35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czym był kolejny sekret w morzu wszystkich innych?
Mercer już uważała go za najgorszego, jej zdanie o nim już sięgnęło dna i nie mogło spaść niżej. Mógłby powiedzieć wszystko, mógłby odsłonić ostatnie karty, które leżały przed nimi na stole. Mógłby powiedzieć jej co z r o b i ł.
Ale ta sama cząstka, która zawsze zatrzymywała go przed zdradzeniem czegoś trudnego, nie wyłączyła się pod wpływem nienawistnych słów rzucanych w jego stronę. Wręcz przeciwnie, sprawiła, że jego buty mocniej wbiły się w ziemię, mocniej trzymały go w miejscu, nie pozwalając na ruszenie się w żadnym z kierunków w ten uparty sposób.
Nigdy nie wypowiedział tych słów głośno.
A teraz też nie musiał.
Jej nagłe słowa przedarły się przez kłębowisko splątanych myśli z impetem, którego się nie spodziewał. Odbiły się zaskoczeniem w jego mimice, nad którym nie potrafił zapanować, które wpełzło do jego mimiki niezaproszone. Spodziewał się, że będzie go nienawidzić, nie spodziewał się jednak t e g o.
Każde z jej oskarżeń odwijało kolejną warstwę, którą pieczołowicie otaczał się przez ostatnie dwa lata. Ujawniało schowane pod spodem, ropiejące wnętrze, którego unikał, nigdy nie kierując tam wzroku. Spychało go z piedestału, na który się wznosił - będąc ponad Mimmo's i tkwiących tam ludzi, ponad tych wszystkich nieposiadających odznaki, jakby ten przedmiot dawał mu jakąkolwiek przewagę.
Każde jej słowo utwierdzało go w przekonaniu, że to był k o n i e c.
Że jej wściekłość i furia nie były powierzchowne, nie były emocją, która przeminie, gdy odpowiednia ilość czasu ukoi jej złość. Że nie była w stanie patrzeć na niego przez pryzmat bliskości, która ich łączyła, tych wszystkich wyznań, które opuściły jego usta. Że nie widziała w nim już człowieka, którego pokochała, ponieważ ten człowiek nigdy nie istniał.
I był gotów się odsunąć.
Odwrócić i ruszyć do wyjścia, wiedząc, że najlepszym, co mógł zrobić, było usunięcie się z jej otoczenia. Nie pragnął walczyć o swoje dobre imię, nie próbował bronić się przed jej oskarżeniami ponieważ w głębi duszy wiedział, że miała rację. Że w niczym nie różnił się od tych, dla których pracował - że być może był od nich gorszy, wciąż pojawiając się w pracy, wciąż nosząc odznakę, z którą próbował przeciwdziałać wszystkim, wyrządzonym przez siebie krzywdom.
Ale wtedy jej wściekłość obrała zupełnie inny tor.
Jego rysy wyostrzyły się gdy słyszał jej prowokacyjne słowa, z których każde, zamiast ciąć, zamiast zostawiać po sobie otwarte rany, utwardzały coś w jego wnętrzu. Prostowały jego wcześniej pochylone barki, usztywniały ciało wcześniej złamanego człowieka z pomocą furii, którą go zarażała.
Tak samo jak z Sophie.
Krok zaniósł go w jej stronę niemal natychmiast, w tym wyrazie gwałtowności, której nie potrafił zatrzymać. Już wcześniej stali blisko, teraz jednak przestrzeń między nimi straciła na wszelkim znaczeniu. Nie po tym, co powiedziała, co zapłonęło w jego wnętrzu nienawiścią - tą samą, która ziała teraz z jej oczu.
Tą, która przykrywała wszystko inne, co do niej czuł.
- Nic ci się nie stanie, Margo - odpowiedział, chłód w jego głosie jeszcze nie zdradzał kotłującej się wewnątrz furii. Nachylił się w stronę kobiety, chwycił jej nadgarstki jeśli próbowała go odepchnąć, w bezczelny sposób wykorzystując przewagę swojej siły by na to jej nie pozwolić. - Wiesz dlaczego?
