Biegała pod mieszkaniu w samym staniku, wydzierając się do Blink-182, kiedy zamarła z piosenką na ustach, z przerażeniem uświadamiając sobie, że miarowo powtarzający się od kilku minut dźwięk w tle to dzwonek do mieszkania.
Babe poczuła jak krew uderza jej do głowy. Kimkolwiek był człowiek stojący za drzwiami, bez wątpienia słyszał jej tragiczne zawodzenie do utworu, który zdecydowanie był za niski na jej skalę głosu. Udawanie, że nikogo nie ma w domu na tym etapie straciło jakikolwiek sens, ale było to nadal lepsze rozwiązanie niż spojrzenie nieszczęśnikowi w oczy, więc Babe stanowczo postanowiła nie ruszać się z miejsca i milczeć jak grób.
Niestety, człowiek za drzwiami był sprytniejszy, niż przypuszczała.
—
Dzień dobry, poczta — usłyszała stłumiony, lekko znużony męski głos. Poczta-sroczta. Trudno, pomyślała, poczta to poczta. Niech zostawi listy w skrzynce, naprawdę, po coś ją założyli. A jak nie zostawi, bywa, najwyżej nie zapłaci rachunków.
Za drzwiami znów rozległo się niecierpliwe szorowanie butów i kolejny dzwonek, tym razem długi i wykonany ewidentnie poirytowanym gestem. Babe ogarnęła beznamiętna rezygnacja. Przerzuciła garść włosów do tyłu, naciągając koszulę, którą zawinęła któremuś z ojców i jednym ruchem otworzyła drzwi. Na widok stojącego za nimi listonosza wszystko wyparowało jej z głowy. O fizjonomii młodego boga, szczupłej sylwetce i burzy czarnych włosów, listonosz prezentował się tak smakowicie, że Seaton mimowolnie sapnęła z zachwytu.
Niestety, wrażenie, jakie listonosz wywarł na Babe było odwrotnie proporcjonalne do wrażenia, jakie Babe wywarła na listonoszu. Mężczyzna zmierzył ją krytycznym i bez słowa podsunął jej pod nos pokwitowanie i długopis. Seaton, usiłując za pomocą telekinezy rozsunąć klepki podłogowe i skutecznie zapaść się pod ziemię, machnęła bliżej nieokreślonego kleksa w pierwszej lepszej rubryczce i praktycznie rzuciła pokwitowaniem w listonosza.
—
Wnieść panią do domu?
Babe zamrugała, otworzyła buzię, zamknęła ją, znów otworzyła, po czym zastygła z miną skretyniałego karpia na twarzy.
—
Słucham? — zdołała w końcu z siebie wydusić, czując, że zaczyna się pocić jak prosię pod intensywnym spojrzeniem pięknego listonosza.
—
Pytam, czy wnieść pani do domu. Tę paczkę, czy mam wnieść, czy tu zostawić — odparł powoli, gestem wskazując na potężnych rozmiarów pakunek, który stał tuż koło niego. Babe wlepiła wzrok w paczkę, zastanawiając się, czy była tu cały czas, czy też właśnie się zmaterializowała.
—
Paczkę! — w końcu z siebie wydusiła. —
Tak, tak, proszę — szybko dodała, przesuwając się w bok i robiąc przejście dla listonosza, który chwilowo patrzył na nią z ewidentnym pożałowaniem. —
Myślałam, że zapytał pan, czy może mnie wnieść do domu — Seaton z przerażeniem stwierdziła, że właśnie autentycznie wypowiedziała te słowa na głos. Listonosz spojrzał na nią już nie z pożałowaniem, ale z żywym niepokojem. —
Dlatego się zdziwiłam — rzuciła szybko, błagając samą siebie, żeby się zamknęła. —
Że chce mnie pan wnieść do domu. Oczywiście, głodnemu chleb na myśli, prawda?
Gdyby mogła, zjadłaby swój własny język. Listonosz na chwilę zamarł, po czym bezceremonialnie wepchnął paczkę przez framugę, wymamrotał uprzejme pożegnanie, po czym runął w dół schodów, rzucając Babe ostatnie, krzywe spojrzenie. Była pewna, że zobaczyła w nim niedowierzanie połączone z dzikim rozbawieniem. Ze zrezygnowaniem zamknęła drzwi i pacnęła czołem o wizjer.
—
Wnieść panią do domu, no doprawdy, dobre sobie — mamrotała pod nosem, siedząc na ławce w parku. Dzień był wyjątkowo długi i ciepła. Przeniosła spojrzenie na przechodzącego alejką starszego mężczyznę. —
A może zechciałaby panienka zostać wniesiona do domu? — powiedziała do głębokim głosem, przedrzeźniając samą siebie. Po chwili powtórzyła to ponownie, tym razem trochę jak wiewiórka. Jak Alvin. Albo Simon? Babe sama nie potrafiła zdecydować.
Westchnęła ciężko, przywierając plecami do oparcia ławki. Zamknęła oczy. Pod powiekami zaciemniało, co oczywiście było normalne, kiedy zamykało się oczy, ale zwykle pojawiały się też jasne plamy od słońca, których tym razem zabrakło. A to dlatego, że ktoś przed nią stanął i rzucał cień, z czego Seaton zdała sobie sprawę dopiero po chwili. I to tylko dlatego, że usłyszała czyjś głos.
—
Co? — uniosła w zdziwieniu brwi, przypatrując się uroczej blondynce. Babe zdmuchnęła grzywkę z czoła i zacisnęła usta w wąską linię. —
A ty myślisz, że to koncert życzeń? A może wydaje ci się, że jesteśmy w cyrku i można mnie podziwiać, jak jakąś atrakcję? Jak brodatą kobietę albo człowieka o niewielkiej głowie z mikrocefalią? — wypaliła, zanim zdążyła pomyśleć. —
Przepraszam — zreflektowała się równie szybko. —
Miałam koszmarny poranek — wyjaśniła pokrótce, chociaż nikt nie pytał.
Powinna się domyśleć, że gadając z taką ekspresją, w końcu wzbudzi czyjeś zainteresowanie. I pewnie wzbudziła je dużo wcześniej, ale nikt nie był na tyle odważny, żeby podejść i zgadać. A
ona była.
—
Musisz mówić do mnie więcej — zadecydowała i poklepała miejsce obok siebie. —
To znaczy, o boże — Babe przycisnęła sobie palce do nasady nosa. —
Musisz powiedzieć coś jeszcze, żebym mogła dokładniej zimitować twój głos. Muszę się z nim osłuchać — posłała jej lekki, ale szczery uśmiech, już darując sobie tamte wcześniejsze złośliwości. —
Chyba, że chcesz jak Myszka Minnie. To też da się załatwić — wzruszenie ramion sygnalizowało, że to naprawdę nic wielkiego.
august winters