku, czy nie żałuje, czy nie czuje się tu źle, i wtedy za każdym razem odpowiadał jej krótkim, spokojnym spojrzeniem, które miało mówić, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno.
- Nigdy wcześniej nie byłem w Malvern. - Uniósł lekko brwi, jakby sam się sobie dziwił.
Co jest o tyle absurdalne, że całe życie mieszkam w Toronto. - Horacy przez chwilę obracał w dłoniach kartę menu, jakby czytał ją bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby, a potem odłożył ją na stół i spojrzał na Linę z tym swoim spokojnym, zmęczonym uśmiechem, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, kiedy miał powiedzieć coś trochę bardziej osobistego, niż planował.
-Chociaż od dłuższego czasu nie wypuszczam się poza swoje rejony. Ale nie myśl sobie, nie jestem snobem, który zaraz ucieknie, bo krzesła nie są z aksamitu – powiedział już lżej. – A jeśli jestem, to bardzo dobrze się maskuję.
Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez kilka sekund Lina po prostu patrzyła na Horacego, jakby oceniała jego prawdomówność. Co było przecież trudne, skoro wcale go nie znała – nie miała pojęcia, jak się zachowywał, kiedy kłamał, a kiedy mówił prawdę; nie wiedziała, czy miałby przede wszystkim powód, by kłamać w tej konkretnej sprawie. Jednocześnie, jakby pomimo logice, pomyślała, że jest w nim coś, co każe jej wierzyć w to, co mówi. Nie wydawał się nieszczery, więc jej usta rozciągnęły się nieco kąśliwy uśmiech.
Bogacze lubią udawać, że mają bardziej wysublimowane kubki smakowe niż reszta z nas. Według mnie kiedy płacisz fortunę za coś, co zajmuje jedną czwartą talerza albo smakuje jak woda z oceanu to głupio potem powiedzieć, że jest to po prostu obrzydliwe – skwitowała, wzruszając lekko ramionami. Może była niesprawiedliwa, bo nawet w tych dobrych czasach nie chodziła po drogich restauracjach, a jej mama kiedyś naprawdę dobrze gotowała, ale Liyana kilka razy spotkała na swojej drodze ludzi z tak zwanych wyższych sfer i nie miała o nich szczególnie dobrego zdania. – To miejsce przynajmniej nie udaje niczego więcej niż to, czym jest. I serwują pysznego kurczaka tikka masala – dodała i jej uśmiech trochę złagodniał, kiedy ściszyła głos, jakby mówiła mu coś w tajemnicy.
Trochę ryzykowała, bo być może pomimo tego, co mówił, jego doświadczenie nie było tak odległe od tego, o czym ona wyrażała się w sposób żartobliwy, ale inne zachowanie byłoby nie w jej stylu. Kiedy zajęli miejsce przy stoliku, Lina sięgnęła po kartę, mimo że dobrze znała menu. Kiedy się odezwał, uniosła na niego spojrzenie z wyraźnym zaciekawieniem, gdy przyznał, że jest w tej dzielnicy pierwszy raz.
To wcale nie jest absurdalne – zaprzeczyła. – Mam wrażenie, że w tak dużych miastach dzielnice są trochę samowystarczalne. Pewnie w obrębie swojej masz wszystko, czego tak naprawdę potrzebujesz na co dzień. A na ile zdążyłam się przekonać, Malvern nie ma zbyt dobrej opinii wśród ludzi spoza – stwierdziła, bo z taką opinią spotkała się już kilka razy. Było tu na pewno sporo imigrantów i może ten drobny fakt sprawiał, że o tej części miast krążyły takie a nie inne przekonania? Lina nie czuła się tu niebezpiecznie, ale ona znała podstawy samoobrony i zawsze w torebce miała gaz pieprzowy. – Hej, to chyba powinnam ocenić ja. Ale fakt, masz już małego plusa u mnie, że wciąż tu siedzisz, nie miałabym podstaw, żeby nie wierzyć, gdybyś nagle sobie przypomniał, że zostawiłeś włączone żelazko. Ale od teraz to i wszystko podobne uznam za wymówkę – zaśmiała się, ponownie spoglądając na menu, mimo że od początku wiedziała, co weźmie. – Ja mieszkam tu od dwóch lat, od początku w Malvern – odezwała się po krótkiej chwili, znów na niego zerkając. Może chciała coś jeszcze dodać, ale wtedy do stolika podeszła kelnerka. – Dla mnie będzie kurczak tikka masala z chlebkiem naan i wasza lemoniada – powiedziała Lina i przeniosła wzrok na Horacego.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy słuchał jej uważnie, z lekkim przechyleniem głowy, jakby naprawdę rozważał każde słowo, a nie tylko czekał na swoją kolej, żeby odpowiedzieć. Kiedy wspomniała o bogaczach i ich wysublimowanych kubkach smakowych, na jego twarzy pojawił się cień rozbawienia.