Nienawiść wykrzywiała jej mimikę w sposób, którego nie znał, czyniąc jej oblicze obcym. A jednak wiedział, że pod nią, chowała się kobieta, którą kochał. Dla której zrobiłby wszystko. Nawet, jeśli miałoby to ją złamać.
- Ponieważ wyciągnę Morettiego z więzienia - wycedził, nie odrywając wzroku od jej tęczówek, pragnąc, by każde z jej słów wyryło się w jej podświadomości. - Zrobię wszystko, czego będzie ode mnie chciał Carbone, ponieważ teraz ma ciebie.
Kartę przetargową, dzięki której nie będzie mógł odmówić. Większą niż ta, którą dyndał przed jego oczami dotychczas. Jego własny los i potencjał wylądowania w więzieniu miał pewne ograniczenia - były rzeczy, na które nawet jego skrzywiona moralność nie mogła pozwolić. Rzeczy, których nie zrobiłby, gdyby ryzykował wyłącznie sobą.
- Każda osoba, która na tym ucierpi, będzie na twoich rękach. - jego dłoń zacisnęła się mocniej na kobiecym nadgarstku, nie pozwalając jej uciec od tej chwili, ciężaru słów, które wypływały z jego ust. - Tak długo, jak będziesz trzymać mnie na wolności, wszystko co zrobię będzie twoją odpowiedzialnością.

margo mercer
30 y/o
SPRING TIME
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z siłą, której nie potrafiła zignorować uderzyły w nią jego słowa.
Wiedziała, że zaszła za daleko, że sięgnęła po coś, czego nie powinna była dotykać, że przekroczyła granicę, której nigdy wcześniej nie przekraczała wobec niego. Nigdy nie zmusił jej do takiej reakcji, nigdy nie popchnął jej w stronę słów tak brudnych, tak bolesnych i tak celnych. Teraz jednak stała naprzeciw niego i broniła się jedynym sposobem, jaki jej pozostał.
Drgnęła, gdy ruszył w jej stronę i przestrzeń między nimi skurczyła się do zera, a jego obecność nagle stała się przytłaczająca w zupełnie inny sposób niż wcześniej. Nie czuła strachu, nie tego rodzaju, który kazałby jej się cofnąć, a jednak coś w niej zareagowało - respekt, a może coś jeszcze innego, co pojawia się wtedy, gdy ktoś nagle przestaje być przewidywalny. - Nie rób tego - powiedziała cicho, z gorzkim uśmiechem, który nie miał w sobie ani odrobiny ciepła, a wyłącznie czystą ironię i zmęczenie. Nie odwróciła wzroku, nie spuściła głowy, choć każda komórka jej ciała krzyczała, żeby się wycofać.
- Nie wycieraj swoich brudnych rąk mną - dodała, ale kolejne słowa ugrzęzły jej w gardle, gdy jego dłonie zacisnęły się na jej nadgarstkach. Szarpnęła się natychmiast, instynktownie, próbując wyrwać się z uścisku, lecz jego siła była nieporównywalna z jej własną. Ból pojawił się szybko, choć daleko było mu do ostrości. Mimo to, czuła, jak promieniuje od miejsca, w którym ją trzymał, rozlewa się wyżej, aż do ramion. Twarz wykrzywiła jej się w grymasie, który próbowała stłumić, lecz ciało zdradzało ją bezlitośnie, reagując na każdy kolejny nacisk.
Jego słowa przeszywały ją chłodem, wślizgiwały się pod skórę, trafiały dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej, bo były p r a w d z i w e. Nie chciała tego przyznać, nie zamierzała dać mu tej satysfakcji, jednak świadomość wdzierała się do środka, nie pozwalając zapomnieć o sobie. - Zrobię to - warknęła w końcu z determinacją nacechowaną wyłącznie desperacją. - Zrobię to, tylko mnie puść - szarpnęła się jeszcze raz, tym razem gwałtowniej, wykorzystując moment, w którym jego chwyt choć na ułamek sekundy się zmienił. Odepchnęła go, wkładając w ten ruch całą pozostałą energię, jaką miała i wreszcie wyrwała nadgarstki z jego dłoni.
