-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Lilian Davenport
Silnik starego pickupa zawarczał ciszej, kiedy Max skręcił w wąską drogę prowadzącą do pensjonatu. Żwir chrzęścił pod kołami, a on sam zwolnił odruchowo, przesuwając spojrzeniem po budynku, który wyrósł tu stosunkowo niedawno. Pamiętał moment, kiedy zaczęto go stawiać — nowy, ambitny projekt w miejscu, które wcześniej świeciło pustką. Przez jakiś czas naprawdę robił wrażenie. Teraz jednak wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zauważyć, że coś poszło nie tak.
Max zwolnił, przesuwając wzrokiem po elewacji, która miejscami zaczynała tracić swój pierwotny wygląd, ogrodzenie było krzywo poprawiane, a wokół widać było ślady prowizorycznych napraw. To nie była kwestia lat — raczej braku czasu, pieniędzy albo rąk do pracy. Max zmarszczył lekko brwi, analizując wszystko niemal automatycznie.
— Nowe rzeczy psują się szybciej niż stare…. — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Zatrzymał samochód przed wejściem i przez chwilę jeszcze siedział w środku, opierając dłonie o kierownicę. Wiedział, że pensjonat należy do tej samej rodziny od pokoleń — słyszał o tym nieraz, głównie od sąsiadów. Kojarzył też starszą właścicielkę, upartą na tyle, żeby trzymać się swojego mimo wszystko. Nie miał jednak pojęcia, że w całym tym obrazie pojawił się ktoś jeszcze.
Zgasił silnik, a cisza, która po nim zapadła, była niemal uderzająca. Wysiadł, zatrzaskując drzwi i od razu poprawił rękawy bluzy, jakby już podświadomie szykował się do pracy. Jego spojrzenie jeszcze raz przebiegło po budynku — szybka ocena, lista rzeczy do zrobienia zaczynała układać się sama.
Kiedy ruszył w stronę wejścia, jego spojrzenie na moment zatrzymało się na drzwiach. Coś było… inne. Może to tylko wrażenie, a może zwykła ciekawość, która pojawiła się nagle i bez powodu.
Zapukał, krótko, ale zdecydowanie.
— Max Korhonen — rzucił, unosząc lekko głos, jakby ktoś już był po drugiej stronie. — Podobno ktoś tutaj potrzebuje złotej rączki.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dolores od dawna widziała problem w naprawach wnuczki, jednak początkowo starała się puszczać płazem niedokręcone śrubki i luźne barierki. Dopiero gdy problem zaczął się pogłębiać, dosyć konserwatywna kobieta zdecydowała się zareagować. Matka absolutnie popierała pomysł wezwania pomocy, co próbowała usilnie wyperswadować córce, której duma wprost wyła z rozpaczy.
Z tego właśnie powodu, gdy Lilian usłyszała klekot starej furgonetki, natychmiast zbiegła na parter, a następnie stanęła pod drzwiami, które nerwowo zamknęła na dwa zamki. Następnie ukradkiem obserwowała, jak wysoki blondyn najpierw przez dłuższą chwilę coś kontemplował w środku pojazdu, a następnie wyszedł i wspiął się po stopniach. Wówczas Lilian zniknęła z okna i, stanąwszy pod drzwiami, dodatkowo chwyciła za klamkę.
Dygnęła, gdy rozległo się pukanie.
— Nikt cię tu nie zapraszał. Moja babcia ma Alzheimera — rzuciła bezczelnie i dla pewności przekręciła trzeci, ostatni zamek.
Na Lilian mocno odcisnęły się czasy, gdy zbliżyli się do bankructwa. Wówczas sprzedali hostel w Oaksville i przenieśli się do Toronto, gdzie od trzech lat prowadzą Willow Heaven. Bywa różnie, ale przyzwyczajona do oszczędzania dziewczyna dotychczas sama zajmowała się drobnymi naprawami i uważała, że radziła sobie z nimi całkiem dobrze. To nic, że jej fuszerka miejscami źle odbijała się na pensjonacie. Ważne, że było tanio.