Wiesz co – odezwał się spokojnie, splatając dłonie na stole – ja akurat miałem ten komfort, że nigdy nie musiałem udawać, że coś mi smakuje, jeśli nie smakowało. Na pewnym etapie nikt nie patrzył na rachunek tak naprawdę. Jak coś było przeciętne albo zwyczajnie niedobre, to po prostu się tego nie jadło i zamawiało coś innego. W tych miejscach bardzo rzadko chodzi o jedzenie. To jest bardziej… rytuał. Potwierdzenie, że jesteś w odpowiednim miejscu, z odpowiednimi ludźmi, że wszystko się zgadza. A jedzenie jest tylko pretekstem.- Wzruszył lekko ramionami, jakby to było coś oczywistego, a jednocześnie jakby zdawał sobie sprawę, jak bardzo to „oczywiste” nie jest dla większości ludzi.
Problem pojawia się gdzie indziej – dodał po chwili, nieco ciszej. – Bo po jakimś czasie to wszystko przestaje robić wrażenie. Kolejna elegancka restauracja, kolejne danie, które wygląda perfekcyjnie, kolejny szef kuchni, o którym wszyscy mówią. I nagle orientujesz się, że to już niczego w tobie nie rusza. - Na moment spojrzał gdzieś obok, jakby wracał myślami do tych wszystkich miejsc, które zlewały się w jedno. Może dlatego jako młody mężczyzna tak desperacko szukał czegoś innego - życia, które nie było lepsze, lecz tylko bardziej prawdziwe.
Teraz jeśli mam wybierać między czymś, co wygląda idealnie, a czymś, co jest po prostu dobre, to coraz częściej wybieram to drugie. I chyba dlatego siedzę teraz tutaj, zamiast w jakimś miejscu z listy „top dziesięć restauracji w Toronto”. - prawdę mówiąc, luksusowe restauracje odwiedzał od wielu lat bardzo rzadko, w zasadzie tylko wtedy, kiedy ponownie łapał kontakt z rodziną albo znajomym z dzieciństwa. Obecnie kursował głównie między domem w the Beaches i szpitalem, czasem zahaczał o lokalne restauracje w pobliżu miejsca zamieszkania.
To dobrze wiedzieć, że nie mam już odwrotu – rzucił lekko. – Teraz każda wymówka będzie analizowana. - Kiedy zaśmiała się z jego „małego plusa”, odpowiedział krótkim, cichym śmiechem, który zabrzmiał bardziej swobodnie, niż pewnie sam by się po sobie spodziewał jeszcze kilka godzin wcześniej. Kiedy przyszła jego kolej zamawiania zamknął kartę, choć w rzeczywistości ledwo ją przejrzał.
Wezmę to samo co ona – powiedział spokojnie, wskazując lekko głową w stronę Liny. – Jeśli to twoja rekomendacja, to nie będę kombinował. Tylko woda gazowana zamiast lemoniady
Kiedy kelnerka odeszła, Horacy przez chwilę siedział w ciszy, jakby wracał myślami do rozmowy sprzed kilku minut.
