25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet nie zauważył, kiedy Ashley postanowiła pofatygować się do ogrodu, zamiast obserwować całą scenę przez kuchenne okno. Za to trudno byłoby jej nie usłyszeć, nawet jeśli również tych słów nie zamierzał w żaden sposób komentować – jeśli nie liczyć na moment wyciągniętego w jej stronę środkowego palca. Ten przekaz przynajmniej w pełni powinna zrozumieć i to bez nadmiernego przegrzewania tych nielicznych szarych komórek, które dogorywały gdzieś pod jej blond włosami.
Choć pewnie gdyby nie wciąż wtulająca się w niego Elsa, powstrzymanie się od wszczęcia jakiejś bardziej zażartej dyskusji z Ashley wcale nie byłoby zbyt łatwym zadaniem. Ba, pewnie nawet nie brałby pod uwagę, że faktycznie miałby się jakkolwiek powstrzymywać. Tymczasem… wciąż mimo wszystko wolał po prostu zignorować blondynkę, opierając lekko policzek o włosy Elsy i uśmiechając się mimowolnie w reakcji na jej słowa.
Daj spokój, to przecież kompletnie zabiłoby wszystko, co w nim najlepsze – nie silił się jednak na jakiekolwiek udawanie, że mógłby mówić całkowicie na serio. Nawet jeśli śmiech nie wybrzmiał bezpośrednio, bez większego trudu można było wychwycić rozbawienie kryjące się pomiędzy poszczególnymi słowami. – Zresztą, jak na standardy Chrisa… te drinki naprawdę nie są takie najgorsze…
I to akurat nie odbiegało już zbytnio od prawdy. Tak samo zresztą, jak nabyte już doświadczenie co do tego, że niezależnie od podłości pitego alkoholu, najgorsze i tak zawsze było ledwie kilka pierwszych łyków. Z każdym kolejnym było już coraz bardziej wszystko jedno, co właściwie się piło i jak bardzo tragicznie to smakowało. Zwłaszcza, że istotniejszy od smaku był przecież efekt, jaki ten podły alkohol lub jego mieszanki wywoływały na organizm. A ten zwykle nie zawodził – pod warunkiem, że miało się dostatecznie odporny żołądek, by po tych kilku pierwszych łykach nie zwrócić wszystkiego, łącznie ze zjedzonymi wcześniej posiłkami i nie stracić przy tym ochoty na dalsze eksperymenty…
Zaskoczyła go po raz kolejny, tym razem stwierdzając, że wcale nie chciała jeszcze wracać do domu. I… chyba nawet samego siebie nie byłby w stanie oszukać, że ta informacja nie ucieszyła go w żaden sposób. Co zresztą zdradzać mógł zarówno niemożliwy do zauważenia przez nią uśmiech, gdy wciąż tak tkwili wtuleni w siebie, ale też fakt, że na moment przytulił ją odrobinę mocniej. Na pewno też nie zamierzał w żaden sposób protestować, kiedy chwilę później chwyciła go za palec, prowadząc w spokojniejszą część ogrodu. Właściwie… mógłby chyba nawet uznać ten gest za dziwnie miły. W jakiś dziwny sposób może nawet bardziej niż jej wcześniejsze przytulenie się do niego, które – nawet jeśli niezaprzeczalnie przyjemne – nie było przecież niczym innym, jak po prostu reakcją na sytuację, w której się znalazła… A przynajmniej tak na pewno mogłoby brzmieć to najbardziej sensowne wyjaśnienie tego, co się zadziało.
Bez większego namysłu rozsiadł się na trawie obok niej, przy okazji z paczki ukrytej w kieszeni wyciągając jednego ze skrętów. Widocznie musiał dojść do wniosku, że skoro jej zdaniem w tej części ogrodu nie śmierdziało zielskiem, to należałoby to okropne niedopatrzenie jak najszybciej zmienić. Chociaż… może jednak bez aż tak wielkiego pośpiechu. Bo póki co, zamiast od razu poszukać również zapalniczki i odpalić jointa, po prostu obracał go bezmyślnie w palcach, jednocześnie przyglądając się jej kiedy rozplatała te różowe włosy i kiedy w kolejnej chwili postanowiła położyć się na ziemi.
I chyba trochę słabo ci to idzie. Zostawiłaś mnie w kuchni, obok drinków. I Ashley – stwierdził z rozbawieniem, przy okazji zerkając na nią dość wymownie. Choć pewnie i bez tego powinna domyślić się, że alkohol i towarzystwo Ashley raczej nie było najlepszym możliwym połączeniem. Raczej takim, które aż prosiło się o jak najszybsze przetestowanie, czy po tych podejrzanych drinkach rzeczywiście można było oślepnąć, jeśli tylko wypiło się ich dostatecznie dużo. O ile jednak to stwierdzenie ewidentnie było podszyte żartem, co można było łatwo wywnioskować zarówno z tonu wypowiedzi, jak i z widocznego na twarzy uśmiechu, tak jednak ten ostatni stosunkowo szybko zdążył się ulotnić. Mniej więcej w tym samym momencie, gdy Dante mimowolnie znów zawiesił spojrzenie na czerwonych śladach na szyi dziewczyny.
Ashley mówiła, że Trevor wymyślił z paroma innymi debilami jakiś kretyński zakład – nie do końca miał ochotę poruszać ten temat, ale… przecież powinna wiedzieć. Choćby na wypadek, jakby ktoś jeszcze wpadł na genialny pomysł, by spróbować pójść w ślady palanta. – Nie namawiałbym cię, żebyś tu przyszła, jakbym wiedział wcześniej.
Chociaż to pewnie i tak niewiele by zmieniało. Bo przecież cały ten zakład pewnie wcale nie obowiązywał tylko podczas imprezy u Chrisa, co do której raczej niewiele osób miałoby spodziewać się, że rzeczywiście mogłaby pojawić się na niej dziewczyna, która mogłaby komuś z idiotów zapewnić wygraną. Mimo wszystko… faktycznie gdyby wiedział o wszystkim wcześniej, najpewniej wcale nie sugerowałby Elsie, że powinna pojawić się tutaj i za pomocą żelków zadbać o kruchą psychikę biednej Mii. I chyba wolał, żeby miała tego świadomość – zanim zdążyłaby uznać na przykład, że miał to być z jego strony jakiś nieśmieszny żart, który mógłby ułatwić któremuś ze znajomych wygranie zakładu. Albo że sam miał w nim uczestniczyć…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie widziała jego uśmiechu, w obecnym stanie miała też problemy z wyczuciem czy jego słowa były żartem, czy jednak naprawdę tak myślał. Choć w kwestii alkoholu naprawdę chciała wierzyć, że się z niej nabijał i że to tanie badziewie w jego oczach, a w sumie to w kubkach smakowych nadal pozostawało tanim badziewiem. Rozumiała, że nie każdy był jakoś bardzo wybredny i procenty miały spełniać swoją podstawową funkcję jaką było kopanie, jednak wydawało jej się, że każdy miał jakąś tam granicę, poniżej której każdy trunek powinien posiadać choć odrobinę smaku, a nie tylko palić gardło i zostawiać po sobie gorzki ślad rozczarowania na języku.
Ale z kolei to jak mocniej ją w siebie wtulił poczuła bardzo dobrze. Tłumaczyła to sobie jednak przypływem złości w związku z padającym pod jego adresem słowami. No bo ile razy można ludziom dawać do zrozumienia, że wcale nie chodził z Eriksenówną? Że nie był zainteresowany tą chodzącą tęczą? Nic dziwnego, że nie reagował na te zaczepki, szkoda było strzępić języka skoro to i tak nie miałoby żadnego wpływu — nadal by gadali, bo przecież w innym wypadku to chyba języki by im pousychały.
Cieszyła się, że nie opierał się i nie protestował w żaden sposób, gdy go zaprowadziła za paluszek do tej cichszej części ogrodu. Chyba spaliłaby się ze wstydu, gdyby tak zaczął oponować i twardo stał w miejscu. Chociaż jednocześnie nie mogłaby mieć mu tego za złe. Może byłby to całkiem skuteczny pomysł, aby uciąć plotki o ich rzekomym związku. A jednak poszedł. Bez żadnego sprzeciwu, tak jakby to była najnaturalniejsza czynność — dać się ciągnąć za małego palca przez swoją najulubieńszą korepetytorkę. Bo przecież tak robiła dobra koleżanka, która pomagała w nauce. Prawda? Nie…? Tak..? A może…
Przez chwilę leżała na ziemi z zamkniętymi oczami, dalej pozwalając sobie na powolne, ale głębokie oddechy, które miały uspokoić rozszalałe serce. Zagrożenie już dawno minęło, ale nadal czuła te obleśne paluchy na swojej szyi, w swoich włosach, nie wspominając o ohydnym szepcie przy uchu.
