Jej spojrzenie zrobiło się cięższe, kiedy tylko skończył mówić. Jego ton działał na nią jak papier ścierny przeciągnięty po świeżej ranie.
Parsknęła cicho, ale tym razem nie było w tym nic z rozbawienia.
–
Przeciągasz strunę – stwierdziła, unosząc lekko brew.
Czyżby wkurwianie jej miało być jego nowym ulubionym sportem?
Jego kolejna uwaga sprawiła, że jej spojrzenie na ułamek sekundy pociemniało. Prychnęła rozbawiona i nawet od powstrzymywanego śmiechu zatrzęsły jej się ramiona. Znalazł sobie idealny moment do żartów. Zdecydowała się tego jednak nie skomentować.
Jej spojrzenie jeszcze przez chwilę na nim spoczywało — twarde, czujne — zanim przesunęła je na krew na podłodze. Jak będzie miała parkiet do wymiany, to chyba kupi nowy dom.
Wpatrywała się w trupa. Widok jak każdy inny, ale jej głowa próbowała ogarnąć, kim był ten człowiek. Oprócz tego, że mordę miał znajomą.
Stała przez moment nieruchomo, kiedy jego dłonie znalazły się na jej twarzy. Nie cofnęła się od razu — bardziej z zaskoczenia niż zgody — ale coś w niej drgnęło, napięło się pod skórą jak struna przeciągnięta za mocno.
Jeszcze chwilę temu mierzyła do niego z broni, a teraz pozwalała mu się dotknąć. Czemu czuła, że to błąd? A może nie powinna mu ufać, może właśnie usypiał jej czujność?
Jego słowa docierały do niej powoli, jakby musiały przebić się przez zmęczenie i pulsujący ból. Płatny zabójca. Córka. Skoro była córka, to pewnie też żona. Dziesięć lat.
Informacje układały się w jakąś historię, ale nie przynosiły żadnego ukojenia. Wręcz przeciwnie — coś w niej się zamknęło, jakby nagle przypomniała sobie, że nie powinna tu stać tak blisko.
Kiedy jego palce przesunęły się po jej żebrach, syknęła cicho i instynktownie odsunęła się o pół kroku, wyrywając się z tego kontaktu. Tym razem świadomie.
–
Nie rób tego – powiedziała krótko, ciszej niż wcześniej, ale z wyraźną granicą w głosie. –
Nie teraz.
Oparła się mocniej o blat, szukając stabilności i ulgi w trzymaniu ciała w pionie. Wiedziała już, że na pewno przez całą noc będzie miała gorączkę. Walka organizmu o dojście do siebie będzie sroga, a ona wtedy traciła siłę.
Nie wiedziała jednak, czy w momencie takiej słabości ma przy sobie wroga, czy sojusznika. Nie śpieszyło jej się na tamten świat, a teraz straciła do niego zaufanie. Nawet jeżeli nie czuła zagrożenia.
Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Już nie tak otwarcie jak wcześniej. Nie było w tym spojrzeniu tej samej ciekawości, tej iskry.
Zastąpiła ją chłodniejsza kalkulacja. Chciała mieć pewność co do niego, ale wiedziała, że jakby się starała, nie będzie jej miała nigdy.
Za szybko. Za szybko się odsłoniła. Za szybko pozwoliła mu wejść do swojego życia. Za szybko przestała traktować go jak potencjalne zagrożenie.
Głupia. Zakochana.
Jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś obok niego, w przestrzeń. Walczyła z myślami.
–
Prysznic… – odezwała się w końcu, jakby przypominając sobie, że coś mówił. Ze zmęczenia niezbyt wiele do niej teraz docierało.
Przeniosła wzrok z powrotem na niego.
–
Korytarzem w prawo. Drugie drzwi. Ręczniki masz w szafce obok wanny. – Poinstruowała go krótko i rzeczowo.
Odwróciła się lekko, sięgając po kolejne rzeczy z apteczki — bardziej żeby zająć ręce niż dlatego, że naprawdę ich potrzebowała w tej sekundzie.
–
A w garderobie… – dodała po chwili, już nie patrząc na niego –
powinna jeszcze wisieć twoja koszula. Ta czarna. Przywłaszczyłam ją sobie.
Kącik jej ust drgnął minimalnie, bo czuła zmęczenie w każdej komórce ciała.
Powoli podniosła wzrok.
–
Nie potrzebuję niańki – dorzuciła spokojnie. –
Jak powiedziałeś, zajmiesz się tym… – skinęła lekko głową w stronę ciała –
więc się tym zajmij.
Zamilkła na moment, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze. Finalnie jednak tylko pokiwała głową i odprowadziła go wzrokiem, kiedy zniknął w korytarzu.
Oparła się o wyspę, zostając sama z ciszą, krwią i pytaniami, które kręciły jej się w głowie.
Stwierdziła, że ogarnie to gówno chociaż z wierzchu. Usprzątała, co mogła. Zakupy wróciły na blat, pistolet do szuflady. Ogarnęła krew, wyniosła zniszczone krzesło do garażu — uważając przy tym, żeby nie robić większego bałaganu.
Słyszała wodę pod prysznicem i przez chwilę zastanawiała się, czy do niego dołączyć, ale odpuściła. Potrzebowała wanny, więc zajmie łazienkę, jak on z niej wyjdzie.
Poszła do gabinetu, szukając tej jednej rzeczy, która mogła teraz wiele wyjaśnić. Wiedziała, że pudło z jej przeszłością gdzieś tu będzie.
Znalazła teczkę, której szukała, ale na razie zostawiła ją na biurku.
Słyszała, że Magnus jest już w kuchni, więc sama w końcu poszła do łazienki i wylądowała w wannie. Woda, którą nalała, była letnia - prawie zimna.
Przez moment siedziała z podciągniętymi kolanami, o które opierała policzek, i starała się schować wszystkie myśli do jakiejś szuflady, tak żeby ich teraz nie mielić.
Po kilkunastu minutach zanurzyła się cała, wstrzymała oddech, zamknęła oczy i schowała głowę pod wodą. Potrafiła długo wytrzymać, więc leżała tak, dopóki płuca, domagające się tlenu, nie zaczęły boleć już tak, że nie była w stanie wytrzymać. Ten moment groził omdleniem, a to mogłoby skończyć się utopieniem w wannie.
Uniosła głowę, biorąc gwałtownie powietrze, i w końcu zdecydowała się ogarnąć do końca i wyjść.
Wsunęła na siebie T-shirt i materiałowe spodenki, zabezpieczyła wargę przed lustrem i nawet łyknęła coś przeciwbólowego, co trzymała w łazience. Mokre włosy związała na czubku głowy i przez moment wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze.
Czuła się tak, jak wyglądała.
Okropnie.
W końcu wyszła z łazienki i zgarnęła z gabinetu teczkę, którą położyła na kuchennej wyspie. Było na niej jej pierwotne imię i nazwisko:
Veronica Moreno Rojas.
Sama wspięła się na stołek i oparła pięty o siedzisko. Objęła swoje nogi i oparła głowę na kolanach, siedząc w tej mało wygodnej, ale kojącej pozycji.
Zaczęła go po prostu obserwować.
Magnus Grimstad