Minęły dokładnie dwadzieścia cztery godziny.
Dwadzieścia cztery godziny, gdzie pozwoliła sobie
odpuścić. A później czas, który w normalnych warunkach rozpływał się gdzieś pomiędzy snem a rutyną, dla niej zamienił się w jedną, długą, nierozdzielną sekwencję napięcia, kofeiny i decyzji podejmowanych na granicy wytrzymałości.
Nie żartowała tamtej nocy, stojąc naprzeciwko Rhysa. Nie rzucała słów na wiatr, a teraz realizowała je z precyzją, która była bardziej niepokojąca niż jakikolwiek wybuch gniewu.
Wbrew temu, co można było o niej pomyśleć, patrząc na sposób w jaki rzucała się w ogień, miała w sobie resztki czegoś, co ją hamowało - cienką, lecz wyraźną linię rozsądku, która nie pozwalała jej przekroczyć granicy zza której nie byłoby już powrotu. Wiedziała, że nie może działać impulsywnie. Wiedziała, że świat, w który właśnie wchodziła, nie wybaczał błędów, że jedno potknięcie wystarczy, by zniknęła b e z śladu.
Dlatego szukała mądrze, po cichu i precyzyjnie.
Nie zaczęła od Carbona. Zaczęła od cienia, który za nim szedł.
Od nazwisk, które przewijały się w raportach. Od ludzi, którzy kiedyś byli przesłuchiwani, ale nigdy nie trafili przed sąd. Od tych, którzy wiedzieli za dużo, ale z biegiem czasu nauczyli się mówić tylko tyle, ile było
bezpieczne. Krążyła między nimi, nie zostawiając po sobie śladu. Zmieniała miejsca, zmieniała preteksty, zmieniała sposób zadawania pytań. Czasem słuchała godzinami, nie mówiąc ani słowa, wyłapując drobne nieścisłości, które dla kogoś innego byłyby niczym.
Nie sypiała, bezsenność wkradła się pomiędzy jej cztery ściany nieproszona i rozgościła się, jakby to od zawsze było jej miejsce. Ciało zaczęło się buntować, lecz ignorowała to z uporem, który graniczył z autodestrukcją. Kawa zastępowała jej jedzenie, zimna woda pomagała utrzymać przytomność, a adrenalina robiła całą resztę. W którymś momencie przestała nawet odczuwać zmęczenie, pozostała w niej wyłącznie pusta, napięta czujność.
Wtedy trafiła na śladu, na miejsce, w którym Sergio Carbone czuł się jak w domu i które jednocześnie mogło być dla niej
bezpiecznym gruntem.
Restauracja, w której bywał i którą sobie uwielbił, była bardzo daleka od zimnego magazynu, od śmierdzących doków, zapyziałego baru, w którym powietrze było ciężkie od dymu i przemocy. Tutaj świat wyglądał, jak coś zupełnie przeciwnego. Rządziła elegancja, błyszczało jasne światło i pieniądze.
Luce Nera.
Nazwa pojawiła się mimochodem, rzucona przez kogoś, kto nie miał pojęcia, że właśnie wskazuje jej drogę. To było miejsce dla ludzi z klasą, w którym nie zadawało się pytań. Miejsce, w którym można było prowadzić interesy, nie brudząc sobie rąk na oczach innych.
Zaparkowała kawałek dalej. Silnik zgasł, ale ona przez chwilę siedziała w bezruchu, wpatrzona w wejście do lokalu. Jej serce biło wolniej niż powinno, jakby organizm próbował oszczędzać energię przed czymś, co nadchodziło. Zacisnęła palce na kierownicy, pozwalając, by napięcie przepłynęło przez nią i osiadło gdzieś głębiej. Potrzebowała wyciszenia. Nie mogła wejść tam jak chaos.
Ruszyła dopiero wtedy, gdy zobaczyła jego samochód. Czarna, dyskretna limuzyna, zatrzymała się tuż przy wejściu. Drzwi otworzyły się, a siwy mężczyzna po pięćdziesiątce wysiadł bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie musi się spieszyć, bo świat i tak dostosowuje się do jego tempa.
Nie poszła za nim od razu, odczekała kilka sekund, pozwalając, by zniknął w środku.
Wnętrze uderzyło ją jasnością i spokojem. Szum rozmów, dźwięk szkła i miękka muzyka były tak bardzo normalne, że aż absurdalne w zestawieniu z tym, po co tu przyszła.
Zobaczyła go przy stoliku w głębi sali. Zanim zdążyła zrobić więcej niż kilka kroków, dwóch mężczyzn stanęło jej na drodze. Ich ruch był płynny, wyćwiczony, niemal niewidoczny dla reszty gości. Nie spojrzała na nich, bo jej wzrok już był
gdzieś indziej. Sergio Carbone patrzył prosto na nią, unosząc lekko dłoń. Ten gest wystarczył, by jego ludzie cofnęli się bez słowa.
