
Po twoich policzkach znów spłynęły słone łzy, a delikatne rysy twarzy wykrzywiły się w grymasie. Kosmyki ciemnych włosów zlepiły się z mokrą skórą, a twój oddech mimowolnie stał się szybszy. Gdybyś tylko wiedziała, że płacz wcale nie oznaczał słabości, a to, że twoje serce czuło zbyt dużo w danym momencie.
― Brosie, to nasz nowy dom. Jak ci się podoba, kochanie?
Kobiecy głos rozniósł się echem pośród ciszy, odbijając się głucho od szarych ścian ze zdartą tapetą. Drewniane deski trzeszczały ze starości, pod rozłożoną, zżółciałą kanapą przebiegł ogromny karaluch. W pomieszczeniu utrzymywał się stęchły zapach zgnilizny, prawdopodobnie mieszkanie stało przez bardzo długi czas opustoszałe. Trzynastoletni Cyril Vaillant rzucił się długim pędem w kierunku bujanego fotelu, aby móc na niego wskoczyć i zaklepać sobie miejsce na najbliższe dni. Pan Vaillant z lekkim trudem podniósł ciężkie bagaże, wydając przy tym stęknięcie natomiast gospodyni domu przekroczyła próg mieszkania, ściskając w ramionach małego chłopca. Dziecko wyglądało na bardzo zaspane, jakby dopiero co zostało wyrwane z kojącego snu o armii zielonych żołnierzyków w strażackich pojazdach. Chłopczyk o czekoladowych oczach wypowiedział parę nieskładnych zdań, a następnie odwrócił się w stronę drzwi wejściowych, jak gdyby pragnął uciec. Podmokła, stara piwnica przerobiona na mieszkanie stanowiła chwilowy azyl dla rodziny Vaillant, którzy zostali zmuszeni, aby opuścić rodzime tereny ― Saint Marc Haiti nie mogło dłużej zapewnić bezpiecznego pobytu. Cleo Vaillant pochodziła z biedniejszej części społeczności, w której wierzenia były bardzo mocno zakorzenione w kulturze voodoo. Codziennością była praktyka ukazywana w rytuałach i ceremoniach, próba nawiązywania kontaktu z duchami, ofiary w postaci małych podarunków. Z czasem nurty religijne zaczęły się ze sobą zderzać, voodoo powoli przestawało być akceptowane przez społeczeństwo, a górę zaczęło przejmować chrześcijaństwo. Cleo Vaillant była kapłanką, na którą spadł ciężar bycia winną za złe rzeczy, które coraz częściej zdarzały się w okolicy. Prześladowana przez mieszkańców Haiti, musiała spakować całą rodzinę w cztery walizki, a następnie opuścić miejsce, które wszyscy dumnie nazywali domem. Cleo wraz z mężem oraz dwójką dzieci trafili do Kanady, aby na nowo znaleźć swój kawałek ziemi i móc nazwać go domem.
Nie mogę się ruszyć, nie mogę pocieszyć cię rozmową. Jestem skazany na podziwianie twojej osoby pod osłoną mroku, żebyś nie przestraszyła się brzydoty mej duszy za dnia.
Rodzina Vaillant lubiła spędzać poniedziałkowe poranki przy naleśnikach z dżemem pomarańczowym i szklance mleka. Małżeństwo wychodziło z założenia, że początek tygodnia należało zaczynać bardzo dobrze, aby nastawić się pozytywnie na resztę nadchodzących dni. Odkąd udało się uzyskać dokument zapewniający stały pobyt, Państwo Vaillant zdecydowali się otworzyć mały, lokalny biznes. Przez ostatni rok prosperował on bardzo dobrze, przynosząc stałe dochody. Rodzina była w stanie pozwolić sobie na zmianę mieszkania, na kupno nowych ubrań, na wysłanie dzieci do publicznych szkół, a nawet na zorganizowanie im wyprawek szkolnych. Cyrill pamiętał każdy szczegół z ostatnich czterech lat, wspomnienia rozgrywały na nowo w nocnych koszmarach. Siedemnastoletni chłopak nie był w stanie przejść obojętnie wobec tego, co przydarzyło się jego rodzinie, dlatego na własną rękę zaczął poszukiwać innego sposobu na przeżycie niż legalna praca. Sprawiedliwość ani razu nie zapukała do domu Vaillant, natomiast nieszczęście i bieda odwiedzały ich zbyt często. Dziesięcioletni Ambrose, mimo że nie rozumiał zbyt wielu rzeczy, pamiętał więcej niż mogłoby się wydawać. Chłopiec wciąż potrafił czuć zimno na skórze w nocy, mimo że ogrzewanie działało; czuł wodną konsystencję zimnego obiadu, mimo że ziemniaki były świeże i gotowane, a nie odebrane w puszkach z banku żywności; słyszał płacz i kłótnie rodziców na temat braku pracy, mimo że obecnie byli właścicielami niewielkiego lokalu. Państwo Vaillant byli bardzo kochającymi i wspierającymi