Śnieżynko… na samo wspomnienie przeszedł ją tak silny dreszcz, że aż podskoczyła, a na całym ciele pojawiła się gęsią skórka.
— No właśnie musiałam się usunąć, bo wystarczyło, że weszła do kuchni, a moje IQ zaczęło intensywnie spadać. Z resztą… nie jest brzydka. Pomyślałam, że jej buźka mogłaby być w twoim typie. Zwłaszcza, że Ty chyba jesteś bardzo w jej typie — przyznała bez ogródek. Bo jakby się tak dłużej zastanowić to tak podejrzewała, że Dante raczej gustował w bardziej imprezowych dziewczynach, takich co pojawiały się na wszystkich organizowanych domówkach, z którymi mógłby chodzić na wagary i zapalić zielsko, a potem zapić to trunkami niewiadomego pochodzenia.
Otworzyła zaraz oczy i zdała sobie sprawę, że chłopak jej się przyglądał, a dokładniej jej szyi i punktach, które nieprzyjemnie piekły. I jeszcze ten test o zakładzie, i że gdyby wiedział, to by nie zapraszał ją na tą imprezę.
— To znaczy? O co się założyli? Kto pierwszy udusi jednorożca? — zapytała, marszcząc lekko nos. Potrzebowała chwili, aby jednak połączyć kropki. No bo przecież o tym zakładzie huczało od początku tygodnia, może i spędzała większość przerw w klasie ze słuchawkami na uszach albo w bibliotece, ale nawet do niej dotarły słuchy o polowaniu na nieskalane. — Aaa… już rozumiem… powiedz, serio jestem taka paskudna, że uważają, że jeszcze z nikim nie spałam? — Starała się zmusić na jakikolwiek uśmiech, ale nie potrafiła. Sam zakład był jedną z najbardziej obrzydliwych rzeczy, o jakich ostatnio słyszała, ale naprawdę nie rozumiała dlaczego miałaby się stać jego ofiarą. Nie przypominała sobie, aby ktokolwiek robił za jej materac, który mógłby potwierdzić lub obalić teorie o jej dziewictwie.
Westchnęła cicho i mimowolnie podwinęła rękaw od bluzki na prawej ręce i wtedy kąciki jej ust wykrzywiły się w ciepłym uśmiechu. Zobaczyła bowiem interpretację wzoru na energię kinetyczną w interpretacji Dantego i nagle to głowy wpadł jej całkiem genialny pomysł. A przynajmniej w tej chwili, gdy łeb nadal ją bolał, a ona nadal miała wątpliwości czy chciało jej się rzygać, czy może jednak nie, tak jej się jawił. Wyciągnęła więc z torebki czarny i fioletowy cienkopis, które zawsze ze sobą nosiła — w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy naszłaby ją ochota na rozwiązywanie zadań z matmy lub fizyki — i podała je chłopakowi, samej zaraz na nowo układając się na trawie.
— Ładnie rysujesz… narysuj mi coś na szyi. Coś a’la cover dla tych sińców… pewnie po kąpieli szybko się to zmyje, ale chciałabym przez chwile miec tam coś ładnego — wymruczała leniwie, szukając najwygodniejszej pozycji, a kiedy już ją znalazła, złapała Dantego lekko za dłoń i pociągnęła na siebie. — No już, nie wstydź się… możesz mi w międzyczasie opowiadać o tym, co zapamiętałeś z naszych dzisiejszych zajęć.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że zwykle całkiem nieźle dogadywał się z dziewczynami, które podobnie jak on definiowały dobrą zabawę. Pod warunkiem, że przy okazji dało się z nimi przeprowadzić rozmowę, która nie sprawiała, że kolejne szare komórki ginęły w męczarniach. W końcu… alkohol i inne używki pewnie i tak szkodziły im już wystarczająco – nie trzeba było ich więc dobijać zbyt długim kontaktem z Ashley, czy jej podobnym… Kompletnie nie powinno więc dziwić wymowne wywrócenie oczami w reakcji na sugestię, że ta miałaby być w jego typie.
Poważnie aż tak nisko oceniasz mój typ? – uniósł lekko brwi, zadając pytanie z mieszaniną rozbawienia i… właściwie chyba powinien poczuć się co najmniej urażony podobnym pomysłem. Albo przynajmniej powinien zastanowić się, jak kiepsko najwyraźniej oceniała go Elsa, skoro rzeczywiście mogłaby uznać, że właśnie Ashley miałaby być w jego typie… Jasne, nie dało się ukryć, że nie była najbrzydsza, ale… no właśnie, prawdopodobnie mogłaby przy okazji stanowić idealne zobrazowanie stwierdzenia, że wygląd to jeszcze nie wszystko…
Chwila, której potrzebował na to, żeby spróbować sensownie wyjaśnić jej istotę tego durnego zakładu, wystarczyła widocznie, by sama mogła odpowiednio połączyć fakty. Chociaż… może jednak odpowiednio nie było w tym przypadku właściwym stwierdzeniem. Słysząc bowiem jej pytanie, trudno byłoby nie zmarszczyć brwi z pewnym niedowierzaniem i nie zastanowić się, jakim cudem mogłaby dojść akurat do takich właśnie wniosków…
Co…? Nie. Jasne, że nie jesteś – i chyba faktycznie musiał uważać, że to całkiem jasne, skoro poza początkowym zaskoczeniem samym jej pytaniem, trudno byłoby doszukiwać się w jego słowach jakiegoś wahania. Bo w końcu co do tego, że w żadnym razie nie dałoby się nazwać jej paskudną, zdecydowanie nie miał żadnych wątpliwości.
Ale faktycznie musieli założyć, że z nikim jeszcze nie spałaś i… – urwał, wtykając sobie pomiędzy wargi wymęczonego skręta i uznając najwyraźniej, że będzie to zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż dalsze ciągnięcie tematu. Zwłaszcza, że pewnie niewiele brakowało, by bez większego zastanowienia – a więc jak zwykle… – wypalił z idiotycznym pytaniem, czy mieli w tym swoim założeniu rację. Szczęśliwie w porę przypomniał sobie, że to zdecydowanie nie była jego sprawa. Zamiast więc kontynuować, mógł zająć się na przykład paleniem – opcja zdecydowanie bardziej bezpieczna. Zanim jednak miałby sięgnąć do kieszeni po zapalniczkę, musiał na moment zawiesić wzrok na wyciągniętych w jego stronę cienkopisach. Nawet jeśli nie bardzo rozumiał, do czego niby miałyby się mu przydać, sięgnął po nie automatycznie.
Skąd pewność, że to faktycznie będzie coś ładnego…? – wyciągnął z ust wciąż nieodpalonego skręta, póki co odkładając go na trawę obok. Przy okazji uśmiechnął się, ewidentnie mając w głowie przynajmniej kilka pomysłów na narysowanie czegoś, co pewnie można byłoby uznać za całkiem zabawne, niekoniecznie jednak mieszczące się w kategorii ładne. Choć te akurat całkiem szybko ulotniły się – w przeciwieństwie do samego uśmiechu – kiedy złapała go za dłoń i pociągnęła w swoją stronę. Właściwie… nachylając się tak nad nią mógłby pewnie zapomnieć nie tylko o pomysłach na wszystkie zabawne rysunki, ale i o rysowaniu w ogóle. Tyle, że tę myśl też lepiej było jak najszybciej od siebie odsunąć, dochodząc do prawdopodobnie całkiem słusznego wniosku, że najwyraźniej podczas tej uroczej pogawędki z Ashley wypił jednak za dużo, w dodatku w zbyt krótkim czasie…
Czekaj, chcesz powiedzieć, że miałem z nich coś zapamiętać? W sensie… coś poza tym, że nielegalnie przemycasz żelki do biblioteki i że planujesz ogłosić jakiś strajk głodowy, jak nie przyjdę jutro na sprawdzian…? – usadowił się wygodniej i ujął na moment jej podbródek, żeby ustawić ją w taki sposób, by mieć lepszy dostęp do tych śladów pozostawionych przez palce palanta. Przykładając końcówkę cienkopisu do jej skóry, właściwie nawet nie musiał się zastanawiać, co powinno się tam znaleźć. Śnieżynki były przecież tak oczywistą opcją, że w zasadzie powinno dziwić, jakim cudem wcześniej – choćby i dla żartu – mógłby pomyśleć o czymkolwiek innym…
No i w międzyczasie chyba jeszcze próbowałaś mi grozić. Resztę widocznie przespałem – wprawdzie wzór wyrysowany wcześniej na jej ręce mógł temu jednak przeczyć, podobnie zresztą jak uśmiech, który wciąż widniał na jego twarzy. Ale… chyba nie myślała, że naprawdę miałby teraz zajmować się jakimiś powtórkami z fizyki…?