Ruszyła dalej, czując na sobie spojrzenia kilku osób, lecz ignorowała je, nie przejmując się tym, jak b a r d z o tutaj nie pasowała. Zatrzymała się przy jego stoliku i przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu, jakby chciała upewnić się, że to naprawdę on. - Detektyw Mercer - odezwał się pierwszy, unosząc się z miejsca z niespieszną elegancją. Jego głos był miękki, niemal uprzejmy, jakby witał długo oczekiwanego gościa, a nie kobietę, która właśnie wkroczyła w jego świat bez zaproszenia. - Zastanawiałem się, ile to pani zajmie - odsunął krzesło naprzeciwko siebie, wykonując gest, który w innych okolicznościach mógłby uchodzić za szarmancki. - Usiądźmy. Nie lubię prowadzić interesów na stojąco.
Margo nie odpowiedziała od razu. Przesunęła spojrzeniem po nim, po jego twarzy, po dłoniach, skupiając się na sposobie w jaki się poruszał. Szukała czegoś, jakiegoś śladu, rysy, czegokolwiek, co zdradziłoby więcej, niż chciał pokazać, ale świetnie się ukrywał.
- Nie jesteś tym, czego się spodziewałam - powiedziała w końcu, opierając się lekko o oparcie krzesła. Jej ton był chłodny, niemal znudzony, ale spojrzenie pozostawało ostre, skupione wyłącznie na nim.
Carbone uśmiechnął się nieznacznie. - A ty jesteś dokładnie taka, jak cię opisywali - nie zapytała kto, nie zamierzała wchodzić w tę grę, w którą próbował wciągnąć ją już w pierwszej minucie ich spotkania. - Nie dziwię się Maddenowi - dodał po chwili, a w niej coś drgnęło, jednak nie pozwoliła, by to było widoczne.
- Nie przyjechałam tutaj, żeby rozmawiać o mnie - nonszalancja wiele ją kosztowała, jej natura pragnęła wypłynąć na wierzch, uwolnić się i wziąć we władanie jej czyny. - Ale wszystko kręci się wokół ciebie,
Margo Mercer - odparł spokojnie, splatając dłonie na blacie. - W tej chwili jesteś najciekawszym elementem tej układanki.
Przechylił lekko głowę, przyglądając się jej uważniej. - Mniemam, że już wiesz, że jest
mój? - nie odpowiedziała od razu. Jej szczęka napięła się minimalnie, były gesty nad którymi nie miała siły zapanować, których nie mogła kontrolować, choć bardzo się starała.
- Wiem, że pracuje dla ciebie - powiedziała w końcu, powoli i wyraźnie akcentując każde słowo.
- I wiem, że to się skończy - Carbone parsknął cicho, pochylając się nieco bliżej, wsparł łokcie o stół. - Jest lojalny aż do bólu, a to rzadka cecha - prowokował ją.
- Lojalność wobec ciebie nie jest zaletą - przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy, która pozwoliła Margo zrozumieć, że wybór miejsca, w którym było pełno obcych, niezwiązanych z Ventrescą ludzi było jej najlepszym wyborem.
- Chcesz, żeby wyciągnął dla ciebie Morettiego, to prawda? - nie zaprzeczył. Uśmiech na jego twarzy stał się nieco szerszy, bardziej wyraźny. - Interesujące, jak szybko dochodzisz do właściwych wniosków - bawił się tą rozmową, traktował ją jak rozrywkę, w żadnym stopniu nie biorąc na poważnie.
- Nie pozwolę na to. Możesz próbować wszystkiego. Możesz ciągnąć za sznurki, wykorzystywać do tego Maddena, ale to nic nie zmieni. Moretti nigdy więcej w życiu nie odetchnie świeżym powietrzem na wolności - Carbone odchylił się na krześle, jakby naprawdę go to bawiło, zaś wyraz twarzy Margo przyjął ostrzejszy wyraz.
- Podoba mi się to - przyznał w końcu. - Twoja pewność i ten upór - jego spojrzenie przesunęło się po niej powoli, uważnie. - Może byłabyś dla mnie większym nabytkiem niż on? - nie drgnęła. - W końcu każdy jest na sprzedaż, prawda? - uśmiech nie zniknął z jego twarzy, jednak w oczach pojawiło się coś cięższego.