— Czyś ty rozum postradała, moja młoda damo! — huk obwieścił przybycie babci Dolores. Lilian natychmiast poczuła, jak lodowaty dreszcz przemyka po jej plecach i sprawia, że momentalnie tężeje. Kobieta miała na nią dziwny wpływ. Budziła jednocześnie respekt i strach, który zakorzenił się w niej naprawdę głęboko. Czuła się zależna od decyzji Dolores; chorobliwie podporządkowana.
Lilian mimowolnie osunęła się od drzwi, gdy babka nerwowo otwierała zamek po zamku, a następnie wpuściła do środka niejakiego Maxa. Uradowana, nadgorliwie oburącz ścisnęła mu w podzięce dłoń, po czym zakomunikowała, że właśnie wybiera się do urzędu i musi zostawić chłopaka z wnuczką. Na ten sygnał Lilian intuicyjnie spięła ramiona i rozdziawiła usta, bo jej niechęć względem pojawienia się złotej rączki była na tyle namacalna, że sam Max mógł ją wyczuć.
— Nie mam ci nic do pokazania — powiedziała buńczucznie w tej głupiej chwili odwagi, gdy tylko Dolores zniknęła najpierw za drzwiami, a potem za kierownicą Fiata Punto.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Dla Maxa było to kolejne zlecenie zaczynające się od oporu, niechęci i zbyt dużej dumy. Objawiło się szczękiem zamykanego zamka i wątpliwymi w prawdzie słowami, na dźwięk których uniósł delikatnie prawą brew, a wraz z nią mimowolnie ku górze powędrowały kąciki ust, w nikłym, trwającymi ułamek sekundy uśmiechu.
Nie znał historii postaci stojącej po drugiej stronie drzwi. Nie wiedział ile kosztowało ją utrzymanie tego miejsca ani jak bardzo kurczowo trzymała się przekonania, iż musi poradzić sobie sama. Widząc jej reakcję mógł jedynie powierzchownie odczytać chłód, bunt i wyraźną niechęć, nie mając świadomości, że pod tym wszystkim kryje się coś znacznie głębszego. Dla niego to była zwykła sytuacja; dla niej coś, co uderzało zdecydowanie mocniej, niż powinno.
Zatrzaśnięcie drzwi przez Dolores odbiło się echem gdzieś w korytarzu, ale Max nawet nie drgnął. Stał przez chwilę w progu, jakby sam fakt przekroczenia tej niewidzialnej granicy, stworzonej przez postawę znajdującej się przed nim brunetki wymagał krótkiego zawahania — nie dlatego, że nie wiedział, co robić, a raczej dlatego, że zbyt dobrze wiedział, w co właśnie się pakuje, widząc postawę panny Davenport.
Cisza, która zapadła po odjeździe samochodu Dolores, była ciężka. Gęsta od emocji, które nie potrzebowały słów, żeby stać się aż nadto wyczuwalne. Max powoli uniósł spojrzenie. Nie od razu skupił je na Lilian. Najpierw niebieskie oczy omiotały wnętrze — szybkie, niemal instynktowne skanowanie przestrzeni. Niedoskonałości raziły bardziej niż powinny w miejscu, które wciąż próbowało uchodzić za nowe. Krzywo osadzona listwa. Napięcie w drewnie przy schodach. Detale, które zdradzały więcej, niż ich właścicielka pewnie by chciała.
Dopiero potem spojrzał na nią.
Postawa dziewczyny mówiła więcej niż niewypowiedziane, wiszące w gęstym powietrzu słowa. Spięte ramiona, uniesiona broda, ten charakterystyczny rodzaj oporu, który nie wynikał tylko z uporu — to było coś głębszego. Coś, co Max znał aż za dobrze, nawet jeśli nigdy nie nazwał tego na głos.
Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakby powstrzymywał komentarz, który pierwszy cisnął się na usta.— Mhm — mruknął w końcu cicho, bardziej do siebie niż do niej. Zsunął z ramienia plecak i odstawił go przy ścianie, bez pośpiechu, jakby jej słowa nie miały większego znaczenia. Jakby decyzja o tym, że tu zostaje, zapadła już dawno — jeszcze zanim zapukał do drzwi.
