Odwzajemniła jego śmiech, kiedy to tak ładnie i kulturalnie zdzieliła go po łbie. Faktem było, że takie droczenie się i drobne zaczepki były swego rodzaju ich małą tradycją. Tylko chyba pierwszy raz musiała się posunąć do tego rodzaju
przemocy, no ale sprowokował ją! Do tej pory raczej pstrykała go w czoło, ciągnęła za nos albo za policzek, a niekiedy dźgała długopisem po ramionach czy twarzy. Kto wie… może następnym razem to nie ręką, a książką mu przywali?
Gdy wspomniał o tym, że
v umarło z nudów, wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem. Serio aż tak się nudził? A przecież za każdym razem starała się tłumaczyć wszytko jak najbardziej obrazowo, nie bazując tylko i wyłącznie na suchych definicjach z podręcznika, podawała dziesiątki różnych przykładów, zazwyczaj takich z życia codziennego i to z
jego życia, aby mógł sobie to lepiej wyobrazić, a on… on sugerował, że jej zajęcia były katorgą i czymś w rodzaju kary śmieci? No, najwyraźniej taką karą, która sama miała doprowadzić do samobójstwa, chociaż Dante nie określił w jaki dokładnie sposób
v umarło, czy strzeliło sobie w łeb czy ziewnęło tak głośno i mocno, że rozerwało go na amen.
A to menda…
I mogłaby go pewnie potraktować swoją dłonią drugi raz, tak żeby się czasem nie odzwyczaił, ale w ostatniej chwili uznała, że nie miało to najmniejszego sensu. Bo ona się tylko namacha, może nawet krzywdę sobie zrobi, a do tego pokręconego łba i tak nic nie dotrze.
— To ty zapomnij, że będę cały dzień na jakiejś kanapce z sałatą. Albo jutro zdasz chociażby na marne trzy na szynach, ale umówmy się, trochę siara… albo widzimy się w tamtej knajpie i z szerokim uśmiechem na ustach będziesz szamał ze mną jadło dla królików i to… — Wymierzyła w niego długopisem i pstryknęła mu nim tuż przed nosem.
— … nie podlega żadnej negocjacji — dokończyła z niewinnym uśmieszkiem, który ewidentnie zdradzał jak bardzo się cieszyła na darmowe żarło. A może blefowała? Może chciała go faktycznie zmotywować do tego, aby wziął się w garść i zaliczył ten głupi sprawdzian w terminie?
Pakowała dalej swoje rzeczy, wysłuchując głupich tekstów o farbowaniu włosów, a przecież słowa nawet o tym nie powiedziała! Chciała jedynie się przebrać w coś bardziej odpowiedniego, żeby może zmieszać się z tłumem i zdecydowanie się tak nie wyróżniać jak w obecnym stroju. Wystarczyło, że kolorowy łeb sprawiał, że było ją dosyć łatwo namierzyć, nie potrzebowała jeszcze do tego głupich docinek o jej zbyt schludnym outficie.
— Nie, serio chce zmienić ubrania. Potrzebuję dodatkowe pół godziny, żeby dotrzeć do domu, przebrać się i dotrzeć na miejsce. Możesz poczekać tam na mnie, a adres wysłać smsem. — Nie zamierzała odpuszczać. Najprawdopodobniej nie planowała się dać porwać imprezie, ale na pewno będzie się czuła bardziej komfortowo chociażby w spodniach, a nie tiulowej spódniczce.
Chociaż nadal nie była pewna czy w ogóle powinna iść na te domówkę. Chris i jego ekipa nie byli towarzystwem, za którym jakoś mocno przepadała, chociaż nigdy nic jej nie zrobili. Byli jednak wystarczająco głośni i zbyt lekkomyślni, aby chciała zawierać z nimi jakieś bliższe relacje. Ale mimo to powłóczyła nogami za Dante, gotowa się poświęcić w imię wyższej sprawy! W końcu miała misję — musiała pilnować, aby nie przeginał z używkami i wrócił do domu o w miarę przyzwoitej godzinie, a następnie udał się rano do szkoły.
I już odwracała się w stronę bibliotekarki, aby życzyć jej miłego wieczoru i podziękować za dzisiejszą pracę, kiedy to chłopak… wydarł mordę. Noż cholera jasna! Przez niego jeszcze zostanie jej cofnięte pozwolenie na żelki!
— Bardzo przepraszam, kolega ma spektrum, on nie panuje nad językiem i no… ogarnę go. Jeszce raz przepraszam… —
Proszę dalej mi pozwalać przychodzić z paczkami haribo i nie karać mnie za tego debila…! — ostatniego zdania oczywiście nie wypowiedziała na głos, a jedynie pomyślała, kłaniając się kilkukrotnie przed kobietą, błagając tym samym o wybaczenie. Po czwartym razie, wyprostowała się i niemalże wybiegła z biblioteki jak poparzona, aby nie narazić się na gniewne spojrzenie jej królowej.
— Zostawię w domu. Mówiłam ci, nie pójdę tak ubrana. Serio, daj mi pół godziny — odparła poważnie, zamawiając przez aplikację w telefonie ubera. Na szczęście, ten przyjechał dosyć sprawnie i równie sprawnie dowiózł ją do domu. A tam od razu pognała do swojego pokoju, w biegu witając się z rodzicami i odrabiającym lekcje w salonie Larsem, aby zrzucić z siebie te słodziutkie ciuszki, a założyć coś bardziej neutralnego, poprawić makijaz i tym samym uberem podjechać pod dom Chrisa. Chociaż może
pod dom to złe określenie, ponieważ pinezka w aplikacji zaznaczyła się przecznice dalej, a że kierowca uznał, że musi ją odwieźć dokładnie w to miejsce, które wskazała, więc te kilkaset metrów musiał przejść piechotą.
Ubrana w skórzane spodnie i czarną bluzkę na długi rękaw, ale z odkrytymi ramionami, w ogóle nie przypominała tej Elsy z biblioteki. Włosy co prawda pozostały w tym samym kolorze, ale trochę je poskromiła, więc straciły trochę na objętości, a grubsze przednie pasma splotła w prowizoryczne warkocze i spięła z tyłu głowy.
Dante na szczęście czekał na nią pod wskazanym adresem. I to pod domem. Na całe szczęście, bo nie wyobrażała sobie, że miałaby sama zapukać do drzwi i wbić się na imprezę jak gdyby nigdy nic.
— No i jestem. Wchodzimy? — zapytała, siląc się na promienny uśmiech.
Dante Levasseur