Przyglądając się powstałym na jej szyi kilku mniejszym i większym śnieżynkom – każdej innej, jak przystało na płatki śniegu… – mógł wreszcie uznać dzieło za skończone. Choć wcale nie miał zbytniej ochoty, żeby w takim razie odsunąć się od niej, przez co możliwe, że został tak nad nią pochylony – z jedną ręką opartą dla wygody po drugiej stronie jej ciała – odrobinę dłużej niż było to konieczne. I dopiero po tej dłuższej chwili zreflektował się, sięgając po zatyczki od obu cienkopisów i odsuwając się na nieco bardziej stosowną odległość.
Skończone. Jak będziesz chciała to wytatuować, to znam parę osób, które mogą się tym zająć – zaśmiał się, być może na wspomnienie Cole’a albo Kyle’a, którego imienia nadal za cholerę nie pamiętał, a który zajmował się jego pierwszym, zdecydowanie dalekim od udanego tatuażem. I który pewnie do tej pory nie zdążył jeszcze wytrzeźwieć. Chociaż bardzo możliwe było też to, że zarówno żart, jaki i towarzyszący mu śmiech miały być po prostu całkiem niezłym sposobem na pozbycie się trochę świeższych wspomnień – na przykład tych paru myśli, które zdążyły pojawić mu się w głowie, kiedy przez tych kilka chwil znajdował się zdecydowanie zbyt blisko niej i kiedy niekoniecznie skupiał się tylko na tych nieszczęsnych śnieżynkach.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Elsa raczej nie była typem szarej myszki, która ukrywała cały swój urodowy potencjał za wielkimi okularami, a jedynym elementem makijażu jaki zdarzało jej się nosić to kolorowa pomadka nawilżająca do ust. Nie. Zdawała sobie sprawę, że buzię miała naprawdę niebrzydką! Nie dało się ukryć, że odziedziczyła ją przede wszystkim po matce, która z powodzeniem mogłaby zostać fotomodelką, gdyby nie postanowiła oddać swojego życia kodeksom prawnym. Skandynawskie rysy twarzy, nienachalny uśmiech, ktoś mógłby zaryzykować stwierdzeniem, że wygrała na loterii genowej! Ale całość dopełniały duże, brązowe, takie sarnie oczy, które z kolei podarował jej ojciec. Tak, była naprawdę ładna a i na fałszywą skromność nie cierpiała. I w sumie pytanie o to czy była paskudna zadała raczej w formie żartu. Dlaczego więc poczuła dziwne ciepło w klatce piersiowej, gdy Dante temu zaprzeczył? Przecież w ogóle jej nie zależało, aby to właśnie on ją uważał za ładną. A może…. Nie, to na bank ten wypity jednym duszkiem alkohol właśnie sprawiał, że klatka piersiowa dosłownie paliła jej się od środka. Tak. To musiało być to.
Temat jej cnoty raczej nie był najbardziej pasjonującym, więc była mu nawet wdzięczna, że go uciął. Nie uważała, że powinna się wstydzić swojego dziewictwa. Domyślała się, że przez to stawała się w oczach innych jakimś mistycznym stworzeniem, ale co było złego w tym, że nie chciała się oddać byle komu? Że jednak czekała, aby te intymną chwile dzielić z kimś szczególnym i dla niej wyjątkowym?
Przez cały czas zerkała wymownie na miętoszonego w palcach chłopaka skręta. No przecież mówiła, że nie chciała czuć zapachu, a może raczej smrodu zielska! A Dante wyglądał na naprawdę zdeterminowanego, aby go w końcu zapalić. Na szczęście jej pomysł z malowania na płótnie zrobionym z jej szyi wydawał się dużo ciekawszy od zaciągnięcia się przygotowaną fajką. Dlatego kiedy tylko wyciągnął z dzioba bibułkę i odłożył ją na trawie, dyskretnie sięgnęła ją palcami i ukryła w kieszeni swoich spodni.
— Bo cię ładnie o to proszę…? No i wierzę w jakąś twoją dojrzałość emocjonalną, więc, moze naiwnie, ale ufam, że nie będziesz chciał mi tam narysować stada penisów ochoczo skaczących po górzystych cyckach — nie miała pojęcia skąd przyszedł jej do głowy taki pomysł. Ale najprawdopodobniej była to zasługa jej dojrzałych kolegów z klasy, którzy z wielką pasją rysowali męskie przyrodzenia po zeszytach innych uczniów. Na szczęście te należące do Elsy nigdy nie ucierpiały. Najprawdopodobniej dlatego, że od kogoś trzeba było pożyczać notatki, a cała szkoła niemalże huczała od tego, że te najładniejsze, najbardziej czytelne i chyba najbardziej zrozumiałe były robione przez panienkę Eriksen.
Czując delikatny dotyk jego palców na swoim podbródku, zadrżała delikatnie, ale posłusznie ustawiła głowę tak, aby miał on lepszy dostęp do jej szyi, a raczej do tych pięknych czerwonych punktów, które zostawił jej w prezencie Trevor.
— Po pierwsze, żelki przynoszę na legalu, mam zgodę jaśnie panującej pani bibliotekarki. Ostatnio powiedziała, że zgodziłaby się w moim przypadku też na kanapki, bo tyle tam przesiaduję, że bałaby się, że jej tam zasłabnę. A po drugie, nie mówiłam nic o strajku głodowym, a o tym, że cię siłą zaciągnę na ten sprawdzian, nieważne w jakim będziesz stanie — odparła ten ostatni raz, nie chcąc artyście przeszkadzać w swojej pracy. Chociaż kiedy tylko końcówka cienkopisu zetknęła się z jej nadwrażliwą skórą szyi, nie mogła powstrzymać subtelnego dreszczu, który przeszedł przez jej ciało. Tak, to było to miejsce, które dostawało przysłowiowego pierdzielca od takiego delikatnego miziania. Nie wspominając o tym, że Dante był tak blisko…
Odruchowo zamknęła oczy, choć uśmiech gościł na jej twarzy przez cały proces twórczy. Chciała patrzeć na jego skupioną twarz, tą samą, którą widziała, gdy rysował po jej ramieniu wzór z fizyki, jednak podświadomie czuła, że tym razem to nie mógł być najlepszy pomysł. Dlatego grzecznie leżała, nie przeszkadzając mu w pracy i starając się jak najmniej ruszać, nie wspominając o tłumieniu cichego westchnienia, które cisnęło jej się na usta, ilekroć zimny tusz cienkopisu rozlewał się po jej rozgrzanej skórze. Jej palce mimowolnie zacisnęły się lekko na trawie, jakby potrzebowała czegoś, żeby się uziemić. Bo choć próbowała to zrzucić na alkohol to jego bliskość działała na nią w sposób, którego nie do końca rozumiała.
Gdy przez dłuższy czas nie czuła już żeby jeździł mazakiem po jej szyi, uznała, że najprawdopodobniej musiał już skończyć, ale zapomniał ją o tym poinformować. Uchyliła więc leniwie powieki, spodziewając się, że będzie siedział tak jak kilka czy tam kilkanaście minut temu i przyglądał się z rozbawieniem, pewnie zastanawiając się czy zasnęła podczas tej małej sesji. Ale nie, nadal był blisko, bardzo blisko… tak, że od razu wychwyciła jego spojrzenie i… i całe szczęście, że on pierwszy się odsunął, bo nie była pewna czy potrafiłaby odwrócić wzrok. Oczywiście, wszystko przez ten alkohol.
Kiedy więc dał jej trochę przestrzeni, podniosła się do siadu i wyciągnęła z torebki małe lusterko, aby móc przyjrzeć się rysunkom i gdy ujrzała te przeurocze płatki śniegu, w jej oczach zaczęły lśnić jak u małej dziewczynki, która na witrynie sklepowej zobaczyła najpiękniejszą lalkę świata. Ale gdy Dante wspomniał o tatuowaniu, uniosła wymownie brew w wielkim powątpiewaniu.
— I będzie mi się babrać tak jak tamten badziew, który sobie zrobiłeś? Nie, dziękuję — odburknęła i wzięła od niego cienkopisy nim zdążył je zatkać kolorowymi zatyczkami. Bez żadnych ceregieli wzięła sobie jego prawą rękę, dłoń, układając stabilnie na swoim udzie, a potem z uwagą zaczęła oglądać jego tatuaże aż do momentu, kiedy między jednym i drugim bazgrołem znalazła wolną przestrzeń. Cóż, należało mu ładnie podziękować za brak penisów i innych genitaliów. Chwyciła więc najpierw między palce czarno cienkopis i bardzo starannie zaczęła rysować kontury.
