Widziała, że jest w swoim łóżku. Leżała nieruchomo i wpatrywała się w sufit. Próbowała liczyć oddechy. Cztery – wdech, sześć – wydech. Jeszcze raz i jeszcze, ale coś ją rozpraszało, bo ewidentnie było nie tak.
Po chwili zrozumiała, o co chodzi. Ciężkie, męskie ramię oplatało ją w pasie, a później przypomniała sobie wczorajszą noc. Harold zdecydował się poczekać, aż zamknie restaurację. Najwidoczniej nie udało mu się na ten wieczór znaleźć nikogo innego, więc zdecydował się na nią.
Nie taki był plan, bo zawsze był jakiś plan. Jeżeli zostawał u niej, to znikał nad ranem. Ona u niego nigdy nie zostawała dłużej niż na dwa numerki. Niania za dużo kosztowała, a ona oszczędności życia przeznaczyła na to mieszkanie i restaurację.
Jego obecność w jej łóżku ją rozpraszała. Powinien już wyjść.
Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, zatrzymując się na szczegółach – linii szczęki, lekko rozchylonych ustach, cieniu zarostu. Zapamiętywała rzeczy automatycznie, jakby układała je w głowie w równych rzędach. Łatwiej było skupić się na tym niż na fakcie, że wciąż tu był.
Westchnęła cicho i już miała się podnieść, kiedy usłyszała kroki. Lekki, dziecięcy tupot.
– Mamusiu?
Eve zamarła, a drzwi uchyliły się bez pukania. Do środka wsunął się mały chłopiec, który mimo zaspania i przecierania oczu już był pełen energii.
Zamknęła na moment oczy i wzięła ostatni wdech i wydech, nim zdecydowała się zmierzyć z własnym synem. Powoli usiadła i naciągnęła kołdrę wyżej, chcąc zakryć swoje nagie ciało.
– Dzień dobry – powiedziała spokojnie, chociaż w jej głowie urodziły się już co najmniej trzy scenariusze wyjścia z tej sytuacji.
Spojrzenie małego chłopca odnalazło Harolda i wpatrywał się w mężczyznę z absolutnie nieskrępowaną ciekawością.
– Kto to? – chłopiec przeniósł spojrzenie na matkę.
Fitzgerald przechyliła głowę, jakby niedosłyszała. Cholera. Cholera. Cholera. Zbyt wiele odpowiedzi, a za mało czasu.
– Kolega – odpowiedziała krótko i chyba w najprostszy sposób.
– Możesz zmykać do kuchni? Zaraz zrobię nam śniadanie.
Chłopiec już chciał coś powiedzieć, ale Eve uniosła rękę. Młody tylko przewrócił oczami i wybiegł z sypialni, a Eve jęknęła, wychodząc z pościeli.
Wygrzebała się spod kołdry i wyjęła z komody jakieś spodenki i koszulkę z logo starego zespołu. Poprawiła włosy i przysiadła obok mężczyzny, który już nie spał.
– Zrobię ci kawę - odpowiedziała podchodząc do sytuacji metodycznie i bez zbędnych emocji. Jak to ona, wolała mówić o kawie niż o tym, jak niezręcznie się czuła. Nie angażowała się w związki, a Max nie poznawał co chwila nowych wujków, nawet jeżeli Eve zdarzało się z kimś sypiać mniej lub bardziej regularnie.
Posłała mu ciepły, ale odrobinę niezręczny uśmiech – klasyczne wydanie Eve – i pognała do kuchni, gdzie zmierzwiła synowi włosy i zabrała się za śniadanie, wyciągając z lodówki wszystko, co trzeba. Nastawiła od razu ekspres, skoro obiecała swojemu gościowi kawę.
Jajecznica od kucharki, która uczyła się w restauracjach z gwiazdkami, musiała być nieziemska i najsmaczniejsza w swojej prostocie. Chociaż ona nie uważała jej za wybitną.
Harold Carnegie