Na ogół nie był arogancki, wśród sąsiadów uchodził za miłego, aczkolwiek skrytego chłopaka, z nutą tajemniczości w lazurowo-niebieskich oczach. Jednak Lilian mogła zupełnie inaczej odebrać jego zachowanie, kiedy to palce przesunęły się po krawędzi jednej z listew znajdujących się tuż przy drzwiach. Lekki nacisk. Drewno drgnęło wypełniając ciszę charakterystycznym dźwiękiem. Jedna brew Maxa uniosła się minimalnie, ale nie skomentował tego od razu. Zamiast tego odsunął dłoń, jakby nie chciał jej bardziej prowokować, niż było to konieczne. — Czyli to wszystko tak… samo się trzyma? — rzucił w końcu, spokojnie, bez cienia złośliwości, choć gdzieś pod powierzchnią czaiła się nuta ironii. Odwrócił się w stronę brunetki, opierając się lekko o ścianę, ręce wsunął do kieszeni.Przez chwilę nic nie mówił.
Po prostu patrzył. Nie w sposób nachalny, nie oceniający — raczej analizujący. Jakby próbował zrozumieć, gdzie kończy się jej duma, a zaczyna coś, czego sama nie chce pokazać.— Wiesz— odezwał się w końcu — ludzie zwykle nie zamykają drzwi na trzy zamki, jeśli wszystko mają pod kontrolą. - Zamilkł. Krótka pauza. Wziął oddech. — Ale spoko — dodał po chwili, odrywając się od ściany i robiąc kilka kroków w głąb pomieszczenia. — Nie musisz mi nic pokazywać. - zatrzymał się przy schodach, zerkając na ich konstrukcję, jakby rozmowa toczyła się gdzieś obok.— Wystarczy, że coś się rozpadnie. Prędzej czy później i tak do mnie zadzwonisz. - kącik jego ust drgnął niemal niezauważalnie.— Pytanie tylko, czy wtedy będzie jeszcze co ratować, hm? - czyżby wygrał tę dziwną potyczkę?
Lilian Davenport
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W dalszym ciągu patrzyła na mężczyznę: sunęła ciemnymi oczami po jego prostej sylwecie, dobrze zbudowanej klatce piersiowej, smukłej szyi, zarysowanej szczęce, ustach, nosie i ostatecznie zatrzymała się na błękitnych soczewkach.
W tamtym momencie wydały się Lilce podejrzanie znajome, lecz odgoniła dziwne uczucie, gdy Max odwzajemnił jej spojrzenie. Wówczas natychmiast z wyraźną przekorą napięła ramiona i uniosła brodę.
— Co? — rzuciła niegrzecznie, zaraz po tym, jak cicho mruknął i odstawił plecak obok ściany. Nie chciała, aby się tak szybko rozgościł, więc mimowolnie sięgnęła po jego bagaż i ponownie wepchnęła mężczyźnie do rąk.
W innych okolicznościach Lilian taka nie była. W innych okolicznościach serdecznie witała gości i z chęcią oprowadzała ich po pensjonacie, posyłając w przestrzeń anegdotki, dotyczące zarówno budynku, miasta, jak i jej prywatnego życia. Lubiła przebywać pomiędzy ludźmi i lubiła ten osobliwy moment zapoznawania się z nimi.
Jednak majster irytował ją samym faktem, że był majstrem, a jakby mało tego było zbyt śmiało pozwalał sobie na dotykanie elementów pensjonatu, przez co po raz kolejny ostentacyjnie wywróciła oczami. Wyglądała bardziej jak rozzłoszczony kurczak, aniżeli młoda kierowniczka tego przytułku.
— A jak ma się trzymać? — burknęła złowieszczo, posyłając mu retoryczne pytanie. Lilian nie znała się na mankamentach budownictwa. Nie dostrzegała tych wszystkich niedoskonałości, które szerzyły się wokół niej. — Mam pod kontrolą pensjonat, ale niekoniecznie ludzi, których sprowadza tu moja babcia — rzuciła natychmiast bez cienia jakichkolwiek wątpliwości, sugerując ponownie, że nie był w jej oczach mile widziany. — Nie zadzwonię do ciebie, Supermenie.
Chyba w tym momencie była zbyt dumna, aby pozwolić nieznajomemu przejąć kontrolę nad tym, co chciała i co czuła. Jeszcze wyżej uniosła brodę, po czym bez krzty zawahania minęła mężczyznę, przy czym w demonstracyjny sposób szturchnęła go ramieniem.
