Kiwnęła krótko głową, zgadzając się na propozycję filmu. W zasadzie było jej obojętne, co obejrzą, bo nie to było dla niej kluczowe. Liczyło się spędzenie wspólnej chwili, której ostatnio im brakowało. Ich codzienność była intensywna, wymagała odpowiedzialności i była przepełniona nadmiarem obowiązków. Czasami ciężko było im się odciąć od tego, co czekało na nich za drzwiami ich wspólnego mieszkania, bo wiele problemów dotyczyło ich dwójki, jednak zawsze potrafili znaleźć w sobie tę ciszę i spokój. Świat znikał, wyciszał się na niepożądane czynniki i wtedy byli sami. Jej ostatni niepokój być może miał gdzieś swoje powiązania z tym, że mieli coraz to mniej takich chwil. Wspólnych kolacji było coraz mniej, coraz rzadziej chowała się przed światem w jego bezpiecznych ramionach. Brakowało go w zwykłej codzienności, co było okropne, a zarazem zabawne — w końcu razem mieszkali. Chciała wierzyć, że był to etap przejściowy, że po sfinalizowaniu ważnego kontraktu ich życie wrócili na normalny bieg, ale gdzieś wewnętrznie Blair czuła, że nie tu był pies pogrzebany; i uzmysławiał jej to w pozornie małych szczegółach, a jednak krzyczały one wystarczająco, że bez problemu je dostrzegała. Nie znali się tygodnia, kilku miesięcy czy kilku lat. Spędzili ze sobą kawał swoich żyć i… nigdy nie pomyślałaby, że przez jej głowę przejdzie choć cień wątpliwości, że kiedyś może się to skończyć, i to nie za sprawą śmierci. Teraz dobrze, że był skupiony na butelce i nie widział jej spojrzenia. Choć czy musiał je widzieć? Jego ciągnięcie tematu było wręcz
alarmujące, więc z pewnością czuł na swoim profilu intensywny wzrok, wręcz wyżerający dziurę w jego policzku.
— Dom budujesz, że nagle jesteś taki zainteresowany ociepleniem i elewacją? — starała się, aby zabrzmiało to jak żart, jednak ciężko było jej opowiadać teraz kawały.
— Nie chcę ci o tym teraz opowiadać — odpowiedziała szczerze, stawiając kawę na ławę. Spięła się, może bez widocznych na pierwszy rzut oka zmian, ale ścisk żołądka, który od kilku dni jej towarzyszył, na nowo się uaktywnił. Nie zdążyła odpowiedzieć, nie zdążyła jakkolwiek zareagować, a Charlie leciał już na korytarz, aby zdjąć obraz ze ściany i w trybie natychmiastowym dowiedzieć się, kto go namalował.
Co się tu, kurwa, dzieje? Zadała sobie to pytanie w myślach, kiedy stał przed nią, z ramą na rękach, zasłaniając się wielkim płótnem. Patrzyła w miejsce, za którym prawdopodobnie była jego twarz, zastanawiając się, od kiedy spędzanie czasu stało się… dla niego niezręczne? Teraz Blair dostrzegała więcej szczegółów. Unikał jej spojrzenia, chował się to w jej włosach, to za obrazem, to skupiając spojrzenie na butelce. Przeniosła wzrok na dolny kąt podobrazia.
— Monet — odczytała, marszcząc brwi.
— Czyli replika — podsumowała. W gruncie rzeczy, nie zwróciła wcześniej uwagi na ten obraz, teraz też nie był on zbytnio interesujący.
Razem? Myślałem, żeby iść pobiegać… Mayfield gwałtownie uniosła brwi w górę. Nie zajęło mu dużo czasu, aby się zreflektować, ale słowa zostały wypowiedziane.
— To idź biegać, skoro wolisz wspólny weekend spędzać sam. — Skąd to rozdrażnienie? Te słowa potraktowała jako jego kolejną furtkę do ucieczki, a ona… nie chciała zabrzmieć oschle, lecz jednocześnie zastanawiała się, czy tymi słowami zreflektuje się bardziej, czy podpuści go na tyle, że zacznie zachowywać się
normalniej. Czy spojrzy na nią, czy może powie coś, co realnie siedzi mu w głowie i co nie będzie dawać jej nieodpartego wrażenia, jakby coś wisiało między nimi w powietrzu. Bez większego skrępowania obserwowała jak otwierał wino i zastanawiała się, po jakim czasie zorientuje się, że otworzenie go bez korkociągu będzie niemożliwe. Jeśli sądził, że umknęło to jej uwadze to był w dużym błędzie, bo podlegał właśnie poważnej obserwacji.