- Co mu obiecałeś? Co takiego masz, że zgodził się dla ciebie pracować? - zapytała o coś, co było dla niej najważniejsze, o coś, co ją tutaj przywiodło. Chciała znać prawdę, której nie odnajdywała nigdzie - w żadnych śladach, w żadnych aktach, w żadnych słowach. - Czyli nadal ma przed tobą tajemnice. Ulokowałaś uczucia w bardzo ciekawym człowieku. Z jednej strony walczy o ciebie, jak wściekły pies, a z drugiej wciąż cię okłamuje - prowokował, insynuował, uderzał we wrażliwe tony. - Może pora się pogodzić z tym, że nigdy mu jej nie zastąpisz? - poprawił się na swoim miejscu, sięgnął po kieliszek z czerwonym winem i wzniósł niemy toast za drogę, którą między słowami jej wskazał.
Przełknęła ślinę ciężko i powoli wstała.
- Wszystko mi jedno. Przysięgam ci, że Moretti nie wyjdzie. Jeśli czegoś spróbujesz, będę tam za każdym razem i przy każdym waszym ruchu - zawahała się na niewidoczny gołym okiem ułamek sekundy. - Do zobaczenia, pani detektyw - odrzucił spokojnie, jakby to spotkanie było tylko początkiem czegoś znacznie większego, a ona wyszła bez słowa.
Dopiero na zewnątrz poczuła, jak napięcie zaczyna opadać, zostawiając po sobie coś ciężkiego i duszącego. Ta rozmowa nie dała jej odpowiedzi, nie przyniosła rozwiązania, nie przybliżyła jej do prawdy bardziej, niż była wcześniej.
Jednak stanęła twarzą w twarz z d i a b ł e m, który swoimi szponami sterował mężczyzną, którego
wciąż kochała.
później tego samego dnia
Czuła się źle. Była zagubiona, nie potrafiła po prostu
ż y ć. Nie potrafiła funkcjonować, gdy otaczała ją cisza, jak teraz. Jak w tej chwili, gdy wróciła ze spotkania, które nie dało jej n i c.
Ten czas z dala od
niego miał być dla niej czymś na kształt zbawienia, choć miał w sobie więcej gorzkiego smaku niż jakakolwiek ulga, którą mogłaby nazwać prawdziwą. Rzuciła się w wir poszukiwań z determinacją graniczącą z obsesją, pozwalając, by każde kolejne nazwisko, każdy trop i każdy fragment układanki pochłaniały ją bez reszty. To było jedyne, co działało. Jedyna rzecz, która skutecznie odciągała jej myśli od niego, od tego, co zrobił, od tego, co w niej zostawił. Śledztwo stało się dla niej schronieniem, choć przypominało raczej pole bitwy, na którym nie było miejsca na odpoczynek. W tym chaosie znajdowała porządek, a w tej pogoni odnajdywała ciszę.
Nie robiła tego wyłącznie dla sprawy. Robiła to dla siebie, ponieważ jak nic innego, potrzebowała teraz jakiegoś celu, który był większy, który pochłonąłby ją bardziej niż ból rozlewający się po jej wnętrzu; który był większy niż zdrada, która wgryzła się w nią jak rdza. Musiała stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, który trzymał wszystkie sznurki, bo tylko w ten sposób mogła odzyskać choćby fragment kontroli nad rzeczywistością, która rozsypała się jej w dłoniach.
A jednocześnie próbowała nauczyć się oddychać od nowa, funkcjonować w świecie, który nagle przestał mieć sens.
Nie wiedziała, jak ma wrócić do pracy. Sama myśl o przekroczeniu progu komisariatu wywoływała w niej coś na kształt fizycznego oporu, jakby ciało buntowało się przeciwko rzeczywistości, w której miała udawać, że wszystko było w porządku. Jak miała spojrzeć w lustro, patrząc w swoje własne oczy, wiedząc, że zna prawdę i nic z nią dotychczas nie zrobiła? Jak miała codziennie wkładać odznakę do swojej kieszeni, gdy ta nagle zaczęła ciążyć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej? Chciała zniszczyć Collinsa, była gotowa rozszarpać go na kawałki za to, czego nie robił, za to, jak zamiatał sprawy pod dywan, ale co miała w takim razie zrobić z Maddenem?
Jak miała nazwać jego winę, skoro była większa, głębsza i bardziej osobista niż wszystko z czym mierzyła się wcześniej?
Dlaczego to ona miała się tłumaczyć? Dlaczego to ona miała odchodzić, wycofywać się, szukać usprawiedliwień dla własnych decyzji? On wciąż wchodził do pracy z podniesioną głową, wciąż funkcjonował, wciąż istniał w świecie, który dla niej przestał być dostępny za j e g o sprawą. Ona natomiast rozpadała się na kawałki, próbując poskładać siebie w coś, co przypominałoby dawną wersję.
To nie miało ż a d n e g o sensu.
