
Choć odległe, świetliste, pasują do obrazu miasta i dałyby się wpisać w chłodny blask szklanych wież, wciąż tej przestrzeni sprytnie umykają. Nie pojawiają się między rzędami nagrobków na starych cmentarzach, skąpanych w cieniu klonów. Nie przeciskają się przez szczeliny nowoczesnych okien razem z cichymi modlitwami szeptanymi w wielojęzycznych domach. Cisza w mieście ma tu przecież smak gorzkiej kawy i zimnego powietrza znad jeziora Ontario, którego nikt nie zdoła w pełni ogrzać, a z którym to chłodem one, anioły właśnie, nie chcą się kojarzyć. Surowość tego miasta, jego zdystansowana elegancja, anonimowość tłumów i natrętność długich zim… to je odrzuca. Szum ulic przecinanych tramwajami, czy echo kroków odbijające się od betonowych ścian wąskich przejść, wprowadza je w głęboką niezręczność, której nie są w stanie z siebie tak po prostu, bez wysiłku, strącić. Na skrzydłach niewinności kurz ludzkiego istnienia nigdy nie wygląda dobrze.
Dlatego w Queen City anioły rodzą się na ziemi.
Każdego ranka wstają wcześnie, rozczesując ciemne włosy grzebieniem z kości własnych słabości. Ubierają się w szkielet ludzkich kruchości i poprawiają mankiet rzeczywistości. Niekiedy subtelnie przypatrują się nieskazitelnemu odbiciu w lustrze — tym ciepłym iskrom istnienia, wetkniętym w płomienie karmelowych tęczówek oraz smukłym palcom, chowającym niepewność za delikatnością gestów, zanim światło dnia przyłapie je na byciu człowiekiem.
Te anioły (te przyziemne), tańczą w cieniu gasnących, ulicznych świateł.
Kładą się do snu w mieszkaniach wysoko nad ziemią, gdzie pachnie świeżym praniem i chłodnym powietrzem wpadającym przez uchylone okna. W tym mieście, czasem za dnia, innym razem w odbiciu świateł na tafli pobliskich jezior, anioły przyjmują różne imiona. W Toronto mogą być Śmiałością, Swobodą, Niezależnością, Ciszą... bez wątpienia stają się też Nią: Jolene. Kobietą, której imię brzmi jak powiew wiatru znad kanadyjskich wód, przeciskający się między szklanymi fasadami (zdolny poruszyć nawet najbardziej zatwardziałe, męskie serca); której imię wybrzmiewa silnie, jak echo długich korytarzy bibliotek, po których do dziś chętnie kroczy w tajemnicy, gdy nikt na nią nie patrzy.
W Queen City anioły mają swoje ludzkie imię.
W jej przypadku pozostaje w rejestrze jako Jolene Collet. Połączenie wyboru rodziców, którzy chcieli zachować w jej imieniu anglosaskie brzmienie oraz rodzinnych korzeni z francuską elegancją, z którą Jolene zdaje się przemierzać miasto i życie. Przez cały ten czas, od dzieciństwa po dorosłość, towarzyszy jej finezyjna precyzja. Nie wygląda, jakby drżała w obawie przed dokonaniem słusznych wyborów. Jej słowa i gesty wydają się być tu, na ziemi, przypisane do jej losu już od dnia narodzin. Jakby było w niej coś wyjątkowego, coś nieprzeciętnie pięknego. Bo Jolene już od nastoletnich lat porusza się po globie z taką lekkością, jakby dokładnie wiedziała co robi, i jakby naprawdę nosiła na sobie anielskie skrzydła.
Wpierw jako otwarta dziewczyna, mimowolnie wykorzystująca swoje atuty, w kolejnych latach świadoma femme fatale. Kobieta, stworzona z mgieł, ambicji i kłamstw, szczególnie tych białych, niewinnych, publikowanych w sieci, które z początku miały być tylko wypełnieniem jej modelingowego życia, takim tam zapełnieniem czasu w social mediach, czy bańką dziewczęcych fantazji, wrzuconych w internet. Ona jednak, ta bańka idealnego, sieciowego wizerunku, do dziś nie pękła. Życie pokazywane na kartach Instagrama zdecydowanie za szybko zaczęło się sprzedawać. Ale jej to wcale nie zdziwiło, nic w tym także jej nie przestraszyło. Przypadek rzucił ją daleko od korzeni. Dziś życie Jolene odbiega od tego, które zna z kiedyś — nie jest już biedne, brudzone przyziemnością. Przypomina aksamitną pościel rozesłaną po jasnych apartamentach oraz wymuskaną z gracją codzienność.