— Potrafię rysować tylko śnieżynki… jak byłam mała to nauczył mnie ich przyjaciel mojego taty. Mówił, że jak będę już sławna to będę mogła się tak podpisywać. I gdy zaczęły mi wychodzić to byłam z siebie tak dumna, że zaczęłam wszystko co moje podpisywać właśnie… — Tym razem to ona nie dokończyła zdania, czując jak serce jej przyspiesza, a policzki zalewają się bladym rumieńcem. Czy ona właśnie zasugerowała, że go podpisywała? Zacisnęła usta, przeklinając w myślach brak własnego filtra. Byłoby bardzo miło, gdyby zaczęła używać mózgu częściej niż tylko na lekcjach bądź korepetycjach.
— … emmm… skoro nie chcesz gadać o fizyce to może powiesz mi jaki jest w takim razie twój typ dziewczyny, co? W sensie wiesz, skoro nie Ashley, która nie wydaje się być jakąś maszkarą, a jej główny defekt to przeciąg między jednym uchem, a drugim… pytam z ciekawości. Nie chciałabym Cię znów urazić, sugerując, że inna dziewczyna byłaby idealna dla Twoich podboi — Próbowała desperacko znaleźć jakiś inny temat, aby tylko nie musieli rozmawiać o tym nieszczęsnym podpisie. A ten wydawał się dosyć bezpieczny. Bo tak rozmawiali znajomi i przyjaciele, prawda? O typach ludzi, z którymi mogliby się spotykać, aby potem móc się nawzajem wyswatać, a przynajmniej tak to wyglądało w tych wszystkich filmach i serialach, które oglądała między zadaniami domowymi, treningami pływackimi i lekcjami gry na pianinie. A oni… oni chyba mogli się zaprzyjaźnić… prawda?


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba mogła zdać sobie sprawę z tego, że podsuwanie mu podobnych inspiracji na rysunki, które miałyby pojawić się na jej szyi, raczej nie było najlepszym pomysłem… Naprawdę łatwo można było wyczytać z tego chwilowego błysku w oku i zadziornego uśmiechu, że przynajmniej przez sekundę lub dwie musiał całkiem na serio rozważać właśnie takie radosne stadko penisów uchwycone podczas beztroskiej zabawy na cyckowych wzgórzach… Chociaż fakt, że przez tę zabawną myśl rzeczywiście nawet nie zorientował się, kiedy przechwyciła porzuconego w trawie skręta. Albo… może jednak bardziej chodziło o to, że znajdując się tak blisko niej, nie sposób byłoby skupiać się na kwestiach tak nieistotnych, jak jakieś tam porzucone na ziemi zioło…
No i ostatecznie, jeśli chodziło o kuszący przez moment, a podsunięty przez nią pomysł, to jednak nadal, kiedy tylko końcówka cienkopisu zbliżyła się do jej skóry, nie miał najmniejszych wątpliwości co do tego, co powinno tam powstać. A widząc jej reakcję po tym, gdy już mogła w lusterku przyjrzeć się wyrysowanym przez niego śnieżynkom, trudno byłoby nie pogratulować sobie w duchu tego wyboru. Tak samo zresztą, jak trudno byłoby nie uśmiechnąć się mimowolnie, znów być może przyglądając się jej odrobinę zbyt długo. Choć tym razem przynajmniej z nieco bardziej rozsądnej odległości…
Badziew…? Ej, trochę więcej szacunku do sztuki – a jednak nawet gdyby bardzo chciał, nie był w stanie powiedzieć tego bez towarzyszącego kolejnym słowom śmiechu. – Poza tym to był jednorazowy wypadek, cała reszta przyjęła się całkiem nieźle.
Pewnie dlatego, że tylko ten jeden raz zdecydował się trafić pod igłę tego konkretnego, poznanego przypadkiem samozwańczego tatuatora… Nie, żeby w przypadku każdego kolejnego nie mogło znaleźć się absolutnie nic, co mogłoby wywoływać ciarki u tych bardziej odpowiedzialnych osób, ale… widocznie przy kolejnych tatuażach miał już przynajmniej nieco więcej szczęścia.
I chociaż przynajmniej przez moment mogło przemknąć mu przez myśl, że powinien przenieść dłoń w jakieś bardziej neutralne miejsce, kiedy tak bezceremonialnie sięgnęła po jego rękę i oparła ją na swoim udzie, stosunkowo szybko musiało mu to wylecieć z głowy. Po raz kolejny nie zamierzał więc protestować. Również wtedy, gdy postanowiła wypełnić tę wolną przestrzeń na jego ręce… no tak, czym niby innym, jeśli nie śnieżynkami…?
Czy faktycznie powinien czuć się przez nią podpisany…? Nawet jeśli fatycznie mogło przejść mu to przez myśl po tej jej niedokończonej wypowiedzi, mimo wszystko przyglądając się rysowanej przez nią śnieżynce i w chyba nie do końca świadomym odruchu gładząc kciukiem jej udo, chyba… mógłby dojść do wniosku, że niespecjalnie mu ten podpis przeszkadzał. Przeciwnie. Uśmiechnął się ponownie, podnosząc na nią spojrzenie i już nawet nabierając powietrza, żeby jakoś ten fakt skomentować. Możliwe jednak, że coś w jej zakłopotanym wyrazie twarzy kazało mu się zamknąć. Albo – co pewnie zdecydowanie mniej prawdopodobne – tym razem do głosu faktycznie dobił się zdrowy rozsądek, który również mógłby uraczyć go podobną podpowiedzią. Zwłaszcza, że Elsa całkiem płynnie przeszła ponownie do tematu jego typu dziewczyny, co może rzeczywiście należałoby uznać za nieco bardziej bezpieczny temat.
Przynajmniej z pozoru, kiedy już zignorowało się tę czającą się gdzieś z tyłu głowy myśl, że o tym może jednak niekoniecznie chciał rozmawiać akurat z nią. W dodatku wciąż trzymając dłoń na jej udzie, jakby w międzyczasie zdążył zapomnieć, że tam właśnie oparła ją na czas rysowania i że prawdopodobnie wypadałoby ją już zabrać…
I tylko przez moment – zdecydowanie zbyt krótki, żeby w ogóle w pełni mógł sobie to uświadomić – przemknęła mu przez głowę także dość absurdalna myśl o tym, że ten typ, o który tak dopytywała, siedział w zasadzie tuż obok.
Może to właśnie o ten przeciąg między uszami chodzi. Od czasu do czasu dobrze jest jednak porozmawiać z kimś, kto ma do powiedzenia coś więcej niż to, z kim się ostatnio przespał i ile kosztowały nowe buty… – wzruszył nieznacznie ramionami, przy okazji dochodząc do wniosku, że w zasadzie chyba mógłby ten nieszczęsny typ opisać najogólniej jako kogoś ciekawego. W dowolny sposób, wystarczający po prostu, żeby go zainteresować. I… tym razem nieco łatwiej mógł uchwycić tę chwilową myśl, że to kryterium całkiem nieźle spełniała dziewczyna siedząca zaraz obok. – Już chyba opowiadanie o tej energii kinetycznej, czy potencjalnej można uznać za ciekawsze…
Nie, oczywiście, że nie zastanawiał się za tym może i niewypowiedzianym wprost, ale wciąż dość oczywistym znaczeniu swoich dalszych słów. Za to widocznie zorientował się wreszcie, że jego dłoń leżała na jej udzie stanowczo zbyt długo, niechętnie naprawiając wreszcie ten błąd. Tym razem to on opadł plecami na trawę, przy okazji sięgając obok siebie do miejsca, w którym powinien grzecznie czekać pozostawiony tam wcześniej joint.
A co z tobą…? – zaczął jeszcze, z lekkim uśmiechem zerkając na moment w jej stronę, zanim zdążył zorientować się, że skręt najwyraźniej wyparował. – Bo przecież nie powiesz mi, że nik…
Przerwał, spoglądając tym razem na puste – jak się okazywało – miejsce w trawie. Uważniejsze rozejrzenie się dookoła mogło jedynie potwierdzać, że jego zguba albo samodzielnie oddaliła się w nieznanym kierunku, albo… Podnosząc się na łokciach, znów zerknął w kierunku Elsy.
Ok, kiedy zdążyłaś go zabrać…? – mimo wszystko w jego pytaniu wciąż odbijało się przede wszystkim rozbawienie. Zwłaszcza, że naprawdę nie miał pojęcia, kiedy zdążyła sięgnąć po tego cholernego skręta. Co zdawało się być o tyle zaskakujące, że prawdopodobnie mógłby śmiało zaryzykować stwierdzenie, że w ciągu ostatnich kilku chwil jego uwaga skupiała się przecież – może nawet za bardzo – tylko na niej. A jednak ten jeden moment ewidentnie przeoczył…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Oj tak, tamten pamiętny tatuaż to był badziew, syf, kiła i mogiła. To, że nie było potrzeby amputowania mu łapy musiało oznaczać tylko jedno — Dante miał więcej szczęścia jak rozumu. Bo jaki inteligentny człowiek robił sobie dziarę, mając w głębokim poważaniu sterylność narzędzi i samego miejsca? Nie wspominając o trzeźwości i czystości tatuatora. Ech, Elsa chyba dwie noce nie spała tylko czytała artykuły o chorobach, które mógł złapać, ich objawach i szybkim reagowaniu, aby być przygotowaną i pomóc mu, kiedy tylko dostanie jakichś dziwnych drgawek podczas ich cyklicznych spotkań w bibliotece.
