35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szklanka uderzyła o podłogę z impetem kuli wystrzeliwanej z pistoletu. Huk rezonował w jego głowie, odbijał się we wnętrzu jego czaszki, jakby szkło rozbryzgiwało się raz za razem, jakby utknęło w pętli podobnej do tej, w których tkwiła ich dwójka.
Drgnął, jego spojrzenie zsunęło się w dół, na błyszczące fragmenty rozbryzgujące wokół jej bosych stóp. Jakiś odruch głęboko w nim sprzeciwił się na ten widok, jej gołej skóry obok ostrych odłamków. Pragnął nakazać jej, żeby się nie ruszała. Podejść bliżej, wziąć ją w ramiona i odsunąć jak najdalej od potencjalnej krzywdy.
Ale to on był jej krzywdą.
Nie było słów, które mogły to zmienić, nie było gestów, które mogłyby to naprawić. Widział to w jej spojrzeniu, w którym na krótką chwilę pojawiło się przerażenie, by później zastąpił je sprzeciw. Widział rosnącą w niej panikę, chwytającą ją w swoje objęcia gdy cofnęła się, wymijając szklane odłamki. Chęć zaprzeczenia, cofnięcia tego, co usłyszała przed chwilą, jakby to miało usunąć jego winy.
Nawet, jeśli go tam nie było, dostrzegał w niej żal - żal spędzonych wspólnie chwil, inwestycji emocjonalnej w coś, co nigdy nie miało prawa zadziałać. Sposób, w jaki na niego spoglądała, był obcy - oraz ulotny, ponieważ zaraz jej wzrok uleciał gdzieś w bok, nogi znów pchnęły ją dalej.
Jak najdalej od niego.
Szkło było daleko od niego, gdzieś pod jego nogami, na których w trakcie pośpiesznego ubierania znalazły się buty. Nie mogło mu zaszkodzić, a jednak k r w a w i ł, w sposób, który nie potrzebował ostrej krawędzi.
Tkwił w miejscu, patrząc, jak desperacko wycofuje się do sypialni. Słysząc jak obco brzmiało to imię, które zawsze w jej ustach było miękkie, pozbawione skazy. Czując, jak prawda wylewa się z niego strumieniami nawet, gdy przestał się odzywać. Czując na sobie chłód miejsca, do którego zabierały go wspomnienia, a zarazem ogień wściekłości, która pchnęła go do tej jedynej granicy, której nigdy nie miał prawa przekroczyć. Zmrożony gdzieś między przeszłością a chwilą obecną, czuł w powietrzu smród krwi i nie był pewien, do kogo należała - czy do tego, którego zarys sylwetki widział pod przymkniętymi powiekami, czy to on się wykrwawiał, teraz, gdy rozdrapane blizny zostawiły jego serce dziurawym.
A miejsce, w którym niegdyś rezydowała ona, właśnie pustoszało. Widział, jak pośpiesznie zaczynała się pakować. Byle tylko znaleźć się jak najdalej od niego, byle nigdy więcej nie stać z nim w jednym pomieszczeniu.
Czy gdyby wtedy, w jego mieszkaniu, wiedziała dlaczego uważał się za złą osobę, a ją za dobrą, dalej by w to wszystko zabrnęła?
To pytanie wydawało się tak absurdalne, że nawet nie potrafił go zwerbalizować.
- Nie musisz. - pusty głos przyszedł z odpowiedzią, ale na jakie pytanie? Czego ona nie dawała rady? I czego w związku z tym nie musiała już robić? To wszystko wydawało mu się nagle tak puste, tak jałowe, a może to zwyczajnie on taki był, wypalony jej nienawiścią, jej obrzydzeniem i jej natychmiastową potrzebą ucieczki. - Już niczego nie musisz, Margo.
Szkło zachrzęściło pod jego butem gdy odwrócił się, odmawiając sobie rozejrzenia się po jej mieszkaniu, jakby dzięki temu mógł o nim zapomnieć. Jakby ta scena nie wypalała się aktywnie na jego duszy, w każdym, najdrobniejszym szczególe, od jej spodni wciąż leżących gdzieś na podłodze w salonie, przez rozbite szkło i równie rozbitą właścicielkę.
Każde z tych wydarzeń, zapoczątkowane i zakończone przez niego.
Odwrócił się, ruszając do drzwi. Jego dłoń nie zawahała się tym razem w drodze do klamki - nacisnęła na nią, uchylając przejście i wypuszczając go na korytarz w tym odrętwieniu, które znał doskonale.
Które cofało go dwa lata w tył, dokładnie do punktu wyjścia.
koniec
margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „#24”