Medialny wizerunek modelki i początkującej aktorki to gra, której nikt nie zna granic.
Co jest kłamstwem, a co prawdą? Filiżanka o poranku na balkonie z widokiem na miasto? Wspaniały, wspierający mąż, będący eleganckim wypełnieniem zdjęcia? A może subtelne ujęcia na tle biblioteki, w której Jolene przecież nie czyta? Tak sądzą Ci, którzy nigdy nie zbliżyli się do niej bardziej, niż na długość lajka.
W Queen CIty anioły mają swoje wady.
Krocząc po korytarzu jej myśli, w ich murach da się dostrzec nikłe pęknięcia. Dyskretne słabości, które jak pnącza, pragną przebić się do światła i wyjść do ludzi. Śladami piór z opuszczonych skrzydeł, da się dojść do prawdy... a jednak jakimś cudem nie dotarł tutaj nawet mąż.
Na początku było między nimi soczyste uczucie — intensywne, pełne czułości i ciepłych poranków, które smakowały kawą i wspólnymi planami. Z czasem jednak miłość ta zaczęła zmieniać swój kształt. Stała się bardziej obrazkiem, niż doznaniem. Ciszą, między kolejnymi kliknięciami aparatu. Więcej pamiątką, niż rozmową. W ich domu zawsze pozostawał zapach świeżych kwiatów i szelest papieru na prezenty, ale nie zawsze słychać było w nim szczery śmiech.
Kiedyś podnosił jej włosy z karku i szeptał coś świętego między żebrami. Byli młodzi i głodni bliskości. Składali się z dotyku i oddania, jakby każda noc była ich wspólnym rytuałem, wspólnym sacrum, w które wchodzili dobrowolnie. Ale z czasem emocje się rozmyły, wpełzły gdzieś pod beton jak pod fundamenty miasta. Przestały grzać, a w zamian stały się ozdobą ich medialnego życia.
Dopiero po latach, przy świecy spalających się relacji, samotność i tęsknota za czymś głębszym tchnęła w nią nową refleksję. To wtedy zdała sobie sprawę z tego, że jej skrzydła nie zostały jej odebrane. Sama je oddała. Wymieniła na sławę i poklask, które brzmiały jak prawda, a jednak pozostawały przy niej tylko jako cień, nigdy jako namacalna forma. I dziś, w wieku trzydziestu dwóch lat, widzi siebie. Kobietę, która coś zyskała, i która przy tym zbyt wiele straciła.
Bo jej energia za kurtyną prywatności lśni coraz mniej, a jego obecność to już inna siła.
Bo ich rytuał — choć ciepły ciałem — nie jest już żywy.
Porzucone na podłodze jej duszy, leżą teraz — bez ładu, bez światła — pierzaste wachlarze dawnych prawd, a dzisiejszych iluzji. Upadła, ale nie po to, by całkiem zniknąć. Upadła, by wreszcie zejść z wysokości i dotknąć ziemi, pachnącej zwyczajnością, małżeńskim trudem, słabością i solą łez.
Bo w Queen City anioły nie wzbijają się ku górze.
(One schodzą w dół, do siebie, by zacząć od nowa).
*Dawniej popularne określenie podkreślające status miasta jako stolicy Ontario i jego znaczenie w imperium brytyjskim pod rządami królowej Wiktorii.
— Do branży modowej dostała się przypadkiem, zauważona przez znanego projektanta na jednym z bankietów, gdzie pracowała jako kelnerka lata temu. Od tego czasu minęło ponad 8 lat i jej kariera rozwinęła skrzydła, co dodatkowo wspomógł jej bogaty mąż.
— Jest powszechnie rozpoznawalna jako modelka i aktorka, ale w ostatnim czasie jej reputacja została nadszarpnięta. Cztery miesiące temu rozstała się hucznie z mężem, Panem Idealnym (jak do dziś jest przedstawiany w mediach) i to ona stała się kozłem ofiarnym. Plotki głoszą, że zdradziła go z byle facetem z branży.
— Zna kilka języków: włoski, francuski i angielski (ojczysty).