-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To było ciężkie pytanie, bo nie była w stu procentach pewna. Nie była jak te wszystkie kobiety, które się cieszą i nie mogą się doczekać macierzyństwa. Możliwe, że to przez to, że w ogóle się do tego nie przygotowywała i została wzięta z zaskoczenia, ale w tym momencie przede wszystkim czuła niepewność. Czy sobie poradzi? Czy była gotowa na zostanie matką? Czy da radę wychować dobrze małego człowieka, który miał się rozwijać pod jej sercem?
Fakt, że miała wsparcie w Giovannim był jej bardziej niż potrzebny. To, że jej nie odtrącił, a przypomniał, że będzie w tym z nim jeśli tylko chciała, był niesamowicie budujący oraz uspokajający. Bo właśnie to też potrzebowała usłyszeć.
Ale czy znała odpowiedź na jego pytanie?
Nie umiała odpowiedzieć mu, że chce lub nie chce tego w stu procentach. Nigdy o tym nie marzyła, nigdy nawet o tym nie myślała. Wiele lat uciekała przed ciążą. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła, tak samo jak jej życie oraz wszystkie okoliczności.
Westchnęła ciężej pod nosem, podnosząc na niego spojrzenie. Jeszcze przez chwilę nie odpowiadała, mieląc w głowie własne myśli. Dopiero później sięgnęła ostrożnie, powoli do jego karku, układając na nim swoją wolną dłoń.
— Jesteś moją rodziną, Giovanni. Chcę spędzić przy tobie resztę swojego życia, więc jeśli jesteś w tym ze mną i jest to jest nasz kolejny etap, to chcę go — przyznała szczerze, przez cały ten czas nie odrywając spojrzenia z jego oczu i dłoni od karku.
Porzuciła wszystkich dla niego i tego, co miała z nim. Pozostawiła swoją rodzinę, która nawet nie wiedziała o tym, że bierze ślub. Pozwoliła wszystkim myśleć, że wciąż jest zaginiona i najprawdopodobniej już nie żyje. Salvatore był jej najbliższą osobą. Kimś, z kim miała wziąć ślub. I nawet jeśli dla niego miało to być czysto strategiczne, dla niej wiązało się także z masą silnych uczuć, które do niego czuła. Dlatego też wieści o ciąży jej całkowicie nie załamały, a jedynie wystraszyły.
Bo to on był ojcem.
Przysnęła się, gdy ją do siebie przyciągnął i ten jeden gest wystarczył, aby poczuła się spokojniejsza. Jakby cała poprzednia niepewność związana z przekazaniem zaskakujących wieści nagle uleciała. Tylko tyle potrzebowała. Wydawałoby się, że drobny gest, który dla niej znaczył bardzo dużo.
Dlaczego bałaś się mojej reakcji?
Kącik ust jej drgnął w żałosnym uśmiechu, który jednak tak samo szybko zniknął, co się pojawił.
— To jeszcze naleciałość po Subinie — wyjaśniła, opuszczając spojrzenie na biurko. Jakby czując się zwyczajnie głupio, że jej podświadomość podsuwała jej takie scenariusze, skoro od incydentu we Włoszech minęły już długie miesiące. Nie mówiąc o tym, że z Subinem widziała się ostatni raz dawno temu, a mimo to, pewnie jeszcze długi czas będzie leczyć traumy oraz dawne odruchy po przemocowym małżeństwie z Koreańczykiem. — Obawiałam się, że posądzisz mnie o zdradę, skoro podobno nie możesz mieć dzieci. — Zawsze mógł wykonać test, a ona by jeszcze dostarczyłaby mu próbki, bo była absolutnie pewna wyniku. — I chociaż wiem, że się nie unosisz, to i tak się bałam, że mnie obwinisz czy okrzyczysz — dodała, podnosząc z powrotem na niego spojrzenie.
To było silniejsze od niej. Te nawyki w zachowaniu, jakby wciąż żyła z kimś, kto oskarżałby ją o każde niepowodzenie w życiu. I chociaż Subin skakałby z radości na wieść o ciąży, bo przecież tak bardzo się o nią starał, tak wiedziała, że gdyby cokolwiek poszło nie po jego myśli, to by się na nią wydarł. I zapewne też podniósł rękę.
A wiadomość o nieplanowanej ciąży była raczej nie po myśli… żadnego z nich.
— Po prostu czasem zapominam, że nie muszę się już bać — powiedziała.
Chociaż ze wszystkich osób, które znała, paradoksalnie, to właśnie on był najgroźniejszy. I to jego powinno się obawiać.
Giovanni Salvatore
-
They call me a demon, they call me a monster, but i can't be the strongest forever
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dlatego kiedy Navi powiedziała mu, że był jej rodziną, nie przyjął tego jak romantycznego wyznania. Przyjął to znacznie poważniej. Jak deklarację przynależności, której ciężaru mogła nawet nie rozumieć do końca.