Cofając się o krok, jakby potrzebowała powietrza, odwróciła się nagle, kierując się w stronę komody.
Ruchy miała szybkie i nerwowe, ale zdecydowane; nie myślała, po prostu działała. Szuflada wysunęła się z ostrym dźwiękiem, gdy sięgnęła do środka i wyciągnęła to, czego nie powinna była mieć w tym miejscu - broń, odznakę i kajdanki. Metal błysnął krótko w przytłumionym świetle mieszkania, gdy odwróciła się z powrotem w jego stronę, a jej spojrzenie było twarde.
Nie wahała się, napędzana impulsami. Złapała jego ręce, zanim w ogóle zdążył zareagować, wykręcając je w sposób, który znała z setek sytuacji służbowych, choć tym razem każdy ruch był podszyty emocją, której nie potrafiła wyłączyć. Metal kajdanek zatrzasnął się na jego nadgarstkach z wyraźnym dźwiękiem, zaciskając się na nich zdecydowanie - zbyt mocno i zbyt osobiście.
- Nie będziesz mnie w to wciągał, kurwa – warknęła niemal przez zaciśnięte zęby, popychając go w stronę drzwi, które wciąż pozostawały otwarte. Jej dłonie drżały, a jednak ruchy pozostawały stanowcze, wymuszone bardziej uporem niż siłą. - Wszedłeś w to gówno z własnego wyboru, więc nie próbuj teraz robić ze mnie swojego alibi - popchnęła go jeszcze raz, ale tym razem nie przesunął się do przodu nawet o milimetr. Była naiwna sądząc, że tak łatwo sobie poradzi, że w ten prosty sposób rozwiąże problem.
Myślała wyłącznie o tym, że musi iść dalej, że musi zrobić następny krok, choć każdy kolejny wydawał się coraz cięższy do wykonania. - Z miejsca do którego cię zaprowadzę, nie zrobisz n i c - rzuciła jeszcze, głos jej zadrżał, ale nie cofała się. - Nie wyciągniesz Morettiego, nie pozwolę ci na to - w jej oczach czaił się obłęd, podsycany prowokacją, której on się dopuszczał. Tej samej, którą ona kierowała w jego stronę. I tej samej, która zaprowadziła ich prosto w ramiona zguby.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

P u ś ć.
Jego palce rozwarły się bezwarunkowo, kompletnie nieświadome siły, z jaką trzymał jej nadgarstki. Wściekłość przekształcała jego ciało w marionetkę, oplatała jego kończyny niewidzialnymi sznurkami, za które następnie pociągała w miarę kolejnych, wypowiadanych przez kobietę słów.
Dziwny rodzaj s p o k o j u zawładnął nim gdy odwróciła się, rzucając do jednej z szuflad, z rodzaju tych ze starych rysunków, widocznych na twarzach stojących na szafocie. To byłoby przecież proste. Cały ten czas unikał więzienia, ale czy w skali wszystkich rzeczy, które mogły się wydarzyć, wszystkich konsekwencji sięgających ku niemu swoimi pazurami, czy nie byłoby to najprostszym rozwiązaniem?
Usuwałoby jego możliwości. Wiązałoby mu ręce, zarówno dosłownie jak i w przenośni. Czyniłoby ją bezpieczną, ponieważ nie byłby w stanie wykonywać kolejnych poleceń niezależnie od swoich chęci. Nie mógłby zrobić niczego zza więziennych krat, stałby się bezużyteczny dla Ventresci, a ten koszmar, przynajmniej dla niej, wreszcie by się skończył.
A jednak coś szarpnęło w jego wnętrzu gdy chwyciła jego nadgarstki, gdy wyczuł na nich chłód kajdanek. Jakby nie do końca wierzył w to, że była skłonna to zrobić.