— Ta śnieżynka przyjmie się najlepiej. Myślę, że spokojnie możesz zostawić sobie to miejsce puste. Mogłabym tam sobie rysować za każdym razem, gdy będę się nudzić albo będziesz rozwiązywał przygotowywane przeze mnie próbne testy — czy ona właśnie mu zasugerowała, żeby zostawił tą małą przestrzeń nienaruszoną żadnym tatuażem? Nie żeby miała do tego jakiekolwiek prawo, a on miałby się jej posłuchać. Domyślała się zresztą, że Dante z pewnością będzie miał w przyszłości jeszcze więcej tatuaży niż obecnie. To podobno było jak alkohol, narkotyki… ogólnie jak każde uzależnienie, bo gdy się spróbowało pierwszy, drugi czy trzeci raz to chciało się tylko więcej i więcej. Ją nigdy nie ciągnęło do dziarania własnego ciała, najprawdopodobniej przez badania krwi, które skutecznie obrzydziły jej widok jakichkolwiek igieł, więc gdyby faktycznie miała kiedyś dać sobie coś narysować i to niekoniecznie cienkopisem, to chyba byłby potrzebny na sali anestezjolog.
Ułożyła sobie jego dłoń na udzie dla własnej wygody. W końcu chciała przede wszystkim mieć dobry dostęp do tego konkretnego miejsca na jego ramieniu, które powinno być odpowiednio napięte, więc wydawało jej się, że ułożenie ręki właśnie na jej udzie nie powinno być jakimś najgorszym pomysłem. Zwłaszcza, że była tak skupiona na rysowaniu konturów śnieżynki, że nawet nie czuła jak gładził ją kciukiem. Tak, miała taką samą minę jak podczas rozwiązywania zadań albo ogólnie podczas nauki i może dlatego nie mogła powstrzymać swojego języka przed palnięciem tej idiotycznej historyjki o podpisywaniu swoich rzeczy śnieżynkami. Nie była typową kobietą i multitasking raczej przychodził jej z trudem, co zdążyła już udowodnić. I na szczęście Dante nie ciągnął tego tematu. Przecież za Chiny ludowe nie potrafiłaby się z tego w żaden sposób wytłumaczyć. Istniało też duże prawdopodobieństwo, że nagle straciłaby zdolność mowy i nawet kilka podstawowych znaków, które znała w języku migowym, nie byłoby w stanie wydostać jej z tej, jakby nie patrzeć, dosyć żenującej sytuacji.
Rysować skończyła już dawno temu, co jakiś czas dodawała tylko przypadkowe kropki w równie przypadkowych miejscach, które miały stanowić śnieżne tło dla głównego płatka śniegu. I tak się przyzwyczaiła do ciężaru jego dłoni na swoim udzie, że kiedy tak nagle ją zabrał, poczuła dziwne uczucie pustki, ale nie skomentowała tego jeszcze. Bo co miała powiedzieć? "Ej, wracaj tu z nią!" ?
— Czyli ładna blondynka o jasnych oczach i która zna się na fizyce? W liceum na dzielnicy finansowej jest taka Samantha. Wygrywa wszystkie konkursy z fizyki, jeszcze ani razu z nią nie wygrałam. Nawet jak raz miałyśmy tyle samo punktów to ona oddała pracę szybciej, więc można uznać, że i tak z nią przegrałam. Mam jej numer. Zainteresowany? — zapytała z promiennym uśmiechem chociaż ciężko było stwierdzić czy był on tak szczery jak u prawdziwej przyjaciółki, która próbowała pomóc mu w znalezieniu miłości życia. Bo czy naprawdę chciała, aby zaczął się umawiać z tą przeklętą Samanthą? Oczywiście, że kurwa nie. Ni chuja.
Kiedy zaś zapytał o jej typ, przechyliła głowę lekko w bok, wpatrując się w niego z ciężką do zinterpretowania miną. Tak jakby w głowie układała odpowiednie równanie, które pozwoliłoby jej obliczyć i podać wynik na faceta, bo jednak tylko panowie ją interesowali, z którym chciałaby się finalnie spotykać i który wytrzymałby z nią chociaż zawrotne kilka tygodni.
— Chyba taki, co potrafiłby mnie słuchać. Ej, mówię serio. Nie wiem czy zauważyłeś, ale potrafię mówić bardzo dużo i bardzo szybko… i wiem, że na dłuższą metę to może być dosyć męczące i aż się prosi, aby założyć słuchawki na uszy i modlić się, abym wreszcie zamknęła dziób… Ale chyba właśnie dlatego bym chciała, aby on naprawdę słuchał. Może nawet ze zrozumieniem, ale to chyba już za dużo, co nie? — Zaśmiała się cicho na swoje własne wymagania. Tak jakby to było naprawdę dużo… być po prostu wysłuchaną. Chociaż mogłaby jeszcze do tej wygórowanej zachcianki dodać jeszcze piękne, gęste włosy — one były już swego rodzaju fetyszem Norweżki, bo to na nie zwracała uwagę na początku znajomości i to bez względu na to jaki miała mieć charakter i w sumie nawet jakiej płci była ta osoba. No ale facetów chyba jednak wolała z niego przydługimi kłakami, żeby tak mogła wpleść w nie palce, przeczesywać je raz po raz, może czasem nawet za nie pociągnąć, ale nie za mocno, w końcu nie chciałaby, aby za szybko wyłysiał.
Przygryzła lekko dolną wargę, gdy zapytał o swojego skręta, całkowicie zapominając, że przecież zabrała mu go tuż przed tym jak zaczął malować po jej szyi. No ale nie zamierzała mu go oddać, co to to nie! Dlatego zaraz położyła się na trawie na brzuchu, ale twarzą do niego, nie dbając o to jak bardzo zgniecie ukrytego nadal w kieszeni spodni jointa.
— Zabrać to bardzo silne słowo. Ech… ja bym powiedziała, że raczej umożliwiłam mu… zmianę środowiska… Bo wiedziałeś, że istnieje coś takiego jak relokacja obiektów w przestrzeni użytkowej? — zapytała tym samym tonem głosu, którego używała, ilekroć podczas ich wspólnej nauki wtrącała różne ciekawostki związane z tematem. Bo Elsa miała taką dziwną przypadłość, że… lubiła wiedzieć. To był ten typ osoby, co czytając jakiś artykuł przeskakiwał z hiperłącza na hiperłącze i zamiast czytać o mikroorganizmach żyjących na dnie Oceanu Atlantyckiego to zagłębiała się w charakterystykę ulubionych skarpetek Ludwika XIV.
— Jest to dosyć rzadkie, ale nie niemożliwe. Najczęściej ma to miejsce, kiedy właściciel obiektu jest rozproszony, a w jego pobliżu znajduje się druga jednostka o wysokim poziomie… inicjatywy i zaciętości sprawczej… a wtedy… — Ciągnęła dalej z promiennym uśmiechem na twarzy — … obiekt może zmienić swoje położenie bez wyraźnej ingerencji sił zewnętrznych. — Zakończyła swój wywód i pociągnęła go zaczepnie za nos.
Ale popłynęła z naukowym bełkotem! Ale naprawdę świetnie się bawiła, wymyślając każdą następną bzdurę, która padała z jej ust. W wolnym tłumaczeniu powinno to brzmieć zawinęłam go, kiedy za bardzo skupiałeś się na mojej szyi i śladach na niej, ale to już nie brzmiało tak zabawnie. Oczywiście słowo zabawnie było pojęciem względnym. Dante równie dobrze mógł uznać, że już do reszty ją powaliło.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Możliwe, że wykazałby się odrobinę większym rozsądkiem przy tym pierwszym tatuażu, gdyby samemu sobie też dał przynajmniej chwilę na wytrzeźwienie, zanim uznał, że świetnym pomysłem będzie wytatuowanie się u ledwie poznanego w trakcie imprezy Kyle’a lub Cole’a. I jeszcze zaangażowanie w to idiotyczne przedsięwzięcie przyjaciółki… Ostatecznie jednak ta spontaniczna – i zdecydowanie niezbyt trzeźwa – decyzja chyba rzeczywiście mogła całkiem nieźle potwierdzać, że zdecydowanie miał więcej szczęścia niż rozumu. Co gorsza – to nawet nie była ani pierwsza, ani tym bardziej ostatnia sytuacja, która miałaby to potwierdzać…
Jasne, wezmę to pod uwagę przy planowaniu następnych tatuaży – i chociaż ewidentnie również ta jego wypowiedź w żadnym razie nie zaliczała się do kategorii tych poważnych, to… chyba faktycznie był skłonny wziąć to pod uwagę. Miał przecież całkiem sporo miejsca na kolejne rysunki, nawet jeśli oczywistym było, że tych z czasem miało przybyć jeszcze wiele. A w tym konkretnym momencie zostawienie jednego wolnego fragmentu na jej śnieżynki z jakiegoś powodu faktycznie wydawało się wcale nie najgorszym pomysłem…
Wywrócił mimowolnie oczami, słuchając o tej utalentowanej w dziedzinie fizyki Samancie. Bo nie, zdecydowanie nie potrzebował jej numeru. I nie, z całą pewnością nie był zainteresowany. A im więcej czasu miał okazję spędzić z Elsą tak po prostu, bez towarzystwa podręczników i notatek, tym bardziej miał dziwne wrażenie, że nie byłby zainteresowany Samanthą i jej numerem telefonu, niezależnie od tego, jak bardzo atrakcyjna miałaby być.