— Żegnam ozięble. Trafisz sam do wyjścia, prawda? — prychnęła na odchodnym i wspięła się najpierw na pierwszy schodek, i drugi, i kolejny, i...
...drewno pod jej ciężarem nagle trzasnęło. Deska ułamała się z głuchym hukiem. Lilian momentalnie straciła równowagę. Odruchowo rzuciła się w bok, próbując chwycić barierki, lecz ta zaskrzypiała niebezpiecznie i pękła niemal w tej samej chwili, nie dając jej żadnego oparcia.
Zsunęła się w dół i w następnym ułamku sekundy wpadła prosto w ramiona Maxa.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Przez ułamek sekundy naprawdę sądził, że stanie mu na drodze. Że spróbuje go zatrzymać, przysłaniając wszystko swoją drobną sylwetką, jakby samą obecnością mogła powstrzymać go przed zobaczeniem tego, czego nie chciała pokazać. Ostatecznie nie zrobiła tak, jak mógł się spodziewać, zamiast tego dała upust swoim emocjom poprzez wywrócenie oczami i westchnienie - demonstracyjne, trochę zbyt wyraźne, trochę zbyt… kontrolowane. Max uniósł lekko prawą brew, obserwując ją z tą swoją cichą uważnością. — Mhm — mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, wszakże mimo, iż jej nie znał to doskonale obyty był z postawą jaką prezentowała. Duma, która nie pozwalała odpuścić. Upór podszyty czymś więcej niż tylko złością. Próba przykrycia czegoś, czego nie chciało się pokazać — nawet jeśli oznaczało to wchodzenie w konflikt od pierwszej sekundy.
Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakby powstrzymywał komentarz, który pierwszy cisnął się na usta. — Spokojnie — rzucił w końcu cicho w odpowiedzi na jej pytanie, bez nacisku, ale z nutą, która zdradzała, że widzi więcej, niż powinien. — Jeszcze niczego nie „zbezcześciłem”. - dodał, niebieskie tęczówki ponownie przemknęły po pomieszczeniu, lecz tym razem szybciej wróciły do dziewczyny. — Na razie tylko patrzę. - to tylko rozbrzmiało między nimi, a napięta atmosfera oraz drzemiące w Lilian emocje, mogły zniekształcić proste słowo, w coś co brzmiało jakby znaczyło zdecydowanie więcej niż powinno.
Na kolejne pytanie wypowiedziane przez brunetkę nawet nie zdążył odpowiedzieć. Jej słowa, ton, sposób, w jaki wpychała mu plecak w ręce — to wszystko gdzieś do niego docierało, jednak nie zostawało na długo. Stanowiło coś na kształt szumu w tle, było to coś zbyt znajomego, dzięki czemu potrafił zignorować to bez większego wysiłku. Zbyt wiele razy miał do czynienia z ludźmi, którzy próbowali postawić mur zanim zdążył zrobić krok.
Ale schody… Schody zauważył od razu. Nie dlatego, że chciał jej coś udowodnić. Nie dlatego, że szukał problemu. Po prostu nie potrafił tego nie widzieć: napięcie drewna, nierówny ciężar, minimalne odchylenie, które dla większości było niczym. Dla niego stanowiło sygnał. I dlatego dokładnie w tej samej chwili, w której Lilian stawiała kolejny krok, coś w nim spięło się niemal boleśnie. Ojciec nazywał to „wyprzedzaniem sekundy”. Najpierw reakcja - myślenie później.
Trzask rozciął gwałtownie powietrze, a spomiędzy ust Korhenon’a wydobyło się niewdzięczne — Kurwa! - dokładnie w chwili, kiedy ruszył przed siebie. Natychmiast, bez zbędnego wahania czy zimnej kalkulacji. Jedno szarpnięcie do przodu, pośpieszne skrócenie dystansu. Ciało Maxa działało instynktownie, szybciej niż świadomość, dokładnie tak, jak było trenowane latami. W chwili, gdy deska pękła, a barierka nie wytrzymała. Złapał ją w locie.
