Zapach spirytusu był znajomy. Ile razy ktoś opatrywał go, gdy przychodził pocięty i podziurawiony? Nie mógł tego zliczyć. Robił to nawet Martin, gdzieś w swojej piwnicy, gdy ukrywali się przed zaniepokojonym spojrzeniem Cassandry, próbując odciąć ją od tego życia na krawędzi. Gdyby Joe odsłoniła jego ciało bardziej, z pewnością mogłaby dostrzec siatkę starych blizn pokrywającą znaczną część skóry. Niektóre blade i niemal niewidoczne, inne wciąż brzydko zaróżowione i wypukłe; mapa wspomnień wyryta w ciele, symbol przetrwania i krzywd. Nie ukrywał ich, ale nigdy nie poświęcał im uwagi, jakby ta tkanka nie należała już do niego – może tak właśnie było? Może każdy ten fragment był własnością ludzi, którzy w przeszłości zadali mu rany, wydzierając wraz ze skórą jakąś głębszą część Carlosa, aż wyrzeźbili z niego człowieka, którym był dzisiaj.
Alkohol drażnił skórę, gdy Joe odkażała ranę. Skóra pulsowała i drżała, jakby chciała uciec przed kolejną torturą, ale Salazar nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Skrzywił się jedynie, zaciskając palce na leżącym gdzieś blisko mokrym ręczniku. Szybko jednak przybrał na twarz uśmiech – niewyraźny, ale wyglądający niemal łobuzersko, zupełnie nie pasujący do sytuacji w jakiej się znajdował.
— Sí, señora... — powtórzył swoje poprzednie słowa, urywając je, gdy gaza znów przejechała po ranie. Spojrzał na Joe, zupełnie przytomnie, jakby zamierzał rzucić jej wyzwanie. Pokazać, że to, co napawało ją i Cassandrę tak dużym niepokojem, było jedynie przejściową niedogodnością. Chciał popchnąć ją dalej, by to zacięcie, które przed momentem zalśniło w jej oczach, błysnęło ponownie. Może zamierzał nawet sprawić, by poczuła gniew na jego lekceważące podejście do własnego stanu; tak będzie prościej zatopić igłę w gorącą skórę i szyć, próbując znaleźć pewny chwyt, gdy palce zaczną ślizgać się we krwi. — To wciąż nie takie trudne. — Ogień zapalniczki błysnął, a metal igły zaognił się na ostrym końcu. Dokładnie w tym momencie przeniósł spojrzenie na Cassandrę, napotykając jej gniewne oczy, pełne niewypowiedzianego, ale dobrze wyczuwalnego wyrzutu. Tak, to wszystko było jego winą, doskonale o tym wiedział. Nigdy nie powinno dojść do tej sytuacji, nie powinien ich obciążać ciężarem ratowania czyjegoś życia – to nie ich krzyż do niesienia. Nie było jednak w tym mieście człowieka, któremu ufałby bardziej niż Cassandrze, a ona najwyraźniej powierzyłaby swoje życie w ręce Joe. Wybory posypały się, pękły kolejne ogniwa łańcucha i było już za późno na odwrót. Jedyne co mógł zrobić, gdy to wszystko dobiegnie końca, to zminimalizować szkody i dopilnować, by ręce Grainer pozostały czyste. Córka Martina pozostawała jednak znacznie bardziej złożonym problemem, bo czy tego chciał, czy nie, stanowiła dla Carlosa zupełnie inny rodzaj obowiązku i słabości. Były rzeczy, których nadal nie wypowiedzieli głośno, choć powinni zrobić to już dawno temu.
— Nie umrę — wysyczał, zaciskając zęby, gdy palce Joe naciągnęły skórę przy ranie, przygotowując ją do kolejnego etapu. Złapał za butelkę wódki, którą Cassie przyniosła z kuchni i wypił kilka sporych łyków. Nie powinien rozcieńczać krwi, ale czy w tym wypadku naprawdę to miałby być ich największy problem? Ostra gorycz paląca gardło miała na celu choć częściowo stłumić ból, rozluźnić mięśnie, ukołysać nerwy. To zabawne – wydawało się, że z całej ich trójki, to on potrzebował tego ostatniego najmniej. Nie było w Carlosie strachu ani wahania. — Wszystko będzie dobrze. — Odstawił butelkę, a jego palce zacisnęły się na dłoni Cassandry, którą jeszcze przed momentem ocierała łzy z twarzy. Wkrótce uścisk stał się mocniejszy, niemal zbyt gwałtowny, gdy igła przebiła skórę po raz pierwszy, a ciałem Salazara wstrząsnął dreszcz.
To doprawdy dziwne uczucie, gdy metal przebija się przez miękką tkankę, ciągnąc za sobą nić. Początkowo ból wydaje się rozrywający i zbyt ostry, głowa sama odchyla się do tyłu, a oczy uciekają w głąb czaszki. Człowiek chce uciec, skulić się w sobie, by nie dopuścić do kolejnego ukłucia. Następne centymetry stają się prostsze, a mrowienie rozchodzące się po rozgrzanej skórze traci na sile, jakby organizm sam odcinał bodźce. Igła znów zatapia się w ciało, krople zimnego potu zalewają skórę, włosy kleją się do czoła, a ból przekształca się w masochistyczną przyjemność – nacisk, szarpnięcie i w końcu ulga, kontury powoli się zaciemniają, rzeczywistość odpływa, ale nie całkowicie, bo wciąż jest ten element, który każe czuwać i walczyć.
Uścisk na dłoni Cassandry zelżał całkowicie. Oddech Carlosa był szybki i płytki, całe jego ramię drżało spazmatycznie, nie potrafiąc znieść kolejnego wysiłku, ale zupełnie tego nie czuł. Spojrzenie znów zaszło niepokojącą mgłą, krążył nim między dwoma postaciami, które czuwały u jego boku. Strach i zdeterminowanie mieszały się, zagęszczając powietrze, którym wszyscy niespokojnie próbowali oddychać. Chciałby zażartować po raz kolejny, jeszcze raz zapewnić, że to wszystko było całkiem proste, ale tym razem język zesztywniał w ustach. Starał się ułatwić Joe pracę, rozluźnić spinające się mięśnie jak najbardziej, ale były odruchy, których nie kontrolował. Jeszcze trochę, jeszcze kilka szwów, a później wszyscy będą mogli zrzucić ten ciężar z piersi. Kilka milimetrów szarpanej skóry i Joe w końcu zda egzamin, a Carlos będzie jej winny znacznie więcej niż cholerny ekspres do kawy.
Nie umrze, nie tutaj, nie tej nocy. Nie na oczach Cassandry i nie pod dłońmi Grainer.