-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak, wbrew jakiejkolwiek logice – to akurat żadna nowość, logika zdecydowanie nie była tym, czym mógłby się na co dzień kierować… – zamiast trzymać się z dala od szkoły aż do kolejnego dnia, faktycznie postanowił do niej wrócić. I to prawie – w końcu marne dziesięć minut to jeszcze nie spóźnienie! – nie spóźniając się na te nieszczęsne korepetycje, które Doug musiał ubzdurać sobie najpewniej tylko po to, żeby uprzykrzyć mu życie. Bo w dobre intencje i chęć zadbania o jego edukację jakoś tak wciąż trudno byłoby uwierzyć, biorąc pod uwagę, jakim palantem był.
Gdyby ktokolwiek spróbował zapytać go o choćby jeden logiczny powód, dla którego zdecydował się wejść do biblioteki i bez zbędnego ociągania podejść do stolika, przy którym tkwiła już Elsa – najpewniej i tak nie potrafiłby odpowiedzieć. Na pewno nie chodziło o chęć spędzenia czasu nad porywającymi notatkami z fizyki. Co do tego sprawa była jasna – zdecydowanie potrafił znaleźć sobie zajęcie dalece bardziej interesujące od tego. Jeżeli więc chodziło tylko o chęć przekonania się, czy kolor włosów dziewczyny zdążył się już zmienić od ostatniego spotkania – oczywiście, że tak… – i czy tym razem trafił, zgadując przed wejściem na jaki – oczywiście, że nie… – to pewnie wystarczyłoby, żeby będąc wcześniej w szkole, po prostu znalazł ją na korytarzu i odhaczył odpowiedź na oba pytania. Przynajmniej nie musiałby później tracić czasu, który… no właśnie – mógł spożytkować jakkolwiek inaczej. Choćby wybierając się na imprezę, o której wspominał jeden ze znajomych i która prezentowała się jako o wiele ciekawsza alternatywa.
A jednak mimo wszystko wybór padł na bibliotekę. I tę nieszczęsną fizykę. I… dziewczynę, w stosunku do której coraz trudniej było tak po prostu kierować kolejne złośliwości, jakby faktycznie to miało być jej winą, że musiał tkwić akurat tutaj.
– Dobra, tak się składa, że trochę mi się spieszy, ty pewnie też masz… – na moment urwał, rozsiadając się na krześle przy zajmowanym przez nią stoliku i łapiąc się na tym, jak idiotyczna myśl wpadła mu w międzyczasie do głowy. A przecież oczywiście, że nie zamierzał proponować jej wspólnego wyjścia na imprezę. Choćby dlatego, że najpewniej i tak by się nie zgodziła, więc nie było sensu jakkolwiek się wysilać. – …ciekawsze rzeczy do roboty, więc możemy ogarnąć to jakoś w miarę szybko, co?
Z nieskrywaną niechęcią zerknął na rozłożone przed nią notatki. W tym momencie mógł całkiem szczerze zwątpić w swoją poczytalność – co niektórzy przyjęliby pewnie ze zdziwieniem w związku z tym, że zaczął w nią wątpić dopiero teraz… – skoro faktycznie przyszedł tu z własnej woli. I… na co właściwie liczył? Że mieliby jakoś ciekawie spędzić czas…? Z fizyką w roli głównej raczej nie wchodziło to w grę, a tylko po to przecież spotykali się w tej bibliotece. Na dobrą sprawę nawet nie powinni się przecież lubić – chociaż chyba coraz trudniej przychodziłoby mu upieranie się przed samym sobą, że faktycznie nadal nie zdążył polubić jej ani trochę. Tak samo jak coraz częściej łapał się na tym, że rzeczywiście starał się o tych całych korepetycjach pamiętać i przychodzić na nie mniej więcej punktualnie, nie każąc jej na siebie zbyt długo czekać, jak to miało miejsce na samym początku ich znajomości.
Chociaż… może i to dałoby się jakoś logiczne wytłumaczyć. Skoro Douglas wcale nie irytował się aż tak bardzo, jak Dante mógłby się spodziewać, kiedy całkowicie odpuszczał sobie te spotkania… może skuteczniejszą metodą miało być udowodnienie mu, że te wcale nie były aż tak bardzo upierdliwe.
– Albo… nie wiem, całkiem sobie odpuścić… – mruknął, nie fatygując się nawet tym, żeby przesunąć ze stolika kartki, zanim zdecydował się oprzeć na nim przedramiona i ułożyć na nich głowę, twarzą zwróconą w kierunku Elsy.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Zdarzało jej się także uczyć czy odrabiać zadania w sali, którą nauczyciel zostawiał otwartą, także jeśli ktoś poza osobami z jej klasy próbowałby ją spotkać w szkole to miał stosunkowo krótkie okienko czasowe, chyba że jakimś cudem zaczaiłby się do tego znienawidzonego przez większość miejsca, a mianowicie do wspomnianej wcześniej biblioteki.
Siedziała przy stoliku najbliżej okna, które uchyliła, aby wpadło do pomieszczeni trochę świeżego powietrza. Pochylona nad swoją pracą domową wydawała się być bardzo skupiona i oderwana od rzeczywistości. Delikatny powiew wiatru bawił się jej świeżo pofarbowanymi na różowo lokami, łaskocząc ją po skroniach, tak jakby próbował odwrócić jej uwagę od opasłego tomiska zbioru zadań – nic z tego.
Nie patrzyła na zegarek. Przyzwyczaiła się, że on nigdy nie pojawiał się punktualnie na umówione spotkania, niekiedy w ogóle się nie pojawiał. Dlatego po którymś razie przestała się przejmować. Nieważne, że siedziała nad materiałami dla niego do późnych godzin nocnych, przerabiała swoje notatki tak, aby były dla niego bardziej czytelne i zrozumiałe, zaznaczając własnoręcznie narysowanymi śnieżynkami – które miały o dziwo naprawdę wiele detali – zagadnienia mające duże prawdopodobieństwo pojawienia się na najbliższych sprawdzianach.
