ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
171 cm
recepcjonistka Mississauga's Ho-Oh Motel & Rest
Awatar użytkownika
I've never found a way to be honest. All I know is a place where I haunted memories faded — blood is jaded.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/opiekacz
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#2 [Quotes about being depressed together often highlight the comfort
of shared experience, reducing isolation and validating the pain.
Sometimes — that's not the case at all.]

Komunalny plac parkingowy w Rexdale wygląda jak miejsce, o którym ktoś dawno temu zapomniał — i nikt nie poczuwał się do tego, żeby sobie o nim przypomnieć. Popękany asfalt, miejscami zapadnięty, z kałużami stojącej wody, które nigdy do końca nie wysychały — czy to woda, olej silnikowy czy benzyna, nie było pewności. Pomiędzy wyblakłymi liniami parkowania stały samochody w różnym stanie rozkładu. Kilka rzęchów, które już dawno przestały udawać, że jeszcze gdzieś pojadą — jedne na pustakach, z wyjętymi kołami, inne z maskami podpartymi kijem, jakby ktoś zostawił je w połowie sekcji i nigdy nie wrócił. Niektóre zjadała rdza — powoli, systematycznie, jak choroba, której nikt nie leczy — ale były też takie, które wciąż trzymały się jakoś kupy. Jeszcze „na chodzie”. Jeszcze zdolne ruszyć, jeśli ktoś przekręci kluczyk i będzie miał powód.
Wśród nich stała Honda CRX Silver Norev. Obdrapana, z przetartym lakierem i drobnymi wgniotkami, które zbierała latami, ale wciąż w całości. Wciąż stabilna. Wciąż jeżdżąca.
Ren siedziała w środku.
Silnik był zimny od dawna, ale kluczyki nadal tkwiły w stacyjce, przekręcone o jeden klik — tak, żeby zapaliły się kontrolki, ale nic więcej.
Lekko zsunięta w fotelu kierowcy, z łokciem opartym o drzwi i palcami zahaczonymi o kierownicę, wzrok miała wbity w pustkę po radiu — czarną, poszarpaną dziurę, z której zwisały urwane kable. Czerwony. Żółty. Czarny. Końcówki były obdarte z izolacji, jakby ktoś wyrwał je jednym szarpnięciem. Bez finezji. Bez potrzeby robienia tego "właściwie". Zostawił po sobie tylko bałagan.
Na tylnej kanapie leżała cegła. Zwykła, ciężka, przybrudzona. Siedzenie pod nią było posypane szkłem — drobnym, skrzącym się w świetle ulicznej latarni. Reszta rozsypała się po całym aucie. Przy każdym wcześniejszym ruchu buta chrzęściło cicho, jakby coś w środku tego samochodu próbowało się jeszcze odezwać. Teraz było cicho. Puszki po energetykach walały się przy podłodze. Jedna przy pedale gazu, druga pod siedzeniem pasażera, trzecia przewrócona na boku, jakby zatrzymała się w połowie drogi donikąd. Puste paczki po papierosach wystawały z kieszeni drzwi, leżały na desce rozdzielczej, pod nogami. Zapach był ciężki — dym, metal, trochę wilgoci i coś starego, co wsiąkło w tapicerkę dawno temu i nie zamierzało jej opuścić.
Ren wciągnęła powietrze płytko. Nie po to, żeby się uspokoić. Tak po prostu. Miała gdzieś jechać — to była jedyna rzecz, której była pewna. Ojciec coś mówił rano. Coś konkretnego. Coś, co wymagało wyjścia z domu, wejścia do auta, przejechania paru ulic, ale nie pamiętała treści. Siedziała tu już chwilę. Albo godzinę. Czas się rozmywał — rozciągał między jednym oddechem a drugim, aż przestawał mieć znaczenie.
Patrzyła na kable. Jakby mogły się same połączyć. Jakby mogły zagrać. Jakby coś jeszcze mogło z nich wyjść...
Cień pojawił się nagle. Najpierw tylko przesunięcie światła na bocznej szybie. Potem sylwetka. Pukanie. Głuche. Bliskie. Bardzo realne.
Ren powoli przekręciła głowę. Lekko podniosła popruty daszek czapki. Nadir. Stał tam, pochylony lekko, jakby zaraz miał się oprzeć o drzwi. Jakby nigdy nie zniknął. Jakby nie było tej przerwy, tej dziury w czasie, którą ktoś wyrwał równie niechlujnie, jak nieszczęsne radio. Nie poczuła nic. Albo prawie nic — tylko krótkie rozluźnienie gdzieś w klatce piersiowej. Coś na moment odpuściło.
Jeszcze żył. Jeszcze nie wygrał.
Ren sięgnęła do korbki i zaczęła opuszczać szybę. Mechanizm zaskrzypiał, zatrzymał się w połowie, potem puścił z niechęcią, łaskawie współpracując. Dłonie Nadira — zawsze kilka tonów ciemniejsze od jej, ale to akurat nie było trudne nawet dla białych — wsunęły się. Utknęły na kancie szyby.
Co zrobiłaś z radiem?
Ukradli mi je — mruknęła, nie odrywając wzroku od kabli.
Aha. A ty co teraz robisz?
Pytanie zawisło. Ren nie odpowiedziała od raz, bo przez moment naprawdę musiała się nad tym zastanowić. Siedziała tu przecież już jakiś czas. Patrzyła i oddychała. Powtarzała ten sam moment — wejście do auta, spojrzenie na szybę, na cegłę, na pustkę po radiu — jakby coś miało się zmienić, jeśli zrobi to wystarczająco długo. Nie zmieniało się nic. Jej wzrok powoli przesunął się na dziurę po radiu, na urwane przewody, na to miejsce, gdzie kiedyś było coś, co wypełniało głośną ciszę.
Głos, kiedy w końcu się odezwała, był chropowaty, przytarty milczeniem:
Słucham Twenty One Pilots. — Potaknęła bardzo powoli. — Car Radio. — Równie powoli zwróciła się do Nadira i spytała: — Chcesz też? — Jej dłoń jednak nie drgnęła w stronę przycisku znoszącego blokadę drzwi.

nadir al khansa
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki, "schizofrenia dialogowa"
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”