Jakby nie wiedział, czy on potrafił to zaakceptować.
Ta jego połowa, która nosiła każdego dnia odznakę i usiłowała zadośćuczynić w środku dnia pozwoliła im zamknąć się na swoich rękach, pozwoliła jej działać. Ta druga zaś szarpnęła za nie gwałtownie, przyzwyczajona do bycia wolną od reperkusji, niemal zwierzęca w swojej potrzebie zachowania wolności.
I choć go skuła, nie była w stanie wypchnąć go ze swojego mieszkania.
Jego but natychmiast zaczepił o otwarte drzwi, do których go pchała. Sprawił, że zamknęły się zamaszystym ruchem, który uniósł jej splątane kosmyki włosów w górę niczym podmuch wiatru. Z hukiem odgrodził ich od korytarza, od sąsiadów i od samochodu, do którego chciała go wepchnąć.
- Czy ty naprawdę wierzysz w to, czym karmił cię Carbone? - warknął, odwracając się przodem do niej, wyślizgując z uścisku, w którym próbowała go trzymać. Różnica w ich wzroście zawsze była duża, teraz wydawała się jedynie spotęgowana - w kurtce, która dodawała mu gabarytów, butach, podczas gdy ona na stopach nie miała żadnych. - Nie mogę uwierzyć, że jesteś tak głupia.
Odwrócił się gdy znów spróbowała go odczłowieczyć, chwycić za kajdanki, za wykręcone w tył ręce, byle tylko nie patrzeć w jego twarz. Byle móc traktować go jak kolejnego przestępcę, ignorować tę nić, splatającą ich losy od samego początku.
A gdy znalazła się przy drzwiach, ruszył naprzód, ignorując kajdanki i swoje ograniczone możliwości. Zmusił ją, by cofnęła się o krok, w stronę ściany po drugiej stronie, nawet jeśli miałby fizycznie pchnąć ją w tył swoim ciałem.
- Nie wszedłem w układ z Ventrescą z miłości - wycedził, robiąc kolejny krok, nieustannie wkraczając w tę przestrzeń, w której nigdy żadne z nich nie powinno być skute, zmuszając ją do cofania się nawet, jeśli tego nie chciała. - Zrobiłem to z nienawiści. Desperacji i przekonania, że moje życie nie ma już żadnego znaczenia.
Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy jej plecy uderzyły o drzwi, ścianę, cokolwiek, co znajdowało się gdzieś za nią, poza polem jego widzenia - jego wzrok bowiem skupiony wyłącznie był na tych wściekłych tęczówkach, wbitych prosto w niego.
- Nie masz pojęcia do czego jestem zdolny z miłości - warknął, przysuwając jeszcze trochę, jeszcze bliżej, jakby każdy dystans między nimi stanowił przeszkodę, przez którą sens jego słów mógł do niej nie dotrzeć. - Zrobię dla ciebie w s z y s t k o, Margo.
Nawet, jeśli miałoby to kosztować jego duszę.

margo mercer
30 y/o
SPRING TIME
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była głupia, miał absolutną rację.
Była głupia, bo uwierzyła w każde słowo wypowiedziane przez Carbone’a, pozwoliła, by jego półuśmiechy i niedopowiedzenia zaszczepiły w niej wątpliwości, które rozlały się jak trucizna. Była głupia, bo przez cały ten czas wierzyła również Rhysowi, wierzyła w jego milczenie, w jego spojrzenia, w to, co dawał jej między słowami, a czego nigdy nie nazwał wprost. Była głupia, bo oddała mu wszystko, co miała, każdy kawałek siebie, nie zostawiając sobie niczego na wypadek, gdyby się rozpadło. Była głupia, bo nawet teraz, gdy każdy sygnał ostrzegawczy powinien wyć w jej głowie, wciąż wybierała to, co czuła, zamiast tego, co powinna zrobić.