rodzicami, którzy dbali o swoje pociechy w każdej sekundzie życia. Ambrose lubił spędzać popołudnia w budynku, który dumnie nosił jego nazwisko. Maleńka restauracja skupiała się na kuchni Haiti, serwując świeże ryby oraz owoce morza. Chłopiec zwyczajnie uwielbiał obserwować swoich rodziców w profesjonalnym środowisku, często spoglądając na ich mowę ciała i naśladując szybkie ruchy. Aż pewnego dnia Ambrose nie musiał dłużej patrzeć na dorosłych, aby mieć bardzo podobną reakcję — tuż po zamknięciu, w momencie kiedy pieniądze zostawały odkładane do skrytki, w restauracji wybuchł pożar. Ogień rozprzestrzenił się w mgnieniu oka, pochłaniając na swojej drodze wszystko, co możliwe. Płomienie były agresywne, szybko rosły w siłę, odebrały jedyną szansę na ucieczkę. Ambrose oczekiwał na rodziców w holu, w momencie zauważenia gęstego dymu wydobywającego się spod drzwi, ciężkim krokiem ruszył w kierunku zbadania sprawy. Z każdym podniesieniem stopy, krzyki stawały się głośniejsze, a wrzaski zdawały się układać w jedno słowo “AMBROSE”. Państwo Vaillant utknęli po drugiej stronie budynku, wręcz niemożliwym było dostanie się do nich na czas, aby uniknąć poparzeń i przede wszystkim wyjść z tego cało. Dziesięciolatek wiedział, że działo się coś bardzo niedobrego, ze wszystkich sił pragnął dostać się do swoich rodziców — prawdopodobnie udałoby mu się to, gdyby nie silne ręce, które wyciągnęły go z płonącego budynku. Ambrose z ogromnym żalem spojrzał w oczy Cyrilla, które wyrażały gniew, wściekłość i prawdziwą chęć mordu. Wiedza, którą posiadał starszy brat na temat wypadku była niebezpieczna; obaj zostali pozbawieni rodzicielskiej miłości, porzuceni w samym środku poznawania świata na nowo, osieroceni.
Łapiesz się za serce, próbujesz wyrwać sobie kłębki włosów. Jesteś w rozsypce, rozbita na małe kawałki, ale nie będę cię oceniał. Jesteś bardzo podobna do mnie pod tym względem i właśnie dlatego będę trzymał się na odległość, ponieważ poprzysiągłem bronić cię przed wszystkim, co złe.
Ambrose Vaillant przeszedł naprawdę bardzo długą, krętą drogę, aby uhonorować nazwisko jego rodziców. Czternaście lat spędził w kompletnej izolacji, skupiając się na nauce, dążąc do bycia perfekcjonistą. Nie poddawał się, pracował ciężko, wylewał z siebie ostatnie krople potu, aby zostać najlepszym; w szkole, w trakcie studiów, podczas pracy u swojego brata. Wszystkie wysiłki, treningi, staże prowadziły do tego jednego momentu, którym był karmiony przez ostatnie lata — aby dokonać sprawiedliwości. Ambrose jednak doskonale wiedział, że pomszczenie ich rodziców nie było zwykłą zemstą, a odnalezieniem ukradzionego spokoju, który od czternastu lat został zastąpiony nieustannym gniewem, płonącą agresją i wiarą, że jego wybory życiowe w końcu doprowadzą go do mordercy ich rodziców. Gęsta, ciemna krew na dłoniach mężczyzny uświadomiła mu, że ten dzień nadszedł szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał i musiał szczerze przyznać, że był to zarazem jeden z najszczęśliwszych i tragicznych dni w jego życiu. Mężczyzna, którego Ambrose postrzelił trzy razy w klatkę piersiową, wydał z siebie ostatnie westchnienie poprzedzone paroma słowami: ‘moja córka i żona'.
Cassandra Layton, córka szemranego człowieka, który pozbawił życia bardzo dobrych, porządnych ludzi, osierocając dwójkę dzieci. Jedno z nich wyrosło na lidera społeczności, zakładając własny biznes ściągania długów. Drugie z nich zwyczajnie poszło w ślady brata, nie znając innego sposobu na życie. Obaj złożyli obietnice, dali słowo honoru. Nie jestem dobrym człowiekiem, skarbie. Włamuję się do mieszkań, okradam ludzi, łamię kości. Nie pytam, nie proszę. Martin Layton zasługiwał na śmierć, ale mimo to nie potrafię wyrzucić z głowy faktu, że stałaś się mną. Zabrałem ci kogoś, kto szczerze cię kochał; zniszczyłem twoje piękne wnętrze, odebrałem niewinność i zastąpiłem ją wiecznym gniewem, którego nie jesteś w stanie zaspokoić. Zepsułem cię, ale nie pozwolę ci się rozpaść.
Do zobaczenia jutro, Cassandro. Odnajdziesz mnie w tłumie znienawidzonych przez ciebie twarzy.