Nie zdradził jednak niczego na twarzy. Jedynie spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, gdy jego umysł rozbierał jej wypowiedź na części pierwsze, układając z nich coś, co mógłby osadzić w tym swoim systemie, w którym funkcjonować. Dawała mu kierunek. A on, choć nigdy by tego nie przyznał, właśnie kierunku potrzebował najbardziej.
Subina również nie skomentował, ale z zupełnie innego powodu. Ta informacja nie przecięła jego myśli na dłużej, bo puenta była oczywista – wiedział przecież, że jej były mąż (w zasadzie i formalnie – wciąż: obecny), był z gatunku przemocowców, nawet dość szybko to zauważył, bo wystarczyła jedna, wspólna kolacja biznesowa.
Ale wiedział, że odcisnął on ogromne piętno na psychice Navi; podobnie jak jej rodzina, wgrywając w nią wartości, które dla niego były wręcz absurdalne. Bo chociaż nie reagował emocjonalnie, to po latach studiów i obserwacji bezbłędnie rozpoznawał coś, co było powszechnie uznawane za niezdrowe.
Uniósł wolną dłoń i ujął jej podbródek, po czym skierował jej twarz ku sobie, chcąc odwrócić na siebie jej spojrzenie.
— Ja nie krzyczę — powiedział. Nie dla nadania sobie miękkości, sztucznej próbie przypisania sobie cechy łagodnego i zdrowego partnera, a chyba bardziej dla przypomnienia pewnego faktu.
Bo nigdy nie krzyczał. Nie potrzebował podnosić głosu, by ktoś rozumiał, że przekroczył granicę. Nie potrzebował wrzasku, by budować przewagę, wymuszać posłuszeństwo czy zostawiać po sobie strach. Ludzie krzyczeli wtedy, gdy tracili kontrolę. On, gdy czuł zagrożenie dla porządku, stawał się jeszcze cichszy. Więc im więcej milczał, tym groźniejszy się stawał.
Przesunął kciukiem po jej skórze, świadomie narzucając we własnym spojrzeniu nutę łagodności. I chociaż był mistrzem manipulacji i aktorstwa; fałszowania siebie, by inni go kupili, dla jego własnej korzyści; teraz robił to tylko dlatego, aby ona lepiej się poczuła.
Bezpieczniej.
— Jesteś częścią mojego życia, Navi. Mojego porządku, mojej codzienności, systemu, który budowałem latami tak, aby nic nie mogło naruszyć jego konstrukcji. — urwał na moment, pozwalając temu wybrzmieć. To była naczelna zasada, dlaczego w ogóle pozwalał jej jeszcze być. — A to oznacza, że jesteś bezpieczna. I będziesz.
Jej bezpieczeństwo stało się dla niego jednym z najwyższych priorytetów. Bo skoro była jego częścią, to gdyby jej nie chronił – nie chroniłby także samego siebie, a to byłoby po prostu… bardzo nierozsądne.
Otoczył ją w talii nieco ciaśniej, dłoni jednak nie odejmując od jej podbródka, przedłużając ten niby czuły, ale też kontrolujący gest.
— Od jutra zmieniamy kilka kwestii — podjął, przerywając tylko na chwilę, by zbadać spojrzeniem jej reakcję na to pierwsze zdanie. Jak gdyby chciał odczytac, czy wniesie protest, jeszcze zanim miałaby ku temu okazję i, przede wszystkim, powód. — Chcę nazwisko lekarza, adres kliniki i komplet wyników. Zorganizuję drugą opinię, najlepszą dostępną, i nie dlatego, że ci nie wierzę, ale dlatego, że ufam wyłącznie informacjom potwierdzonym wielokrotnie.
Dotyczyło to nie tylko ciąży. Dotyczyło również jego samego, bo kwestia ojcostwa została przez niego przyjęta, przynajmniej na ten moment, ale on w swoim świecie potrzebował sztywnych i niepodważalnych, sprwadzonych kilkakrotnie faktów. Chociaż kwestia jego bezpłodności miała takim być.
— A twoja restauracja zwolni tempo. Jeśli trzeba, zatrudnisz dodatkowych ludzi. Jeśli trzeba, ktoś przejmie część obowiązków. Jeśli trzeba, kupię ci personel od konkurencji razem z ich grafikiem. Ale nie będziesz pracować tak, jak pracowałaś do tej pory. — Jego dłoń przesunęła się wyżej po jej plecach, zatrzymując pomiędzy łopatkami. Wiedział, że była przemęczona i sama to przyznała. Więc to należało zmienić. — I nikt nie dowie się o niczym, dopóki my nie zdecydujemy inaczej. Moja rodzina szczególnie.
To był cały on. Teraz reorganizował wszystko, aby współgrało z nową rzeczywistością, w której się znalazł. Szukał nowego rytmu i procesu, bo tylko tak mógł się uspokoić i być w zgodzie z samym sobą.
I wciągał w to wszystko ją. Sposób, w jaki zakomunikował to wszystko raczej nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. W ten sposób mówił, kiedy on już postanowił i nie było od tego odwrotu. W ten sposób mówił, kiedy kontrolował.