Dwa lata w jednym miejscu to już nie przypadek. To raczej wybór. Nawet jeśli na początku był podyktowany czymś innym.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wychowywała się w dość przeciętnej rodzinie, takiej, jakich dużo w społeczeństwie. Oboje jej rodzice pracowali zawodowo i zarabiali tyle, że w domu niczego nie brakowało, wyjeżdżali na wakacje raz czy dwa razy w roku, ale jednocześnie nie mogli sobie pozwolić na każdą zachciankę. Zmiany zaczęły się od choroby taty. Lina nie potrafiłaby powiedzieć, ile w sumie wydali na te wszystkie sprzęty medyczne, które w ostatnich miesiącach życia jej ojca były niezbędne, ale na pewno dużo. Potem wszystko zaczęło się sypać niczym domek z kart, a Sinclair musiała dorosnąć nieco szybciej niż jej rówieśnicy.
Przepraszam, ale... to najbardziej snobistyczna rzecz, którą można byłoby powiedzieć – skwitowała, odchylając się lekko na swoim krześle; w kącikach jej ust majaczył lekki uśmiech, jakby mówiła jakiś żart, choć spojrzenie pozostawało stosunkowo poważne. – Bogaci ludzie albo ludzie z wyższych sfer, może tych medycznych też, lubią przypominać innym, że na szczycie wcale nie jest tak kolorowo, że tam nie czeka na nas gwarantowane szczęście. A przecież większość z nas – zrobiła ruch ręką, jakby wskazywała całą przestrzeń wokół nich – nigdy nawet nie zbliży się do tego szczytu, nawet nie dotrwa do połowy. A kiedy żyjesz od pierwszego do pierwszego to pewnie po cichu marzysz, żeby chociaż raz nie musieć patrzeć na rachunek, nawet za cenę tego, że mógłbyś być trochę nieszczęśliwy – dodała, wzruszając lekko ramionami. Nie uważała, by to, co mówił było złe, ale lubiła podjąć kontrę, jeśli się z czymś nie zgadzała. A w tym przypadku tak było, choć nie chodziło nawet konkretnie o niego. Wielokrotnie słyszała z ust ludzi, którzy mieli pieniądze, że te nie dają szczęścia. Cóż, według niej dawały coś znacznie ważniejszego – stabilność i brak ciągłego stresu, że któryś miesiąc ci się nie zepnie finansowo i wylądujesz na ulicy. Lubiła też dyskutować, a rzadko miała ku temu okazję, więc tym chętniej ją wykorzystała. Uśmiechnęła się lekko, uważając, że podjął dobrą decyzję. Była pewna, że danie mu posmakuje, bo nie wyobrażała sobie, że komuś mogłoby nie.
Kiedy po złożeniu zamówienia, wrócili do rozmowy, Lina na chwilę zatopiła się we własnych myślach, jakby przetrawiała to, co powiedział Horacy. Zastanawiała się, czy w jego słowach było trochę prawdy, tak jakby sama wcześniej w ogóle na dłuższą metę o tym nie myślała. Bo i nie myślała, tak było przecież łatwiej, skupiała się na konkretach, zamiast niepotrzebnie – w jej ocenie – analizować. Ale w gruncie rzeczy, gdy teraz to rozłożyła na czynniki pierwsze, rozwiązanie było znacznie prostsze.
Myślę, że w moim przypadku to ani przypadek, ani wybór. Raczej... hm, po prostu konieczność i brak lepszych perspektyw. Jak na to, czego muszę czasem wysłuchiwać przy barze, dostaję zdecydowanie za mało napiwków – zaśmiała się, ubierając swoje słowa w dość lekki ton, pomimo tego, że zawierała się w nich jakaś prawda.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
34 y/o
For good luck!
187 cm
lekarz specjalista medycyny ratunkowej Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Horacy parsknął cicho, kiedy usłyszał jej zarzut, bo choć wypowiedziała go z tym charakterystycznym dla siebie połączeniem zadziorności i pozornej lekkości (może zdążył już polubić je bardziej, niż byłby skłonny przyznać), to nie sposób było odmówić jej racji przynajmniej w jednym - rzeczywiście brzmiał jak ktoś, kto narzeka na zbyt miękką poduszkę.