Oczywiście, że ją irytował – lenistwem, niefrasobliwością, kompletnie niczym się nie przejmował, za to ona martwiła się za ich dwójkę. Ile to już razy nie mogła się skupić na swoich zajęciach, bo w tej samej chwili jego klasa pisała sprawdzian z matmy albo chemii? O tym, że osobiście prosiła nauczycieli, aby mógł zaliczyć test w innym terminie z powodu choroby – kac to w końcu też choroba, ewentualnie karma za bycie głupim chlejusem – już nawet lepiej nie wspominać. Tłumaczyła sobie, że robiła to głównie dla siebie, aby jej ciężka praca i zszargane nerwy nie poszły na marne, ponieważ książę nie dał rady wstać na piątą lekcję, ale taki jeden upierdliwy głosik z tyłu głowy ciągle podszeptywał, że to wszystko było także dla niego. Bo skoro już się namęczył z nią podczas tych trzech godzin korepetycji, to dobrze by było, żeby coś z tego miał. Nawet jeśli miałaby to być trója na szynach dana z litości, aby przestał przychodzić na poprawy.
Przez swoje skupienie nawet nie zwróciła uwagi, kiedy tak nagle wparował do biblioteki i dopiero skrzypnięcie krzesła sprawiło, że odwróciła głowę w jego stronę, odkładając na bok rozwiązywane przez siebie zadania.
– Po pierwsze… dzień dobry Dante, miło cię widzieć w to piękne popołudnie – odparła z zadziornym uśmieszkiem, zdmuchując z oczu niesforny kosmyk, który wiatr postanowił uczesać po swojemu. – Po drugie, co można mieć lepszego do roboty po lekcjach, dzień przed sprawdzianem z fizyki jak nie właśnie uczenie się? – zapytała, unosząc wymownie brew. Oczywiście, że słyszała o imprezie. Nie była jakimś totalnym wyrzutkiem, a ludzie z rocznika, wbrew pozorom, chyba nawet ją lubili, bo dostała na biologii liścik od jednego z kolegi z zapytaniem czy się z nim nie wybierze i że podobno mają być wszyscy fajni ludzie. Odpisała grzecznie, że w takim razie nie będzie psuła statystyki, ale nie zdążyła jej odrzucić, bo akurat nauczyciel robił sobie przechadzkę po klasie, a potem po prostu o niej zapomniała, więc biedna karteczka leżała gdzieś w torebce między książkami. A może wrzuciła ją do piórnika?
Wywróciła teatralnie oczami, kiedy zaproponował, żeby sobie po prostu odpuścili. Ech, płyta mu się zacięła jak nic, bo miała wrażenie, że co zajęcia słyszała ten sam tekst. Ostatecznie nigdy z nich nie wychodził przed czasem, chyba że sama Elsa musiała skończyć wcześniej bądź on podał w miarę logiczny powód, który nie brzmiał nie chce mi się.
Gdy tak nagle położył się na ławce, a raczej na swoich ramionach i jej notatkach, które tak skrupulatnie przygotowywała wczorajszej nocy, wykrzywiła usta w delikatnym uśmiechu i… zrobiła to samo – przedramiona na otwartej książce od fizyki, głowa na przedramionach, ale zwrócona w stronę chłopaka.
– Jak się nie skupisz to tylko taka pozycja pomoże ci w zaliczeniu egzaminów… łeb na książce i modlitwa, żeby wiedza sama ci do niego wpłynęła… ale póki co to nie ma żadnych dowodów naukowych, że ta metoda działa, więc jakbyś mógł być dużym chłopcem i wziąć się w garść, co? Im szybciej zrozumiesz temat energii potencjalnej i kinetycznej tym szybciej sobie stąd pójdziesz i nie będziesz musiał znosić mojego przynudzania… a jak zrobisz dobrze zadania ze śnieżynkami to podzielę się z tobą żelkami. Bibliotekarka pozwoliła mi je tutaj jeść podczas nauki, ale shhh… – Z ostatnim słowem przyłożyła palec do ust, puszczając mu przy tym oczko. Tak jakby właśnie zdradziła mu największą popełnioną zbrodnię, a on tym samym stał się współwinny.
Oj Elsa… ty rebelu.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Choć pewnie skłamałby, gdyby próbował upierać się, że przynajmniej kilkakrotnie nie zdarzyło mu się już podejść do jakiejś poprawy – albo w ogóle pojawić na sprawdzianie w pierwszym terminie – tylko i wyłącznie przez nią. Oraz tę głupią myśl, że może w jakiś sposób faktycznie jej na tym zależało, skoro poświęcała zdecydowanie zbyt dużo czasu na to, by tłumaczyć mu wszystkie te tematy i zagadnienia, na których naprawdę nie miał najmniejszej ochoty się skupiać. A skoro w żaden sposób nie ułatwiał jej zadania podczas tych ich bibliotecznych spotkań, to… może przynajmniej zaliczając jakiś sprawdzian mógł jej to w pewnym stopniu zrekompensować.
Jakby w ogóle miało ją to obchodzić…
A jednak w pewien sposób faktycznie zdawała się być zadowolona, kiedy mógł jej przekazać, że jej wysiłek dawał jednak jakieś efekty. Co zaskakujące, przynajmniej parę razy okazało się to też całkiem niezłą motywacją, by również z siebie wykrzesać przynajmniej to minimum wysiłku.
Chociaż… może niekoniecznie akurat dziś…
– Piękne popołudnia zazwyczaj spędza się gdzieś poza biblioteką. To może być co najwyżej bardzo przeciętne, Śnieżynko – nie pamiętał co prawda, kiedy dokładnie przylgnęło do niej to określenie, ale pewnie mogło mieć to coś wspólnego z tymi jej rysunkami pojawiającymi się notorycznie obok zadań. I… właściwie całkiem pasowało. – I… no nie wiem, może na przykład cokolwiek…? Zwłaszcza, kiedy niekoniecznie ma się zamiar pisać ten sprawdzian.
Wzruszył obojętnie ramionami, raczej nie widząc nic nieodpowiedniego w swoim założeniu. Tym bardziej, jeśli rzeczywiście nie miał jeszcze bladego pojęcia, czy zamierzał w ogóle pojawiać się na tym wspomnianym przez nią sprawdzianie. Istniało spore prawdopodobieństwo, że… no niekoniecznie. Jeżeli faktycznie chciał jeszcze dziś wybrać się na imprezę, to śmiało można było założyć, że nie wróciłby z niej zbyt szybko. Na pewno nie na tyle, by grzecznie położyć się spać o względnie przyzwoitej porze i rano wybrać się do szkoły. Nie wspominając już o tym, że takie wyjście po prostu musiało zakończyć się kolejną chorobą.
Uśmiechnął się mimowolnie, kiedy również położyła głowę na stoliku. Dopiero po chwili pozwolił sobie natomiast na wymowne wywrócenie oczami, by… w kolejnej parsknąć krótkim śmiechem na konspiracyjną wzmiankę o żelkach.