Nie, niespecjalnie. Nie ma sensu zawracać jej głowy, skoro pewnie i tak właśnie przygotowuje się do następnego konkursu, żeby znowu nie dać ci wygrać – stwierdził, ewidentnie nie mając zbytniej ochoty na bliższe zapoznawanie się z jej znajoma. – Zresztą… blondynki są całkiem w porządku, ale…
Może i jego spojrzenie prześlizgnęło się mimowolnie po różowych włosach, jednak nie znajdując żadnego sensownego sposobu na dokończenie zdania, skwitował je po prostu lekkim wzruszeniem ramion. To widocznie musiało dołączyć do tych kilku nigdy niedokończonych, które zdążyły już pomiędzy nimi paść. Zwłaszcza, że zamiast podejmować wątek na nowo, wolał skupić się na jej odpowiedzi.
To chyba jednak nie aż tak dużo. Więc… jak idzie ci szukanie kogoś, kto nie zaczyna uciekać, kiedy próbujesz zagadać go na śmierć? – zaśmiał się krótko, tylko przez moment pozwalając sobie na absurdalną myśl poświęconą temu, czy sam miałby się w te wygórowane wymagania wpisywać. Oczywiście, że podczas ich spotkań w trakcie korepetycji najczęściej trudno byłoby posądzić go o to, że miałby jej rzeczywiście słuchać, zamiast zajmować się czymkolwiek innym. Z drugiej strony – od czasu do czasu był przecież w stanie mimo wszystko zaskoczyć ją, przywołując jakąś informację, której rzekomo wcale nie powinien wychwycić, będąc myślami kompletnie gdzieś indziej. Tylko… czemu w ogóle miałby to rozważać…? Zwłaszcza, że chyba dość oczywiste było, że gdyby miała być zainteresowana relacją z nim w jakimkolwiek innym kontekście niż tą ograniczającą się do wymuszonej pomocy w nauce, raczej nie proponowałaby mu udostępniania numeru jakiejś tam Samanthy.
Może więc lepiej było skupić się na zaginionym skręcie i tym jej absurdalnym wykładem, na który trudno byłoby zareagować inaczej, jak tylko całkiem szczerym śmiechem. Nawet jeśli ten pojawił się z lekkim opóźnieniem, po minięciu chwilowego zaskoczenia tak niecodziennym wyjaśnieniem…
Czyli po prostu specjalnie wymyśliłaś mi zajęcie, żeby odwrócić moją uwagę i sobie go zabrać…? – chwycił jej dłoń, kiedy ta znalazła się przy jego nosie i bez większego namysłu splótł jej palce z własnymi. I… tym razem może i całkiem szybko dotarło do niego co właściwie zrobił, jednak równie szybko mógł też dojść do wniosku, że mimo wszystko wcale nie miał ochoty cofać ręki i udawać, że nic takiego nie miało miejsca. Zamiast tego przekręcił się na bok, twarzą do niej i wciąż z lekkim uśmiechem. – Trzeba było zwyczajnie powiedzieć, że chcesz zapalić, to pewnie dalej mieściłoby się jakoś w całym tym wysokim poziomie inicjatywy.
Choć tak w zasadzie akurat ta wspomniana chęć zapalenia, pewnie mogłaby być jedną z ostatnich rzeczy, o jakie miałby ją podejrzewać. Podobnie chyba nie powinien jej podejrzewać również o chęć zwrócenia mu zguby. Tylko… po krótszym namyśle może nawet mógłby dojść do wniosku, że tej tak w zasadzie wcale nie brakowało mu aż tak bardzo. Zresztą, od dłuższego czasu i tak spędzał przecież tę nieszczęsną imprezę w sposób absolutnie do siebie samego niepodobny, właściwie kompletnie zapominając, że jakaś faktycznie wciąż trwała tuż obok i… absolutnie mu to nie przeszkadzało. Co zdecydowanie mogło być zaskoczeniem nawet dla niego samego.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie bardzo rozumiała dlaczego, ale kiedy stwierdził, że weźmie pod uwagę możliwość zostawienia tego miejsca na jego ciele dla jej niespełnionych ambicji artystycznych, jej buzia natychmiastowa rozpromieniała kolejnym uśmiechem. Nawet jeśli był to ewidentny żart z jego strony to zrobiło jej się naprawdę miło. Od czasów tego pierwszego badziewia, który pojawił się na jego ramieniu nie minęło niewiadomo jak wiele czasu, a zdążyło już przybyć na jego skórze całkiem sporo kolejnych rysunków. Można by więc się spodziewać, że na pewno będzie ich dużo więcej, a ich wspólny czas miał się kiedyś skończyć. Nawet jeśli ich edukacyjne spotkania pociągną do końca liceum, to co potem? Kontakt się pewnie urwie, bo kto by chciał się spotykać choćby na kawie czy innym piwie z dziewczyną, która dosłownie traumatyzowała najlepsze nastoletnie lata? Chyba nawet by się pokusiła o stwierdzenie, że wraz z napisaniem ostatniego egzaminu końcowego Dante zablokowałby jej numer i wszystkie konta na mediach społecznościowych, aby jak najszybciej zapomnieć o różowym jednorożcu i tych durnych prawach fizyki czy matematyki, które wbijała mu przez ostatnie lata.
A mimo to… miał to przemyśleć…
Nie rozumiała również dlaczego zaproponowała mu numer do Samanthy. Może dlatego, że wspomniał, że minusem Ashley był ten przeciąg między uszami, więc jej mózg zaczął szybko przeszukiwać wszystkie zapamiętane sylwetki i sprawdzać czy znał kogoś, kto był podobny z wyglądu, a jednocześnie ze sprawnym mózgiem. I padło właśnie na uczennicę z liceum dla bogatych i mądrych dzieciaków, z którą miała możliwość spotkania się już na kilku konkursach czy to z fizyki, czy z matmy. I skubana była świetna. Ładna, mądra… chociaż Elsa zawsze sobie powtarzała, że co jak co, ale z uśmiechem to ona wygrywała. Tak, jeśli ktoś mógł wygrać konkurs na najszczerszy, ale przy okazji na najbardziej promienny wyszczerz to byłaby to ona sama.
— Nie wygra tym razem. Znaczy, konkurs na pewno, ale nie ze mną, bo pierwszy etap jest wtedy, kiedy mamy zawody pływackie i no… według Thompsona podjęłam złą decyzję, ale wybrałam basen. Jakbyś chciał to wpadnij w sobotę na olimpijski, Lexie też ma wtedy startować — odparła, wzruszając przy tym lekko ramionami. Wiedziała, że znał się dobrze z jej kolegą z drużyny, bo nie raz widziała przez okno swojej klasy bądź biblioteki, że czasem spędzali przerwy razem. Nie zdziwiłaby się w sumie jakby Dante już wiedział o weekendowym wydarzeniu i może nawet obiecał już kumplowi, że wpadnie pokibicować.
Kiedy wspomniał, że blondynki są całkiem w porządku, przechyliła głowę lekko w bok, czekając aż dokończy to swoje „ale", będąc ciekawą, co w takim razie mu w nich nie pasowało, jednak nie zrobił tego, skupiając się zaraz na jej typie faceta i na jej poszukiwaniach tego, co nie chciałby uciekać, gdy ta tylko otworzy usta.
— Nie szukam, a przynajmniej nie jakoś aktywnie. Możesz się śmiać, ale wierzę, że dla każdego z nas została już przypisana ta druga osoba i kiedyś na pewno się spotkamy. Jak z tej mojej ciągłe paplaniny wyłapie i zapamięta jakie ciasto uwielbiam… to chyba będzie znak, że to ten. — Uśmiechnęła się ciepło do własnych myśli. Nie mówiła o tym jakoś namiętnie, ale uwielbiała brownie z malinami i chyba Dante miał możliwość usłyszenia tego podczas jednych z ich zajęć. Tak, przyszła wtedy z okropnymi bólami menstruacyjnymi, blada, może nawet z lekką gorączką, ale dzielnie prowadziła mu te korepetycje. W którymś momencie musiała stwierdzić, że na powrocie do domu zahaczy o jedną z cukierni i kupi największy kawałek tego mocno czekoladowego brownie ze świeżymi malinami i że to na pewno postawi ją na nogi. A jak nie postawi to przynajmniej rozpieści swoje podniebienie i brzuszek, który tak mocno cierpiał tego dnia.
