Jensem stał tam właśnie przy swojej szafce, poprawiając ochraniacze na ramionach, kiedy wydawało mu się, że usłyszał głos Brody’ego. Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, o co chodzi, ale gdy tylko drzwi szatni się uchyliły i do środka weszła Erza… zamarł. Cały świat na chwilę przestał istnieć. Stała tam w krótkiej granatowej spódniczce cheerleaderki Maple Leafs, z pomponami w dłoniach, z wysokim kucykiem i niebieskimi wstążkami we włosach. Jego usta lekko się rozchyliły, a oczy pociemniały w ułamku sekundy.
- what theee… - wyszeptał cicho pod nosem, prawie bezgłośnie, zanim na jego twarzy rozlał się szeroki uśmiech. Zrobił dwa szybkie kroki w jej stronę, zupełnie ignorując fakt, że w szatni wciąż było jeszcze kilku chłopaków, którzy właśnie wychodzili albo śmiali się pod nosem. Nie obchodziło go to ani trochę.
Złapał ją za talię obiema dłońmi, mocno, zdecydowanie, i przyciągnął do siebie tak blisko, że prawie uniósł ją z podłogi. Pompony zachrzęściły między nimi. Uśmiechnął się do niej czule i odezwał lekko zachrypniętym głosem, patrząc jej prosto w oczy,
- Ty mi tu wchodzisz w takiej spódniczce i jeszcze pytasz, czy mi się podobasz? - Pochylił się i bez żadnego ostrzeżenia pocałował ją głęboko, pożądliwie. Jedną dłoń zsunął niżej, na jej plecy, tuż nad krzywizną pośladków, drugą wciąż trzymał mocno na jej talii. Gdy oderwał się od jej ust, ledwo łapał oddech, ale uśmiechał się jak idiota.
- Podobasz mi się? - powtórzył, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Erza, ja zaraz przez ciebie nie wyjdę na lód, tylko cię tu wezmę na tej ławce. - Jego kciuk przesunął się po jej dolnej wardze, którą przed chwilą przegryzała.
- Wyglądasz… ahhhh, idealnie. Moja cheerleaderka. - zaśmiał się chropowato. Pochylił się znowu, tym razem muskając ustami jej ucho, i szepnął tak, żeby tylko ona go usłyszała,
- Po meczu masz się nigdzie nie ruszać. Rozumiesz? Chcę cię całą. W tej spódniczce… i bez niej.
Odsunął się odrobinę, ale nie puścił jej talii. Spojrzał na nią z mieszanką dumy, pożądania i czystej radości.
- Dziękuję, że przyszłaś, kochanie. Naprawdę… nie masz pojęcia, jak bardzo tego potrzebowałem. - Jeszcze raz szybko pocałował ją w czoło, potem w usta, tym razem krócej, ale równie czule.
- a teraz idę rozjebać Vancouver dla ciebie. A ty machaj tymi pomponami i kibicuj mi najgłośniej, jak potrafisz, dobra? - mrugnął do niej, wciąż z tym szerokim uśmiechem, ale w oczach miał dosłownie ogień.
- Kocham cię, lisiczko. Bardziej niż cokolwiek. - I dopiero wtedy, bardzo niechętnie, puścił ją, ale zanim odszedł w stronę wyjścia, jeszcze raz obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głów i pokręcił głową z podziwem. Nie przestawała go zaskakiwać.
Erza 