To uczciwy zarzut – przyznał bez obronnego tonu, którego w innych okolicznościach pewnie użyłby odruchowo. – Tylko że ja naprawdę nie próbowałem powiedzieć, że to wszystko nie ma znaczenia. Ma. Ogromne.
Urwał na chwilę, przesuwając wzrokiem po wnętrzu lokalu, po stolikach zajętych przez ludzi, którzy jedli, śmiali się, rozmawiali. Nie było tu starannie dobranego światła, kelnerów recytujących historię pochodzenia przypraw ani ludzi, którzy zamawiali coś tylko po to, by zrobić zdjęcie. Pachniało pieczonym czosnkiem, kolendrą i gorącym chlebem, a zza lady dobiegał stuk naczyń, ot, powtarzalny dźwięk codzienności. Horacy przez moment chłonął to wszystko z uwagą, której dawno nie poświęcał podobnym chwilom.
Widzę to w pracy cały czas. Ludzi, którzy przychodzą za późno, bo wcześniej musieli wybierać między lekarzem a rachunkami. Między własnym zdrowiem a utrzymaniem rodziny. I za każdym razem myślę, że to absurd, że tak to działa. Wiem, że pieniądze dają wolność. A może bardziej brak lęku. - oczywiście, sam nigdy tego nie doświadczył. Nawet gdy próbował "odciąć" się od pieniędzy rodziców, to i tak żyło mu się wtedy bardzo wygodnie. Praca na oddziale ratunkowym była niejakim zderzeniem z rzeczywistością - wtedy pierwszy raz poznał ten najbardziej upokarzający rodzaj strachu, że coś się rozsypie i nie będzie cię stać, żeby to naprawić. Że zachorujesz. Że ktoś bliski zachoruje. Że nie starczy. Widział ten lęk codziennie. W izbie przyjęć, w oczach ludzi, którzy zwlekali z wizytą do ostatniej chwili, bo bali się kosztów, konsekwencji, utraty pracy, wszystkiego naraz.
Więc nie, nie uważam, że pieniądze są nieważne – Przez chwilę patrzył na nią uważnie, jakby próbował dobrać słowa tak, żeby nie zabrzmiały ani zbyt gładko, ani zbyt ciężko, intuicyjnie czuł, że Lina wyłapuje fałsz szybciej niż większość ludzi. – Uważam tylko, że po pewnym czasie przestają być odpowiedzią na pytania, które naprawdę cię dręczą. Ale to "luksusowy" problem.
Uniósł lekko brew, jakby oddawał jej punkt. – Czyli tak, w pewnym sensie masz rację. To była snobistyczna uwaga.
Potem, kiedy zeszła na temat napiwków i pracy, zauważył natychmiast ten ledwie dostrzegalny ruch w jaki zakończyła wypowiedź śmiechem. Był przyzwyczajony do takich manewrów. Pacjenci robili to stale. Żartem przykrywali problemy. I choć obiecał sobie, że nie będzie dziś wieczorem analizował jej jak przypadku klinicznego, nie potrafił całkiem wyłączyć tej części siebie, która wychwytywała pęknięcia nawet wtedy, gdy ktoś starannie zaszpachlował je uśmiechem. Ale tym razem nie chciał tego psuć.
No tak, terapia w cenie drinka. Słuchanie pijanych ludzi, którzy po trzecim drinku dochodzą do wniosku, że jesteś jedyną osobą, która ich rozumie. – powiedział lżej. – Bóg wie, ile takich Larrych albo Horacych musisz wysłuchiwać. - Na moment zawiesił spojrzenie na jej twarzy, szukając tej reakcji, którą zdążył już polubić: uniesionej brwi, kąśliwego komentarza, tego błysku, który pojawiał się u niej zawsze, kiedy rozmowa robiła się ciekawsza.
A tak w ogóle – odezwał się, opierając się wygodniej i zerkając na nią z czymś pomiędzy rozbawieniem a szczerością – ten twój autorski drink zrobiłby furorę w niejednym barze w centrum.

Liyana Sinclair
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Mejka
27 y/o
For good luck!