– No nieźle, nie poznaję cię. Jeszcze trochę i zaczniesz kryć się z ziołem gdzieś między regałami. Co prawda do tego możesz już nie przekonać jej tak łatwo, ale… coś pewnie wymyślisz – przy okazji pewnie znacznie ułatwiłaby sobie przekonanie go, że całe to przesiadywanie popołudniami w bibliotece nie musiało być wcale takie najgorsze. Albo nawet bardzo przeciętne. Kto wie, może nawet udałoby dobrnąć się do poziomu względnie w porządku… – Pół godziny. Tyle masz dzisiaj na swoje przynudzanie, zadania odpadają, a resztę możesz mi wytłumaczyć w drodze do Chrisa. Żelki możesz wziąć ze sobą, ktoś pewnie je doceni. Jego młodsza siostra na pewno, ale nie wiem, czy w zamian pozwoli ci się napić herbatki z jej pluszakami.
Tyle by więc było, jeśli chodziło o nieproponowanie jej wspólnego odpuszczenia sobie korków i wyskoczenia na imprezę. Ale… przecież zasugerował to tylko po to, żeby przynajmniej od czasu do czasu zmusić ją do wyjścia z ludźmi – co na pewno można byłoby uznać za zdrowszą rozrywkę niż idiotyczne tkwienie w bibliotece i ślęczenie nad równie idiotycznymi notatkami. Przy okazji – niekoniecznie zastanawiając się nad tym, co właściwie robił – wyciągnął niespiesznie rękę, mimowolnie chwytając w palce jeden z rozsypanych na notatkach różowych kosmyków, który wiatr akurat przesunął nieco bliżej niego.
– Zapisujesz sobie jakoś te kolory, żeby nie powtarzały się w jednym tygodniu, czy po prostu to zapamiętujesz? – oczywiście, że nawet temat jej kolorowych włosów można było uznać za ciekawszy niż jakieś energie – potencjalne, kinetyczne, jakiekolwiek. Jeśli więc rzeczywiście wciąż oczekiwała od niego jakiegoś większego skupienia, to… chyba właśnie powinna przestać się łudzić. Zwłaszcza, że ten schemat również powtarzał się niemal za każdym razem – trochę tak, jakby jego mózg po prostu podświadomie wyszukiwał i podsuwał mu wszelkie inne tematy, którymi można było się rozpraszać.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy znów nazwał ją śnieżynką, wywrócił teatralnie oczami i łapiąc za swój zbiór zadań, zamachnęła się jakby chciała go zdzielić. Ostatecznie opasek tomisko tylko przeleciało mu przed twarzą, po chwili lądując z powrotem na ławce pod oknem, czekając na swoją kolej, aby móc wykrzesać Jeszce odrobinę wiedzy z chłopaka pod koniec korepetycji.
- Oho… zapomnij. Idziesz jutro na ten sprawdzian. Choćbym miała cię siłą wyciągnąć z łóżka i ciągnąć twoje zwłoki po chodniku do samej szkoły, napiszesz go i mało mnie interesuje, że nie chcesz — niemalże warknęła, chcąc chyba brzmieć tak groźnie, żeby się faktycznie jej przestraszył i jednak zmienił zdanie co do swojej obecności, czy też jej braku, na jutrzejszej klasówce. I jeśli choć trochę zdążył ją poznać to powinien wiedzieć, że była do tego zdolna. Skoro potrafiła znikąd wyrosnąć między nim a jego kumplami podczas zgadywania się na wagary z trzech ostatnich lekcji, złapać go za nadgarstek i bezczelnie pociągnąć w stronę szkoły, bo przecież dzień wcześniej spędziła z nim dwie godziny, aby na zadawalającym jej własne ego poziomie wbić mu do głowy cały dzień genetyki. I naprawdę miał w głębokim poważaniu, co później tamto kółeczko wzajemnej adoracji zielska i chmielu o niej mówiło czy myślało.
— Mam zielone żelki w kształcie liści. Ale chyba są o smaku jabłka… satysfakcjonuje cię to? — odpowiedziała spokojnie, jak gdyby w ogóle nie przejmowała się tym, że właśnie się z niej nabijał. Nie była fanką używek, chociaż kłamstwem by było, gdyby stwierdziła, że nigdy nie próbowała. Raz. Raz dała się namówić na jednego bucha, ale dostała takiego ataku kaszlu, że myślała, że zaraz wypluje swoje do tej pory nieskalane niczym płuca.
Kiedy jednak zaczął stawiać jej warunki, parsknęła śmiechem, jednak nadal leżała w tej samej pozycji, ciągle wpatrując się w oczy chłopaka. Gdyby tak ktoś ich nakrył w takiej sytuacji, pewnie próbowałaby się wymigać, tłumacząc, że po prostu chciała zniżyć się do jego poziomu. Bo za cholerę by nie przyznała, że tak było… dosyć przyjemnie.
Ale póki co zamierzała mu udowodnić, że chyba się zamienił z dupą osła na głowy.
— Dobry żart… mam cię wpisanego w kalendarzu na trzy godziny. W pół godziny to ty nawet jednego wzoru nie zapamiętasz, zwłaszcza, kiedy dalej będziesz co chwilę zmieniał temat… zresztą, kiepska ta impreza skoro zaczyna się tak wcześnie. Jest dopiero… no prawie osiemnasta. Rodzice Chrisa wracają dziś wcześniej? Może zamiast sprowadzać do siebie bandę idiotów zająłby się młodszą siostrą? Traumy z oglądani waszych zjaranych i pijanych twarzy nawet żelki nie wyleczą… — Ale się rozkręciła! Nie była pewna skąd u niej ten słowotok, jednak obstawiała standardowo nerwy. Tylko czy się tak zdenerwowała, tym że postanowił olać ich zajęcia na rzecz jakiejś głupiej domówki u równie głupiego gospodarza? Nie potrafiła odpowiedzieć. — Półtorej godziny porządnej nauki, zgoda? A potem idź se gdzie chcesz — mruknęła jeszcze, zamykając oczy, jakby samo wyjaśnienie mu zasad ich spotkan było wystarczająco męczące. Poza tym, zachodzące powoli słonko przyjemnie miziało ją po nosie. Idealny moment na drzemkę. I może jakimś cudem przysnęłaby na przysłowiowe pięć minut, gdyby nie usłyszała głosu chłopaka. Uniosła więc leniwie powieki i wtedy jej wzrok natrafił na jego dłon, która z dziwnym zainteresowaniem bawiła się jej włosami.