Widziałem baranki, jak tu jechaliśmy. Nie była w stanie zweryfikować tego zdania, bo to że ich nie dostrzegła, nie oznaczało, że ich nie było. Mógł widzieć je gdzieś w oddali lub po swojej stronie. Jednak zawsze nie obyło się to bez komentarza.
Spójrz, baranki. Spójrz, krowy się pasą. Rozmawiali, wymieniali się ciekawymi spostrzeżeniami, nawet jeśli czasami brzmieli jak dzieci na wycieczce szkolnej. To właśnie jednak lubiła w ich wspólnych podróżach, wtedy byli tymi niezamartwionymi wersjami samych siebie, którymi chciałaby, żeby byli zawsze. Przechwyciła od niego napełnione szkło, przez chwilę przenosząc spojrzenie na alkohol. Delikatnym ruchem zamieszała lekko kieliszkiem i spróbowała wina. Było bardzo dobre, ale czemu nie smakowało jak zawsze? Przeniosła z powrotem wzrok na Charliego. Teraz jego uśmiech na nią nie działał — a przynajmniej nie widocznie. Dalej sprawiał, że jej serce żywo wyrywało się na ten widok, ale na jej barkach osiadł ogromny ciężar, który nie pozwalał jej celebrować małych momentów.
— Nie chcę, żebyś przyznawał mi rację, tylko powiedział, dlaczego tak jest — zaczęła i zaraz wymyślił coś… znaczy, być może tak było. Dlaczego to podważała? Dlaczego nagle stawała się sceptyczna?
— Nie będę wytykać palcami, kto wraca praktycznie po nocach. —
Bądź w ogóle nie wraca. Ostatnio nawet nie celebrowali wolnych, wspólnych wieczorów.
— Błagam, tylko nie mów przepraszam i nie zasłaniaj się Teneryfą — dodała, zanim zdążył się jakkolwiek wytłumaczyć. Tu nie chodziło o przeprosiny, tu nie chodziło o pracę, której zawsze mieli dużo. Wiedzieli, że zawsze było coś ważnego, przynajmniej raz w roku zdarzał się ważny kontakt, bo ich firmy prężnie się rozwijały, a jednak tym razem było inaczej. Nie potrafili wygospodarować dla siebie nawet krótkiej chwili wieczorami. Chwili, która była dla nich nieodłącznym elementem codzienności, którą odwoływali zawsze z bólem serca, gdy coś naprawdę zrobiło porządnego fikołka i trzeba było ratować sytuację. Tutaj jednak chodziło o nich; o jedyną rzecz, o którą byli w stanie zadbać tylko oni.
Co jest inaczej? Chciałaby bez wątpienia powiedzieć swoje wątpliwości, ale obawiała się, że fałszywe oskarżenia tylko pogłębią i tak już skomplikowaną sytuację. Utrzymała z nim kontakt wzrokowy, który miał w sobie ogromną intensywność. Tak, jak nigdy nie miała z tym problemu, tak tym razem prawie odpuściła; ale nie musiała, bo zaraz przyciągnął ją do siebie, zamykając w uścisku; a ten krótki, w gruncie rzeczy, błahy gest sprawił że…. że zaszkliły jej się oczy. Była to reakcja bardziej niż nienormalna, dlatego szybko zamrugała, chcąc pozbyć się tej chwili słabości. Nadal nie odpowiedziała mu na pytanie, które powtórzył po niej. Trwała w lekkim bezruchu, dopiero po kolejnych słowach Charlesa, oparła policzek o jego ramię. Długim spojrzeniem wpatrywała się w okno, za którym panowała ciemność. Zupełnie jak w jej głowie.
Tęsknie za nami, Blair. Musiała włożył dużo siły w to, aby już w zarodku zdusić łzy, które piekły ją od wewnątrz.
— Więc w którym momencie zaczęliśmy się tracić? — zadała cicho pytanie, które gdzieś od kilku dni przewinęło się po jej głowie parokrotnie. Kiedy nastąpiła ta chwila, w której wszystko powolutku i stopniowo zmieniało się na najgorsze?
— Czy muszę mówić, co jest inaczej? Czy naprawdę tego nie widzisz? — czy może ona sama niepotrzebnie się nakręca? Może podchodziło to pod jakieś zaburzenia psychiczne, skoro tylko ona zdawała się to dostrzegać? Przymknęła oczy i jedyne, o czym teraz myślała, to żeby ten koszmar się skończył. O wielu rzeczach teraz marzyła. Chciała, żeby ta niebywała niepewność w końcu się skończyła. Chciała uciec z nim na drugi koniec świata, aby każdy w końcu dał im spokój. Chciała, aby po prostu już nigdy jej nie puszczał, a każde spojrzenie tak jak zawsze, było pewne i pełne miłości. Teoretycznie nie chciała wiele, a jednak teraz te marzenia zdawały się od niej uciekać.
heartbreaker