176 cm
polewa piwo w hotelowym barze
Awatar użytkownika
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zanim Horacy się odezwał, w głowie Liny pojawiła się myśl, czy przypadkiem niezbyt pochopnie wyrzuciła z siebie to, co myśli. To nie było dla niej coś typowego, bo z zasady nie przejmowała się tym, w jaki sposób mogą zostać odebrane jej słowa przez innych; nie gryzła się w język, nie siliła na uprzejmość, jeśli ta nie była w jej interesie, tak jak chociażby w pracy, kiedy przecież nie mogła nakrzyczeć na klienta, żeby wziął się w garść, zamiast przeżywać w kółko ten sam dramat. Ale z jakiegoś niezrozumiałego dla niej powodu, nie chciała, by siedzący przed nią mężczyzna pomyślał o niej źle.
Podążyła za nim wzrokiem, kiedy rozglądał się po lokalu i pomyślała, że chętnie znalazłaby się w jego głowie, by wiedzieć, co chodzi mu po niej. Uśmiechnęła się nieznacznie, gdy znów na nią popatrzył i raz czy dwa bezwiednie kiwnęła głową podczas jego opowieści. A więc rozumiał, pomyślała z ulgą. Nie był jednym z tych gości, którzy będą narzekać na to, że mają w życiu za dobrze bez refleksji nad tym, jak może ono wyglądać, kiedy jest naprawdę źle.
To akurat uczciwe postawienie sprawy – odezwała się wreszcie, po chwili ciszy, a nieco uniesiony kącik ust zdradzał jej podejście do sprawy. Była ewidentnie zadowolona z kierunku, który obrała ta dyskusja. Wyglądało na to, że mimo najwyraźniej różnych doświadczeń, potrafili znaleźć w tym wszystkim wspólny punkt. Bo wierzyła mu, że mówi to wszystko szczerze, nie miała powodu podejrzewać, że jest inaczej. – Ja też nie chciałam, żeby to zabrzmiało, jakbym odbierała ludziom zamożnym prawo do zmartwień – dodała, chyba po części dlatego, że sposób, w jaki on poprowadził tę rozmowę dawał jej solidny grunt pod to, żeby lepiej wyjaśnić swój punkt widzenia. – Ostatecznie wszyscy się z czymś mierzymy. Brak pieniędzy po prostu generuje kompletnie inne problemy niż ich nadmiar. Choć nie powiem, miło byłoby się mierzyć z tym luksusowym problemem na przykład na jednej z Wysp Kanaryjskich – stwierdziła żartobliwie. Pomimo całej tej otoczki żartu, była w tym szczera. Pomimo tego, że potrafiła się z nim zgodzić i przyjąć jego punkt widzenia za coś wartościowego, to naturalnie nie miało to zmienić jej podejścia do bogaczy.
Na jego słowa, dziewczyna wydała z siebie krótki, rozbawiony dźwięk, jakby ciche parsknięcie i zerknęła na niego z lekko uniesioną brwią.
Jest jeszcze gorzej, wiesz? – powiedziała, nagle zmieniając pozycję i opierając się łokciami o stolik, przez co była bardziej nachylona w jego kierunku. – Niektórzy spoufalają się już przy pierwszym, jak mój nowy klient. Aż musiałam mu proponować bezalkoholowego drinka, bo boję się myśleć, jakimi historiami dzieliłby się ze mną przy drugim, a myślę, że do opowiadania ma ich całkiem sporo, na przykład z pracy na oddziale ratunkowym – powiedziała pozornie umęczonym tonem, jakby ta wizja naprawdę wzbudzała w niej negatywne uczucia. Ale nie wytrzymała długo i wkrótce jej usta rozciągnęły się w wyraźnym uśmiechu. – Dzięki. Może kiedyś będzie miał swój debiut i tam – skwitowała, bo przecież nie zamykała się na żadne opcje. Nie było miejsca, w którym trzymałoby ją coś konkretnego. Ledwo skończyła mówić, kiedy kelnerka przyniosła im do stolika jedzenie i napoje.

Horacy Bell
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
triggerują mnie oczywiste posty od ai, znikanie bez słowa i kontrolowanie mojej postaci
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Samosa King”