Przyjemne…
— Nie… po prostu… to samo z siebie jakoś wychodzi. Wczoraj naszykowałam sobie różową spódnicę do szkoły i uznałam, że dobrze byłoby, żeby pasowała mi do włosów. No i jeszcze wiśnia zaczęła kwitnąć, więc chyba chciałam się wpasować w klimat — wymruczała leniwie, pozwalając sobie na jeszcze sekundę odpoczynku, po czym uniosła się, wyswobadzając kosmyki spod palców Dantego. Zaraz też wysunęła delikatnie, bo przecież nie mogły się podrzeć, notatki z ciężaru chłopaka. Sięgnęła jeszcze po ulubiony długopis w pandy i spojrzała na kartki, jakby chciała sobie przypomnieć co w ogóle tam pisała.
— Półtorej godziny, zgoda? Spójrz… to wcale nie jest takie trudne… — odparła ściszonym tonem głosu, po chwili tłumacząc mu czym w ogóle były te całe energie potencjalne i kinetyczne i do czego mogłyby mu się teoretycznie przydac. Bo nie oszukujmy się, w praktyce, jeśli nie zamierzał bawić się małego fizyka w przyszłości, to nie przydałoby mu się to do niczego. No chyba że zdecydowałby się na udzielanie korepetycji. Ale do tego potrzebowałby jeszcze przynajmniej połowy cierpliwości, którą Elsa miała do niego.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak, zdecydowanie potrafiła być wyjątkowo irytująca i upierdliwa. Bo widocznie nie zdążył jeszcze uświadomić sobie, że bardziej od niej, zdecydowanie drażniły go te idiotyczne docinki ze strony znajomych. I to niekoniecznie te adresowane do niego, które potrafił przecież przyjmować ze sporym dystansem, zwykle zresztą nie pozostając dłużnym. Gorzej wychodziło mu za to puszczanie mimo uszu albo dołączanie do tych uszczypliwości, które tyczyły się bezpośrednio jej. A nawet jeśli zasugerowanie znajomym w paru niewybrednych słowach, że mogliby się po prostu odstosunkować, zwykle niespecjalnie poprawiało sytuację… parokrotnie chyba rzeczywiście już mu się to zdarzyło.
– Chętnie zobaczę jak próbujesz – roześmiał się na jej groźne warknięcie, mimo wszystko pod tym względem czując się dość bezpiecznie z myślą, że jeśli planował nie dotrzeć do szkoły już rano, bardzo mało prawdopodobne było, by miał spać w domu. W innym wypadku ryzykowałby przecież nie tylko poranną wizytę Elsy i zawleczenie go do szkoły przez nią, ale też możliwość, że Douglas miałby przed pracą podwieźć go niezbyt przytomnego pod szkołę i niespecjalnie zwracać przy tym uwagę na to, że chłopak wracając do domu nad ranem nie miałby czasu ani na odespanie nocy, ani nawet na to, by porządnie wytrzeźwieć…
Wymowne uniesienie brwi musiało jej natomiast wystarczyć za odpowiedź na kolejne pytanie. I nie, zdecydowanie nie była to odpowiedź twierdząca. Bardziej dość jasna sugestia, że nie widział już nawet sensu wypowiadania się na ten temat, bo… no serio…?
– Aha, czyli teraz już nie tylko przemycasz jedzenie do biblioteki, ale też robisz za speca od organizowania domówek…? Dobrze wiedzieć, następnym razem podeślę do ciebie Chrisa, będziesz mogła dać mu kilka wskazówek – oczywiście, że z pełnym przekonaniem mógłby uważać, że na temat potencjalnie udanej imprezy nie wiedziała absolutnie nic. I pewnie właśnie dlatego powinna wybrać się akurat na tę, żeby wreszcie oderwać się od tych swoich książek, notatek i innych zbiorów zadań. Wprawdzie zabarwione żartobliwą nutą uszczypliwości może niekoniecznie były najskuteczniejszym sposobem, żeby ją do tego przekonać, ale… Chwilowo widocznie nie wpadł mu do głowy żaden inny. – A żelki może i nie wyleczą jego siostry z tej traumy, ale bez nich będzie pewnie jeszcze gorzej. Zastanów się, czy chcesz mieć to na sumieniu…
Niezbyt zadowolony – raczej zbolały i wyrażający absolutne nieszczęście – pomruk prawdopodobnie miał być zgodą na to, by całe te negocjacje zakończyć w ten właśnie sposób. Właściwie… skrócenie czasu o połowę nie brzmiało mimo wszystko najgorzej. Nawet jeśli wciąż nie było to zaproponowane przez niego pół godziny.
I nawet jeśli wciąż nie zanosiło się na to, by zamierzała wybrać się do Chrisa.
Pozwolił bezwładnie opaść ręce na stolik, kiedy jej włosy wyślizgnęły się spomiędzy jego palców. Przy okazji uraczył ją spojrzeniem całkiem nieźle pasującym do tego wcześniejszego pomruku – choć pewnie trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, czy chodziło bardziej o wysunięcie spod niego notatek i zakończenie tego całkiem przyjemnego leżenia na stole, czy może jednak o pozbawienie go możliwości dalszej zabawy tym różowym pasemkiem…
Mimo wszystko ostatecznie sam również podniósł wreszcie głowę. Przynajmniej częściowo – na moment podparł ją jeszcze na zgiętej w łokciu i opartej o stolik ręce. I to był ten krótki moment, w którym jeszcze przynajmniej można było podejrzewać go o to, że jakkolwiek próbował jej słuchać i skupiać się na tym, co do niego mówiła. Niewiele jednak trzeba było, by jego uwagę przykuł w końcu leżący na blacie długopis, który w zadziwiająco fascynujący sposób kręcił się po każdym trąceniu go palcem. Choć najwyraźniej i to nie było wystarczająco zajmującym zajęciem, skoro w ciągu ledwie kilku minut zdążył znudzić się również tym, odchylając się ostatecznie do tyłu wraz z krzesłem i po raz kolejny sięgnął po pasemko jej włosów. Zdążył właśnie odkryć, że po każdej próbie zawiązania na nim supełka, to samoistnie rozplątywało się, kiedy dotarło do niego, że od pewnego momentu Elsa nic nie mówiła i że najwyraźniej rzucane od czasu do czasu przytaknięcie przestało jej już wystarczać.
