
Age: 36
Job: Teacher/ Lecturer in English literature at University
Sex: Male
Jedyny motyw aby wyrwać się z otchłani to poszukiwanie siebie w tym chaosie pustki i poczucia bez wartości. Kiedy żyjesz i wiesz, że jesteś średni we wszystkim, przeciętny i niezauważalny, jak to brzydkie kaczątko. Powiedz mi co zrobisz? Bijesz się ze światem? Szukasz wytłumaczenia czy opuszczasz głowę?
Walka to przetrwanie, przetrwanie to ciągła walka. Życie to nie jest bajka, a bajka nie zostanie życiem. Kowalem swoich wyborów jesteś Ty sam, a nie ktoś inny.
W jego życiu nie było łatwo, chociaż może też i nie najgorzej. Shane urodził się w średniej rodzinie o średniej majętności. On sam zawsze był średni w nauce, średni w osiągnięciach i pośrodku wyboru wszystkiego co miał znaczenie. Był też średnio przystojny i atrakcyjny w młodzieńczych latach. Przeciętność to od zawsze była jego domena, nic więcej i nic mniej, po prostu On. Można by tu zamknąć temat bo już wiemy, że jest.... średni. Ale czy aby na pewno?
W pewnym momencie swojego życia, Rogers stanął na rozstaju dróg szukając dla siebie wyboru, pomysłu na życie. Od zawsze lubił czytać, lubił literaturę i pisanie krótkich opowiadań do szuflady. To on podrzucał dziewczyną miłosne wierszyki z kwiatkiem albo próbował przynajmniej.
To w nim zostało i chociaż każdy powtarzał mu, że nie ma w tym adrenaliny i zarobku to jednak chciał w to iść.
Na początku naprawdę chciał zostać pisarzem.
Wyjazd z Toronto do Detroit było jak zderzenie ze ścianą. Pierwsze wydanie jego powieści żarło, ale dalej było tylko gorzej. Tułał się po różnych spelunach, zarabiał tańcząc na panieńskich i wiódł istnie żałosne życie, poszukujących zarobku. Pióro to ciężki kawałek chleba, to ciągła walka o atencje, o sponsorów czy dobre wydawnictwo. Tego nie posiadał. W głowie miał jedyny ratunek dla siebie, a więc studia na najbliższym uniwersytecie, spróbowanie rozszerzenia swojego wykształcenia. Z pisania nie miał już takiego zarobku, a rynek połykał takich jak on. Mógł mieć jedną dobrą książkę przez całą karierę, a równie dobrze mógł nie wydać już nic więcej. Nie szukał pomocy w rodzinie czy w znajomych, Ci również szybko wylatywali z Toronto albo po prostu mieli określoną drogę, której się trzymali. On sam wiedział, ze chcę być dalej artystą, być blisko literatury i tego co kochał. Pasja została, ale wygaszona - na moment nauki i decyzji o zostaniu kimś więcej niż tylko pisarzem. Już pierwsi wykładowcy podrzucali mu, że ma to coś, że ma wiedzę i pasje aby nauczać o literaturze. Stąd więc wybrał tą drogę i zapasowy zawód na wypadek swojego powrotu do pisania lub dalszego niepowodzenia w tym kierunku.
Po studiach nie było dla niego miejsca w Detroit, nie umiał się tam odnaleźć, a tęsknota za rodzinnym miastem powodowała, że musiał wrócić. Zostawił wszystko tak jak zostawili go inni. Wyjechał gdy odeszła jego matka, nagle i niespodziewanie - zawał serca. Ojciec był zgryźliwy ale im bliżej było mu do starości tym bardziej potrzebował ratunku, drugiej osoby i opieki. Shane z racji bycia jedynakiem, był jedynym co pozostało staremu Rogersowi. I chociaż pół życia gryźli się jak pies z kotem, on nie zapomniał o tym, że ten człowiek go wychował i ogólnie dał mu życie. On nie był pamiętliwy ani zgryźliwy, wręcz przeciwnie - miał wrażenie, że traci przez swoją naiwność i bycie dobrym dla każdego, nawet dla tych którzy go ranili.
Shane nigdy nie był złym gościem, bad boyem czy facetem łamiącym serca. Z czasem dorósł do swojej pewności siebie, zadbał o swoje ciało i wygląd, przemieniając się z brzydkiej gąsienicy w pięknego motyla. To była ta chwila gdy wreszcie nabrał trochę masy, stał się bardziej atrakcyjny i w końcu z tego korzystał. To pewnego momentu miał siebie za przeciętnego, zakochanego w dawnej znajomej z dzieciństwa, pozostawiony w zawieszeniu z poczuciem załamania. Od powrotu do Toronto i zaczęcia pracy jako wykładowca na uczelni, zaczął prowadzić atrakcyjniejsze życie. Już nie był średni czy przeciętny, a największym problem zaczynały być oglądające się za nim... studentki.
Mimo wieku jednak nadal nie szukał stabilizacji, jakby nadal czekał na tą jedną i jedyną, jakby się łudził, że kiedyś się na nowo odnajdą. Był w końcu jej ramieniem, tym mankietem koszuli w którą płakała, przynosił zupę jak chorowała, gdy go po prostu potrzebowała po kolejnym zranieniu przez dupka. Czy to naiwne czekać na kogoś kto Cię nie chcę?
potajemnie kocham Giooo.