Już chciała cofać rękę po tym zaczepnym pociągnięciu go za nos, ale chłopak jej to uniemożliwił. Z lekkim zdezorientowaniem patrzyła na ich splecione palce, jednak również jej nie zabrała. Patrzyła na to jak wpasowywały się w siebie, jakby to wcale nie był pierwszy raz, jakby to nie była żadna nowość, ale coś naturalnego, jakby zawsze miało to wyglądać w taki sposób. I niby odruchowo przesunęła kciukiem po jego skórze, próbując dokładnie zbadać i zapamiętać jej przyjemną strukturę.
Ale kiedy usłyszała całkiem trafną analizę jej naukowego bełkotu, uśmiechnęła się szeroko, samej zaraz kładąc się na boku, oczywiście przodem do niego, umieszczając ich splecione dłonie pomiędzy ich twarzami, ale na takiej wysokości, aby mogli widzieć swoje oczy.
— Wypraszam sobie… to nie było zwyczajne odwrócenie uwagi, a… precyzyjnie zaplanowany proces badawczy. Najpierw wprowadziłam bodziec rozpraszający… potem wykorzystałam moment obniżonej czujności obiektu badawczego, a potem… PUF! Nastąpiła relokacja zasobu. — Zaśmiała się perliście, może nawet za głośno jak na standardy grzecznej i ułożonej dziewczynki, w które często ktoś ją wpisywał, tak naprawdę niewiele o niej wiedząc.
Nadal jednak nie zamierzała oddać mu tego skręta, który bezpiecznie leżał w kieszeni jej spodni. Raczej nie wyglądał jakby miał symptomy odstawienia zielska, więc mogłaby zaryzykować stwierdzeniem, że palił raczej z nudów. A czy naprawdę w tej konkretnej chwili tak bardzo się nudził? Przecież w każdym momencie mógł wstać i wrócić do kumpli, do picia tych paskudnych drinków, do tańczenia przy muzyce, która nadal zdawała się być tłumiona przez dziwną bańkę, w której od jakiegoś czasu się znajdowali. A mimo to, leżał tuż z nią i trzymał jej łapkę.
— Nie mam bladego pojęcia o czym mówisz… ale nie, nie chciałam zapalić. Nadal nie chcę. Chcę za to wiedzieć, co to za ale miałeś do blondynek. — Oczywiście, że musiała wrócić do urwanego przez niego tematu! Zwłaszcza, że miała swój powód. I to dosyć… personalny. Dlatego też podniosła się zaraz leniwie na łokciu i nie puszczając dłoni chłopaka, nachyliła się nad jego uchem, pozwalając, aby kilka pasemek jej różowych loków, lekko połaskotało go po twarzy.
— Bo tak między nami… jestem naturalną blondynką… — wyszeptała.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Indulge in local cuisine
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może wynikało to tylko z tego, że temat przyszłości – czy to tej dalszej, czy też nieco bliższej – zwykle niespecjalnie go zajmował, ale… mimo wszystko chyba wcale nie zakładał, że po skończeniu szkoły ich drogi miałyby się tak po prostu rozejść. Co prawda wszystko, co miałoby dziać się po skończeniu szkoły mógł uznać za absolutnie niepewne i całkowicie przez siebie niezaplanowane, ale… pewne kwestie zdawały się być po prostu dość oczywiste. A do towarzystwa Elsy – nawet jeśli to sprowadzało się jak na razie do w miarę regularnych spotkań podczas korepetycji – zdążył przyzwyczaić się na tyle, że chyba mógłby uznać je właśnie za jedną z tych oczywistych kwestii. Nawet jeśli wciąż nie miał pojęcia i w żaden sposób nie zastanawiał się, jak ta ich dalsza znajomość miałaby wyglądać, skoro… prawdopodobnie nie mieliby już żadnego powodu, żeby nadal się spotykać.
Dość niejednoznacznym, za to całkiem dobrze jej znanym mhm musiał natomiast skwitować zaproszenie go na te sobotnie zawody. Bo jednak na ten moment nie zamierzał deklarować, że z całą pewnością się na nich pojawi – widocznie łatwiej było obiecać, choćby i częściowo poprzez żart, pozostawienie jej na swojej skórze wolnego miejsca na rysowane przez nią śnieżynki. Mimo wszystko… chyba całkiem prawdopodobne było, że rzeczywiście nie zamierzał szukać sobie żadnych ciekawszych zajęć na najbliższą sobotę. I to niekonieczne ze względu na wspomnianego przez nią Lexiego…
Trochę ryzykowne, ale skoro faktycznie wystarczy ci tylko znajomość twojego ulubionego ciasta… – uśmiechnął się, w pamięci starając się znaleźć moment, w którym faktycznie mogłaby o tym cieście wspominać. I… chyba rzeczywiście był w stanie przypomnieć sobie to jedno spotkanie, kiedy wyjątkowo sugerował zakończenie go wcześniej nie przez swój natłok ciekawszych zajęć, a raczej przez jej dość kiepski wygląd i, jak można było się domyślić, idące z nim w parze samopoczucie. O ile dobrze pamiętał, przy życiu miała ją wtedy podtrzymywać świadomość odwiedzenia cukierni – bo raczej nie jego zapał do nauki, który mógłby co najwyżej całkiem skutecznie dobić ją i w ten sposób ukrócić męki. – To chyba faktycznie niezbyt wygórowane wymagania. Może w takim razie powinnaś uważać, komu wspominasz o tym cieście. No wiesz, parę słów za dużo nie tej osobie co trzeba i możesz skończyć z kimś, kto całkiem przypadkiem wyłapie tylko tę jedną informację…
Oczywiście, że wciąż nie mówił do końca poważnie. I oczywiście, że nawet jeśli był już niemal całkowicie pewny, że mógłby pochwalić się znajomością tego jej ulubionego ciasta, nie zamierzał tego robić akurat teraz. Choć pewnie można było spodziewać się, że zupełnie przypadkiem na kolejne ich posiedzenie w bibliotece mógłby przemycić kawałek brownie z malinami…
Przez krótką chwilę miał niemiłe przeświadczenie, że nawet jeśli sam nie zdecydował się cofnąć ręki natychmiast po tym, jak zdał sobie sprawę, że może niekoniecznie powinien ją za nią trzymać, to ona zrobi to ze swoją. Niby nic takiego, nawet w takim wypadku pewnie wciąż mógłby przecież obrócić tę sytuację w zwykły żart i udawać, że absolutnie nic się nie stało. A jednak nie sposób byłoby nie uśmiechnąć się szerzej, kiedy również ona zdecydowała się pozostawić ich dłonie splecione ze sobą.
No nieźle. Nie dość, że zabierasz sobie mojego skręta, to jeszcze robisz ze mnie obiekt badawczy? – chociaż raczej nie dało się powiedzieć, żeby miało mu to jakoś bardzo przeszkadzać, skoro poszczególnym słowom wciąż towarzyszyło całkiem wyraźne rozbawienie. – Następnym razem możesz przynajmniej jakoś uprzedzić.
Albo o planowanej kradzieży – choć to pewnie sprawiałoby, że całe przedsięwzięcie nie miałoby już ani większego sensu, ani też szans na powodzenie, albo przynajmniej o zamiarze przeprowadzenia kolejnych badań naukowych z jego udziałem. Tego najwyraźniej nie zamierzał precyzować, zamiast tego pozwalając sobie na krótkie zrezygnowane westchnięcie, kiedy wróciła do tematu blondynek i jego nieszczęsnego ale. Jakby nie wystarczyła jej sama świadomość, że zdecydowanie zbyt często zdarzało mu się wypowiadać słowa na głos, zanim miałby się nad nimi jakkolwiek zastanowić. I że czasami to zastanowienie przychodziło mimo wszystko w trakcie wypowiedzi, przez co pewne kwestie lepiej było pozostawiać niedokończonymi.
Zwłaszcza, gdy sam nie miał pojęcia, w jaki sposób mógłby je sensownie dokończyć.
Nie zdążył jednak wykręcić się żadnym mniej lub bardziej udanym żartem – zwłaszcza, że jakoś żaden nie chciał przyjść mu na myśl, kiedy tych kilka różowych kosmyków opadło na jego twarz, a tuż przy swoim uchu mógł poczuć ciepły oddech Elsy.