– Co…? – mruknął więc niezbyt przytomnie, domyślając się, że najpewniej w takim razie zdążyła zadać mu jakieś pytanie, na które mhm, jasne niekoniecznie było satysfakcjonującą odpowiedzią.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— A bardzo proszę. Pierwsza wskazówka będzie brzmiała, żeby nie robić imprezy w wieczór przed ważnym sprawdzianem. Druga zaś, że jeśli już musi ją robić to żeby ciebie nie zapraszał. — Zatrzepotała niewinnie rzęsami. Chyba już się przyzwyczaił, że na każde jego głupie gadki miała przygotowane kilka odpowiedzi. Nie zamierzała być mu dłużna, no bo… ona też coś powinna mieć z tych korepetycji, a takie droczenie się zdawało się być idealną rozrywką. Chociaż zdecydowanie bardziej wolałaby, aby w wyznaczonym czasie przerobili cały materiał, który zaplanowała.
— Dam ci jedną paczkę. Będziesz mógł jej przekazać — odparła jeszcze w odpowiedzi do tematu traumy młodszej siostry Chrisa.
Bo to wcale nie było tak, że Elsa siedziała tylko nad książkami. Miała wiele zajęć niezwiązanych bezpośrednio z nauką! Pływała i to całkiem nieźle, należała bowiem do szkolnej drużyny pływackiej, więc poza zwykłymi treningami, robiła sobie indywidualne sesje na miejskim basenie olimpijskim. Do tego dochodziła także gra na pianinie i przede wszystkim fryzjerstwo! Chodziła na różne kursy, ale przede wszystkim poświęcała sporo czasu w domu, gdzie ćwiczyła upięcia na swoich włosach, nie wspominając o eksperymentach kolorystycznych. Jednak na imprezy również chodziła, były to raczej małe domówki, głównie w towarzystwie dziewczyn ze swojej klasy, ale chodziła!
Uśmiechnęła się lekko pod nosem, kiedy Dante zdecydował się jej posłuchać i choć minimalnie skupić. Tylko czego ona się spodziewała? Na co liczyła? Że utrzyma ten stan chociażby przez pół godziny? Naiwna duszyczka…
Starała się ignorować irytujący dźwięk długopisu, który ten pstrykał palcami ilekroć znów pojawił się w ich zasięgu. Starała się nie zwracać uwagi na to, że znów chwycił w palce pasemka jej włosów i próbował chyba zapleść warkocza, modląc się jedynie, że jeśli jedyne co uda mu się stworzyć to kołtun, to że będzie w stanie go później rozczesać i obędzie się bez wycinania. Póki odpowiadał i przytakiwał, że wszystko było zrozumiałe, kontynuowała. Do czasu aż poprosiła, aby podsumował czym była ta cała energia kinetyczna, o której dziamoliła przez ostatnią godzinę.
Mhm, jasne.
— To czym jest?
Mhm…
— Dante, do cholery no…
Tak, tak…
Zamilkła. Wpatrywała się w niego ze zmarszczonymi brwiami gotowa wybuchnąć w każdym momencie. Zaczęła się zastanawiać, ile siły musiałaby włożyć, aby zdzielić go wystarczająco mocno, a jednocześnie, żeby nie polała się krew. Nie chciała w końcu dostać ataku paniki w tak świętym miejscu jak szkolna biblioteka.
— Gówno… — prychnęła z ironicznym uśmieszkiem na ustach. — Jeszcze jedno mhm i przysięgam, że energia kinetyczna twojej głowy zostanie przetestowana na ścianie… — Nie żartowała. Na żarty było już za późno. Zostało im zaledwie kilkanaście minut nauki, a on naprawdę nic nie wyniósł z tych zajęć. Nic poza nowym hobby — maltretowaniem jej włosów.
Westchnęła ciężko i poprawiła pasemko, które już i tak wyglądało jak ofiara jego stylistycznych fantazji i eksperymentów, po czym nachyliła się nad notatkami będącymi skróconą wersją tego wszystkiego, co mieli przerobić tego dnia.
— Dobra, skup się. Jeszcze piętnaście minut i możesz iść sobie gdzie chcesz, na imprezę, do burdelu, gdziekolwiek. Bylebyś nie przyniósł na następne korepetycje nic czym można się zarazić drogą kropelkową… jeszcze raz. Tylko bez mhm, tak, tak i innych odgłosów godowych leniwca. Energia kinetyczna to energia ruchu. Zależy od masy i prędkości… rozumiesz? Pamiętasz wzór? Pokazywałam ci go na samym początku. To ten, co wyglądał jak zaklęcie z notatek Księcia Półkrwi.
Elsa była naprawdę cierpliwa. Bardzo się przynajmniej starała. Próbowała też na wszelkie możliwe sposoby wyjaśnić mu prawa fizyki, ale na tyle przystępnie, aby dał radę je pojąć, a przynajmniej zapamiętać do egzaminów semestralnych. Bo naprawdę jej zależało, aby ten ostatni gamoń nie powtarzał klasy. Nigdy tego nie doświadczyła, ale domyślała się, że taka degradacja nie wpływała najlepiej na samoocenę ucznia i tylko obniżała jego pewność siebie. A w przypadku Dantego to właśnie ona wybijała się na pierwszy plan. Gdyby nagle stracił to swoje światełko, to czy nadal byłby tym samym chłopakiem? W końcu, ładna buźka to nie wszystko…
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szkoda tylko, że jej niezbyt owocne próby przystępnego wyjaśnienia mu całej tej energii kinetycznej w żaden sposób nie były nawet w połowie tak ciekawe jak przerzucanie się kolejnymi uszczypliwościami. Kompletnie nie powinno więc dziwić, że stosunkowo szybko musiał znaleźć sobie inne, bardziej zajmujące zajęcie. A tym najwyraźniej miała być właśnie próba zaplecenia na tym biednym pasemku warkoczyka. Dość koślawego, prezentującego się raczej smętnie i pokracznie, ale… wystarczająco absorbującego, by na dłuższą chwilę faktycznie całkowicie przestał jej słuchać. Może pod wpływem obrazowej groźby – raczej nie… – a może raczej dzięki perspektywie, że miałoby pozostać jeszcze tylko kilkanaście minut tej męki, zmusił się jednak, by znów nachylić się nad stolikiem i oprzeć na nim łokcie. Na moment nawet zerknął w te jej notatki, ale chyba tylko po to, by po prostu zawiesić na czymś spojrzenie, bez zbytniego skupiania się na ich treści.
– Mhm – oczywiście, że nie mógł powstrzymać się, by nie przytaknąć jej po raz kolejny w ten właśnie sposób. Choć tym razem przynajmniej udało mu się utrzymać uwagę na tyle długo, żeby faktycznie zrobić to całkiem świadomie.