— A teraz powiesz mi — odezwał się ciszej, odejmując dłoń od jej podbródka, by otoczyć ją w pasie — czego potrzebujesz teraz. Nie za miesiąc, nie w listopadzie, nie wtedy gdy wszystko się zmieni, tylko dzisiaj.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W dodatku taką, którą sama sobie wybrała. A to było najważniejsze.
Ja nie krzyczę.
— Wiem — odpowiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, że ze wszystkich osób na świecie, on był tym, który nigdy nie podniósł głosu. Nie słyszała u niego ani trochę uniesionego tonu, który miałby zwiastować wybuch czy zdenerwowanie. Miał na to o wiele lepsze sposoby, ale ona, jako człowiek, który przez lata żył przy wybuchowym człowieku, to było pierwsze, czego mogła oczekiwać. Nawet jeśli podświadomie wiedziała, że tak się nie stanie. To było silniejsze od niej.
Jej ciało się rozluźniło w momencie, jak przesunął palcem po jej skórze i zrobiło to jeszcze bardziej, gdy usłyszała jego słowa. Coś w jej serduchu przyjemnie zabiło, powodując rozlanie się po komórkach nie tyle ciepła, co tego dziwnego poczucia bezpieczeństwa, którego potrzebowała i będzie potrzebować na pewno już do końca.
Wierzyła mu, że ją będzie chronić. Chociaż nigdy od nikogo tego nie oczekiwała. W końcu nie obawiała się ludzi dookoła, bo wcześniej uważała, że największego potwora miała w domu. Teraz jednak nie bała się wracać do rezydencji i nie budziła się ze ściśniętym od stresu sercem, co było najważniejszą zmienną w jej życiu.
Brew jej lekko drgnęła na wieść, że kilka kwestii ulegnie zmianom.
— Jakich? — spytała, lustrując go spojrzeniem. Kącik ust dość prędko jej się uniósł w geście rozczulenia. Dla jednych mogło to być za bardzo kontrolujące, ale ona odbierała to zupełnie inaczej. Jako człowiek o którego wcześniej nikt nie dbał, a jedynie wykorzystywał, takie zachowanie było czymś, czego nie wiedziała, że oczekuje. — W porządku. — Nie miała problemu z przedstawieniem mu wszystkich informacji o lekarzu, klinice, a także wynikach, bo odkąd sprawy między nimi stały się poważne, nie miała przed nim tajemnic. I to nie dlatego, że było to bezsensowne, skoro i tak prędzej czy później wszystko by wiedział.
Mogła się też spodziewać, że będzie chciał, aby zwolniła tempo przy restauracji, przy której ostatnio bardzo dużo pracowała. Nie uważała jednak, że się bardzo przemęcza, bo były to kwestie o które powinna zadbać. Nie była jednak śmiertelnie chora, aby drastycznie zwalniać tempo, zwłaszcza, że czuła się dobrze na ten moment, a jej praca nie była stricte fizyczna. Rozumiała jednak do czego zmierzał, zwłaszcza, że po jego tonie już zwiastowała, że nie miała się co kłócić.
A ona była posłuszną kobietą i wiedziała, kiedy trzymać język za zębami.
Nie zamierzała się też kłócić w kwestii informowania kogokolwiek, bo sama wolała to trzymać w tajemnicy tak długo, jak to było możliwe.
— Jak chcesz. — Na całe szczęście ślub miał się odbyć w następnym miesiącu, więc dopiero trzecim miesiącu ciąży. Pod sukienką nie będzie nic widać, więc nikt nie nabierze podejrzeń. Chyba, że zaproponują jej alkohol, którego będzie odmawiać.
Ale równie dobrze może zwalić to na abstynencję.
Kiedy wszystko zostało już uzgodnione, w pewnym sensie odetchnęła. Zaraz jednak podniosła na niego spojrzenie ponownie, gdy nakazał jej powiedzieć czego potrzebuje. Uśmiechnęła się łagodnie, aby zaledwie sekundę później do niego przylgnąć, opierając policzek na jego piersi.
— Ciebie. — I nie było to rozczulone stwierdzenie, a zwykły fakt. Nigdy nie potrzebowała drugiej osoby. Nigdy też nie mówiła, że kogokolwiek potrzebuje, a jednak przy jego osobie pewne kwestie w jej życiu zaczęły się zmieniać. Bo w końcu miała osobę przy której zwyczajnie chciała być i nie sprawiało to żadnego dyskomfortu. — Chcę się położyć, przytulić i zasnąć. Niczego więcej nie potrzebuję — przyznała. Cały dzień myślała o ten rozmowie, więc kiedy w końcu się z nim skonfrontowała, całe nerwy puściły i przyszło zwyczajne zmęczenie.
A odkąd się z nim związała, spanie samemu, które kiedyś było przyjemne, nagle zaczęło być dziwnie niekomfortowe.
Giovanni Salvatore