Rhys Madden zniszczył ją. Krok po kroku, świadomie lub nie, odebrał jej wszystko, co stanowiło fundament jej życia, a na końcu nawet nie miał odwagi dać jej prawdy w całości. Był tchórzem, był egocentrykiem. Był podłym manipulatorem, który nauczył się ukrywać własne decyzje za półprawdami i milczeniem.
Był człowiekiem, który igrał z zasadami, który sprzedawał własne wartości kawałek po kawałku, aż nie zostało z nich nic. Był cieniem policjanta, karykaturą przysięgi, którą z dumą złożył kilkanaście lat temu. A mimo to, mimo całej tej nienawiści, która pulsowała w niej jak żywa rana, potrafiła w jednej chwili zgiąć się wpół pod ciężarem t ę s k n o t y, która nie chciała odpuścić.
Dlatego nie wracała, dlatego przeciągała urlop, odsuwała moment powrotu tak daleko, jak tylko się dało. Nie chciała go widzieć, nie chciała dzielić z nim ż a d n e j przestrzeni, żadnego powietrza, ani żadnego spojrzenia. Nie potrafiła funkcjonować w świecie, w którym istniał
tak blisko. Nawet myśl o tym, że mogłaby minąć go na korytarzu, usłyszeć jego głos, poczuć jego obecność, była nie do zniesienia.
Uderzenie w drzwi przecięło ciszę jej mieszkania jak wystrzał. Zamarła na moment, choć w głębi duszy w i e d z i a ł a.
Nie musiała sprawdzać, nie musiała zgadywać kto stał po drugiej stronie. Ta pewność była ciężka, nieprzyjemna i niemal dusząca. Nosiła
jego imię. Nie ruszyła się od razu, siedziała na kanapie z kubkiem zimnej kawy w dłoni, patrząc w jeden punkt przed sobą, jakby świat za drzwiami nie istniał.
Drugie uderzenie było mocniejsze, bardziej natarczywe, a tuż po nim klamka drgnęła gwałtownie, zaś jej palce zacisnęły się mocniej na porcelanie.
Nadal nie wstała, nadal nie zamierzała mu otwierać.
Nie zasługiwał na to, nie zasługiwał na jej czas, na jej uwagę, na ani jeden ułamek sekundy, który mogłaby mu oddać. A jednak wiedziała, że nie odpuści, że będzie stał tam tak długo, aż coś pęknie i będą to drzwi albo ona. Był na granicy, gdy wypowiadał jej imię.
Jego głos był zduszony, balansował pomiędzy potrzebą i wściekłością, gdy przebił się przez barierę, którą próbowała zbudować.
Wstała powoli. Nie dlatego, że chciała, a wyłącznie dlatego, że nie miała już siły siedzieć i udawać, że świat za drzwiami jej mieszkania nie istniał. Ignorując przestrzeń, która wyglądała tak, jak się czuła - tonęła w chaosie, była zaniedbana, zatrzymana w czasie. Okna wciąż zostawiała zasłonięte, światło było przygaszone, a rzeczy porozrzucane bez ładu.
Nie próbowała tego ukryć, nie była jedną z tych kobiet, które potrafiły zebrać się w całość tylko po to, by wyglądać dobrze w czyichś oczach. Chciała, żeby ją z o b a c z y ł. Żeby dostrzegł dokładnie to, co zrobił. Pragnęła, aby w jego wnętrzu zakiełkowało poczucie winy podlewane jej podkrążonymi oczami, bladą cerą i kilkoma kilogramami mniej.
Otworzyła drzwi i od razu odwróciła się, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, wracając w głąb mieszkania jakby jego obecność była czymś zupełnie nieistotnym.
- Twój przyjaciel ci powiedział? - rzuciła przez ramię, jej głos był płaski, pozbawiony emocji w sposób, który nigdy nie był przeznaczony dla niego.
- Mówiłam ci, że go znajdę. Obiecałam ci, że pójdę pod drzwi samego diabła, jeśli będzie trzeba - uniosła kubek do ust i upiła łyk zimnej kawy, krzywiąc się lekko na jej smak, lecz nie odstawiając go. Musiała czymś zająć ręce, żeby nie zdradziły tego, co działo się pod powierzchnią.
- Chciałeś uspokoić swoje sumienie? Odebrało ci rozum, kiedy pomyślałeś, co mógł mi zrobić? - odwróciła się, zadzierając podbródek w iluzji swojej nędznej siły.
Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie poczuła odrobiny satysfakcji, gdy dostrzegła jego rozbiegany wzrok, gdy dostrzegła jak z odległości metra albo dwóch śledził jej sylwetkę. Jak doszukiwał się najmniejszej zmiany, jakiegoś znaku, a później z ulgą wypuścił powietrze, gdy uznał, że Carbone nie posunął się za daleko.
J e s z c z e.
Rhys Madden