Zdrowy rozsądek?
Nie, to stanowczo nadal nie było coś, czym Dante mógłby chcieć się kierować. Pod tym względem zdecydowanie
nic nie zmieniło się od czasu, gdy widzieli się po raz ostatni. Nawet, jeśli ten rzeczywiście mógłby podpowiadać, że uczczenie tego niespodziewanego spotkania pijaństwem rozpoczętym jeszcze przed południem, najpewniej nawet nie leżało koło czegoś, co można byłoby nazwać
dobrym pomysłem. Z drugiej strony… przecież i tak nie był to nawet pierwszy raz, kiedy miałby zaczynać dzień od porządnego drinka zamiast kawy. Fakt, że zwykle tak zaczęte poranki wcale nie kończyły się później najlepiej, widocznie można było pominąć taktownym milczeniem i udawaną niepamięcią.
–
Następnym razem postaram się trafić w lepszy termin – zaśmiał się, odwzajemniając ten jej uścisk jeszcze przez chwilę, przy tym jednak nie próbując jej dodatkowo dusić. W przeciwieństwie do niej, choć trudno byłoby powiedzieć, że miałoby mu to jakoś mocno przeszkadzać, skoro nawet próba teatralnego skrzywienia się, mogła zakończyć się co najwyżej uśmiechem. –
A jeżeli chcesz, żebym znowu skończył z połamanym obojczykiem, to jesteś na dobrej drodze.
I chociaż słowa wciąż podszyte były oczywistym żartem, to stosunkowo niedawno zrośnięty obojczyk jak najbardziej pozostawał faktem. Ale może mimo wszystko to entuzjastyczne przytulenie nie zagrażało mu jakoś szczególnie. Zwłaszcza, że wkrótce Cassie odsunęła się nieco, zajmując się następnie przeszukiwaniem swojego bagażnika i wydobywaniem z niego niezbędnego
prowiantu. W tym czasie sam wsiadł ponownie do samochodu, odpalając go i czekając aż przyjaciółka usadowi się na miejscu obok.
–
Zajrzyj do schowka. Możliwe, że znajdziesz tam coś przeciwbólowego. Albo jeszcze więcej śmieci, może też ci się do czegoś przydadzą… Nie wiem, do rzucania w samochody z tyłu na przykład – zerknął na wspomniane
śmieci, wciąż walające się pod jej nogami, kiedy zajęła miejsce pasażera. Drugie tyle nadal zalegało w otwartym schowku, a biorąc pod uwagę ich zróżnicowanie… wcale nie było wykluczone, że coś przeciwbólowego rzeczywiście mogło się wśród nich znaleźć.
Zanim jeszcze ruszyli z parkingu, poczęstował się zaoferowanym krakersem – w końcu zawsze to jakieś
śniadanie, w dodatku nie w płynie… – puszkę z energetykiem dorzucając jednak póki co do zagraconego schowka. Jeśli o niej zapomni, będzie mógł uznać, że była to wystarczająca rekompensata dla właściciela samochodu za to drobne uszkodzenie zderzaka i przedniej lampy…
–
A nie możemy poczekać z tym przynajmniej do pierwszego drinka? – na moment odwrócił spojrzenie od drogi – widocznie nie ucząc się na błędach… – zerkając w stronę Cassie. –
Łatwiej będzie wymyślać te wszystkie szczegóły, żeby faktycznie wyszło z tego coś ciekawego. Na razie mogę cię zamiast tego co najwyżej mocno rozczarować i stwierdzić, że w sumie niewiele jest do opowiadania…
A przynajmniej niewiele tego, co mogłoby nadawać się do opowiadania na trzeźwo. W dodatku podczas stosunkowo niedługiej przejażdżki pod dom znajomego, któremu należało zwrócić
lekko uszkodzone auto, licząc przy okazji na to, że ten jakimś cudem nie zwróci uwagi na te uszkodzenia. Albo przynajmniej będąc wciąż w alkoholowym zamroczeniu, obojętnie machnie na nie ręką.
–
Mam psa – dodał jednak po dłuższej chwili, najwyraźniej ten szczegół uznając albo za bardziej istotny, albo bardziej
neutralny od informacji potencjalnie wyższej wagi, tyczącej się związku, w którym wspólnie z dziewczyną wspomnianego psa
wychowywali. Choć to akurat można było uznać za zabieg całkiem przemyślany. W końcu… rozpoczęcie tematu
wciąż-jeszcze-związku zdecydowanie kwalifikowałoby się pod tę kategorię, która wymagała sporej ilości alkoholu i przynajmniej kilku zawiłych historii, które pozwoliłyby dojść do momentu, w którym cała ta pokręcona relacja ewidentnie chyliła się ku końcowi.
Z jakże istotną informacją o posiadaniu psa, zamierzał najwyraźniej Cassie chwilowo zostawić. Tuż po jej wypowiedzeniu, zaparkowali bowiem pod domem pechowego właściciela samochodu. Zgasił więc silnik i wysiadł, obiecując następnie wrócić
za moment i na chwilę faktycznie znikając w najbliższym budynku. Fakt, że po kilkunastu minutach wrócił sam, można było chyba uznać za swego rodzaju sukces – najwyraźniej jego znajomy wcale nie zamierzał oglądać swojego auta, najprawdopodobniej wciąż jeszcze pozostając nieświadomym jego stanu.
Ale widocznie nie było to nic, czym Dante miałby się jakkolwiek przejmować. Przeciwnie.
–
Tam niedaleko jest chyba jakaś knajpa – wskazał ruchem głowy odpowiedni kierunek, pozostawianym na parkingu samochodem nie zamierzając dłużej zawracać sobie głowy. –
Chyba, że krakersy jednak ci wystarczą…?
Zerknął jeszcze w jej stronę, pozostawiając jej decyzję co do tego, czy rzeczywiście przed rozpoczęciem niezbyt odpowiedzialnego pijaństwa mieli zamiar wykazać przynajmniej na tyle rozsądku, by coś zjeść, czy może jednak w stu procentach wracali do lat nastoletnich, kiedy jedzenie ewidentnie było kwestią drugorzędną w starciu z alkoholem…
Cassandra Layton