Z kolei zamiast recytować jej ten durny wzór, sięgnął po prostu po trzymany przez nią długopis, bez większego namysłu przyciągając bliżej siebie również jej rękę. Bo przecież nie zamierzał bazgrać po tych jej starannych, kolorowych notatkach ze śnieżynkami. Dlatego też na jej przedramieniu zapisał wzór, o który pytała. Dodając przy okazji drobne ozdobniki, które całkiem nieźle mogły wyrażać odczucia towarzyszące temu fascynującemu tkwieniu w bibliotece – m próbowało się więc zastrzelić, dwójka służąca za wykładnik potęgi najwyraźniej właśnie wymiotowała, a po chwili namysłu pojawił się również sznurek ciągnący się od kreski ułamkowej, na końcu którego smętnie dyndał wisielec.
– Zadowolona…? – mruknął, odrzucając długopis na stolik i podnosząc na nią spojrzenie. W końcu… wbrew pozorom nie był przecież aż tak skończonym debilem, w dodatku mimowolnie chyba faktycznie przynajmniej przez chwilę musiał jej słuchać. I pewnie gdyby tylko rzadziej dochodził do wniosku, że poza szkołą czekało na niego zbyt wiele ciekawszych zajęć, nawet te nieszczęsne korepetycje nie byłyby wcale jakoś bardzo potrzebne. – Tylko nie wyobrażaj sobie za dużo, i tak nie planuję przychodzić jutro na żaden durny sprawdzian. Wiesz, mogę się przypadkiem znowu rozchorować, czy coś. Właściwie już chyba coś mnie rozkłada, możesz to jutro przekazać Thompsonowi.
Uśmiechnął się, oczywiście całkowicie mimochodem nawiązując akurat do tej absurdalnej wymówki, dzięki której zagwarantowała mu ostatnim razem dodatkowy termin zaliczenia z matematyki.
– No, chyba że masz zamiar pilnować, żebym wyszedł od Chrisa o jakiejś ludzkiej godzinie i jeszcze trafił później prosto do domu… – wciąż z tym samym uśmiechem, wzruszył lekko ramionami. – Chociaż i tak pewnie nie będziesz miała żadnej gwarancji, że rano przyjdę do szkoły. Ale może przynajmniej upewnisz się, że jego siostra dostanie żelki.
No tak, skoro nie działały podszyte żartem złośliwości, to najwyraźniej przyszedł czas na zmianę podejścia. Nawet jeśli pewnie nie potrafiłby w żaden sensowny sposób wyjaśnić, dlaczego w ogóle miałoby mu zależeć na tym, by rzeczywiście tam poszła. Poza tym oczywiście, że wciąż prawdopodobnie uważał, że byłoby to zdrowsze od nudnego ślęczenia nad książkami i że na pewno w żaden sposób by jej to nie zaszkodziło. A może po prostu chciał sprawdzić, czy w ogóle był w stanie ją do tego przekonać – ot, ze zwykłej ciekawości. W razie powodzenia będąc nawet gotowym na to, by zmierzyć się z jej próbą wywleczenia go z domu kumpla o tej wspomnianej ludzkiej godzinie, jeśli rzeczywiście miałaby się tego podjąć. A że miałaby to zrobić… raczej już nie wątpił.
Mimo wszystko – może i tak było warto. Choćby dla samej satysfakcji, że miałoby udać mu się wyciągnąć ją do ludzi.
Tego, że w ten sposób pewnie tylko przyczyniłby się do tych wszystkich idiotycznych plotek na temat ich rzekomego związku, chyba nawet za bardzo nie brał pod uwagę. Bo przecież to akurat brzmiało już zbyt absurdalnie, nawet jak na jego mocno pokręcone standardy.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie wiedziała, które słowa zadziałały, że postanowił się na nowo skupić na nauce, ale mało ją to interesowało. Liczył się w końcu efekt, dlatego uśmiechnęła się lekko, gdy kątem dostrzegła malującą się na jego twarzy koncentrację. Kiedy jedna usłyszała to cholerne mhm zdzieliła go delikatnie otwartą głową w potylicę. No przecież go ostrzegała, więc pretensje mógł mieć tylko do siebie.
Zamrugała zdezorientowana, kiedy tak nagle chwycił ją za rękę i długopisem w pandy zaczął bazgrać jej coś po skórze. Ale całe dziwne napięcie minęło, kiedy rozpoznała wzór, który rysował po swojemu. Trudno było się nie roześmiał, gdy zobaczyła jakie urocze i milutkie postacie były podstawione w miejsca liter. Jednak kiedy z kreski ułamkowej zrobił prowizoryczną szubienicę… westchnęła ciężko, wywracając przy tym oczami.
— Bardzo kreatywne. Tylko dlaczego v to tylko v? Powinieneś dorysować je rączki i jointa. Bez tego będzie jej na pewno smutno… — Nie zamierzała jak ostatnia panikara szukać w torebce wilgotnych chusteczek i zacząć zmywać to dzieło artystyczne. Uznała, że może to poczekać do wieczora, kiedy będzie relaksować się wannie i świętować kolejny mały sukces polegający na nie zabiciu Levasseura. W myślach się nie liczy, ok?
Dante zdecydowanie za często wspominał o imprezie u Chrisa. Już przestała odróżniać czy to nadal się z niej nabijał, czy może faktycznie próbował ją namówić, aby wybrali się tam razem? Tylko po co? Jasno dał jej do zrozumienia, że nie potrafiła się bawić, więc tylko i wyłącznie mogłaby popsuć wszystkim frajdę. To jaki miał cel? Czyżby planował wyśmiać ją przy wszystkich? Upokorzyć? Chyba by się nie zdziwiła.
— Dobra — odezwała się w końcu, zamykając nieco ostentacyjnie podręcznik, na którym zaraz oparła łokieć, samej nachylając się w stronę chłopaka. — Skoro tak bardzo ci zależy to pójdę. Dam młodej żelki, a ciebie będę pilnować, żebyś wrócił do domu w stanie względnej żywotności i dotarł jutro na sprawdzian. A jak nie zdasz w pierwszym terminie to zabierzesz mnie w weekend za dwa tygodnie na obiad do tej nowej wegańskiej knajpki co się otworzyła koło komisariatu. — Nie mogła powstrzymać zadziornego uśmieszku, który sam cisnął jej się na usta. Czy właśnie załatwiała sobie jedzenie na czas nieobecności rodziców? Eriksenowie regularnie jeździli na różne konferencje, czasem zabierali ze sobą Larsa, który mimo młodego wieku strasznie interesował się tą całą prawniczą otoczką, a ona zostawała z jedzeniem, z którego odgrzaniem miewała… małe problemy. Poza tym, żarełko z mikrofali nie smakowało tak dobrze jak to przygotowane na świeżo, więc… nie pogardziłaby takim restauracyjnym obiadkiem. Ale czy specjalnie wybrała knajpę tuż obok komisariatu, w którym pracował jego ojczym? Być może. Można by nazwać to swego rodzaju motywacją, aby jednak wziął się w garść i spróbował co nieco nabazgrać na tej kartce na jutrzejszym sprawdzianie. Ona bez falafela przeżyje, ale jemu z pewnością ciężko będzie usiedzieć przy stoliku ze świadomością, że zaraz może przez szybę ujrzeć Douga.