Uderzyła w niego mocniej, niż się spodziewał, ciężar ciała panny Davenport zmusił go wykonania pół kroku w tył, aby nie stracić równowagi; utrzymał ją. Ręce zacisnął odruchowo, pewnie — jedną na jej plecach, drugą przy ramieniu, stabilizując ją zanim upadek zdążył się dokonać. Powietrze na moment uciekło mu z płuc, odbierając życiodajny tlen. Serce w piersi uderzyło za szybko, zbyt mocno. Na ułamek sekundy wszystko zamilkło, zostawiając tylko jej ciężar, ciepło, które poczuł przez materiał ubrania, i to napięcie w ciele, które jeszcze nie zdążyło opaść.
Korhonen nie odsunął się od razu. Coś go zatrzymało - może adrenalina? może przyzwyczajenie? A może coś zupełnie innego. Spojrzał w dół. Na nią. Z bliska. Ich twarze były zdecydowanie za blisko biorąc pod uwagę fakt, iż była kimś, kto jeszcze chwilę temu próbował go wyrzucić. Szczęka mężczyzny zacisnęła się lekko, a oddech wciąż był nierówny, jakby organizm jeszcze nie nadążał za tym, co się właśnie wydarzyło. Przez chwilę po prostu patrzył — uważnie, zbyt długo, jakby próbował upewnić się, że naprawdę stoi i nie skończy się to ich upadkiem. I wtedy to poczuł.
Zapach. Znajomy, niemal zbyt oczywisty — farba, smar, coś surowego, co zawsze się za nim ciągnęło, czego nigdy do końca nie potrafił się pozbyć. Przesiąknięty był tym na tyle, że nawet teraz, w tej absurdalnie bliskiej odległości, nie miał wątpliwości, że ona też to czuje. Ale było w tym coś jeszcze. Jaśmin. Delikatny, zupełnie niepasujący do całej tej sytuacji, a jednocześnie… przyciągający uwagę bardziej, niż powinien. Wdzierał się gdzieś pomiędzy tę surowość, łagodził ją, mieszał się z nią w sposób, który był niemal rozpraszający. Max zmrużył lekko oczy, jakby dopiero teraz naprawdę ją zauważył. Nie tylko jako dziewczynę, która przed chwilą prawie spadła ze schodów i która próbowała się go pozbyć. Spojrzenie na moment zatrzymał na jej oczach, potem niżej — zupełnie odruchowo — zanim znów wrócił wyżej. Palce, które jeszcze chwilę temu zaciskały się pewnie, teraz rozluźniły się minimalnie, choć wciąż pozostawały na swoim miejscu, jakby nie do końca był gotów ją puścić.
Przyjrzał się jej twarzy — szybko, uważnie, instynktownie sprawdzając, czy nic jej się nie stało. — Nic ci nie jest? — zapytał cicho, choć w tonie jego głosu pobrzmiewało coś ostrzejszego — echo adrenaliny, która jeszcze nie zdążyła opaść. — Wiesz… — dodał zanim udzieliła odpowiedzi, odrywając od niej wzroku — powinnaś jednak uważać. - skwitował. Jeszcze jedna sekunda. Za długa. — Nie zawsze ktoś cię złapie. - zauważył, dopiero wtedy rozluźniając bardziej dłonie i pozwalając jej odzyskać pełną równowagę, ale nie odsunął się od razu. Na moment skierował niebieskie tęczówki w stronę schodów — złamana deska, pęknięta barierka. Ponownie skupił się na niej, patrząc w brązowe oczy, tym razem już bez tej wcześniejszej obojętności. — I ty naprawdę myślałaś, że to się „trzyma”? — zapytał spokojnie, choć gdzieś pod tym spokojem wciąż czaiło się napięcie. Kącik jego ust drgnął jednak minimalnie, jakby coś nagle go rozbawiło — wspomnienie sprzed kilku sekund, które dopiero teraz do niego wróciło. — A tak w ogóle… — zaczął — nazwałaś mnie przed chwilą Supermanem. - zrobił, krótką teatralną pauzę unosząc brew — Zauważyłaś, że jestem tak samo przystojny jak on? — mruknął z ledwo wyczuwalną nutą zaczepności. — Schlebiasz mi… chociaż zupełnie niepotrzebnie. - dopiero wtedy sie od niej odrobinę odsunął , na tyle, żeby odzyskała przestrzeń osobistą, jednak nie na tyle daleko, by wciąż ją obserwować.
Lilian Davenport