Była głupia, bo stała przed nim bez ruchu, zamiast wykorzystać przewagę, którą jeszcze przed chwilą miała, bo zamiast odsunąć się, zakończyć to raz na zawsze, pozwalała, by robił kolejny krok, a ona odpowiadała mu tym samym, cofając się dokładnie o tyle, ile on się zbliżał. Była głupia, bo pozwoliła zamknąć się w tej przestrzeni, w tej ciasnocie, w której nie było miejsca na nic poza nim. Była głupia, bo patrzyła mu w oczy, zamiast uciec wzrokiem i odciąć się od tej zieleni, która wciągała ją z powrotem głębiej, niż powinna. Była głupia, bo jej spojrzenie opadło niżej, zatrzymało się na jego ustach, tych samych, które jeszcze chwilę wcześniej raniły ją bezlitośnie, a mimo to wciąż przyciągały ją z siłą, której nie potrafiła zignorować.
Była głupia, bo t ę s k n i ł a. Za nim i za tym, co stworzył; za człowiekiem, którego być może nigdy nie było, a którego kochała z całej siły jaką miała.
W tej samej, bezbrzeżnej głupocie uniosła lekko głowę, jakby coś w niej przestało walczyć, jakby na chwilę odpuściła, wypuszczając z płuc cichy oddech. Jej dłoń drgnęła, zawahała się na ułamek sekundy, a potem podążyła tam, gdzie ciągnęło ją serce. Dotknęła jego ramienia, napiętego, unieruchomionego przez kajdanki, przesuwając palce wyżej, niemal niepewnie, jakby bała się, że ten dotyk zaraz zniknie. Wyżej do szyi, gdzie pod opuszkami poczuła jego nierówny puls, zdradzający wszystko to, czego nie wypowiedział.
Jeszcze wyżej, aż wreszcie jej dłoń odnalazła jego policzek, zatrzymała się tam, jakby próbowała zapamiętać fakturę jego skóry i ciepło, które znała na pamięć.
- Nie chcę tego - powiedziała cicho, głos miała dziwnie miękki, jakby nie należał już do tej samej osoby, która przed chwilą rzucała w niego słowami jak nożami. - Nie chcę, żebyś robił dla mnie cokolwiek. Nie chcę, żebyś dla mnie niszczył swoje życie. Nie potrzebuję tego - pokręciła lekko głową. - Ale zwariowałam na samą myśl, że robisz to dla kogoś innego.
Nie dała sobie czasu na zastanowienie, nie pozwoliła rozumowi dojść do głosu, nie dopuściła żadnej wątpliwości, która mogłaby ją zatrzymać. Zamiast tego wspięła się na palce i zamknęła dzielącą ich odległość jednym, gwałtownym ruchem.
Pocałunek nie miał w sobie nic z delikatności, nic z ostrożności, był nagły i szorstki. Wpiła się w jego usta z desperacją, jakby próbowała odzyskać coś, co już straciła, a ten jeden moment miał cofnąć czas i wymazać każde słowo i każdą prawdę, która padła między nimi.
Jej dłoń na jego twarzy zacisnęła się mocniej, podczas gdy druga niemal instynktownie przesunęła się wzdłuż jego szyi, przyciągając go bliżej, choć przecież nie było już żadnego dystansu do skrócenia.
Całowała go chaotycznie, nierówno, jakby nie mogła się zdecydować, czy chce go odepchnąć, czy zatrzymać przy sobie na zawsze. Każdy ruch był sprzeczny z poprzednim, każda sekunda niosła ze sobą inne uczucie - gniew mieszał się z tęsknotą, ból z ulgą, a wszystko razem tworzyło coś, co nie miało prawa istnieć, a jednak było najbardziej prawdziwe ze wszystkiego, co działo się między nimi.
Na ten krótki moment dookoła zrobiło się cicho. Zniknęła wściekłość, zniknęły oskarżenia, zniknął świat poza nimi. Zostało tylko to - irracjonalne, złe, nie do obronienia, a jednocześnie jedyne, czego w tej chwili naprawdę chciała.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „#24”