Odsunęła się zaraz od niego i zgarnęła z ławki wszystkie swoje książki i zeszyty, chowając je zaraz do torebki. W małej paczce żelków został ostatni misiek o smaku maliny, więc wsunęła go szybko w usta, jakby bała się, że Dante nagle zmieni zdanie i jednak będzie chciał się poczęstować na sam koniec, po czym pustą plastikową torebkę również wcisnęła do swojej torby.
— Ale to chyba nie idziemy tak od razu? Może pójdę do domu się chociaż przebrać i spotkamy się na miejscu? — zapytała spokojnie. Cóż, może nie zależało jej na opinii tamtych idiotów, którzy planowali spędzić wieczór na chlaniu i jaraniu, ale nie chciała się aż tak bardzo wyróżniać. Była ubrana w tiulową, różową spódniczkę i białą bluzkę na krótki rękaw. Zdecydowanie nie wyglądała jak ktoś kto wybierał się na domówkę, a właśnie jak przykładna uczennica, która wracała z biblioteki i zmierzała właśnie na kolejne dodatkowe zajęcia.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
O dziwo, fakt, że udało mu się ją rozbawić mógłby chyba uznać za niemal tak samo satysfakcjonujący. Nawet jeśli nie pozwolił tej myśli zagnieździć się w umyśle na dłużej, po jej pytaniu racząc ją spojrzeniem mogącym już bez jakichkolwiek słów sugerować, że miało ono mniej więcej tyle samo sensu jak pytanie o to, czemu trawa była zielona.
– V już nie żyje, umarło z nudów jakieś pół godziny temu. Więc raczej mu wszystko jedno i joint w niczym już nie pomoże – stwierdził tonem, który mógłby wskazywać, że przecież było to całkowicie oczywiste i że kompletnie nie rozumiał, jak mogła nie zauważyć tego od razu. I to wcale nie tak, że wymyślił to na poczekaniu, słysząc jej pytanie.
Słysząc jej dobra, uniósł w pierwszej chwili brwi, widocznie mimo wszystko nie spodziewając się zgody. Właściwie… przez moment chyba nawet nie do końca był pewny, czy faktycznie właśnie zgodziła się pójść na tę imprezę, czy raczej po całym tym dobra miało nastąpić stwierdzenie, że na tym mogli na dziś zakończyć i rozejść się w swoje strony. Dopiero po jej kolejnych słowach uśmiechnął się mimowolnie. I nawet jeśli ten uśmiech odrobinę przygasł po wzmiance o wegańskiej knajpce ulokowanej akurat obok komisariatu, w dalszym ciągu wciąż był widoczny na jego twarzy.
– Zapomnij. Mogę co najwyżej przynieść ci jakąś kanapkę z sałatą i tyle powinno ci wystarczyć – oznajmił, podnosząc się z krzesła zanim mogłaby się rozmyślić. Oczywiście, że nie miał najmniejszego zamiaru dobrowolnie pchać się tuż pod miejsce pracy Douglasa. W zupełności wystarczyło mu, że musiał znosić go w domu. Zresztą, na komisariacie też miał okazję przesiadywać zdecydowanie częściej niż większość przeciętnych nastolatków, więc… nie, nie było mowy, żeby zgodził się zabrać ją akurat tam.
Tego, że pewnie mógłby tej konieczności bez problemu uniknąć, gdyby faktycznie pojawił się jutro na sprawdzianie i wykrzesał z siebie jakieś minimum wysiłku intelektualnego, widocznie jakoś nie brał pod uwagę.
– Jasne, że idziemy od razu – będąc już w zasadzie gotowym do wyjścia, zmierzył ją spojrzeniem, kiedy wspomniała o tym, że miałaby się przebrać. Pobieżna lustracja dawała jednoznaczny wniosek – wyglądała dobrze. Może nawet trochę lepiej niż dobrze. W każdym razie… na pewno nie jak ktoś, kto powinien natychmiast lecieć się przebrać, żeby nie przynosić wstydu sobie i wszystkim dookoła. – Nie ma czasu, żebyś znowu farbowała włosy pod kolor bluzki, czy tam butów. Przefarbujesz się jutro. Albo… nie wiem, zaskocz może wszystkich i zostań w jednym kolorze do końca tygodnia.
W porządku, może i o farbowaniu nic akurat nie wspominała, ale… niby jaką miał mieć pewność, że po przebraniu się w coś innego, nie miałaby przy okazji dojść do wniosku, że róż na włosach nie pasował już do nowej kreacji? Lepiej było nie ryzykować. Tego, że miałaby się rozmyślić po dotarciu do domu i uznać, że jednak wolała w nim zostać – również.
– Już się zgodziłaś, za późno na szukanie wymówek – dodał, ruszając w kierunku wyjścia z biblioteki i tylko na moment oglądając się za siebie, żeby upewnić się, że faktycznie nie postanowiła zostać tu jeszcze chwilę. – Pamiętaj, że siostra Chrisa liczy na żelki!
Ostatnim, wypowiedzianym nieco głośniej zdaniem, naraził się wprawdzie na krzywe spojrzenie bibliotekarki, jednak chyba niespecjalnie się tym przejmował. Zwłaszcza, że i tak był już przecież w drzwiach, mogąc wkrótce zostawić za sobą bibliotekę, zniesmaczoną kobietę i… raz jeszcze obejrzał się, żeby sprawdzić, czy Elsy również nie powinien dodać do tej wyliczanki.