To żadne konkretne ale – zaczął, przechylając lekko głowę, by móc znowu spojrzeć jej w oczy. – Chyba po prostu wolę, kiedy coś nie jest takie samo zbyt długo. To trochę… nudne.
W przeciwieństwie do koloru włosów zmieniającego się średnio co kilka dni.
I oczywiście, że pewnie znów można byłoby mu zarzucić, że mógłby zastanowić się nad swoją odpowiedzią przynajmniej przez chwilę. Dzięki temu może mógłby wykręcić się czymś trochę mniej oczywistym i jednoznacznym… Tyle, że w tej chwili chyba wcale nie chciał się w żaden sposób wykręcać. Tak samo, jak nie chciał ani żeby ona odsuwała się on niego, ani tym bardziej samemu jakkolwiek się odsuwać – nawet jeśli śmiało można byłoby uznać, że ich twarze znajdowały się stanowczo zbyt blisko siebie i że chyba tylko jakieś resztki rozsądku powstrzymały go, żeby nie posunąć się do kolejnego być może głupiego, a z całą pewnością niezbyt przemyślanego kroku. Jakby złapanie jej za rękę, której przyjemne ciepło wciąż czuł w swojej własnej, miało póki co wystarczyć.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Welkom in Canada
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Słysząc jego mhm nie bardzo rozumiała jak powinna to odebrać. Czy faktycznie zamierzał się pojawić na sobotnich, czy tylko na odczepne przytaknął, ucinając jednocześnie temat, tak żeby nie ciągnęła go w nieskończoność i przestała go męczyć. A jej – z dziwnych powodów, których nie potrafiła sobie logicznie wytłumaczyć – naprawdę zależało, aby przyszedł. Nawet jeśli miałaby go nie dostrzec w tłumie, głównie rodziców i przyjaciół zawodników, to świadomość, że faktycznie siedziałby na tych niewygodnych krzesełkach na trybunach, napajała ją specyficznym uczuciem szczęścia i motywacji, aby dać z siebie drugie tyle, co zawsze. Tylko dobrze by było, żeby tym razem nie zasłabła zaraz po wyjściu z basenu…
Może to nie tak, że Elsie wystarczała tylko znajomość jej ulubionego ciasta. Ale naprawdę rzadko o tym mówiła, więc ktoś naprawdę musiał być skupiony na jej gadaninie, aby wyłapać taką informację. Zwłaszcza, że mogła się ona pojawić w najbardziej losowych momentach rozmowy. Trochę jak podczas pisania pracy stylistycznej na zajęcia z angielskiego ktoś kiedyś wpisał w totalnie randomowym miejscu słowo ”delfin”, aby upewnić się, czy nauczycielka czytała te prace ze zrozumieniem czy tylko wpisywała oceny na podstawie dwóch pierwszych akapitów i zakończenia. Sam Dante też się mógł dowiedzieć o tym nieszczęsnym brownie przez przypadek – między zadaniami związanymi z siłą tarcia, jego namowami na szybsze zakończenie korepetycji, a jej zapewnieniami, że to nic takiego, że da radę, a w nagrodę za przeżycie kupi sobie ciastko… najpyszniejsze na świecie… brownie z malinami.
– Proszę cię, po każdych zawodach chodzimy sobie do kawiarni, żeby uzupełnić kalorię i nikt nigdy nie pamięta, a od zawsze zamawiam to samo. – Wzruszyła bezradnie ramionami. Nie przejmowała się tym jakoś bardzo. Nie wymagała przecież, aby każdy na świecie pamiętał jej preferencje cukiernicze, dlatego wychodziła z założenia, że ten jedyny, który miał być jej przeznaczoną bratnią duszą i tą oklepaną drugą połówką jabłka, nie będzie miał tego problemu. Bo to by oznaczało, że w tym całym tsunami jej słów, zadał sobie tyle trudu, aby wyłapać konkretną informację, która w jakimś stopniu coś o niej mówiła. Może niewiele. Może tylko tyle, że po wyczerpującym dniu wybiera coś słodkiego, ciężkiego i odrobinę kwaśnego jednocześnie. I że jeśli ktoś zaproponuje jej sernik bądź malinową chmurkę to uśmiechnie się serdecznie, jednak w brązowych oczach zabraknie tego charakterystycznego błysku szczęścia.
Ale przecież właśnie z takich drobiazgów składało się wszystko inne. Cała ona.
– Wiem, że to nic wielkiego i nadzwyczajnego.. po prostu mi na tym zależy – wymamrotała cicho, kiedy już oboje leżeli na trawie, trzymając się za ręce, która tak dziwnie dobrze do siebie pasowały. Powinno ją to speszyć, zmusić do odsunięcia się choćby o kilka centymetrów, do przypomnienia sobie, że przecież są tylko znajomymi. Że spotykają się nad zadaniami, nad notatkami, nad jego niekończącym się ”długo jeszcze…” albo tych cholernych odgłosów godowych leniwca ”mhm”. Bo to nie był ten rodzaj relacji, a jednak nie cofnęła dłoni. Nie chciała.
– Wtedy to nie będzie takie zabawne, co nie? Ale nie płacz za nim. Oddam ci go jutro. Od razu po tym jak wyjdziesz z klasy po napisaniu sprawdzianu z fizyki. – Uśmiechnęła się niewinnie, trzepocząc przy tym rzęsami. Miała wątpliwości czy Dantemu az tak zależało na tym skręcie, aby faktycznie bez dłuższego marudzenia udać się na tę przeklętą klasówkę, ale warto było spróbować.
Gdy wyszeptała mu do ucha swoją wielka tajemnicę związaną ze swoim naturalnym kolorem włosów, zamierzała się od razu wycofać, ale jakaś dziwna siła ją zatrzymała. Pozostawiła ją w takim zawieszeniu nawet wtedy, kiedy chłopak odwracał twarz w jej stronę. Jak ściszonym głosem mówił, że to, co długo jest takie samo, jest nudne… i oni dalej rozmawiali o włosach, prawda? Elsa miała tendencję do nadinterpretacji wielu rzeczy, do nadmiernego analizowania aż do momentu, gdy mózg się przegrzewał, a ona sama dostawała migreny. Ale teraz nie musiała łączyć miliona kropek ze sobą… on naprawdę mówił o niej. O niej jako… o swoim typie.
I wbrew całej logice, nachyliła się nad nim jeszcze bardziej, trochę bardziej niż powinna. Nie planowała tego. Skupiła się na jego oczach, na tym jak spokojnie na nią patrzył. Serce zatrzepotało mocniej, jak skrzydełka kolibra, który chciał opuścić złotą klatkę. Czy powinna się odsunąć? Powinna. Ale zamiast tego, skróciła dystans jeszcze bardziej. Dosłownie o ułamek. Jej wzrok mimowolnie opadł na jego wargi i wtedy do niej dotarło, co właściwie robiła. Ich usta dzielił już tylko oddech i w tej chwili stchórzyła. Trąciła delikatnie jego nos swoim, a potem spuściła głowę tak, że jej spojrzenie utkwiło w torsie chłopaka.
– Ja… okej, wiem, przepraszam, to było głupie. Nie, to było bardzo głupie! Przepraszam… nie powinnam była, miałam po prostu absurdalne myśli, coś sobie wymyśliłam, wyobraziłam i to samo jakoś tak.. tak, to mnie w żaden sposób nie usprawiedliwia, wiem to… po prostu to taki moment, gdzie rozsądek wyszedł na spacer i dobrze, że w ostatniej chwili wrócił, bo to nie tak, że ja chciałam cię pocałować… znaczy chciałam, ale ty nie i potem byłoby tylko niezręcznie, mógłbyś mieć moralniaka, no a po co ci to, no i… i dlatego próbowałam jakoś się ratować i dotknęłam twojego nosa swoim i nie wiem, dlaczego, ok? Myślałam, znaczy powiedzmy, że myślałam, bo ustaliliśmy już chyba, że mózg mi wyparował albo wyjechał na urlop i no… no to powiedzmy, że myślałam, że to jest lepsze rozwiązanie i… ughhh… – Nawet jeśli Dante próbował jej się wtrącić w ten cały monolog to nie miał szans. Nakręcona Elsa była w swoim świecie, próbując wyrzucić z siebie wszystkie słowa, które tylko przychodziły jej do głowy, a które w jakiś sposób mogły ją uratować przed oceniającym spojrzeniem chłopaka. Nie chciała zrobić nic złego, a czuła się okropnie, jakby właśnie przekraczała granicę, którą jeszcze nie tak dawno przekraczał Trevor wobec niej. Do tego pierwszy prawdziwy pocałunek, kiedy oboje nie byli trzeźwi.. to nie tak miało chyba wyglądać.
– Chyba po prostu bym chciała, żebyś następnego dnia pamiętał… – wymamrotała, nie mając chyba nawet świadomości, że powiedziała to na głos.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”