Chris mieszkał stosunkowo blisko, spokojnie mogliby więc przejść się na pieszo i nie powinno im to zająć zbyt wiele czasu. Chociaż… chyba w porę mógł przypomnieć sobie o tym opasłym tomisku, które dziewczyna targała ze sobą w torbie. To raczej nie miało jej się przydać w najbliższym czasie i nie sądził, by w domu kumpla ktokolwiek miał ochotę na zabawę w rozwiązywanie zadań z fizyki, więc…
– Chcesz to zostawić w szafce, czy liczysz na to, że na miejscu będziesz mogła rozwiązać sobie jeszcze kilka zadań dla rozrywki…? – ruchem głowy wskazał na jej torbę, przy okazji unosząc wymownie brwi. Jeśli faktycznie miała zamiar targać te wszystkie notatki ze sobą… jej sprawa. Nawet jeśli wciąż nie miałoby to zbytniego sensu.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy wspomniał o tym, że v umarło z nudów, wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem. Serio aż tak się nudził? A przecież za każdym razem starała się tłumaczyć wszytko jak najbardziej obrazowo, nie bazując tylko i wyłącznie na suchych definicjach z podręcznika, podawała dziesiątki różnych przykładów, zazwyczaj takich z życia codziennego i to z jego życia, aby mógł sobie to lepiej wyobrazić, a on… on sugerował, że jej zajęcia były katorgą i czymś w rodzaju kary śmieci? No, najwyraźniej taką karą, która sama miała doprowadzić do samobójstwa, chociaż Dante nie określił w jaki dokładnie sposób v umarło, czy strzeliło sobie w łeb czy ziewnęło tak głośno i mocno, że rozerwało go na amen.
A to menda…
I mogłaby go pewnie potraktować swoją dłonią drugi raz, tak żeby się czasem nie odzwyczaił, ale w ostatniej chwili uznała, że nie miało to najmniejszego sensu. Bo ona się tylko namacha, może nawet krzywdę sobie zrobi, a do tego pokręconego łba i tak nic nie dotrze.
— To ty zapomnij, że będę cały dzień na jakiejś kanapce z sałatą. Albo jutro zdasz chociażby na marne trzy na szynach, ale umówmy się, trochę siara… albo widzimy się w tamtej knajpie i z szerokim uśmiechem na ustach będziesz szamał ze mną jadło dla królików i to… — Wymierzyła w niego długopisem i pstryknęła mu nim tuż przed nosem. — … nie podlega żadnej negocjacji — dokończyła z niewinnym uśmieszkiem, który ewidentnie zdradzał jak bardzo się cieszyła na darmowe żarło. A może blefowała? Może chciała go faktycznie zmotywować do tego, aby wziął się w garść i zaliczył ten głupi sprawdzian w terminie?
Pakowała dalej swoje rzeczy, wysłuchując głupich tekstów o farbowaniu włosów, a przecież słowa nawet o tym nie powiedziała! Chciała jedynie się przebrać w coś bardziej odpowiedniego, żeby może zmieszać się z tłumem i zdecydowanie się tak nie wyróżniać jak w obecnym stroju. Wystarczyło, że kolorowy łeb sprawiał, że było ją dosyć łatwo namierzyć, nie potrzebowała jeszcze do tego głupich docinek o jej zbyt schludnym outficie.
— Nie, serio chce zmienić ubrania. Potrzebuję dodatkowe pół godziny, żeby dotrzeć do domu, przebrać się i dotrzeć na miejsce. Możesz poczekać tam na mnie, a adres wysłać smsem. — Nie zamierzała odpuszczać. Najprawdopodobniej nie planowała się dać porwać imprezie, ale na pewno będzie się czuła bardziej komfortowo chociażby w spodniach, a nie tiulowej spódniczce.
Chociaż nadal nie była pewna czy w ogóle powinna iść na te domówkę. Chris i jego ekipa nie byli towarzystwem, za którym jakoś mocno przepadała, chociaż nigdy nic jej nie zrobili. Byli jednak wystarczająco głośni i zbyt lekkomyślni, aby chciała zawierać z nimi jakieś bliższe relacje. Ale mimo to powłóczyła nogami za Dante, gotowa się poświęcić w imię wyższej sprawy! W końcu miała misję — musiała pilnować, aby nie przeginał z używkami i wrócił do domu o w miarę przyzwoitej godzinie, a następnie udał się rano do szkoły.
I już odwracała się w stronę bibliotekarki, aby życzyć jej miłego wieczoru i podziękować za dzisiejszą pracę, kiedy to chłopak… wydarł mordę. Noż cholera jasna! Przez niego jeszcze zostanie jej cofnięte pozwolenie na żelki!
— Bardzo przepraszam, kolega ma spektrum, on nie panuje nad językiem i no… ogarnę go. Jeszce raz przepraszam… — Proszę dalej mi pozwalać przychodzić z paczkami haribo i nie karać mnie za tego debila…! — ostatniego zdania oczywiście nie wypowiedziała na głos, a jedynie pomyślała, kłaniając się kilkukrotnie przed kobietą, błagając tym samym o wybaczenie. Po czwartym razie, wyprostowała się i niemalże wybiegła z biblioteki jak poparzona, aby nie narazić się na gniewne spojrzenie jej królowej.
— Zostawię w domu. Mówiłam ci, nie pójdę tak ubrana. Serio, daj mi pół godziny — odparła poważnie, zamawiając przez aplikację w telefonie ubera. Na szczęście, ten przyjechał dosyć sprawnie i równie sprawnie dowiózł ją do domu. A tam od razu pognała do swojego pokoju, w biegu witając się z rodzicami i odrabiającym lekcje w salonie Larsem, aby zrzucić z siebie te słodziutkie ciuszki, a założyć coś bardziej neutralnego, poprawić makijaz i tym samym uberem podjechać pod dom Chrisa. Chociaż może pod dom to złe określenie, ponieważ pinezka w aplikacji zaznaczyła się przecznice dalej, a że kierowca uznał, że musi ją odwieźć dokładnie w to miejsce, które wskazała, więc te kilkaset metrów musiał przejść piechotą.
Ubrana w skórzane spodnie i czarną bluzkę na długi rękaw, ale z odkrytymi ramionami, w ogóle nie przypominała tej Elsy z biblioteki. Włosy co prawda pozostały w tym samym kolorze, ale trochę je poskromiła, więc straciły trochę na objętości, a grubsze przednie pasma splotła w prowizoryczne warkocze i spięła z tyłu głowy.
Dante na szczęście czekał na nią pod wskazanym adresem. I to pod domem. Na całe szczęście, bo nie wyobrażała sobie, że miałaby sama zapukać do drzwi i wbić się na imprezę jak gdyby nigdy nic.
— No i jestem. Wchodzimy? — zapytała, siląc się na promienny uśmiech.
Dante Levasseur